Magazyn - Nasz Swiat
08
So, sierpień

Major Henryk Sucharski przeszedł do historii jako jeden z największych bohaterów kampanii wrześniowej, dowodząc obroną Westerplatte. Jego imieniem nazwano w Polsce wiele ulic, placów, szkół.  Okazuje się jednak, że jeśli można komuś przypisać bohaterstwo, to na pewno nie Sucharskiemu…

Prawda o „niezłomnym” majorze była znana od dawna, ale jedynie w wąskim kręgu osób, które go znały, a przede wszystkim wśród oficerów i żołnierzy - załogi Wojskowej Składnicy Tranzytowej (WST), której Sucharski był komendantem. Po latach propagandy komunistycznej, która forsowała  jego osobę, jako jedną z koronnych postaci kampanii wrześniowej, prawdziwy wizerunek, prawdziwa historia majora, z trudem przebija się dziś do świadomości społecznej. Mało kto chce wierzyć, iż czczony przez dziesiątki lat heros  był tchórzem, defetystą, kłamcą i człowiekiem bez honoru. Zawiódł nie tylko jako dowódca, ale nie sprawdził się także jako kolega swoich towarzyszy broni. Od początku przekonany o bezsensowności walki, załamany psychicznie Sucharski przestał pełnić funkcję dowódcy już drugiego dnia obrony. Zdruzgotany ciężarem dowodzenia i sytuacją, w jakiej się znalazł, gotowy oddać się do niewoli i natychmiast poddać Westerplatte (na jego rozkaz drugiego dnia obrony wywieszono białą flagę i spalono tajne dokumenty [zresztą nieudolnie]!), został 2 września odsunięty od dowodzenia przez swoich podwładnych i od tej pory przestał istnieć jako dowódca obrony placówki. Od tego momentu, jego obowiązki przejął jego zastępca, kpt. Franciszek „Kuba” Dąbrowski, dowódca oddziału wartowniczego, człowiek wielkiego honoru i równie wielkiej skromności, zapomniany bohater „Września 1939”.
Warto zatrzymać się przez chwilę nad tym dlaczego, komuniści zawsze skorzy do dyskredytowania wszystkiego co wiązało się z „pańską Polską”, nie tylko oszczędzili Sucharskiego, lecz wręcz stworzyli mit nieugiętego, bohaterskiego dowódcy, stojącego na straży ostatniego, polskiego przyczółka, którego obrońcy, jak pisał K. I. Gałczyński, „prosto do nieba czwórkami szli”? Komunistyczni spece od porpagandy, wiedzieli doskonale, iż rzeczywistym dowódcą załogi WST był kapitan Dąbrowski, ale zdecydowanie bardziej odpowiadał im właśnie Sucharski, ponieważ był chłopskim synem. Dąbrowski z kolei pochodził z rodziny szlacheckiej, więc „nie pasował” z ideologicznych względów. Inny istotny powód, który sprawił, że prawda o Westerplatte nie przebiła się do wiadomości szerszej opinii publicznej, związany był z honorem oficerskim podwładnych komendanta Sucharskiego. Zobowiązali się oni trzymać w tajemnicy załamanie psychiczne lamentującego Sucharskiego oraz fakt odsunięcia go od dowodzenia. To wszystko złożyło się na istniejący przez dziesiątki lat fałszywy, nieskazitelny wizerunek komendanta i fałszywy obraz historii obrony Westerplatte. Ten nieodpowiadający prawdzie obraz utrwaliły pełne błędów faktograficznych reportaże i książka Melchiora Wańkowicza, a także film „Westrplatte” - wybitny pod względem artystycznym, ale oparty na kłamliwych relacjach Sucharskiego i prostych żołnierzy z Westerplatte nie znających szczegółów, które wydarzyły się w koszarach w ciągu siedmiu  dni obrony tej placówki.

