Jak zginął generał Wieniawa? - Nasz Swiat
26
Cz, maj

Historia

W tym roku, minie 71 lat od jego samobójczej śmierci. Pisała o tym cała ówczesna światowa prasa, ale czyż mogło być inaczej?! Przecież to nie tylko najbarwniejsza postać II Rzeczypospolitej, lecz również przyjaciel królów, ministrów i poetów w całej Europie oraz przede wszystkim adiutant i zaufany człowiek marszałka Piłsudskiego, jego powiernik i oficer do zleceń w najtrudniejszych misjach dyplomatycznych…

Bolesław Wieniawa-Długoszowski / foto: WikipediaNowy Jork, 1 lipca 1942 roku, tuż po godzinie dziewiątej. Miejscowy taksówkarz czekający na  klienta przy Riverside Drive, zatrzymuje wzrok na tarasie piętra domu naprzeciwko. Jakiś mężczyzna w pidżamie zbliża się do barierki. Przez chwilę patrzy w niebo, potem z trudem klęka na gzymsie, żegna się powoli. - Uważaj, człowieku, co robisz! - krzyczy taksówkarz, ale adresat tych słów sprawia wrażenie nieobecnego, pogrążonego w modlitwie. Nagle pochyla się i spada. Taksówkarz pytany potem setki razy przez policję i FBI, czy to było samobójstwo, nie umiał powiedzieć nic innego: - Nie, on nie skoczył. On po prostu spadł. Tak jakby nie żył już tam, na górze…

***

„Generał Wieniawa-Długoszowski popełnił samobójstwo” - depeszował 2 lipca 1942 roku do prezydenta Władysława Raczkiewicza konsul generalny w Nowym Jorku Sylwin Strakacz, dodając: „Rozmawiałem z nim telefonicznie na 15 minut przed śmiercią, komunikując mu telegram MSZ w sprawie przydziału samochodu dla poselstwa w Hawanie”. Według tej depeszy, w kieszeni pidżamy zmarłego policja znalazła kartkę następującej treści: „Myśli plączą mi się w głowie i łamią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz prostych wypadków z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B.”.
„Ta notatka” - jak depeszował Strakacz - „została dołączona do protokołu policyjnego. Zna ją oprócz żony i córki tylko kilka osób związanych tajemnicą. Dostałem zapewnienie, że treść notatki nie będzie opublikowana”.

Według ludzi nieżyczliwych Wieniawie, w jego samobójczej śmierci nie było nic zastanawiającego. „Był chory, tracił pamięć, starzał się” - zanotował w swym londyńskim dzienniku Karol Estreicher. „Wszystkie dawne grzechy i pijatyki, i hulanki wydały owoce na starość. Skoczył oknem. Umarł, jak żył - nieodpowiedzialnie”. To wyjaśnienie nie wszystkim trafiało do przekonania. Historycy, analizując już po wojnie dramatyczny list Wieniawy, nie mogli zrozumieć, co miał on na myśli, pisząc o reprezentowaniu rządu. Każdy dyplomata reprezentuje nie rząd, lecz kraj - a Wieniawa doskonale o tym wiedział. Dlaczego - pytano - skoro nie czuł się na siłach objąć placówki w Hawanie, po prostu nie złożył dymisji? Dlaczego z tego powodu ktokolwiek miałby odbierać sobie życie? Największe wątpliwości budziła jednak forma listu: częściowo został napisany piórem na świstku papieru, lecz ostatnie słowa „Boże, zbaw Polskę” dopisano ołówkiem. To byłby niezwykle rzadki wypadek pisania listu samobójczego „na raty”. Podobnie jak złożenie podpisu jedną literą „B.”, choć nigdy w tej formie nie sygnował żadnego dokumentu. Nie rozumiano wielu spraw. Nie rozumiano, jak mógł tak ważny list zaginąć po wojnie w policyjnych archiwach, uniemożliwiając tym samym weryfikację, czy choćby analizę grafologiczną.

***

Nazajutrz to pytanie o prawdziwy charakter śmierci generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego pojawiło się na łamach prasy niemal na całym świecie. Zginął człowiek, którego legenda daleko wybiegała poza polskie polityczne opłotki. Adiutant i przyjaciel marszałka Piłsudskiego, jego powiernik i oficer do zleceń w najtrudniejszych misjach dyplomatycznych. Ambasador Polski przy Kwirynale, człowiek desygnowany przez Mościckiego na funkcję prezydenta RP na uchodźstwie, a formalnie rzecz biorąc - kilkudniowy prezydent RP. Przyjaciel królów, ministrów i poetów w całej Europie. Jedna z najciekawszych i najpopularniejszych postaci II Rzeczypospolitej. Nikt nie rozumiał, co się stało?! Przyjęto najbezpieczniejszą formułę pisząc, że zmarł nagle. Prasa polska dodawała, że wypadł z okna mieszkania w Nowym Jorku i że został mianowany posłem na Kubie, gdzie wkrótce miał objąć placówkę.

Generał był człowiekiem niezwykłym. Przede wszystkim był dzielnym żołnierzem i wielkim patriotą. Gdy w 1914 roku, w chwili wybuchu wojny tworzone były Legiony zaciągnął się jako piechur do legendarnej Pierwszej Kadrowej. Szybko jednak zdobył konia i z piechura stał się ułanem. Istotnie, „ułańskiej fantazji” Wieniawie nie brakowało. Imponował odwagą, wręcz brawurą. Awansował na kolejne stopnie, zdobywał doświadczenie, został jednym z bliższych współpracowników, a potem adiutantem Józefa Piłsudskiego. Jego wojskowa i polityczna kariera już na zawsze będzie się toczyć w cieniu Marszałka. Wieniawa był jednak przede wszystkim w okresie dwudziestolecia międzywojennego, symbolem polskiego ułana. Tak kawaleryjską służbę postrzegał generał Długoszowski: „Ludzie szanują się wzajemnie dla swych cnót - kochają zaś dla swych wad. Dlatego przystałem na kawalerzystę, bo ułan, czy szwoleżer, jest syntezą wszystkich cnót i wad polskich. Trzeba go szanować, a nie można nie kochać”.

