Magazyn - Nasz Swiat
07
Wt, grudzień

68 lat temu, 13 kwietnia 1943 roku Niemcy, odkryli groby polskich oficerów w lasku katyńskim i ujawnili ten fakt światu. Nietrudno się domyślić, że nie zrobili tego z pobudek szlachetnych, lecz po to, by  skompromitować ZSRR w oczach Aliantów i rozbić rodzący się sojusz, w którym brali udział również Polacy.

Paradoks polega na tym, że dzięki Niemcom prawda ujrzała światło dzienne, natomiast Anglicy i Amerykanie w imię wyższych celów pomagali Rosji ją tuszować.
W ubiegłym roku w związku z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, Wielka Brytania ujawniła swoje archiwa w części dotyczące zbrodni katyńskiej, podobnie postąpili Amerykanie przekazując Polsce kilka tysięcy stron dokumentów ze śledztwa, jakie w latach 50. ub. wieku prowadził w sprawie Katynia Kongres USA. Działo się to w szczytowym okresie  „zimnej wojny” i zakończyło się odstąpieniem od przekazania - jak to wcześniej planowano - sprawy do ONZ. Powodem było zakończenie wojny koreańskiej. Amerykanie doszli do wniosku, że mogłoby to źle wpłynąć na rodzące się odprężenie w ich stosunkach z ZSRR. Brytyjski Foreign Office przyznał, że taił zbrodnię katyńską ze względów politycznych, dobrze wiedząc, kto jest prawdziwym winowajcą. Co najdziwniejsze, wersja o winie Niemców i o braku dostatecznych dowodów o winie ZSRR obowiązywała jeszcze długo po rozpadzie Związku Radzieckiego. Żeby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do dokumentu „British reactions to the Katyń Massacre 1943-2003”. Z ujawnionych dokumentów brytyjskich, a także amerykańskich wynika, że również szwedzkie archiwa mogą kryć wiele interesujących dokumentów dotyczących zbrodni w Katyniu.

29 września 1978 roku zmarł Jan Paweł I, którego pontyfikat trwał zaledwie 33 dni. Przybyli ponownie na konklawe kardynałowie 16 października w 8. głosowaniu około godz. 17.00, wybrali na papieża Karola Wojtyłę. Kardynał z Polski zgodził się z wyborem kolegium kardynalskiego. W ten sposób na tronie Piotrowym zasiadł pierwszy w historii Polak i pierwszy od 455 lat papież, który nie był Włochem.

W nocy z 18 na 19 marca 1943 roku, w swoim mieszkaniu przy ul. Osieckiej w Warszawie ujęty został komendant Hufca Praga Henryk „Heniek” Ostrowski z żoną. Do dziś nie udało się ustalić, w jaki sposób Gestapo wpadło na jego trop. Dochodzenie wyjaśniające podjęte przez władze Szarych Szeregów wykluczyło jedynie, że celne uderzenie wroga było wynikiem zdrady.

W czasie gruntownej rewizji mieszkania Ostrowskich, gestapowcy znaleźli wiele materiałów szkoleniowych i wywiadowczych, wśród których były również opracowane przez „Heńka” szkice sytuacyjne do przygotowywanej właśnie akcji „Czarnocin”. Prawdopodobnie przy „Heńku” odkryto również notes z prymitywnie zaszyfrowanym adresem Janka Bytnara „Rudego”, który bez trudu gestapowcy odczytali. Dla Niemców stało się jasne, że uchwycili ważną nić, mogącą ich zaprowadzić do oddziału zajmującego się dywersją kolejową. Musieli działać szybko i zdecydowanie.

***
W nocy z 22 na 23 marca 1943 roku, w kamienicy przy al. Niepodległości 159, Gestapo aresztuje „Rudego” i jego ojca Stanisława. „Rudy” był komendantem Hufca „Południe” warszawskich Grup Szturmowych Szarych Szeregów. Jego aresztowanie wywołało jednak niezwykłą reakcję. Przyjaciel „Rudego”, a zarazem zwierzchnik - phm. pchor. Tadeusz Zawadzki „Zośka”, zastępca dowódcy warszawskich Grup Szturmowych i komendant Hufca „Centrum” na wieść o aresztowaniu podejmuje decyzję o odbiciu „Rudego”. Akcja jest wyjątkowo ryzykowna, albowiem zasadza się jedynie na przypuszczeniu, że właśnie tego dnia Bytnar zostanie przewieziony z siedziby Gestapo na Pawiak. Podstawowym problemem, jaki stanął teraz przed „Zośką” było zsynchronizowanie trzech elementów niezbędnych do przeprowadzenia udanej akcji: uzyskanie wiadomości o „Rudym” z Pawiaka i Gestapo w al. Szucha, zgoda władz Kedywu KG na wykonanie odbicia oraz zakończenie przygotowań do akcji. Z uzyskaniem zgody są jednak poważne problemy, ze względu na trudności, które wiązały się z nawiązaniem kontaktu z kimś z Kedywu, kto może zezwolić na taką akcję. Mimo to „Zośka” kontynuuje przygotowania.

Akcję zaplanowano na 26 marca 1943 roku, o godzinie 17:30. Pomimo że nadal nie ma formalnej zgody Kedywu KG AK, cały zespół „Zośki” o godz. 17:00 zajmuje stanowiska na skrzyżowaniu Długiej i Bielańskiej. Decyzja zezwalająca na akcję przychodzi w ostatniej chwili, jednak na jej dowódcę zostaje wyznaczony hm podch. Stanisław Broniewski „Orsza”. Na kilkanaście minut przed rozpoczęciem akcji z dyżurki Gestapo dzwoni „Wesoły” wtyczka polskiego podziemia. W zaszyfrowanej wiadomości podaje, że transport z Bytnarem wyrusza na Pawiak.Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Trzy oddziały Polskich Sił Zbrojnych czekają na rozkaz rozpoczęcia akcji. Dowódca otrzymuje sygnał od łącznika i gwizdkiem rozpoczyna akcję, która od pierwszej minuty zaczyna się komplikować. Widać już karetkę więzienną, jednak niespodziewanie z bramy wychodzi niemiecki policjant. „Zośka” strzela do niego. Policjant padając na ziemię oddaje jeszcze kilka strzałów i rani „Buzdygana”. Kierowca karetki orientuje się w sytuacji i zamiast jechać prosto, skręca w ul. Długą. Członkowie sekcji „Butelka” są jednak na to przygotowani i błyskawicznie reagują. Po wrzuceniu butelek zapalających do szoferki, samochód staje w ogniu, a kierowca hamuje. Z wozu wysiadają dwaj gestapowcy, którzy natychmiast zaczynają chaotycznie strzelać. W odpowiedzi słychać serię z karabinu maszynowego i jeden z Niemców pada martwy. W tym samym momencie, od strony ul. Nalewki, nadbiega SS-mann, jednak na szczęście „Alek” strzela celnie, eliminując go. Drugi z gestapowców doskonale się ukrył i nie dosięgają go żadne kule. Młodzi ludzie, nie widząc innej szansy przerwania impasu w walce, wyskakują zza filarów Arsenału i biegną w stronę gestapowca. Ten nie wytrzymuje nerwowo i zaczyna uciekać w stronę samochodu, gdzie ginie od jednego ze strzałów. Wszyscy Niemcy zostają zabici - pozostaje już tylko uwolnienie więźniów. „Alek” otwiera tył więźniarki, z której wyskakuje 20 uradowanych więźniów. Zostaje tylko jedna osoba - „Rudy”. Jest on niestety w tak ciężkim stanie, że przyjaciele muszą go przenieść do samochodu. Rozlega się gwizdek kończący trwającą 15 minut akcję i grupy pospiesznie oddalają się z miejsca zdarzenia. „Alek” wraz z dowodzoną przez siebie sekcją „Granaty” idzie szybko w kierunku ul. Miodowej. Zauważa wychodzących z urzędu Niemców, ale widząc, że są w cywilu ignoruje ich. Niestety jeden z nich, spostrzegłszy broń w rękach młodych ludzi, oddaje strzał, który trafia „Alka” w brzuch. „Anoda” szczęśliwie zdejmuje Niemca jednym strzałem. Cała grupa zaczyna ostrzał na bramę Arbeitsamtu, w której schowali się Niemcy. Z powodu nieskuteczności broni palnej, „Alek” decyduje się na rzucenie granatu w kierunku bramy. Słychać tylko huk eksplozji i strzały momentalnie ustają. Grupa „Alka” zatrzymuje jakiś samochód, układa w nim rannego i odjeżdża.

***

W wyniku akcji zginęło czterech, a zostało rannych dziewięciu Niemców. Po stronie polskiej śmierć ponieśli „Buzdygan” i „Alek”. Zmarł także „Rudy” - 30 marca, z powodu ran doznanych podczas przesłuchań. W odwecie za katowanie „Rudego”, polskie podziemie wydało rozkaz likwidacji dwóch gestapowców, którzy najbardziej przyczynili się do jego śmierci. Wyrok na Schultzu wykonano 6, a na Langu 22 maja 1943 roku. Część uczestników akcji została odznaczona orderami. Niemcy wzięli odwet za akcję Szarych Szeregów zabijając 27 marca 1943 roku 140 więźniów Pawiaka.

Zaledwie jedenastu uczestników akcji dożyło końca II wojny światowej. Dwóch z nich zostało zamordowanych w Polsce Ludowej już po wojnie, przez UB. (jm)

(www.thepolishobserver.co.uk)


fot. Wikipedia - Warszawski Arsenał współcześnie

To, czego się dopuściły w latach 68-70. ubiegłego stulecia komunistyczne władze ówczesnej Polski, to  największa od upadku hitlerowskich Niemiec kampania antysemicka w Europie. Stało się to w kraju, który bodaj w największym stopniu doświadczył skutków II wojny światowej. Miał nieszczęście być miejscem, gdzie na skalę wręcz przemysłową uśmiercano Żydów, tylko dlatego, że byli Żydami.

„Wyobraźmy sobie, że z USA zostają nagle wypędzeni wszyscy imigranci z Polski. Nie z Irlandii czy z Meksyku, a jedynie z Polski. I jedynie dlatego, że noszą polskie nazwiska albo że ktoś odkrył, iż pod nazwiskiem Miller naprawdę kryje się Młynarz. To właśnie zrobiono w Polsce w 1968 roku wobec obywateli polskich o korzeniach żydowskich” - pisał kiedyś Wiktor Osiatyński z okazji kolejnej rocznicy „Marca 1968”.

To nie my, to komuniści
W owym czasie władze ówczesnej PRL, poważyły się na coś, co dziś określa się, jako największą od upadku III Rzeszy kampanię antysemicką w Europie. Co gorsza, stało się to w kraju, który bodaj w największym stopniu doświadczył skutków II wojny światowej, który miał nieszczęście być miejscem, gdzie na skalę wręcz przemysłową uśmiercano Żydów, tylko dlatego, że byli Żydami. Choć to nie my, jako naród wygnaliśmy Żydów z Polski, lecz ówczesne władze, to przecież przyglądaliśmy się temu - poza nielicznymi odważnymi - biernie. Takie oskarżenia, choć rzadko padają jednak ze strony środowisk żydowskich, szczególnie ze strony tych osób, które były mocno związane z Polską emocjonalnie.

Początki kampanii
Jednak to nie w 1968 roku zaczęła się ta antysemicka kampania. To, co nastąpiło wówczas, było fizyczną realizacją koncepcji, która powstała rok wcześniej. Według prof. Dariusza Stoły z warszawskiego Collegium Civitas powód był następujący: W połowie 1967 roku, na skutek nacisków Moskwy, władze komunistycznej Polski uznały, że są stroną w konflikcie arabsko-izraelskim, w związku z czym, potępiły Izrael i zerwały z nim stosunki dyplomatyczne. W tym czasie również tzw. mała stabilizacja, z której Gomułka był tak bardzo dumny, odchodziła w niebyt - polska gospodarka, i tak słaba - dołowała. Nastroje społeczne były coraz gorsze. Dodajmy jeszcze, że większość Polaków popierała „niewłaściwą” stronę w konflikcie bliskowschodnim, pro-izraelską postawę wykazywał też Kościół. W takich sytuacjach Żydzi bardzo się przydają - mniejszość żydowską w Polsce Gomułka określił mianem „piątej kolumny”. Zarzucił jej popieranie Izraela, a skoro go popiera, to jest nielojalna, a przez to niegodna zaufania. Wrogiem był już nie tylko „imperialistyczny Izrael”, ale wszyscy Żydzi, a głównie polscy.

Czystki
Machina propagandowa ruszyła z całą mocą - rozpoczęła się ostra kampania antyżydowska. W zakładach pracy organizowano wiece potępiające już nie tylko Izrael, ale domniemaną „piątą kolumnę”. Jednocześnie bezpieka dokładnie śledziła zachowanie się społeczeństwa, skrzętnie notując postawy niezgodne z oczekiwaniami władzy i meldowała: polscy Żydzi sympatyzują z Izraelem. Faktem jest, że w tym czasie wielu oficerów WP pochodzenia żydowskiego jawnie popierało Izrael. I oni poszli na pierwszy ogień. To ich w pierwszym rzędzie zaczęły spotykać szykany. Ci, którym Żydzi przeszkadzali, do tej pory siedzieli cicho, ale kiedy zaczęła się antyżydowska nagonka uznali, że teraz nadchodzi ich czas. Zaczęto od czystek w wojsku i innych resortach siłowych oraz w mediach - wyrzucano oficerów i dziennikarzy żydowskiego pochodzenia, przymierzając się do zrobienia „porządku” z wykładowcami wyższych uczelni. Wojskowym zarzucano nie tylko sympatyzowanie z Izraelem, lecz nierzadko szpiegostwo. Dość powiedzieć, że w samym tylko roku 1967 wyrzucono z wojska 200 wysokich rangą oficerów oraz 14 generałów - czystkę tę przeprowadził ówczesny minister obrony narodowej gen. Wojciech Jaruzelski. Podobny los spotykał wyższej i średniej rangi urzędników państwowych, funkcjonariuszy partyjnych, naukowców i to nie tylko pochodzenia żydowskiego, lecz również Polaków, którzy głośno wyrażali swoje prożydowskie sympatie albo też osoby, które o pochodzenie żydowskie podejrzewano.

„Partyzanci” wchodzą do akcji
Cała ta nagonka była bardzo na rękę frakcji „partyzanckiej” w PZPR, której liderem był Mieczysław Moczar. Środowisko to, składające się głównie z weteranów walczących podczas II wojny światowej w szeregach Gwardii Ludowej, a później Armii Ludowej oraz partyzantce radzieckiej, nigdy nie kryło się ze swoim antysemityzmem. Moczar jako minister spraw wewnętrznych, któremu podlegała milicja, SB, Wojska Ochrony Pogranicza i Jednostki Nadwiślańskie, był jednym z głównych sprawców antysemickiej nagonki i głównym jej wykonawcą. W 1968 roku rozpoczął się drugi i zarazem ostatni akt dramatu.
Po marcowych protestach, władza rozwścieczona fermentem w kręgach studenckich i wśród intelektualistów, przystąpiła do likwidacji „problemu żydowskiego”. Jej rezultatem było to, że Polskę opuściło około 40-50 tysięcy obywateli pochodzenia żydowskiego.

Polska uboższa bez Żydów

Dr Leszek Głuchowski z Brandeis University w Kanadzie, który wraz z prof. Antonym Polonskym jest współautorem książki pt. „1968 - 40 lat później”, uważa, że konsekwencje owego „duchowego Holocaustu” mają dla Polski skutki złe, a dla polskich Żydów dobre i złe.
Polska za sprawą 1968 roku została naznaczona piętnem kraju antysemickiego, straciła mnóstwo wybitnych ludzi i przez to wiele możliwości. Stała się też krajem uboższym kulturowo i kulturalnie. Prof. Leszek Kołakowski, jeszcze będąc w Polsce, był znany i ceniony na całym świecie, ceniony, jako polski filozof. Takich przykładów wybitnych ludzi, których wygnano z Polski w 1968 roku są setki. Dla Żydów jest to złe, że pozbawiono ich domów, pracy, przyjaciół, studiów, ale skutki dobre, to takie, że mogli zamieszkać w wolnych i zamożnych krajach, zadbać o swój rozwój, żyć w spokoju i normalności.
Trzy lata temu, na konferencji, która odbyła się w amabasadzie RP w Londynie,  pod hasłem„Marzec 1968 - kampania „antysyjonistyczna” i jej znaczenie dla stosunków polsko-żydowskich” Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, próbował rozprawić się z pojęciem „żydokomuny”:
Ten stereotyp utrwalił się w Polsce po 1945 roku bardzo mocno, a przecież to nie Żydzi wprowadzili w Polsce komunizm. Komunizm popierało może 10 procent środowiska polskich Żydów. Reszta, czyli znakomita większość, była „anty” i to z dwóch powodów. Pierwszy to religia, drugi to handel. Polska była zniewolona przez Związek Sowiecki, a nie Izrael, a przymusowym językiem obcym w szkołach był język rosyjski, a nie hebrajski.

Antysemityzm dzisiaj
Współcześnie antysemityzm jest w Polsce zjawiskiem marginalnym. Można przypuszczać, że jest to spowodowane tym, iż nie ma Żydów, ale więcej przemawia za tym, że jednak jest to również efektem lepszego wyedukowania polskiego społeczeństwa i większej dojrzałości. Od początków polskiej transformacji ustrojowej widać, że jakiekolwiek ugrupowania, które chciały wejść do polityki z hasłami antysemickimi, nie przebiły się, funkcjonując po dziś dzień na jej marginesie. Nie oznacza to, że wszystko jest już w najlepszym porządku, bo jeszcze dają się zaobserwować antysemickie postawy wśród części naszego społeczeństwa. Nierzadko zwrot „żyd!” lub „ty żydzie!” nabiera negatywnego oddźwięku i utrwala pogląd „inności” Żydów w stosunku do ludzi innych wyznań. A dzisiaj polski Żyd często nie ma nic wspólnego z Semitami. Jest jak my Indo-Europejczykiem, Polakiem, człowiekiem zasługującym na szacunek. (jm)

fot. Wikipedia
Władysław Gomułka podczas wiecu

Sergiusz Piasecki, to postać niezwykła i niestety coraz bardziej zapomniana, a przecież, gdyby go znał Fleming, to nie musiałby wymyślać Jamesa Bonda, Forsythe „Szakala”, a Ludlum Bourna, wystarczyłoby przepisać jego biografię. Ten wybitny polski pisarz, publicysta i as wywiadu zmarł w Londynie 47 lat temu.

Jego życiorys, nawet ten przedstawiony w formie suchej notatki, ograniczony jedynie do najważniejszych wydarzeń, stanowi pasjonującą lekturę. Niewiele w historii ludzkości jest takich osób, które potrafiły zerwać z przestępczą przeszłością i nie tylko wejść na właściwą drogę, lecz stać się do tego kimś wielkim.
Urodził się w kwietniu 1901 roku w Lachowiczach koło Baranowicz (obecnie Białoruś), jako nieślubne dziecko. Jego ojciec Michał Piasecki był podupadłym szlachcicem i choć Polakiem, to jednak zruszczonym. Matka, Kławdija Kułakowicz była prostą wiejską kobietą, ale nie zajmowała się swoim dzieckiem. Opiekę nad małym Sergiuszem przejęła konkubina ojca, Filomena Gruszewska. Nie miała jednak serca do pasierba znęcając się na nim fizycznie i psychicznie, a ojciec niemal w ogóle się nim nie interesował. W domu rozmawiano wyłącznie po rosyjsku.

Będąc kilkunastoletnim chłopcem trafił do więzienia po raz pierwszy. Znalazł się tam, bo pobił szkolnego kolegę. Z więzienia udało mu się zbiec i znalazł się w Moskwie. Był to czas Rewolucji Październikowej. Będąc świadkiem wielu zbrodni, a przedwszystkim śmierci swoich przyjaciół znienawidził bolszewizm i to uczucie towarzyszyło mu już do śmierci. Z Moskwy trafił do Mińska, gdzie „skumał się” z lokalnym środowiskiem przestępczym, później wstąpił do oddziałów białoruskich, które walczyły o niepodległą Białoruś. Po ich rozbiciu przeszedł do polskiej Dywizji Litewsko-Białoruskiej, która podążając na wschód właśnie wkroczyła do Mińska. W 1920 roku wziął udział w obronie Warszawy. Po zakończeniu wojny i demobilizacji nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić - bez wykształcenia, bez majątku, bez wsparcia rodziny, pozostała mu jedynie tułaczka. Udał się na Wileńszczyznę imając się zajęć, które chwały raczej nie przynoszą: był szulerem, fałszował czeki, brał udział w produkcji pornografii, co opisał później w „Żywocie człowieka rozbrojonego”. To jednak nie dawało mu satysfakcji, dlatego też postanowił nawiązać współpracę z polskim wywiadem wojskowym. Znał przecież doskonale realia nie tylko na kresach Polski, lecz również w Rosji, język ze wszystkimi lokalnymi odmianami, do tego posiadał odwagę graniczącą z brawurą oraz spryt, które to umiejętności nabył od mińskich złodziei. Za granicą obsługiwał wiele placówek wywiadowczych, powierzano mu przekazywanie pieniędzy na działalność agentów na Wschodzie. Ponieważ jednak wywiad nie płacił zbyt wiele, więc zajął się kontrabandą, która przynosiła krocie. W ciągu miesiąca granicę przekraczał nielegalnie 30 razy. Jak twierdził, tylko w ciągu lata 1925 roku przeszedł ponad 8 tysięcy kilometrów. Za ucieczkę z pułapki zastawionej przez kontrwywiad sowiecki i uratowanie kolegi, awansował do stopnia podporucznika. Utrzymywał kontakty z sowieckimi oficerami i często, aby ich pozyskać używał kokainy. Na szmuglu narkotyków też zresztą nieźle zarabiał, ale przy tej okazji sam wpadł w nałóg i wywiad zrezygnował z jego usług. Ponadto Piasecki był duszą niesłychanie rogatą, co bez przerwy prowadziło do konfliktów z przełożonymi. Próbował zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, ale nie udało mu się. Pewnego razu będąc pod wpływem narkotyków dokonał napadu z bronią w ręku na dwóch żydowskich kupców. Następnie, w iście westernowym stylu, napadał wraz z kolegą na pasażerów kolejki wąskotorowej i trafił do aresztu, bo wydała go kochanka kolegi. Wydawało się, że na tym zakończy się kariera Piaseckiego, bo sąd wydał wyrok śmierci, ale Prezydent RP, wziął po uwagę jego zasługi dla Polski podczas pracy w wywiadzie i zmienił karę na 15 lat pozbawienia wolności. Trafił do najcięższego w owym czasie więzienia RP, na Łysej Górze. Tam zapadł na gruźlicę. Podczas pobytu za kratkami zaczął czytać Biblię i „Wiadomości Literackie” dzięki czemu zapoznał się z literackim językiem polskim, którego wcześniej nie znał. Przełomowym momentem w jego życiu była chwila, w której natknął się na ogłoszenie o konkursie literackim. Postanowił wówczas, że spisze swoje dotychczasowe przeżycia. Notował je w małym zeszycie wykorzystując najmniejszy skrawek papieru. Niestety, pierwsze dwie książki, w których opisywał swoją działalność wywiadowczą zatrzymała więzienna cenzura. Dopiero trzecia - „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, jego najsłynniejsza zresztą powieść - mogła wziąć udział w konkursie. Tak wielkiej popularności tego dzieła autor w ogóle się nie spodziewał. Stała się znana, bowiem nie tylko w Polsce, lecz również przetłumaczono ją na wiele języków obcych. To sprawiło, że o uwolnienie Piaseckiego zaczęło zabiegać całe ówczesne polskie środowisko literackie z Melchiorem Wańkowiczem na czele. I udało się, bo w 1937 roku prezydent Ignacy Mościcki darował resztę kary pisarzowi. Po leczeniu w Zakopanem przeniósł się do Rohotnej pod Nowogródkiem. W trakcie pobytu w górach przyjaźnił się ze śmietanką życia towarzyskiego kraju. Jego przyjacielem był m.in. Stanisław Ignacy Witkiewicz, który kilka razy go sportretował.

Podczas okupacji niemieckiej Armia Krajowa zaproponowała Piaseckiemu współpracę - dowodzenie oddziałem specjalnym wykonujacym wyroki śmierci wydane przez podziemny sąd. Wyraził zgodę, ale odmówił przysięgi wymawiając się swoją niezależnością i indywidualizmem. Innym powodem odmowy był względnie ugodowy stosunek do Sowietów prezentowany przez rząd londyński i Komendę Główną AK. Mimo to, Piasecki stał się cennym nabytkiem dla Armii Krajowej. Wiele jego akcji było niezwykle brawurowych. Najsłynniejszą włamanie do ochranianego przez Gestapo urzędu - wyniósł wówczas dokumenty, które obciążały ważnych działaczy AK na Wileńszczyźnie. Co najważniejsze jednak, udało mu się wykraść również archiwum dokumentujące zbrodnię w Katyniu, które sporządził Józef Mackiewicz. Piasecki otrzymał za to Brązowy Krzyż Zasługi z Mieczami. Poza tym wykonał on wyrok na Czesławie Ancerewiczu, redaktorze kolaboranckiego „Gońca Codziennego”. Później jeszcze raz uratował życie Józefowi Mackiewiczowi odmawiając wykonania na nim wyroku śmierci. Po wojnie wyrok ten został uchylony i okazało się, że był wydany bezpodstawnie.

W 1942 roku ożenił się z Jadwigą Waszkiewicz, przechodząc wcześniej na katolicyzm. W czerwcu 1944 roku urodził im się syn Władysław.

Po zajęciu przez bolszewików Kresów Wschodnich Piasecki przez rok przebywał w Polsce ukrywając się przed Urzędem Bezpieczeństwa, który szukał go po liście, w którym bardzo krytycznie opisał sytuację, w jakiej znalazła się Polska po 1945 roku. W 1946 roku wraz ze złożoną z polskich żołnierzy w ubraniach cywilnych obsadą konwoju UNRRA wyjechał przez Cieszyn do Włoch, gdzie pracował fizycznie. I znów pomógł mu Melchior Wańkowicz, wstawiając się u gen. Andersa, by przyjął Piaseckiego w szeregi II Korpusu. Dzięki temu pisarz dostał się do Anglii. Na emigracji dużo pisał, m.in. odtworzył swoje więzienne książki zatrzymane przez cenzurę. Zajmował się też publicystyką polityczną. Był bezkompromisowym wrogiem ustroju komunistycznego i jego piewców. Ostro na przykład oceniał Czesława Miłosza, co znalazło wyraz w pamflecie „Były poputczik Miłosz”, nigdy nie wybaczył mu romansu z władzą ludową. Jeszcze ostrzej krytykował Zachód za nazbyt łagodną politykę wobec ZSRR. W Wielkiej Brytanii żył niemal na granicy ubóstwa. Zmarł na raka 12 września 1964 roku. Nigdy nie zapmniał o swojej żonie i synu. Wysłał im paczki i kartki pocztowe, podpisując je „ciotka z Anglii”, nie chciał ich narażać bowiem na szykany ze strony UB. Żona Sergiusza Piaseckiego już zmarła, jego syn nadal mieszka w Polsce i jest doktorem fizyki. (jm, www.thepolishobserver.co.uk)

fot. Wikipedia

67 lat temu Szare Szeregi dokonały jednego z najbardziej spektakularnych zamachów w czasach II wojny światowej.

Pierwszego lutego 1944 roku żołnierze późniejszego batalionu Grup Szturmowych „Parasol”, podlegającego bezpośrednio Głównej Kwaterze Szarych Szeregów (wcześniej oddział specjalny „Agat” - skrót od antygestapo, po 4 stycznia 1944 „Pegaz” - od przeciw gestapo), przeprowadzili udany zamach na szefa warszawskiego dystryktu SS, generała F. Kutscherę, zwanego „katem Warszawy”, następcę Jürgena Stroopa, który jak wiadomo „wsławił się” m.in. likwidacją warszawskiego getta.

Stało się to w samym środku ówczesnej niemieckiej dzielnicy, tuż obok biura SS w Alejach Ujazdowskich oraz dowództwa policji kryminalnej, a także w niewielkiej odległości od siedziby gestapo w Alei Szucha. Akcja miała za zadanie likwidację szefa SS i policji na okręg warszawski. Wyrok na znienawidzonego przez mieszkańców stolicy „kata Warszawy” wydał szef Kedywu, płk. Emil Fieldorf (pseud. Nil), a przeprowadzeniem akcji zajęła się grupa „Agat”.

Uczestniczka zamachu, Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama” tak, po latach, wspominała to wydarzenie:
„Na wiele miesięcy przed akcją obserwowałam dom Kutschery, żeby poznać jego rozkład dnia i ustalić dogodną porę do wykonania na nim wyroku. W dniu akcji, moim zadaniem było potwierdzenie tożsamości Kutschery i przekazanie wiadomości, że opuścił dom. Kiedy rozpoczęła się strzelanina wraz z koleżanką schroniłyśmy się w bramie, którą opuściłyśmy po odwrocie kolegów. Pojechałyśmy do punktu kontaktowego, gdzie zostawiłyśmy broń. Potem poszłyśmy do szkoły”.
Wspominając dalsze wydarzenia „Kama” zaznaczyła, że śmierć Kutschery nie była jeszcze zakończeniem całej akcji:
„Rayski” wywołał nas z lekcji i powiedział, że ranni koledzy są w szpitalu i trzeba ich odbić. Pojechaliśmy do szpitala Przemienienia. Ja zostałam na zewnątrz, żeby kontrolować sytuację, a chłopcy wynieśli kolegów do „pożyczonej” karetki. Odjechaliśmy praktycznie w ostatniej chwili, bo do głównego wejścia podjeżdżali już Niemcy. Niestety, mimo naszych starań, „Lot” i „Cichy” po kilku dniach zmarli”.

Franz Kutschera funkcję dowódcy SS i policji na okręg warszawski objął 25 września 1943 roku i od razu zaostrzył represje wobec Polaków. Nastąpiły liczne egzekucje uliczne, którymi „kat” chciał złamać warszawiaków. Zwiększył także liczbę łapanek. Jesienią 1943 roku Kierownictwo Walki Podziemnej wprowadziło Kutscherę do wykazu akcji „Główki” (czyli na listę osób do likwidacji). Na trop Kutschery, który był bardzo dobrze zakonspirowany, wywiad Armii Krajowej wpadł przypadkiem.

Aleksander Kunicki „Rayski”, szef komórki wywiadu oddziału „Agat”, który rozpracowywał Waltera Stamma - szefa Wydziału IV Gestapo, często penetrował dzielnicę policyjną. Tam zaobserwował pojawienie się limuzyny z nieznanym mu generałem. Od tego dnia „Rayski” śledził jego przyjazdy do budynku Gestapo i wkrótce ustalił, że mieszka on w Alei Róż 2 i nosi nazwisko Kutschera. „Rayski” o swoim odkryciu zameldował dowództwu Kedywu, a te po kilku dniach wydało na Kutscherę wyrok śmierci.

Wykonanie akcji powierzono zgrupowaniu „Agat”. Jego dowódca Bronisław Pietraszewicz, pseudonim „Lot” postanowił dowodzić akcją osobiście. Po odebraniu od „Rayskiego” wszystkich ustaleń wywiadu, przystąpiono do przygotowania planu uderzenia. Pierwsza, nieudana próba przeprowadzenia akcji miała miejsce 28 stycznia 1944 roku o godz. 8:40. Oddział „Lota”, rozstawiony na stanowiskach w Alejach Ujazdowskich nie doczekał się przejazdu Kutschery. Następną akcję zaplanowano na 1 lutego 1944 roku, na godz. 8:50. Uczestniczyło w niej 12 osób.

O godzinie 9:09 „Kama” zasygnalizowała wyjście Kutschery z domu w Alei Róż. Rozpoczęła się akcja. Kutschera miał do przejechania zaledwie 140 metrów - tyle dzieliło jego dom od dowództwa SS. Gdy dojeżdżał do bramy pałacu drogę zajechał mu samochód kierowany przez „Misia”. Kierowca Kutschery zwolnił, chcąc przepuścić intruza. Zwolnił również „Miś” i zatrzymał wóz. W chwili, gdy Niemiec usiłował go wyminąć, ruszył ponownie blokując auto szefa SS. Do zatrzymanego wozu podbiegli „Lot” i „Kruszynka”. Z odległości metra otworzyli ogień w kierunku Kutschery i ranili go. Równocześnie na stanowiska wybiegł zespół ubezpieczający, a stojące na ul. Szopena samochody „Sokoła” i „Bruna” cofnęły się do rogu Alei Ujazdowskich z Aleją Róż. Kutscherę dobił „Miś”, który wyskoczył z wozu i strzałami z pistoletów wspierał osłonę akcji.

Niemcy otworzyli ogień z siedziby dowództwa SS i wszystkich okolicznych budynków. Ich kule raniły w brzuch „Lota” i „Cichego”, a także „Olbrzyma”. Niegroźny postrzał w głowę dostał „Miś”, który wraz z „Kruszynką” wyciągnął ciało Kutschery z wozu i w pośpiechu szukał przy zabitym dokumentów. Kiedy nic nie znalazł, zabrał jego teczkę. Pod silnym ostrzałem Niemców, uczestnicy akcji wycofali się do samochodów i uciekli wcześniej wyznaczonymi trasami.

Na tym akcja nie zakończyła się. Należało zawieźć ciężko rannych do szpitali. Wiele godzin trwało poszukiwanie placówek, które zgodziłyby się ich przyjąć. „Sokół” i „Juno”, po odwiezieniu „Lota” i „Cichego” do praskiego szpitala Przemienienia Pańskiego natknęli się na blokadę niemieckiej policji na moście Kierbedzia. Nierówna walka zakończyła się śmiertelnym skokiem dywersantów do Wisły.

Straty powiększyły się jeszcze w ciągu kolejnych dni. 4 lutego zmarł w Szpitalu Wolskim „Lot”, a 6 lutego w Szpitalu Maltańskim - „Cichy”. Niemcy w odwecie za zabicie Kutschery nałożyli na Warszawę 100 milionów złotych kontrybucji, a dzień po zamachu, 2 lutego 1944 roku w Alejach Ujazdowskich 21, w pobliżu miejsca przeprowadzenia akcji, rozstrzelali 100 zakładników. Była to jedna z ostatnich publicznych egzekucji przed wybuchem powstania warszawskiego. (jm)

fot. Wikipedia
Miejsce Akcji Kutschera. Za drzewami znajdował się budynek Dowództwa SS i Policji Dystryktu Warszawskiego (Aleje Ujazdowskie 23).