Oficerów z Westerplatte oraz historyków, którzy nie mogli się pogodzić z zafałszowanym obrazem walk na Westerplatte przy każdej możliwej sposobności zwalczano, obrażano i ośmieszano…

***

Losy mjr Henryka Sucharskiego są raczej dobrze znane, bowiem jego życiorys był publikowany przy okazji każdej niemalże rocznicy obrony Westerplatte. Urodzony w 1898 roku, w podtarnowskim Gręboszowie, po ukończeniu gimnazjum w Tarnowie związał swoją karierę z wojskiem. Najpierw służył w armii austro-węgierskiej, a później, po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości, w polskiej. Jego postawa w wojnie polsko-bolszewickiej pokazuje, że jeszcze wtedy, późniejszy komendant Westerplatte, był zupełnie innym człowiekiem. W styczniu 1920 roku awansowano go z podchorążego na podporucznika za „osobistą odwagę w obliczu wroga i wykazanie inicjatywy w dowodzeniu w bitwie pod Połonicą-Bogdanówką”, dwa lata później został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtutti Militarii, ponadto za męstwo na polu chwały otrzymał Krzyż Walecznych. 3 grudnia 1938 roku został komendantem na Westerplatte, skąd 7 września roku 1939 trafił do niewoli. Po uwolnieniu dostał się  do dowództwa II Korpusu we Włoszech. W styczniu 1946 roku został przyjęty do służby wojskowej z przydziałem na dowódcę 6. Batalionu Strzelców Karpackich. Od 19 sierpnia przebywał w brytyjskim szpitalu wojskowym w Neapolu, gdzie zmarł 30 sierpnia 1946 roku. Pochowano go we w Włoszech, a w roku 1971 jego prochy przewieziono do Polski i złożono na Westerplatte. (C. Z.)

fot. Major Henryk Sucharski w 1939 roku - Wikipedia

Była to bodaj najsłynniejsza masowa ucieczka z hitlerowskiego stalagu, jednak z tragicznym finałem. Na jej kanwie powstał popularny w latach 60. film „Wielka ucieczka” ze sławnym Charlesem Bronsonem. Wcielił się on w rolę polskiego pilota Włodzimierza Kolanowskiego będącego jednym z inicjatorów i „mózgów” owej ucieczki.

Przypomnijmy kilka kadrów z tego popularnego niegdyś filmu, w którym wystąpiły również takie sławy, jak Steve McQuinn, Paul Newman czy Richard Attenborough…

Jest rok 1944, Stalag Luft III w Sagan (obecnie Żagań w woj. lubuskim), w którym przebywa 10 tysięcy żołnierzy alianckich, w tym 100 polskich. Jest późny wieczór, nagle rozlega się głos syreny. To alarm przeciwlotniczy. W pobliskim mieście gaśnie światło. Następne kadry pokazują, jak z otworu w ziemi wynurza się jeden z jeńców. Prosto pod nogi strażnika. Towarzysze jeńca, którzy wyszli wcześniej nikną w pobliskim lesie, natomiast ci, którzy jeszcze są w podkopie próbują zawrócić do obozu. Strażnik stoi jak wryty, ale po chwili dochodzi do siebie i otwiera ogień do zbiegów. Po chwili chaosu, który wkradł się w szeregi wartowników, rozpoczyna się obława.

Inicjatorzy akcji zakładali, że ucieknie co najmniej 250 jeńców, ale niestety źle wyliczyli odległość i podkop okazał się za krótki - zamiast w lesie, kończył się tuż za ogrodzeniem obozu, akurat w pasie kontrolowanym przez strażników. Pomimo tego udało się zbiec 76 osobom. Nie na długo niestety. W ciągu kilku dni Gestapo schwytało 50 zbiegów i wymordowało wszystkich co do jednego - 15 jeńców przekazano do obozu, natomiast ośmiu przetrzymywano w aresztach policyjnych. Los ich po dziś dzień postaje nieznany. Jedynie trzej jeńcy przeżyli tę eskapadę - dwaj Norwegowie i jeden Holender.

Stalag Luft III powstał w 1942 roku i był jednym z ośmiu obozów przeznaczonych dla alianckich lotników zestrzelonych nad III Rzeszą. Administrację obozu sprawowała Luftwaffe. Przewinęło się przez niego 200 tysięcy jeńców, w tym ponad 100 Polaków.

Do prób ucieczek dochodziło bardzo często i niemal od pierwszych dni, które minęły od powstania obozu. Kilku jeńców na przykład postanowiło zbiec, ukrywając się na wozie przewożącym korzenie wykarczowanych drzew. Zrezygnowali, gdy Niemcy zaczęli przeszukiwać wozy ostrymi widłami. Nie udało się również brytyjskiemu lotnikowi Ianowi Crossowi, który próbował uciec przywiązany pod wozem. We wrześniu 1942 roku kapitan RAF Henry Vivan wydostał się w lekarskim kitlu udając członka delegacji Czerwonego Krzyża. Niestety, w jego sfałszowanym dokumencie skończyła się data ważności i wpadł podczas kontroli w Berlinie. Dwóm innym oficerom nie udało się spłynąć w dół Bobru i Odry, bo komenda obozu i policja wcześnie odkryły zaginięcie łodzi.

Koledzy widząc w jednym z niemieckich podoficerów sobowtóra swojego towarzysza niedoli postanowili wykorzystać to dla zorganizowania kolejnej ucieczki. Niemiecki mundur uszyli obozowi krawcy, a oznaki i dystynkcje wytopiono z opakowań po czekoladzie. Niestety, w dniu zaplanowanej ucieczki służbę pełnił ów podoficer, który wszczął alarm.

Akcję znaną z filmu „Wielka ucieczka” zorganizował tzw. Komitet X. Współpracował on z brytyjskim wywiadem, z komórką mającą na celu ułatwianie ucieczek. To ona przesyłała do obozu potrzebne zbiegom rzeczy, np. w zestawach gier - elementy radiostacji, na opakowaniach zup w kostkach zaszyfrowane były adresy osób, które na zewnątrz mogły pomóc, a w płytach wtopione koperty z pieniędzmi i bezszelestnymi, nieprzemakalnymi mapami.

Uciekinierzy postanowili wykopać trzy tunele, które nazwano: Dick, Tom i Harry. Pierwsze dwa zdemaskowali Niemcy. Do Harry’ego prowadziło wejście usytuowane w podstawie pieca, a jeńcy kopali tunel kilofem przywiązanym do kija od baseballa. Ziemię wysypywali wokół baraków z nogawek spodni. Tunele obudowywano deskami z prycz lub sufitów baraków. Powietrze tłoczono przez rury wykonane z puszek, samodzielnie skonstruowanymi miechami. Tunel oświetlono żarówkami wykręcanymi z terenu całego obozu.

Jednym z najwydajniejszych kopaczy był por. Zygmunt Król. Urodzony w 1916 roku w Krakowie, wstąpił do lotnictwa w Wielkiej Brytanii. Służył m.in. w elitarnym 74 Dywizjonie RAF. Zestrzelono go 2 lipca 1941 roku. Wraz z nim z obozu uciekało także 5 innych polskich oficerów: mjr Antoni Kiewnarski oraz porucznicy Włodzimierz Kolanowski, Jerzy Mondschein, Kazimierz Pawluk i Paweł Tobolski. Wszystkich zastrzelili Niemcy po schwytaniu. Polacy byli także wśród niedoszłych uciekinierów, którym nie udało się opuścić obozu.

24 marca 1944 roku specjalna ekipa zasłoniła wyloty tunelu kocami, a końcowe odcinki szyn, po których poruszał się wózek z leżącym uciekinierem, owinęła szmatami. Wyposażeni w nieprzemakalne mapy i wyprodukowane w obozie busole, ubrani w samodzielnie uszyte cywilne ubrania, najedzeni na zapas i spakowani jeńcy czekali na początek akcji - tuż po wieczornym apelu.

Już na początku akcji trzeba było wymienić linę od wózka. Jeńcy mieli też trudności z podniesieniem drewnianej klapy zamykającej wyjście z tunelu, bo namoknięte deski napęczniały i zaklinowały właz. Po wyjściu pierwszych jeńców na wolność okazało się, że tunel jest za krótki. Później, tylko przez moment mogli liczyć na przychylność losu. Otóż w całym obozie zgasło światło, co zostało spowodowane alianckim nalotem. Szczęście nie trwało długo, około godziny 4 nad ranem wartownik natknął się na wydeptaną w śniegu ścieżkę prowadzącą do lasu i leżących na niej czterech jeńców, zauważył też wylot tunelu. W chwili, gdy ogłosił alarm, zdążyło uciec 76 więźniów. Obławę zarządzono natychmiast. Kilkunastu zbiegów ujęto w najbliższej okolicy. Z powodu nalotu wstrzymany został ruch kolejowy i maszerujący przez pola uciekinierzy byli sukcesywnie aresztowani. Inni wpadali w ręce hitlerowców na terenie całej Rzeszy, niekiedy kilka mil przed końcem ucieczki, np. Johannes Gouws 24-letni oficer z RPA, na ostatniej stacji kolejowej przed granicą ze Szwajcarią. Inny przekroczył w górach granicę tego państwa, ale pomylił drogę i z powrotem przeszedł do Niemiec, gdzie został schwytany.

Niemcy złamali konwencję genewską, uznali uciekinierów nie za żołnierzy, lecz za poddanych Rzeszy lub szpiegów. Szef Gestapo wydał rozkaz, by schwytanych umieścić w karcerze najbliższego więzienia i przy nadarzającej się okazji rozstrzelać. Kilku jeńców zostało zabitych jeszcze podczas konwojów do więzień, rzekomo podczas prób ucieczek.

Winnych egzekucji skazano po wojnie w tzw. procesie hamburskim. 18 sprawców zbrodni - wykonawców żagańskiego rozkazu - odpowiedziało przed angielskim sądem wojskowym w Hamburgu w 1947 roku. 14 oskarżonym orzeczono karę śmierci (ostatecznie wykonano ją na 13), pozostałych skazano na długoletnie więzienie. (J.M.)

(www.thepolishobserver.co.uk)

fot. Kadr z filmu „Wielka ucieczka” z Charlesem Bronsonem w roli Danny'e Vielinskiego, którego pierwowzorem był Włodzimierz Kolanowski.

Właśnie obchodzimy kolejną rocznicę wydarzenia, które określa się mianem „cudu nad Wisłą”.

Stoczona w dniach od 13 do 25 sierpnia 1920 roku w czasie wojny polsko-bolszewickiej bitwa, uznana jest za 18. na liście przełomowych potyczek w historii świata, zdecydowała o zachowaniu niepodległości przez Polskę i nierozprzestrzenieniu się rewolucji komunistycznej na Europę Zachodnią.

Kluczową rolę odegrał manewr Wojska Polskiego oskrzydlający Armię Czerwoną przeprowadzony przez Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego, wyprowadzony znad Wieprza 16 sierpnia, przy jednoczesnym związaniu głównych sił bolszewickich na przedpolach Warszawy. Straty po stronie polskiej wyniosły wówczas około 4500 zabitych, 22 tysięcy rannych i 10 tysięcy zaginionych. Szkody wyrządzone sowietom nie są dokładnie znane...

Czytaj więcej: Bitwa warszawska 1920

fot. Wikipedia

Niedawno obchodziliśmy 68. rocznicę wydarzenia, które na długie lata położyło się cieniem na stosunkach polsko-ukraińskich. Skutkiem tej haniebnej zbrodni, dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów i zainspirowanej przez nich ludności wiejskiej, była śmierć dziesiątków tysięcy wołyńskich Polaków, w tym kobiet i dzieci. Ofiary ginęły nie tylko od broni palnej, lecz również od siekier, wideł, pił i młotów.

Polskie ofiary zbrodni UPA na Wołyniu (Lipniki, marzec 1943) / Wikiemdia CommonsMordy na Polakach, dokonywane przez Ukraińców zaczęły się już wcześniej tyle, że miały one charakter rozproszony i przybrały na sile dopiero w 1943 roku,  osiągając swoje apogeum na przełomie lipca i sierpnia.

Na początku wspomnianego roku, podczas zakonspirowanego spotkania w jednej z wiosek na Wołyniu, dowództwo banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) podejmuje decyzję o usunięciu wszystkich Polaków i innych mniejszości narodowościowych z terenów, które według OUN-owskiej doktryny są „etnicznie ukraińskie”. Dzięki temu manewrowi ukraińskie państwo, które miało powstać po zakończeniu wojny, stałoby się jednolite narodowościowo.
Zarówno Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), jak i tamtejsze, rdzenne chłopstwo przeszło samo siebie w wymyślaniu sposobów zadawania niewinnym ludziom śmierci. Mordowano wszystkich bez pardonu, nie oszczędzając dzieci, kobiet i starców. Wypruwano płody z łon ciężarnych matek, obcinano piersi, wydłubywano oczy, rozrywano końmi. Według różnych źródeł, w wyniku zbrodniczych działań ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu, śmierć poniosło od 50 - 60 tysięcy osób narodowości polskiej. Historycy, dość zgodnie twierdzą, że osobą odpowiedzialną za wydanie rozkazu o rozpoczęciu czystki był Dmytro Klaczkiwskij ps. „Kłym Sawur” - dowódca okręgu UPA - Północ.

Stanisław Skalski i jego słynna eskadra nazywana „cyrkiem” lub „tygrysami”, to wielka duma Polaków...

Ten niezwykły człowiek urodził się 27 listopada 1915 roku. Był jedynym dzieckiem wiejskiego agronoma z Kodymy koło Odessy. Trzy lata później przeprowadził się z rodzicami do Polski i zamieszkał w Dubnie na Podlasiu. Tam też zdał maturę. Jeszcze jako młody chłopak myślał o tym, żeby zostać lotnikiem, ale w rezultacie zdał egzaminy na Politechnikę Warszawską, studia te jednak szybko wywietrzały mu z głowy. Stanisław Skalski /foto: WikipediaPróbował jeszcze w Szkole Nauk Politycznych, ale też długo tam nie wytrzymał. Do zajęć zresztą przykładał się średnio, bo większość czasu spędzał w Aeroklubie Mokotowskim. Obserwował tam loty, sprzątał hangary, czyścił silniki, mył samoloty. Niejako „przy okazji” skończył kurs szybowcowy oraz lotnicze przysposobienie wojskowe. Udało mu się dostać do słynnej „Szkoły Orląt” w Dęblinie, a później do Wyższej Szkoły Pilotażu w Grudziądzu, gdzie odbył przeszkolenie myśliwskie. Kampania wrześniowa zastała go w Toruniu, gdzie służył w 4 Pułku Lotniczym.

Jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic III Rzeszy podczas II wojny światowej był kompleks bunkrów w okolicach Kętrzyna. Tam zapadały brzemienne w skutkach decyzje dla całej ówczesnej Europy.

Przywódca III Rzeszy, Adolf Hitler, dysponował kilkoma głównymi kwaterami, rozsianymi po całej okupowanej Europie. Większość z nich, tak jak chociażby „Wilczy Szaniec” znajdowało się z dala od dużych miast i głównych szlaków komunikacyjnych. Na ich lokalizację wybierano tereny niedostępne, rzadko uczęszczane, wewnątrz dużych kompleksów leśnych, otoczonych jeziorami i bagnami. Dzięki takiemu położeniu obiekty te były praktycznie niemożliwe do namierzenia przez samoloty rozpoznawcze, dostęp drogą lądową tym bardziej nie wchodził w rachubę. Na to, że okolice Kętrzyna, a dokładniej Gierłożę, wybrano jako miejsce na główną kwaterę Hitlera, miało wpływ kilka czynników. Jednym z najważniejszych był fakt, że rejon ów znajdował się w pobliżu granicy z ZSRR, a jak wiadomo Niemcy szykowali się do ataku na Związek Radziecki, mieli już nawet gotowy plan, który opatrzyli kryptonimem „Barbarossa”. Do tego wybrany rejon porastały gęste lasy i otaczały liczne akweny wodne. Bardzo istotny również jest fakt, że bliższe i dalsze  otoczenie przyszłego „Wilczego Szańca” było doskonale ufortyfikowane - Prusy Wschodnie posiadały wiele twierdz: Giżycko, Toruń, Kłajpeda, Piława, oraz sporo tzw. rejonów umocnionych z okopami przeciwpancernymi, zaporami przeciwczołgowymi i zasiekami z drutu kolczastego. Okolice Gierłoży były ponadto rejonem odludnym, położonym z dala od arterii komunikacyjnych, porośnięte starym, niemal puszczańskim lasem, który doskonale spełniał rolę maskującą. Ponadto Wielkie Jeziora Mazurskie stanowiły od wschodu świetną naturalną zaporę dla wojsk lądowych nieprzyjaciela.