Wieniawa nie mylił się, ludzie właśnie dla jego wad kochali go najbardziej. Międzywojenna Warszawa lubowała się w anegdotach o Wieniawie. Uwiedzionych kobiet, czy pojedynków, jakie musiał toczyć z ich mężami oraz alkoholu, jaki wypił, nikt nie był wstanie zliczyć. Jak sam przyznał w krótkim wierszyku swojego autorstwa (bo jak na prawdziwego ułana przystało pisał także wiersze):
„Przez całe życie ta miłość mnie goni.
Do pięknych kobiet, koniaku i koni”.

W przypływie „ułańskiej fantazji” i dla zakładu, Wieniawa wjechał na przykład konno po schodach na pierwsze piętro w hotelu Bristol. To stąd wzięło się słynne powiedzenie: „Skończyły się żarty, zaczęły się schody”. Konie zresztą Wieniawa kochał najbardziej. Jak sam mawiał: „bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”. Ułańska fantazja zawsze robiła na kobietach wrażenie, nie dziwi więc fakt licznych miłosnych podbojów generała. Jeszcze bardziej zrozumiemy jednak słabość płci pięknej do Wieniawy, gdy przywołamy jego słowa, które swego czasu skierował do o wiele lat młodszego od siebie mężczyzny: „To ja, o siwych włosach mam pana uczyć, jak postępować z kobietami? Panie, można zastać kobietę płaczącą, ale zostawić! Nigdy!”

Hulaszczy tryb życia nie raz sprowadzał na Wieniawę kłopoty nie tylko w postaci pojedynków z mężami, którym doprawiał przysłowiowe „rogi”, ale także z powodu niezadowolenia Marszałka, który miał do Wieniawy słabość i przez palce patrzył na jego wybryki, co nie oznacza, że był z tego powodu zadowolony. Znana jest historia, jak Wieniawa spóźnił się na uroczystości pogrzebowe króla Jugosławii Aleksandra w 1934 roku, gdzie miał reprezentować Polskę. Gdy wrócił do kraju został wezwany do raportu u Piłsudskiego. Zamiast w mundurze stawił się przed obliczem Marszałka w smokingu co jeszcze bardziej zdenerwowało Komendanta, który zażądał od Wieniawy wyjaśnień najpierw w sprawie jego stroju. Ten miał wówczas odpowiedzieć: „Komendancie, melduję posłusznie, iż wiem, żem ciężko przewinił i powinienem dostać po pysku. A ponieważ bardzo szanuję swój mundur, przybyłem jako cywil. Polski generał nie może dostać po mordzie w mundurze!”. W obliczu takiej odpowiedzi serce Marszałka zmiękło, a jego ulubieńcowi znów się upiekło.

Śmierć Piłsudskiego głęboko dotknęła Wieniawę. Traktował Marszałka jak ojca. Czuwał przy nim i był obecny w chwili jego śmierci. Upoważniony został przez prezydenta Mościckiego do zorganizowania uroczystości pogrzebowych na Wawelu, którymi osobiście kierował. Gdy zabrakło ukochanego Komendanta wpływy Wieniawy znacznie się ograniczyły. Nie został odsunięty aż tak spektakularnie jak Walery Sławek, ale miał coraz mniejsze znaczenie. Skierowanie na placówkę do Rzymu w randze ambasadora było także odsunięciem go na boczny tor. Z powierzonej mu misji, wywiązywał się jednak niezwykle sumiennie. Nawet w pracy dyplomaty nie brakowało mu jednak sentymentalnych reminiscencji do czasów kawaleryjskich. Tak szkicował różnice między dyplomacją, a kawalerią: „W dyplomacji można czasem robić świństwa, ale nigdy głupstw. W kawalerii jest odwrotnie”.

Gdy wybuchła wojna, był epizodycznym następcą prezydenta Ignacego Mościckiego, sprzeciw generała Władysława Sikorskiego i sprzyjającej mu Francji, zablokowały jednak objęcie przez niego tej zaszczytnej funkcji. Próby Wieniawy, zdeklarowanego piłsudczyka, porozumienia się z nową władzą i otoczeniem premiera Władysława Sikorskiego okazały się nieudane. Przede wszystkim chciał wrócić do służby wojskowej. Można by w tym miejscu zacytować kazanie ks. Kamińskiego, którym żegnał w kolegiacie w Stanisławowie pułkownika Wołodyjowskiego: „Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz? Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz?”

Niestety. Nie udało się Wieniawie przekonać Sikorskiego i jego współpracowników do tego, aby pozwoli mu na służbę w wojsku. Zwalczająca wszystko, co związane z sanacją ekipa Sikorskiego, nie widziała miejsca w armii dla pupila marszałka Piłsudskiego, placówka na Kubie miała być formą zesłania. Podobno, to poczucie bycia poza głównym nurtem dziejów, skłoniła Wieniawę do samobójstwa, ale nie brak też teorii, że było ono precyzyjnie zaplanowanym mordem, a motywów doszukiwano się różnych - od osobistych, mających charakter zemsty, po polityczne, jak eliminacja przez generała Sikorskiego wpływowych piłsudczyków. Jak było naprawdę zapewne nigdy się już nie dowiemy… (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk