Magazyn - Nasz Swiat
20
Pn, listopad

Na przedmieściu San Lazzaro w Bolonii znajduje się największy z czterech polskich cmentarzy we Włoszech z okresu drugiej wojny światowej. Na zwieńczającym kolumnadę fryzie wykuto napis: Żołnierzom 2. Polskiego Korpusu poległym na Ziemi włoskiej za wolność Polski. Na kamiennym tarasie znajduje się ołtarz, pod nim kaplica. We wnęce frontowej ściany umieszczono białe orły i mapę Włoch z zaznaczonymi polskimi cmentarzami wojennymi: Loreto, Monte Cassino,  Casamassima i Bolonia. Na cmentarzu w Bolonii na zmartwychwstanie oczekuje 1427 polskich żołnierzy-tułaczy, którzy do wolnej Polski nie doszli. Byli żołnierzami 2. Korpusu gen. Władysława Andersa, dokąd trafili jako 2. Brygada Pancerna sformowana w latach 1942-1943 w ramach Armii Polskiej na Wschodzie. Przybywali z obozów jenieckich, z więzień, łagrów, zsyłki, z dalekiej północy, z Kołymy i Władywostoku – bosi, obdarci, wynędzniali, głodni.

Wiosną 1945 roku zbliżał się nareszcie koniec wojny. Wojska alianckie po ciężkich bitwach stoczonych w roku 1944 opanowały Rzym i rozwinęły ofensywę w kierunku północnym. Jesienią i zimą wkroczyły do doliny Padu i obszarów na południe od Bolonii. Nastąpiła przerwa zimowa, spowodowana warunkami klimatycznymi. W tym czasie 2. Korpus Polski został zreorganizowany i wzmocniony. W jego skład wchodziły: 3. Dywizja Strzelców Karpackich, 5. Kresowa Dywizja Piechoty, 2. Brygada Czołgów, grupa artylerii, pułk rozpoznawczy, bataliony – saperów, łączności, wartowniczy, żandarmerii oraz jednostki pomocnicze.

Przygotowywana ofensywa aliantów w kwietniu 1945 roku miała na celu zniszczenie wojsk niemieckich na obszarze na południe od rzeki Pad, co miano osiągnąć przez przełamanie obrony nieprzyjaciela wzdłuż wybrzeży, wyjście na jego tyły i okrążenie go. W ramach ofensywy 8. Armii brytyjskiej 2. Korpus Polski otrzymał zadanie sforsowania rzeki Senio na północ od Faenzy i działając na głównym kierunku armii we współdziałaniu z prawym sąsiadem – z dywizją  nowozelandzką, rozwinąć natarcie w celu przecięcia drogi Ferrara-Bolonia, po czym manewrem oskrzydlającym z północy odciąć Bolonię. Natarcie rozpoczęto 9 kwietnia 1945 roku. Po kilkugodzinnym przygotowaniu artyleryjskim i lotniczym, w którym uczestniczyło 1200 dział i ponad 700 ciężkich bombowców, dywizja przełamała niemiecką obronę nad Senio, a następnie nad rzeką Santerno. Rozwijając dalsze natarcie, Polacy zmuszeni byli forsować liczne w tym rejonie przeszkody wodne i zdobywać miejscowości zawczasu przygotowane do obrony. Działania jednostek polskich, a także sukcesy oddziałów brytyjskiej 8. Armii od wschodu i 5. Armii USA od południa z rejonu Florencji, zmusiły nieprzyjaciela do odwrotu. W dniu 20 kwietnia oddziały 2. Korpusu sforsowały rzeki Giana i Idice, a 21 kwietnia o godzinie 6.05 9. batalion strzelców karpackich z 3 Brygady wkroczył jako pierwszy do Bolonii. Na balkonie ratusza i na Torre degli Asinelli – najwyższej wieży Bolonii – wywieszono biało-czerwone flagi! O godzinie 8.00 weszli Amerykanie z 5. Armii USA. Wkraczające do Bolonii oddziały 2. Korpusu Polskiego były owacyjnie witane przez miejscową ludność.

Na jednej z bram w Bolonii umieszczono tablicę z następującym napisem: Przez tę bramę rankiem 21 kwietnia 1945 roku weszły oddziały drugiego korpusu wojska polskiego, które przyczyniły się do wyzwolenia Bolonii,  a którym burmistrz Dozza oświadczył -  „Obejmując urząd, wobec wyzwolenia miasta zaświadczam, że oddziały drugiego korpusu wojska polskiego, po krwawej bitwie przeciw siłom niemieckim, wyzwoliły miasto Bolonię o godzinie 6. 21 kwietnia 1945 roku”

Przełamanie frontu pod Bolonią i wyzwolenie tego miasta miało decydujące znaczenie dla zadania Niemcom ostatecznej klęski na froncie włoskim. W operacji wzięło udział 56 tysięcy polskich  żołnierzy. 9 batalionowi strzelców karpackich nadano uroczyście miano Bolońskiego, 17 dowódców otrzymało honorowe obywatelstwo miasta, senat Bolonii wręczył też żołnierzom polskim 215 specjalnie wybitych medali pamiątkowych z napisem „Al liberatori che primi entrarono in Bologna 21 Aprile 1945 — per benemerenza” („Oswobodzicielom, którzy pierwsi weszli do Bolonii 21 kwietnia 1945 — w dowód zasługi”). Wybitny brytyjski dowódca – marszałek Harold Alexander – powiedział: „Żołnierze 2. Korpusu Polskiego, mogę Was szczerze zapewnić, że gdyby dano mi do wyboru między jakimkolwiek żołnierzami, których chciałbym mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Was, Polaków. Oddaję Wam cześć”

Na podstawie: Maciej Gliński - Rocznica zwycięskich walk o Bolonię, Włochy 2010-„Z Ziemi Polskiej do Włoskiej”
opr. Alicja Rosłon

Kolejna agresja Izraela na kraje arabskie rozpoczęła się 5 czerwca 1967 roku. Pomimo iż trwała ona zaledwie 6 dni, miała błyskawiczny charakter. A i w  Polsce znaleźli się ochotnicy pragnący wziąć udział w tej wojnie...

Wojna sześciodniowa - Izraelscy żołnierze przy zniszczonym egipskim samolocie / foto: WikipediaTymczasem rząd polski, podobnie jak ZSRR i innych państw socjalistycznych, potępił agresję. W tydzień po niej, Polska zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Władysław Gomułka, który do tej pory nie przejawiał sympatii antyżydowskich i nie dostrzegał w Polsce syjonizmu, radykalnie zmienił zdanie. W przemówieniu wygłoszonym na VI Kongresie Związków Zawodowych w dniu 19 czerwca 1967 roku, potępił oficjalnie agresję Izraela i jej sympatyków w Polsce, nazywając ich „syjonistami” i „V kolumną” Izraela. W listopadzie tego samego roku, Polska poparła też rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ, żądającą od Izraela wycofania jego wojsk z okupowanych terenów arabskich.