Fabryka, czyli kamuflaż
Nadchodzi lipiec 1940 roku, do kwatery głównej Hitlera w Berlinie zostaje wezwany gen. mjr Fritz Todt, założyciel „Organisation Todt”, potężnego paramilitarnego związku przedsiębiorstw budowlanych, zarówno państwowych, jak i prywatnych, których zadaniem była budowa obiektów wojskowych. Inżynierowie Fritza Todta byli uznanymi fachowcami od budowy umocnień wojskowych i bunkrów. Podczas rozmowy z Todtem Hitler zlecił mu wybudowanie jednego z najsłynniejszych i najtajniejszych obiektów II Wojny Światowej – kwatery, która przeszła do historii jako „Wilczy szaniec” – „Die Wolfschanze”.
Na początku jesieni w okolicach Gierłoży pojawiła się duża liczba sprzętu budowlanego i robotników. Oficjalnie mówiło się, że w tym miejscu ma powstać duży zakład chemiczny, ale był to jedynie kamuflaż. Już wiosną 1941 r. umocniono nawierzchnie dróg, założono bocznicę kolejową, a.na rozległych łąkach wybudowano lotnisko. Pod drzewami powstawały bunkry i umocnione zabudowania. Główne bunkry nie posiadały okien i kształtem przypominały prostokątne bloki betonowe, lekko zwężające się do góry, a do ich wnętrza prowadziło kilkoro drzwi. Ze zdjęć wykonanych w bunkrach wynika, iż musiały istnieć tutaj podziemia o kilku kondygnacjach. Piętra były zaopatrzone w windy i inne specjalne zabezpieczenia. „Wilczy Szaniec” odznaczał się niezwykle skomplikowanym systemem bezpieczeństwa. Ścisły obszar kwatery wynosił 250 ha, natomiast lasu – 800 ha. Całość zabezpieczona była zaporami z drutu kolczastego oraz polami minowymi o szerokości od 50 do 100 m.

Strefa potrójnie bezpieczna
Cały obszar kwatery składał się z.trzech koliście rozmieszczonych stref bezpieczeństwa. Pierwsza strefa usytuowana była na północ od linii kolejowej. Znajdowały się tam schrony Hitlera, Keitla, dr. Dietricha, Bormanna oraz centrala telefoniczna. Były tam także żelbetowe i ceglane budowle Jodla, Göringa, wydziału personalnego wojsk lądowych, adiutantury osobistej, lekarzy, oraz batalionu przybocznego. Oprócz tego w strefie pierwszej znajdowały się dwie herbaciarnie, dwa kasyna, kotłownia i sauna. Przed wejściem do tej strefy sprawdzano dokładnie przepustki i.tożsamość najbardziej znanych osobistości, ministrów i generałów.
Druga strefa leżała na południe od szosy łączącej Kętrzyn z Węgorzewem, mieściła wydziały sztabowe sił zbrojnych Wehrmachtu oraz pomieszczenia batalionu przybocznego Hitlera. Znajdowała się tu także centrala dalekopisowa, a w wybudowanym w 1911 r. domu wypoczynkowym (Kurhaus) - kasyno oficerskie. Do wejścia na ten teren upoważniały także specjalne, lecz rzadziej zmieniane przepustki. We wschodniej części drugiej strefy znajdowały się obiekty należące do przedstawicielstw naczelnych dowództw marynarki wojennej, ministerstwa spraw zagranicznych, oraz najpotężniejszy obiekt całego kompleksu – schron przeciwlotniczy ogólnego użytku.
Trzecia strefa, natomiast, obejmowała budynki w pobliżu szosy i na peryferiach kwatery oraz pomieszczenia dla straży i bunkry obrony przeciwlotniczej. Straż nad urządzeniami zabezpieczającymi powierzono elitarnej „Leibstandarte” - Gwardii Przybocznej Hitlera oraz wybranym żołnierzom z.równie elitarnego „Grossdeutschland”. Oprócz silnych baterii przeciwlotniczych w lesie trzeciej strefy zakwaterowano batalion pancerny, stanowiska moździerzy oraz trzy baterie 88-milimetrowych dział.-
Wywiadowi radzieckiemu, ani alianckiemu nigdy nie udało się namierzyć kwatery Hitlera. Nawet okoliczni mieszkańcy nie mieli pojęcia, co kryje się w lasach Gierłoży.