Sprawa agresji Izraela nie zdążyła jeszcze ucichnąć, gdy wybuchła nowa afera, tym razem ze studentami. W Warszawie z okazji 50. rocznicy Rewolucji Październikowej 25 listopada 1967 roku, Teatr Narodowy wystąpił z premierą znanego utworu Adama Mickiewicza pt. „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Utwór ten, w założeniu swoim był antycarski. W nowej inscenizacji przybrał on natomiast charakter antyrosyjski. Wystawienie „Dziadów” stworzyło dogodny pretekst do organizowania demonstracji antyradzieckich. Organizowali je znani już przywódcy opozycji studenckiej z Michnikem, Blumszteinem i Szlajferem na czele. W tej sytuacji, czynniki polityczne podjęły decyzję o czasowym przerwaniu wystawiania tego utworu. Organizatorzy demonstracji natychmiast wykorzystali ten fakt do dalszego dyskredytowania władz pod hasłem obrony kultury narodowej. Puszczono plotkę głoszącą, że zdjęcie „Dziadów” nastąpiło na żądanie ambasady radzieckiej. Dnia 30 stycznia, odbyło się ostatnie przedstawienie. Publiczność przyjęła arcydzieło owacją. Wieczorem spod teatru ruszył ku pomnikowi Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu pochód z transparentami, żądającymi następnych przedstawień. Milicja Obywatelska nie interweniowała. Dopiero później władze doprowadziły do relegowania dwóch organizatorów tej demonstracji: Michnika i Szajfera. To dało z kolei pretekst, do organizowania akcji w ich obronie. Zebrano 3145 podpisów pod odpowiednią petycją. 16 lutego przekazano ją do sejmu. Dnia 29 lutego 1968 roku, odbyło się zebranie Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich. Wyjaśnienia przedstawiciela władz, który niezręcznie bronił decyzji o zdjęciu „Dziadów”, oburzyły zgromadzonych pisarzy. Przeciw machinacji władz opowiedzieli się Paweł Jasienica i Antoni Słonimski. Po burzliwej dyskusji większością 221 przeciw 124 głosom, uchwalono rezolucję protestacyjną przeciw polityce zagrażającej rozwojowi kultury i żądającej przywrócenia inscenizacji „Dziadów”. 3 marca kilku pisarzy podpisało list do rektora UW Stanisława Turskiego z apelem o umorzenie postępowania dyscyplinarnego wytoczonego studentom, którzy naruszając być może przepisy porządkowe okazali się wiernymi kulturze narodowej i ogólnoludzkiej. List podpisali: Jerzy Andrzejewski, Jacek Bocheński, Mieczysław Jastrun, Paweł Jesinica, Jan Józef Lipski, Antoni Słonimski, Melchior Wańkowicz, Adam Ważyk.

Na szeroką skalę, studenci przystąpili do organizowania akcji protestacyjnej. Wspierani oni byli przez niektóre autorytety. Od lutego na terenie Uniwersytetu Warszawskiego toczyła się swoistego rodzaju „wojna ulotkowa”. W obiegu znalazły się teksty środowisk opozycyjnych, jak i ulotki, które, jak sądzono, powstały z inspiracji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Punkt kulminacyjny tej „wojny” nastąpił 8 marca. Tego dnia, w okolicach uczelni pojawiły się tajemnicze autokary z napisami „wycieczka”. Tuż przed południem na dziedzińcu Uniwersytetu zebrało się kilka tysięcy studentów. Irena Lasota - słuchaczka wydziału socjologii - odczytała projekt rezolucji. Domagano się w niej liberalizacji, poszanowania tradycji demokratycznych i wolnościowych, a także unieważnienia decyzji o usunięciu kilku studentów z uczelni oraz bezpośrednich rozmów zarówno z ministrem oświaty i szkolnictwa wyższego Henrykiem Jabłońskim, jak i z rektorem. Tymczasem dookoła studentów zaczęli się gromadzić wychodzący z autokarów cywile (aktyw robotniczy, ORMO, milicja). Wtargnięcie obcych na uczelnię studenci określi, jako zwykłą prowokację. Wobec agresywnego zachowywania się cywilów, rektor Uniwersytetu oraz pracownicy naukowi postanowili jak najszybciej opanować napiętą sytuację. Studenci, przekonani obietnicą kolejnego, legalnego wiecu, zaczęli rozchodzić się. Wówczas zaatakowali cywile, ORMO oraz umundurowane oddziały milicji. Na uniwersyteckim dziedzińcu rozgrywały się dramatyczne sceny. Od 8 do 11 marca zaaresztowano głównych inspiratorów i przywódców ruchu studenckiego.

Dnia 9 marca odbyły się wiece na Politechnice, których uczestnicy wyrazili solidarność z Uniwersytetem i potępili brutalną akcję milicji. Protesty rozszerzyły się na cały kraj. Trwały one cały tydzień i objęły tysiące studentów. W toku zajść w skali całego kraju aresztowano 1208 osób, w tym 367 studentów. Uwolniono z braku dowodów winy 6687 osób, skazano zaś 50 osób, w tym 20 studentów. Pewna liczba studentów została także zawieszona w prawach studenta lub relegowana z uczelni.

Postawa radia, prasy i telewizji miała również duże znaczenie dla wydarzeń w marcu 1968 roku. W czasie całych zajść, środki masowego przekazu podawały bardzo lakoniczne informacje. Dopiero od 11 marca w prasie pojawiły się szersze artykuły. Były to jednak często rozprawy ideologiczne, słabo informujące o genezie i przebiegu wydarzeń.

Społeczeństwo było zdezorientowane. Dopiero 19 marca 1968 roku, przeprowadzono transmitowane przez radio i telewizję spotkanie aktywu partyjnego stolicy, w czasie którego Gomułka wygłosił dłuższe przemówienie, szerzej informując o genezie i przebiegu wydarzeń. Dopatrywał się on ich w działaniu opozycji rewizjonistyczno-syjonistycznej. Gomułka twierdził, iż w Polsce z pewnością są żydowscy nacjonaliści, wyznawcy ideologii syjonistycznej. Wprawdzie uspokajał opinię publiczną, że syjonizm nie stanowi niebezpieczeństwa dla socjalizmu w Polsce, ale jednocześnie mówił: „Nie oznacza to jednak, że w Polsce nie ma w ogóle problemu, który nazywałby się samookreśleniem się części Żydów-obywatelów naszego państwa”. (C.Z.)

Artykuł pochodzi ze strony The Polish Observer

Przeprowadzono ją 26 marca 1943 roku. Chociaż nosiła kryptonim „Meksyk II”, to bardziej znana jest jako „Akcja pod Arsenałem” i była jedną z najważniejszych operacji zbrojnych Szarych Szeregów. Jej celem było odbicie harcmistrza Janka Bytnara - „Rudego” oraz 25 innych więźniów politycznych, przewożonych z siedziby Gestapo przy Alei Szucha do warszawskiego więzienia na Pawiaku.

Napis na murach Warszawy wykonany przez harcerzy z organizacji „Wawer” / foto: WikipediaW nocy z 18 na 19 marca 1943 roku, w swoim mieszkaniu przy ul. Osieckiej, ujęty został komendant Hufca Praga - „Heniek” Henryk Ostrowski z żoną. Do dziś nie udało się ustalić, w jaki sposób Gestapo wpadło na jego trop. Postępowanie wyjaśniające, podjęte przez władze Szarych Szeregów, wykluczyło jedynie, że to celne uderzenie niemieckich służb, było wynikiem zdrady. W czasie gruntownej rewizji mieszkania Ostrowskich, gestapowcy znaleźli wiele materiałów szkoleniowych i wywiadowczych, wśród których były również opracowane przez „Heńka” szkice sytuacyjne do przygotowywanej właśnie akcji „Czarnocin”. Prawdopodobnie przy „Heńku”, odkryto również notes z prymitywnie zaszyfrowanym adresem Janka Bytnara „Rudego”, który następnie bez trudu gestapowcy odczytali. Dla Niemców stało się jasne, że weszli w posiadanie ważnej nici, mogącej zaprowadzić ich do oddziału zajmującego się dywersją kolejową. Musieli działać szybko i zdecydowanie. Za wszelką cenę, chcieli wyrwać z „Heńka” kolejne elementy zawiłej układanki. W katowni Gestapo przy Alei Szucha, rozpoczęto brutalne śledztwo, które po miesiącu przyniosło pierwszy efekt.

Tymczasem, w nocy z 22 na 23 marca, w kamienicy przy al. Niepodległości 159, ta sama ekipa warszawskiego Gestapo, aresztowała „Rudego” i jego ojca Stanisława. Bytnar był komendantem Hufca „Południe” warszawskich Grup Szturmowych  Szarych Szeregów. Aresztowanie „Rudego”, nie będące przecież pierwszym ciosem Gestapo w ową organizację, wywołało jednak niezwykłą reakcję. Przyjaciel Bytnara, a zarazem zwierzchnik, podporucznik AK „Zośka”, czyli Tadeusz Zawadzki, zastępca dowódcy warszawskich Grup Szturmowych i komendant Hufca „Centrum”, na wiadomość o aresztowaniu „Rudego”, która dotarła do niego już 23 marca rano, odpowiedział decyzją o odbiciu kolegi i zarządzeniem alarmu bojowego w Hufcach „Centrum” oraz „Południe”. Równocześnie z trwającymi przygotowaniami do akcji, „Zośka” w trybie nagłym, nawiązał kontakt ze swoimi przełożonymi - z komendantem Chorągwi Warszawskiej Szarych Szeregów harcmistrzem „Orszą” (Stanisławem Broniewskim), z którym udał się do Naczelnika Szarych Szeregów harcmistrza „Nowaka” (Floriana Marciniaka). Przedstawiona przez „Zośkę” koncepcja odbicia „Rudego”, chociaż bez precedensu, szaleńcza i oparta jedynie na przypuszczeniu, że aresztowany zostanie tego samego dnia przewieziony z siedziby Gestapo na Pawiak, została wstępnie zaakceptowana przez obu zwierzchników, którzy rozpoczęli starania o nawiązanie kontaktu ze sztabem Oddziałów Dyspozycyjnych Kedywu KG AK, któremu to Grupy Szturmowe podlegały. Naczelnik „Nowak” udostępnił „Zośce” swojego wywiadowcę - „Wesołego” (Zygmunta Kaczyńskiego), który jako akwizytor firmy „E. Wedel” miał możliwość dotarcia do gmachu Gestapo.

Podstawowym problemem, jaki stanął przed „Zośką” podczas szczegółowego planowania akcji, było zsynchronizowanie trzech elementów niezbędnych do przeprowadzenia udanej operacji: uzyskania wiadomości o „Rudym” z Pawiaka i siedziby Gestapo, zgody od władz Kedywu na wykonanie odbicia oraz samo zakończenie przygotowań do akcji.

Już w południe tego samego dnia, „Zośka” i „Orsza” spotkali się z zastępcą dowódcy Oddziałów Dyspozycyjnych Kedywu KG AK kapitanem  „Mietkiem” (Mieczysławem Kurkowskim). Niestety, wobec nieobecności w Warszawie dowódcy Oddziałów Dyspozycyjnych Kedywu majora Jana Kiwerskiego - „Lipińskiego”, „Mietek” oświadczył, że sam nie może wydać zgody na przeprowadzenie akcji. „Zośka” postanowił jednak nie przerywać przygotowań.

Akcję „Meksyk” zaplanowano na godzinę 17:30. Do tego czasu „Zośka” miał uzyskać od „Mietka” decyzję sztabu Kedywu KG AK. Więźniów na trasie Pawiak - Gestapo na Szucha - Pawiak przewożono krytą ciężarówką, „budą” marki Renault, o numerze rejestracyjnym „Pol - 72 076”. Dzięki informacjom „Kuby” Konrada Okolskiego, który również swego czasu był więźniem Pawiaka, ustalono codzienną drogę „budy”. „Zośka” z „Orszą” wyjechali na rekonesans. Całą drogę przebyli rikszą, poszukując miejsca najdogodniejszego do przeprowadzenia akcji. Uderzenie zaplanowano w godzinach popołudniowych, w czasie powrotu „budy” z Gestapo na Pawiak, u zbiegu ulic Bielańskiej, Długiej i Nalewek w pobliżu Arsenału oraz ruin części Pasażu Simonsa. Koncepcja „Zośki” zakładała zaatakowanie pojazdu na łuku jednego z zakrętów, kiedy to ciężarówka wyjeżdżając z Bielańskiej w Nalewki musiała, przecinając ulicę Długą, pokonać dwa zakręty w kształcie litery „S”. Na tym łuku, prędkość samochodu była najmniejsza, zatem „Zośka” postanowił ustawić pierwszy element dowodzonej przez siebie grupy - czteroosobową sekcję „Butelki” kierowaną przez Jana Rodowicza, pseudonim „Anoda”, właśnie w tym miejscu. Niepokój, czy uda się zatrzymać więźniarkę, decydująco wpłynął nie tylko na ostateczny wybór lokalizacji, lecz także na plan samego uderzenia. Na drodze policyjnej „budy”, zdecydowano się bowiem na umieszczenie aż czterech przeszkód.  I tak, gdyby mimo obrzucenia butelkami zapalającymi ciężarówka dalej posuwała się Nalewkami, następnym elementem ataku miała być trzyosobowa sekcja „STEN I” dowodzona przez „Maćka” - Sławomira Bittnera. Ekipa ta, miała z kolei za zadanie ostrzelać szoferkę samochodu z pistoletu maszynowego, prawie prostopadle do osi jego jazdy, pod kątem 90º - tak, aby pociski przeszywając szoferkę na wylot, nie grzęzły we wnętrzu więźniarki i nie raziły transportowanych więźniów.

Kolejną sekcją stojącą w głębi Nalewek była także trzyosobowa ekipa „STEN II” dowodzona przez „Słonia”- Jerzego Gawina. Uzbrojona w jeden pistolet maszynowy (cały oddział posiadał jedynie dwa Steny i broń krótką), ekipa ta otrzymała zadanie bezwzględniejsze: zatrzymać „budę” za wszelką cenę! „STEN II” miał bić ogniem ciągłym pod kątem 45º do osi jazdy, a więc na skos w szybę szoferki, ryzykując już straty, jakie musieliby ponieść więźniowie.

Ostatnią zaporą na drodze więźniarki miała być również trzyosobowa sekcja „GRANATY”, dowodzona przez Aleksego Dawidowskiego „Alka”. Jej zadaniem było rozbicie motoru samochodu czterema posiadanymi granatami. Dodatkową misją tej sekcji, miała być także osłona akcji z kierunku Nalewki - Getto. Cdn… (C.Z.)

Artykuł pochodzi ze strony The Polish Observer

Stanisław Cat-Mackiewicz nazywał go „wachmistrzem Soroką Piłsudskiego”, a przeciwnicy Piłsudczyków - „ministrem od klozetów”. Zarzucano mu gnębienie opozycji, tępotę, służbistość, bezkrytyczne uwielbienie dla Marszałka. Był generałem, lekarzem, politykiem i pisarzem. Zmarł w Londynie 50 lat temu…

Felicjan Sławoj-Składkowski jako minister spraw wewnętrznych / foto: WikipediaCzytelnikowi jako tako obeznanemu z historią Polski międzywojennej, odgadnięcie o kim mowa, nie sprawiło zapewne kłopotu - bohaterem niniejszego artykułu jest generał Felicjan Sławoj-Składkowski, postać tyleż sławna, co kontrowersyjna. Zasłynął głównie z powodu nadmiernej troski o to, by w każdym obejściu wiejskim znalazła się ubikacja. Stąd właśnie wzięła się nazwa „sławojka” dla wolno stojących wiejskich drewnianych toalet. Cokolwiek by nie powiedzieć, zarzucana przez oponentów owa „nadmierna troska”, a raczej jej skutki, była skokiem cywilizacyjnym, jako że wcześniej polska wieś nie znała toalet, tak więc ich pojawienie się, znacznie poprawiło poziom higieny. Ale nie tylko tym zajmował się generał Sławoj-Składkowski, a jak widać z jego biografii, na pewno nie zasłużył na to, by jedynie „sławojki” mu przypisywać.

***
W dwudziestoleciu międzywojennym (1918-1939), aż 19 polityków było premierami rządu II RP. Jak łatwo policzyć, średni czas pełnienia tej funkcji tylko minimalnie przekraczał 1 rok. Premierem, który najdłużej utrzymał się na tym stanowisku, był właśnie generał Felicjan Sławoj-Składkowski…

Urodził się 9 czerwca 1885 roku w Gąbinie koło Gostynina w zaborze rosyjskim. Był jednym z sześciorga dzieci Wincentego (sędziego pokoju w Gąbinie, uczestnika Powstania Styczniowego) i Anny z Wójcickich. Uczęszczał do gimnazjum realnego w Łowiczu, a egzaminy maturalne zdał w gimnazjum filologicznym w Kielcach. W roku 1904, rozpoczął studia na wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Naukę przerwała mu działalność polityczna w PPS i w szeroko rozumianym ruchu niepodległościowym, kierowanym przez Józefa Piłsudskiego. Za udział w manifestacji na placu Grzybowskim w Warszawie, został aresztowany i osadzony w więzieniu na Pawiaku. W 1906 roku, wyjechał do zaboru austriackiego, do Krakowa, aby podjąć przerwane studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Początkowo zamierzał praktykować jako lekarz chorób wewnętrznych, ale ostatecznie zdecydował się na chirurgię, z ginekologią jako dodatkową specjalnością. Dyplom lekarski uzyskał w roku 1911. Znalazł zatrudnienie w klinice chorób wewnętrznych. Od stycznia 1912 roku, pracował w klinice chirurgicznej prof. Kadera, później praktykował jako lekarz chirurg i ginekolog w Sosnowcu. Od stycznia 1914 roku, kierował lecznicą Kadera. W czasie studiów kontynuował działalność polityczną. Jesienią 1918 roku, był jednym z przywódców Polskiej Organizacji Wojskowej w Zagłębiu Dąbrowskim. Uczestniczył w akcji rozbrajania Niemców. Na polecenie Piłsudskiego skutecznie działał na rzecz pokonania komunistycznej rebelii i zapewnienia spokoju w przeprowadzeniu pierwszych w wolnej Polsce wyborów do Sejmu, zajmując się rozbrajaniem oddziałów komunistycznej Czerwonej Gwardii. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, uczestniczył w walkach na froncie litewsko-białoruskim. W roku 1924, odbył roczny kurs we francuskiej Wyższej Szkole Wojennej w Paryżu. W tym samym roku, został mianowany generałem brygady. W czasie tzw. „przełomu majowego” stanął po stronie Józefa Piłsudskiego. Jesienią został mianowany ministrem spraw wewnętrznych. Powołując go na to stanowisko, Marszałek powiedział: „Niepotrzebna tu polityka. Wszyscy krzyczą, że jesteś administrator, więc dlatego będziecie ministrem”. Był to okres zaostrzania się konfliktu pomiędzy obozem sanacyjnym, a parlamentem i pogłębiającego się kryzysu gospodarczego. Składkowski był w ciągłym kontakcie z elitą obozu piłsudczykowskiego. Nie podejmował jednak decyzji o charakterze politycznym, będąc sprawnym administratorem i energicznym wykonawcą decyzji sanacyjnego kierownictwa. Jako minister spraw wewnętrznych, wydał rozporządzenie nakazujące między innymi stawianie ubikacji na polskich wsiach, gdyż jako lekarz z wykształcenia przywiązywał dużą wagę do podnoszenia poziomu higieny. Po śmierci Józefa Piłsudskiego związał się z Edwardem Rydzem-Śmigłym. 19 marca 1936 roku, mianowany został generałem dywizji, a 16 maja stanął na czele rządu, jako premier RP. Objął jednocześnie kierownictwo nad resortem spraw wewnętrznych.

4 czerwca 1936 roku, Składkowski wygłosił przemówienie w Sejmie, podczas którego wskazał na założenia polityki swojego rządu. Szczególnie mocno nawiązał do postaci Śmigłego-Rydza, jako kontynuatora działań Piłsudskiego. Według niego, rząd miał współpracować z wszystkimi, którzy chcą budować silną Polskę, ale nie pójdzie „ani w prawo, ani w lewo”.
W czerwcu 1937 roku, ze względu na trwający tzw. „konflikt wawelski”, dotyczący miejsca Piłsudskiego na Wawelu, Składkowski demonstracyjnie złożył dymisję swojego rządu. Nie została ona przyjęta. Funkcję premiera pełnił aż do tragicznego września 1939 roku, kiedy to po internowaniu na terenie Rumunii złożył dymisję na ręce nowego Prezydenta RP, Władysława Raczkiewicza. W roku 1940, przez Bułgarię przedostał się do Turcji. Jego prośby do generała Sikorskiego, jako premiera i Naczelnego Wodza, o przydzielenie do służby, nie zostały uwzględnione, ale pozwolono mu na udanie się do polskiego ośrodka wojskowego w Palestynie. Dopiero po śmierci Sikorskiego powołano go na stanowisko szefa sanitarnego polskich formacji wojskowych na Środkowym Wschodzie. Po wojnie przebywał w Wielkiej Brytanii. Gdy rozwiązano Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczania, osiedlił się w Londynie. Sławoj-Składkowski jest autorem wielu książek wspomnieniowych, a także artykułów i felietonów publikowanych na łamach londyńskich „Wiadomości” i paryskiej „Kultury”. Spośród jego książek, do najbardziej znanych i cenionych należą: „Moja służba w I Brygadzie”, „Strzępy meldunków” i „Nie ostatnie słowo oskarżonego”.

***
Felicjan Sławoj-Składkowski jest postacią kontrowersyjną. Przez piłsudczyków postrzegany był jako doskonały administrator, zdolny organizator i osoba poświęcona bez reszty działalności państwowej. Przeciwnicy sanacji podkreślali jego antydemokratyczne poglądy, wprowadzanie ogromnej ilości biurokratycznych przepisów i fanatyczne oddanie Piłsudskiemu. Rozpowszechniona w środkach masowego przekazu niechęć lub wręcz wrogość do generała Sławoja-Składkowskiego wynika między innymi z przypiętej mu w sposób zupełnie bezpodstawny „łatki” antysemityzmu. Gdy pytano go jako premiera rządu, czy prowadzona będzie walka z handlem żydowskim, odpowiedział - „Owszem”, ale dodał natychmiast, że „tylko w kategoriach konkurencji, bez żadnej krzywdy”. Tego, co Składkowski dodał do słowa „owszem”, oskarżający go o antysemityzm nie zauważają.

Najłatwiej było pokpiwać ze Sławoja w związku z jego zaangażowaniem się w budowę ubikacji na wsiach. Ta część jego walki o poprawę higieny i stanu zdrowotności w kraju, budziła wiele wesołości i drwin. Składkowski mógłby powiedzieć prześmiewcom: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”. Był lekarzem z wykształcenia i miał duże zasługi w zwalczaniu chorób epidemicznych. Nakazał, by w każdej posesji był czysty ustęp i zamykany śmietnik. Był między innymi autorem zarządzeń o skanalizowaniu osiedli robotniczych i kontroli stanu sanitarnego targowisk.

Trudno też nie docenić jego zasług dla poprawienia estetyki miast i wsi. To była bardzo potrzebna praca cywilizacyjna, ważna również dlatego, że dawała wiele wakatów dla bezrobotnych. Czy minister i premier musiał się tak angażować w sprawy higieny i estetyki? Musiał, bo społeczeństwo samo z siebie nie odczuwało takiej potrzeby, a II RP była w tym zakresie zaniedbana. (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Przeprowadzono ją 26 marca 1943 roku. Chociaż nosiła kryptonim „Meksyk II”, to bardziej znana jest jako „Akcja pod Arsenałem” i była jedną z najważniejszych operacji zbrojnych Szarych Szeregów...

an Bytnar ps. „Rudy” / foto: WikipediaObok wspomnianej tydzień temu grupy ATAK, w skład oddziału, którego misją miało być odbicie harcmistrza Janka Bytnara - „Rudego” oraz 25 innych więźniów politycznych, przewożonych z siedziby Gestapo przy Alei Szucha do warszawskiego więzienia na Pawiaku, wchodziła jeszcze druga, trzynastoosobowa grupa UBEZPIECZENIE, dowodzona przez podharcmistrza „Giewonta”, czyli  Władysława Cieplaka. Miała ona nie dopuścić na teren całej akcji przypadkowych sił wroga. Grupa ta,  składała się z sekcji: STARE MIASTO dowodzonej przez „Katodę” Józefa Saskiego, GETTO dowodzonej przez „Felka” Feliksa Pendelskiego i ubezpieczenia wozu, którym miano ewakuować „Rudego”. Jej skład z kolei to: „Jurek TK” Jerzy Pepłowski i „Gruby” Andrzej Zawadowski.

W pierwszej wersji planu, zamierzano ewakuować „Rudego” dorożką obstawioną przez „Grubego”. Tak przygotowany zespół 23 marca 1943 roku, po godzinie 17:00, zajął stanowiska w pobliżu Arsenału. Tuż przed przyjazdem więziennej „budy”, na miejscu przyszłej akcji zjawił się kapitan „Mietek” (Mieczysław Kurkowski). Niestety, nie udało mu się nawiązać kontaktu z majorem „Lipińskim” (Jan Kiwerski), który przebywał poza Warszawą. „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) wiedząc, że za kilka minut z ul. Bielańskiej nadjedzie więźniarka z „Rudym”, nakazał zwinięcie akcji. Chłopcy odeszli. Na skrzyżowaniu Długiej i Bielańskiej pozostali tylko „Zośka”, „Giewont” i „Orsza” (Stanisław Broniewski). Po kilku minutach, obok nich przejechała policyjna „buda”. Na jej widok, „Zośka” bezsilnie zacisnął dłoń na pistolecie... „Mam pełne przeświadczenie, że byłem świadkiem najwyższego misterium pojęcia karności...” - tak po latach relacjonował te chwile „Orsza”.

Następnego dnia również nie doszło do uderzenia, bowiem w stolicy ciągle nie było majora „Lipińskiego” (dowódcy Oddziałów Dyspozycyjnych Kedywu), a mimo tego, nikt nie przerywał przygotowań do akcji odbicia Bytnara. W tym czasie, w Alei Szucha, „Rudy” przechodził bestialskie tortury...

***

Gestapowcy wiedzieli kogo mają. Śpieszyli się. Za wszelką cenę chcieli wydobyć z Bytnara informacje o jego kolegach i o Szarych Szeregach. Swoim milczeniem chłopak doprowadzał ich do wściekłości. Bili go do chwil, w których tracił przytomność. Cucono go wodą i katowanie rozpoczynano od nowa. Buciorami zmiażdżono mu na kamiennej podłodze dłonie. Na głowie złamano gruby, drewniany kij. Już z pierwszego przesłuchania na Pawiak wywieziono go na noszach. Po drugim, nie mógł rozpoznać go ojciec - również trzymany na Pawiaku. „Zośka” jakimś szóstym zmysłem wyczuwał, że jego przyjaciel ginie. Wiedział, że trzeba go wyrwać z gestapowskich rąk. Ucieczką przed dręczącymi go myślami, była ogromna praca, jaką wykonał przygotowując akcję „Meksyk II”.

26 marca 1943 roku, pomimo że nadal nie było formalnej zgody Kedywu KG AK, cały zespół „Zośki” o godzinie 17:00 ponownie zajął upatrzone z góry stanowiska. Nie było już czasu na dyskutowanie o szansach i celowości akcji. Chodziło o sekundy...

Decyzja zapadła podczas połączenia telefonicznego w pobliskiej aptece. Odpowiedzią „Lipińskiego” był tylko jeden wyraz: „Trzaskać!”. Oddajmy głos dowódcy akcji, „Orszy”:
„G 17:20 i 17:30. Dwukrotnie przejeżdża przez nasz plac motocykl Schutzpolizei z trzema policjantami w hełmach i rkm. Pełniący na samym placu służbę policjant („granatowy”) zajmuje punkt „I”. G. 17:30. Sygnał gwizdkiem. Powtarza go mój przyboczny „Giewont”. D-ca ATAKU podbiega do policjanta „I”, wzywa go do oddania broni. Policjant cofa się na jezdnię i dobywa broni. D-ca ATAKU strzela doń. Po dwu strzałach policjant ranny pada. D-cy ATAKU zacinają się oba pistolety i nie może wykończyć policjanta. W tym czasie auto zdezorientowane strzałami wchodzi w pozycję „II”. Jednocześnie d-ca sekcji GRANATY likwiduje idącego Nalewkami w towarzystwie kobiety oficera SS „III”. Gdy auto weszło w pozycję „II”, sekcja BUTELKI rzuca butelki w szybę szoferki, wybiegłszy na jezdnię. Szoferka staje w płomieniach, auto powoli przejeżdża w pozycję „IV”. Z szoferki wypada płonący Niemiec „V”, drugi wypadł na jezdnię „VI”. Sekcja BUTELKI oddaje strzały do tyłu wozu. Wóz toczy się dalej. Siedzący z tyłu gestapowcy dobywają broń i zaczynają strzelać. Wóz stacza się w pozycję „VII”. Siedzący z tyłu gestapowiec „VIII” zostaje zabity przez jednego z sekcji BUTELKI. Drugi ostrzeliwuje się bardzo mocno. Jeden z sekcji BUTELKI stwierdził po akcji przestrzelenie oraz wgniecenie od kuli portfelu na piersi, a trzecia kula drasnęła go w szyję. Cały ATAK grupuje się w rejonie „IX”. Przebiegającego przez jezdnię członka sekcji STEN I „Tadzia II” (inny ps. „Buzdygana”) rani w brzuch i nogę leżący na ziemi policjant. „Tadzio II” pada na miejscu „X”. STEN oddaje serię do Niemca „V”, który mimo płonącego munduru sięga po broń. Niemiec zostaje zabity. Następuje ostra wymiana strzałów grupy ATAKU z pozycji „IX”, z siedzącym z tyłu wozu gestapowcem (wóz stacza się do pozycji „XI”) oraz z żandarmami z getta „XII”. W tym czasie plac pustoszeje zupełnie. Przemyka się na rowerze żołnierz niemiecki oraz z dobytą bronią przejeżdża wojskowe osobowe auto niemieckie, nie ingerując zupełnie w akcję. Tłumy pierzchają, proszą mnie o wskazówki, co mają robić. Spycham je w boczną ulicę. Wymiana strzałów trwa. Auto bardzo powoli toczy się w kierunku getta. ATAK nie może oderwać się od filarów (rejon „IX”). Za jednym z filarów kryje się „granatowy przodownik”, który zostaje raniony przez jednego z ATAKU „XIII”. „Granatowy policjant I” leżąc, strzela w moją stronę. Dobiega ktoś z UBEZPIECZENIA  i STARE MIASTO. Powtórnie rani. Grupuję wszystkie UBEZPIECZENIA w moim rejonie „XIV”. Jesteśmy podzieleni na dwie grupy w rejonach „IX” i „XIV”.

G. 17:35. Auto zatrzymuje się w pozycji „XV”. ATAK odrywa się od filarów, poprzez ruiny wśród strzałów dochodzi do auta. Gestapowiec ostatni, ranny, wyskakuje i ucieka za auto. Wybiegają więźniowie w kierunku „XVI”. Jednocześnie wsadzamy do naszego auta „Tadzia II” oraz zatrzymujemy w rejonie „XIV” drugie auto cywilne, terroryzując załogę. ATAK cofa się, unosząc „Rudego” oraz ciągnąc ranną kobietę spośród więźniów. Kobietę ładujemy do zdobytego auta. „Rudy” zostaje załadowany do naszego auta w miejscu „XVII”. Przy szoferze siada d-ca ATAKU i odjeżdża w kierunku Stare Miasto. Za nim auto z ranną kobietą. Gwizdek ściąga wszystkich w rejon „XIV” i „XVII”. Polecam odbiegać w kierunku „XVIII”.
Powtórnym głośnym gwizdkiem ściągam resztę. Odchodzę w ostatniej grupie. Na końcu biegnie przyboczny. Ulica zupełnie pusta. Za nami nie ma już nikogo. Nagle przed nami padają strzały. To z bramy Arbeitsamtu „XIX”, kilku Niemców ostrzeliwuje nas. Zostaje ranny d-ca sekcji GRANATY - „Glizda”. „XX”, „Anoda” zabija Niemca mierzącego powtórnie do „Glizdy”. „Glizda” z pozycji leżącej rzuca granat do bramy i kończy opór. Ludzie cofają się ponownie na mnie. Każę im biec w dym od granatu. Zatrzymujemy trzecie auto, wsadzamy „Glizdę”, siada nasz człowiek i odjeżdża, biegniemy dalej. Chowamy broń. G 17:45. Dobiegamy do rogu Miodowej, trafiamy na panikę, dwu „granatowych” odwraca się do nas plecami. Nasze trzecie auto mija opancerzona ciężarówka wojskowa, staje w poprzek ulicy i dwóch wybiegających z niej żołnierzy kieruje się do naszego auta. Ranny „Glizda” otwiera drzwi samochodu i rzuca granat. Dwaj Niemcy, prawdopodobnie ranni, zostają na ulicy, a ciężarówka ucieka. Skręcam ludzi w Miodową. Każę się rozproszyć na dwie strony ulicy i dopytywać się: „co się tam stało?”. Oddział wsiąka w tłum.

Zestawienie: w akcji brało udział 1+25 ludzi. Straty własne: jeden aresztowany, dwu ciężko rannych, którzy później zmarli w szpitalu. Straty nieprzyjaciela: 6 zabitych, w tym jeden cywil, rannych jeden z załogi auta i dwu w bramie Arbeitsamtu, prawdopodobnie również dwu żołnierzy z załogi ciężarówki, poza tym zostało rannych dwu „granatowych”. Uwolniono dwu ludzi własnych oraz 23 więźniów politycznych, w tym 6 kobiet. Z tego należy uważać za straconych powtórnie aresztowanego mężczyznę i ranioną kobietę. Zniszczono jedną ciężarówkę nieprzyjaciela, zdobyto dwa auta, z tego jedno potem porzucono oraz zdobyto dwa waltery”.

***

Tyle wyjaśnia raport „Orszy”. Jego meldunek napisany parę dni po akcji i oparty o świeże relacje wszystkich uczestników zawiera jednak kilka błędów, które dopiero po wojnie sam „Orsza” zweryfikował. W wyniku akcji, uwolniono 21, a nie jak stwierdza raport 25 osób (po wojnie poznano nazwiska 19 osób). Ten sam błąd występuje również na tablicy pamiątkowej wmurowanej po wojnie w ścianę odbudowanego Arsenału.

Wśród uwolnionych znalazł się także „Heniek” - hufcowy PR. Błędna jest także liczebność grupy biorącej udział w akcji (1+25). „Orsza” nie uwzględnił trzech ludzi, którzy dołączyli do oddziału w ostatniej chwili. Byli to „Bolec”, „Kopeć” i „Felek”. To właśnie butelka rzucona przez „Bolca” jako jedyna trafiła w szoferkę zapalając siedzących w niej SS-manów. Już w czasie odwrotu grupy ul. Długą, „Kopeć” kilkoma strzałami powalił SS-mana, który mierzył z broni do „Anody” - tej sekwencji w raporcie „Orszy” nie ma. (C.Z.)

Artykuł pochodzi ze strony The Polish Observer

Minęła kolejna, 68. rocznica jednej z najbardziej spektakularnych akcji polskiego podziemia, jaką bez wątpienia był zamach na esesmańskiego oprawcę Franza Kutscherę, zwanego „katem Warszawy”…

Ówczesny Gauleiter Karyntii Franz Kutschera w długim płaszczu, podczas wizyty Heinricha Himmlera w niemieckim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen w 1941 roku / foto: WikpediaZ zawodu był ogrodnikiem, a w latach 1918-1919 służył w austro-węgierskiej Marynarce Wojennej. Po wojnie przebywał nie tylko na Węgrzech, ale i w Czechosłowacji. W 1930, wstąpił do NSDAP, a rok później, został członkiem SS. W latach 1935-1938 był zastępcą dowódcy 90. pułku SS „Kärnten” w Klagenfurcie, a następnie do roku 1941 - Gauleiterem Karyntii oraz jednocześnie posłem do Reichstagu (funkcję tę sprawował do 1944 roku). Franz Kutschera służył także na froncie w czasie wojny z Francją, a od 30 stycznia 1942 roku, w sztabie operacji antypartyzanckich generała von dem Bacha-Zelewskiego. W 1940 roku, został generałem brygady (SS-Brigadeführer), a dwa lata później generał-majorem. Odznaczony został Krzyżem Żelaznym I i II klasy. W kwietniu 1943 roku, został dowódcą SS i Policji w okręgu mohylewskim, gdzie wsławił się niezwykłym terrorem w stosunku do ludności cywilnej. Został przeniesiony do Warszawy (zastąpił Jürgena Stroopa) we wrześniu 1943 roku, gdzie od 25 września pełnił funkcję dowódcy SS i Policji, kontynuując znaną z Białorusi politykę strachu. Z miejsca zastosował niespotykany do tej pory w okupowanej Warszawie terror w stosunku do ludności cywilnej. Zwiększył liczbę łapanek, egzekucji ulicznych, a obwieszczenia o masowych mordach podpisywał zawsze anonimowo „Dowódca SS i Policji na Dystrykt Warszawski” wiedząc, że polskie podziemie zechce go zlikwidować.

Jesienią 1943 roku Kierownictwo Walki Podziemnej wprowadziło Kutscherę do wykazu akcji „Główki” (czyli na listę osób do likwidacji). Na trop Kutschery, który był bardzo dobrze zakonspirowany, wywiad Armii Krajowej wpadł przypadkiem. Aleksander Kunicki „Rayski”, szef komórki wywiadu oddziału „Agat”, który rozpracowywał Waltera Stamma - szefa Wydziału IV Gestapo, często penetrował dzielnicę policyjną. Tam zaobserwował pojawienie się limuzyny z nieznanym mu generałem. Od tego dnia „Rayski” śledził jego przyjazdy do budynku Gestapo i wkrótce ustalił, że mieszka on w Alei Róż 2 i nosi nazwisko Kutschera. „Rayski” o swoim odkryciu zameldował dowództwu Kedywu. Po kilku dniach, wydało ono na Kutscherę wyrok śmierci. Wykonanie wyroku, powierzono zgrupowaniu „Agat”. Jego dowódca Bronisław Pietraszewicz, pseudonim „Lot” postanowił dowodzić akcją osobiście. Po odebraniu od „Rayskiego” wszystkich ustaleń wywiadu, przystąpiono do przygotowania planu uderzenia…

***
28 stycznia. 1944 rok. Godzina 8:40. Oddział „Lota” rozstawił się na stanowiskach w Alejach Ujazdowskich. Niestety, na przejazd Kutschery się nie doczekał. Dochodzi do zaplanowania  następnej akcji.

***
1 luty. 1944 rok. Godzina 8:50. Żołnierze późniejszego batalionu Grup Szturmowych „Parasol”, podlegającego bezpośrednio Głównej Kwaterze Szarych Szeregów (wcześniej oddział specjalny „Agat”, skrót od „anty-gestapo”, a po 4 stycznia 1944 roku znany jako „Pegaz” od „przeciw gestapo”),  pojawiają się w samym środku ówczesnej niemieckiej dzielnicy. Tu, w Alejach Ujazdowskich, znajduje się biuro SS oraz dowództwo policji kryminalnej, a także - w niewielkiej odległości - siedziba gestapo w Alei Szucha. W akcji bierze udział 12 osób. Ich zadaniem jest likwidacja znienawidzonego przez mieszkańców Warszawy hitlerowskiego oprawcy Franza Kutschery. Wyrok wydał szef Kedywu, płk. Emil Fieldorf  „Nil”
Uczestniczka zamachu, Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama” tak po latach, wspominała to wydarzenie:
„Na wiele miesięcy przed akcją, obserwowałam dom Kutschery, żeby poznać jego rozkład dnia i ustalić dogodną porę do wykonania na nim wyroku. W dniu akcji, moim zadaniem było potwierdzenie tożsamości Kutschery i przekazanie wiadomości, że opuścił dom. Kiedy rozpoczęła się strzelanina wraz z koleżanką schroniłyśmy się w bramie, którą opuściłyśmy po odwrocie kolegów. Pojechałyśmy do punktu kontaktowego, gdzie zostawiłyśmy broń. Potem poszłyśmy do szkoły”…

***
Godzina 9:09. „Kama” sygnalizuje wyjście Kutschery z domu w Alei Róż. Rozpoczyna się akcja. „Kat Warszawy” ma do przejechania zaledwie 140 metrów - tyle dzieliło jego dom od dowództwa SS. Dojeżdża do bramy pałacu. Wtem, drogę zajeżdża mu samochód prowadzony przez „Misia”. Kierowca Kutschery zwalnia, chce przepuścić intruza. Spowalnia także „Miś” i w końcu zatrzymuje wóz. Niemiec usiłuje go wyminąć i rusza ponownie, blokując auto szefa SS. Do zatrzymanego wozu podbiegają „Lot” i „Kruszynka”. Z odległości metra, otwierają ogień w kierunku Kutschery i ranią go. Równocześnie na stanowiska wbiega zespół ubezpieczający, a stojące na ul. Szopena samochody „Sokoła” i „Bruna” cofają się do rogu Alei Ujazdowskich z Aleją Róż. Kutscherę dobija „Miś”, który wyskakuje z wozu i strzałami z pistoletów wspiera osłonę akcji. Niemcy otwierają ogień z siedziby dowództwa SS i wszystkich okolicznych budynków. Ich kule ranią w brzuch „Lota” i „Cichego”, a także „Olbrzyma”. Niegroźny postrzał w głowę dostaje „Miś”, który wraz z „Kruszynką” wyciąga ciało Kutschery z wozu i w pośpiechu szuka przy zabitym dokumentów. Kiedy nic nie znajduje, zabiera jego teczkę. Pod silnym ostrzałem Niemców, uczestnicy akcji wycofują się do samochodów i uciekają wcześniej wyznaczonymi trasami.

***
„Rayski” wywołał nas z lekcji i powiedział, że ranni koledzy są w szpitalu i trzeba ich odbić. Pojechaliśmy do Przemienienia. Ja zostałam na zewnątrz szpitala, żeby kontrolować sytuację, a chłopcy wynieśli kolegów do „pożyczonej” karetki. Odjechaliśmy praktycznie w ostatniej chwili, bo do głównego wejścia podjeżdżali już Niemcy” - wspomina „Kama”...

***
Wiele godzin trwało poszukiwanie placówek, które zgodziłyby się przyjąć rannych. „Sokół” i „Juno”, po odwiezieniu „Lota” i „Cichego” do praskiego szpitala Przemienienia Pańskiego natknęli się na blokadę niemieckiej policji na moście Kierbedzia. Nierówna walka zakończyła się śmiertelnym skokiem dywersantów do Wisły. Straty powiększyły się jeszcze w ciągu kolejnych dni. 4 lutego zmarł w Szpitalu Wolskim „Lot”, a 6 lutego w Szpitalu Maltańskim - „Cichy”. Niemcy w odwecie za zabicie Kutschery nałożyli na Warszawę 100 milionów złotych kontrybucji, a dzień po zamachu, 2 lutego 1944 roku w Alejach Ujazdowskich 21, w pobliżu miejsca przeprowadzenia akcji, rozstrzelali 100 zakładników. Była to jedna z ostatnich publicznych egzekucji przed wybuchem powstania warszawskiego…

***
Cztery dni po śmierci „kata”, doszło do osobliwej uroczystości. W Pałacu Namiestnikowskim, gdzie wystawiono jego ciało, odbyła się uroczystość zaślubin nieżyjącego już Kutschery z Norweżką, która była z nim w ciąży. Tylko dzięki takiemu zabiegowi ich dziecko mogło trafić pod opiekę hitlerowskiego rządu. Po kilku dniach jego ciało opuściło pociągiem Warszawę i zostało przewiezione do Berlina, gdzie odbył się oficjalny pogrzeb. (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Centralny Okręg Przemysłowy w skrócie COP, czyli ośrodek przemysłu ciężkiego, budowany w latach 1936-1939 na terenie południowo-centralnych części Polski, był jednym z największych przedsięwzięć ekonomicznych II Rzeczypospolitej. Jego nadrzędnym celem, było zwiększenie ekonomicznego potencjału Polski, rozbudowa przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego, a także zmniejszenie bezrobocia wywołanego skutkami wielkiego kryzysu…

Na rozwój COP-u przeznaczono w latach 1937-1939, około 60% całości wydatków inwestycyjnych o łącznej wartości 1 miliarda 925 milionów złotych. Budowę COP zainicjował wicepremier do spraw ekonomicznych i jednocześnie minister skarbu, Eugeniusz Kwiatkowski. Rozpoczął on swoją  działalność w bardzo trudnym okresie, jakim bez wątpienia był koniec kryzysu, wzrastające bezrobocie w miastach i ciężka sytuacja polskich wsi. Mimo że produkcja przemysłowa, choć powoli, a jednak wzrastała, to jej poziom, właśnie ze względu na niską siłę nabywczą wsi, daleki był od tego sprzed kryzysu. Kwiatkowski uznał, że najlepszym wyjściem z całej sytuacji, będzie zwiększenie zatrudnienia w przemyśle, gdyż nie było realnych szans na szybkie zmiany w strukturze agrarnej. Zgodnie z panującymi poglądami ekonomicznymi, zapoczątkowanymi przez amerykański „New Deal”, starano się skupić na rozwoju wytwórczości w tych gałęziach przemysłu, które nie przyczyniały się do powstawania dóbr konsumpcyjnych. Dlatego położono nacisk na rozbudowę infrastruktury. W tym celu minister skarbu wraz z Pawłem Kosieradzkim i Władysławem Kosieradzkim, opracował czteroletni plan inwestycyjny, obejmujący okres od 1 lipca 1936 roku do 30 czerwca roku 1940. W pierwszej wersji, działania te miały być prowadzone w całym kraju, ale ze względu na ograniczone środki i nikłe korzyści z rozproszonych inwestycji, zdecydowano się na modyfikację planu. Kwiatkowski zaproponował koncentrację zabiegów w tzw. trójkącie bezpieczeństwa na południu Polski. Swoje zdanie wyraził w przemówieniu sejmowym 5 lutego 1937 roku, podczas którego wystąpił też z wnioskiem o powiększenie przeznaczonego na ten cel kapitału do 2 miliardów 400 milionów złotych, na co uzyskał zgodę. Tak ostatecznie narodziła się idea COP-u.