Chybiony zamach na Hitlera
Jest jednak jeszcze coś, z czego zasłynął „Wilczy Szaniec”. Był czwartek 20 lipca 1944 r. Do „Wilczego Szańca” przybywa prosto z Berlina pułkownik Claus von Stauffenberg. Ma wziąć udział w tajnej naradzie sztabowej, dotyczącej sytuacji na froncie wschodnim. Pomimo niemal idealnego systemu kontroli, udaje mu się wnieść do pomieszczenia, gdzie miała odbyć się narada, teczkę, w której znajduje się ładunek wybuchowy z zapalnikiem czasowym. O godz. 12.42 w tym właśnie miejscu rozlega się potężny wybuch. To bomba wniesiona przez von Stauffenberga, która miała zabić Hitlera. Pomimo ogromnej siły wybuchu Hitler nie odniósł żadnych poważnych obrażeń, o czym świadczy fakt, że jeszcze tego samego dnia przyjął przybyłego tam z wizytą przywódcę włoskich faszystów, Benito Mussoliniego.
Claus von Stauffenberg został pojmany już następnego dnia po zamachu i rozstrzelany, jego ciężarna żona trafiła do obozu koncentracyjnego, a dzieci do domów dziecka.

Janusz Młynarski

1 sierpnia 1944 roku, w stolicy o 17.00 wybiła godzina „W” - rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Przeciwko żołnierzom niemieckim, w liczbie około 16 tys., stanęło około 50 tys. powstańców. Niestety, zaledwie 5 tys. polskich żołnierzy było dobrze uzbrojonych, Niemcy natomiast dysponowali bronią pancerną, artylerią i lotnictwem. To zaważyło na końcowym efekcie tego patriotycznego zrywu, który miał się zakończyć po 63 dniach...

Patrol por. „Agatona” z batalionu „Pięść” / Wikimedia CommonsDla stolicy walka o wolność była czymś oczywistym - jej mieszkańcy chcieli odpłacić Niemcom za bombardowania we wrześniu 1939 r., za 5 lat ciężkiej okupacji z łapankami, upokorzeniem i egzekucjami. Podjęcie walki miało przyspieszyć wyzwolenie miasta, a zarazem wyjaśnić sytuację polityczną. Polacy chcieli objąć władzę nad Warszawą, przed wkroczeniem Armii Czerwonej, gdyż wtedy Rosjanie musieliby tę władzę zaakceptować, bądź złamać ją siłą „na oczach” całego świata. Pod koniec lipca wojska radzieckie dotarły nad Wisłę, a na miasto z radzieckich samolotów spadały ulotki wzywające do walki z okupantem, zaś Niemcy zaczęli opuszczać Warszawę. 31 lipca pułkownik Antoni Chruściel „Monter” (przywódca powstania) otrzymał od Tadeusza Bora-Komorowskiego (komendant główny Armii Krajowej) rozkaz: „Jutro o piątej po południu rozpocznie pan działania”.

Więcej artykułów…