Inwestycje w COP-ie były kontynuacją planów władz wojskowych realizowanych w rejonie bezpieczeństwa od roku 1922. Władysław Kosieradzki, prawdopodobnie z inspiracji Kwiatkowskiego, słał memoriały do Ministerstwa Spraw Wojskowych, które opublikował w roku 1937, w postaci broszury o tytule „Centralny Okręg Przemysłowy”. II wiceminister spraw wojskowych generał Aleksander Litwinowicz, w planach inwestycji zbrojeniowych w ogóle pomysłów Kosieradzkiego nie brał pod uwagę, a wszelkie decyzje w tym zakresie podejmowały władze wojskowe, usiłując ignorować stanowisko Kwiatkowskiego jako ministra skarbu i próbując sprowadzić go do roli dostarczyciela środków finansowych na rozbudowę przemysłu w rejonie bezpieczeństwa. Memoriały Kosieradzkiego były więc próbą wysondowania planów MSW i Sztabu Generalnego w sprawach zamiarów inwestycyjnych wojska, o których Kwiatkowski był powierzchownie informowany. Dla uzyskania efektów propagandowych, minister skarbu wynajął znakomitego publicystę Melchiora Wańkowicza, który doskonale wywiązał się z powierzonego mu  zadania, przyczyniając się do stworzenia mitu COP, Kwiatkowskiego i - na dalszym planie - Kosieradzkiego, jako twórców całego projektu.

Sama nazwa Centralny Okręg Przemysłowy zrodziła się w Biurze Planowania przy Gabinecie Ministra Skarbu. Zaproponowany obszar COP-u w całości obejmował rejon bezpieczeństwa, którego granice określało rozporządzenie o ulgach inwestycyjnych z 22 marca 1928 roku. Władze wojskowe zaakceptowały propozycję dotyczącą użycia w ustawie o ulgach inwestycyjnych z kwietnia 1938 roku nazwy Centralny Okręg Przemysłowy.

Zamiar skoncentrowania w tym rejonie przemysłu zbrojeniowego, narodził się z kolei już w latach 1921-1922 ze względu na doświadczenia kręgów wojskowych z lat 1914-1920. Wtedy też pojawiła się nazwa „trójkąt bezpieczeństwa” na określenie terenu będącego poza zasięgiem lotnictwa niemieckiego i radzieckiego. W czasie realizacji projektu ta nazwa straciła na aktualności ze względu na znaczny wzrost zasięgu samolotów. Ponadto rejon ten, charakteryzował się znacznym przeludnieniem agrarnym i bezrobociem, dlatego też inwestycja ta była szansą na rozwój tych terenów. Początkowo COP miał być zlokalizowany tylko tu, a więc na terenach najbardziej oddalonych od granicy z Niemcami i ze Związkiem Radzieckim, położonych w widłach Sanu i Wisły, a od południa osłoniętych łańcuchem Karpat. Potem jednak strefa COP-u została powiększona o przyległe tereny ówczesnych województw: kieleckiego, lubelskiego, lwowskiego i krakowskiego.

Centralny Okręg Przemysłowy obejmował swoim zasięgiem obszary obecnego województwa świętokrzyskiego, podkarpackiego, lubelskiego, małopolskiego oraz częściowo mazowieckiego (Radom). Zgodnie z potrzebami obronności kraju, plany zakładały budowę nowych, bądź modernizację już istniejących zakładów przemysłu zbrojeniowego. Inwestycjom COP towarzyszyła rozbudowa infrastruktury komunikacyjnej i energetycznej.

COP zajmował ponad 15% terytorium kraju, zamieszkanego przez 18% ogółu ludności. Łącznie obszar ten liczył około 60 tysięcy km² i ponad 5,6 miliona ludności (93 osoby na km²), z której ponad 80% stanowili mieszkańcy ubogich, przeludnionych wsi. W tym rejonie szczególnie widoczne było przeludnienie agrarne, a nadmiar siły roboczej (ukryte bezrobocie) szacowano tu na 500-700 tysięcy osób. Podzielony został na trzy rejony:
A - surowcowy: kielecki,
B - aprowizacyjny: lubelski,
C - przemysłu przetwórczego: sandomierski.

Poszczególne regiony COP uzupełniały się wzajemnie. Region kielecki, bogaty w kopaliny, miał stanowić zaplecze surowcowe. Region lubelski miał być zapleczem rolniczym, a region sandomierski bazą energetyczną (ropa naftowa, gaz ziemny, elektrownie wodne). Najważniejsza część położona była w widłach Wisły i Sanu z centrum w Sandomierzu. Rejon ten, położony na granicy Polski A i B utożsamiany był właściwie z całym okręgiem ze względu na znaczną liczbę zakładów przemysłowych. W 1939 roku, planowano stworzenie tzw. „województwa COP” - województwa sandomierskiego, w którego granicach miały się znaleźć między innymi Kielce, Rzeszów i Radom.

Prace podjęto z dużym zaangażowaniem, rozpoczynając budowę wielu obiektów jednocześnie. Inwestycjom COP towarzyszyła rozbudowa infrastruktury komunikacyjnej i energetycznej. Energii dostarczać miały elektrownie wodne i cieplne, bazujące na dostępnych tu surowcach. W ramach 30-letniego programu, powstać miało ponad trzydzieści różnorodnych obiektów - elektrowni i zbiorników retencyjnych. Do 1939 roku, w stadium zaawansowanym były hydroelektrownie w Porąbce, Rożnowie na Dunajcu i Czchowie, kończono prace w Czorsztynie, Solinie i Myczkowcach. Inwestycje w Rożnowie sfinalizowali Niemcy, a wiele innych ukończono wiele lat po wojnie. Do 1938 roku natomiast, wybudowano około 300 km gazociągu Gorlice-Jasło-Krosno-Ostrowiec, ale nie udało się doprowadzić go do Warszawy. Pod Rozwadowem powstały huta, zakłady zbrojeniowe - Zakłady Południowe - po wojnie znane jako KM Huta Stalowa Wola i nowe miasto, któremu nadano nazwę Stalowa Wola. Produkowano tam między innymi haubice 100 mm. W Dębicy zbudowano fabrykę kauczuku syntetycznego oraz fabrykę opon (Fabryka Gum Jezdnych „Stomil”). W Mielcu stanęły Państwowe Zakłady Lotnicze, a w Rzeszowie - fabryka obrabiarek i sprzętu artyleryjskiego (filia poznańskich Zakładów Cegielskiego - obecny Zelmer) oraz fabryka silników lotniczych Państwowych Zakładów Lotniczych (obecna WSK PZL Rzeszów). W Niedomicach pod Tarnowem postawiono fabrykę celulozy do produkcji prochu, a w Dębie - Wytwórnię Amunicji Nr 3 (dzisiejszy Dezamet w Nowej Dębie). W Nowej Sarzynie w 1937 roku,  rozpoczęto budowę Zakładów Chemicznych. Miały one produkować nitrozwiązki - zwłaszcza materiały wybuchowe. Rozruch mechaniczny nastąpił dwa lata później, ale nie zdążono uruchomić produkcji chemicznej przed rozpoczęciem II wojny światowej. Po wojnie produkcję wznowiono w roku 1954. Rozbudowano także, istniejące już zakłady zbrojeniowe i wytwórnie amunicji, a w Lublinie Tatarach przygotowano budowę fabryki samochodów ciężarowych na licencji Chevroleta i zmodernizowano istniejącą fabrykę samolotów.

Budżet państwa nie był zbyt imponujący, a budowa COP-u pochłonęła większość środków na inwestycje, przez co w zasadzie nie rozbudowywano innych rejonów kraju. Kwiatkowskiemu zarzucano nawet tworzenie swoistej „oazy szczęśliwości” zaniedbując pozostałe tereny. Projekt zapewnił zatrudnienie jedynie dla 100 tysięcy osób, podczas gdy konieczne było około 400 tysięcy miejsc pracy. Równocześnie budowano osiedla miejskie dla pracowników z całą infrastrukturą.

Budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego ogłoszono punktem zwrotnym w sytuacji ekonomicznej kraju. Opinie te podtrzymywała prasa, jak również wielu twórców. COP stawał się dowodem na skuteczną politykę państwa… (C.Z.)

fot. Wikipedia - Mapa Centralnego Okręgu Przemysłowego

www.thepolishobserver.co.uk