Każdy, kto pasjonuje się przygodami Jamesa Bonda, doskonale wie, że Vesper Lynd z „Casino Royal” była jego przyjaciółką. Ale już mało kto wie, że to postać autentyczna i że była Polką. Nazywała się Krystyna Skarbek, była arystokratką, kobietą, u której niezwykła uroda szła w parze z niepospolitym intelektem, ponadto była znakomitą sportsmenką. Przez pewien czas związana była z autorem „Bondów” Ianem Flemingiem. Zginęła w tajemniczych okolicznościach.

Jest rok 1952. W jednym z londyńskich hoteli od ciosów zadanych nożem ginie stewardesa Christine Granville. Już następnego dnia każda brytyjska gazeta informuje o tym na pierwszej stronie. Nie ma nic dziwnego w tym, jeśli na czołówki pism trafiają wiadomości o śmierci wielkich tego świata - głów wielkich państw, słynnych artystów, naukowców, ale w tym przypadku? Bo kucharz zabił nożem stewardesę? To, co najwyżej, materiał na krótką notkę prasową w kronice kryminalnej. Tak, ale Christine Granville nie była zwykłą stewardesą, lecz asem Special Operations Executive, wywiadu brytyjskiego z czasu tak wówczas żywej jeszcze w pamięci wszystkich II wojny światowej. A jej zasługi uhonorowane zostały najwyższymi odznaczeniami brytyjskimi, m.in. George Medal i Order of the British Empire oraz francuskim Croix de Guerre. Działała w Polsce, na Węgrzech oraz w okupowanej Francji.

Pochodziła ze słynnego arystokratycznego rodu Skarbków, którego początki sięgają progu ubiegłego tysiąclecia. W 1930 roku wzięła udział w konkursie „Miss Polonia” i zdobyła tytuł wicemiss. Trzy lata później poślubiła przemysłowca z Pabianic, Karola Gettlicha. Związek rozpadł się jednak po niespełna pół roku. Jej kolejny mąż to znany podówczas podróżnik i autor powieści dla młodzieży Jerzy Giżycki. W wywiadzie Wybuch wojny zastaje ich w Kenii, gdzie Jerzy Giżycki pracował jako dyplomata.
Wyjeżdżają stamtąd do Francji. Tam Krystyna rozstaje się z mężem i na własną rękę przedostaje się do Anglii. Wykorzystując pewne przedwojenne znajomości, zgłasza się do służby w brytyjskim wywiadzie. Od tego momentu posługuje się konspiracyjnym imieniem i nazwiskiem - Christine Granville, zostaje również odmłodzona o siedem lat - od tej chwili w jej dokumentach figuruje data urodzenia: 1915 rok. Pierwsze zadanie wykonuje na Węgrzech. Z Budapesztu, gdzie pracowała pod przykryciem dziennikarki, trzykrotnie odbyła podróż do okupowanej Polski konspiracyjnym szlakiem przez Słowację, jako kurierka tatrzańska - była znakomitą narciarką. Na Węgrzech pomagała Polakom w ucieczkach z obozów, w których byli internowani. Wraz z innym agentem - Jerzym Kowerskim, pracującym pod fałszywym nazwiskiem Andrew Kennedy - zebrali informacje, które pomogły Churchillowi poznać przypuszczalny termin niemieckiej inwazji na Związek Radziecki.

Wiele akcji, w których Skarbek popisała się niespotykaną inteligencją i brawurą, to gotowe scenariusze do filmów sensacyjnych. Chociażby przeprowadzenie pięciu czeskich oficerów do Jugosławii: podczas akcji przerzutowej zepsuł się im samochód. Natknął się na nich niemiecki patrol, ale Krystyna Skarbek nie straciła głowy - nie tylko nie zdekonspirowała siebie ani całej grupy, ale namówiła Niemców do przepchnięcia samochodu, który utknął na drodze przez granicę.

Po zakończeniu misji na Węgrzech wróciła do Wielkiej Brytanii, ale w 1941 roku, kiedy III Rzesza zaatakowała Bałkany, Skarbek została wysłana wraz z Kowerskim na Bliski Wschód. Latem 1944 roku została zrzucona na spadochronie na teren Francji. Jako „Jacqueline Armand” miała pomóc francuskiemu ruchowi oporu. Zorganizowała tam między innymi wykupienie z rąk gestapo kilku aresztowanych szefów siatki sabotażowo-dywersyjnej „Jockey”. Posłużyła się przy tym nieprawdopodobnym wręcz wybiegiem i niesłychaną brawurą, oświadczając niemieckiemu lokalnemu dowódcy gestapo, że jest siostrzenicą brytyjskiego generała Montgomery’ego, i że za uwolnienie aresztowanych gwarantuje gestapowcowi życie po wkroczeniu aliantów. Pomimo polskiego akcentu Skarbkówny, Niemiec dał się nabrać i nie tylko uwolnił pojmanych, a nawet wyposażył ich w broń i samochód, dzięki któremu udało się im dostać na drugą stronę frontu.

Podczas powstania warszawskiego Krystyna Skarbek dotarła do stolicy Wielkiej Brytanii. Zadręczała przełożonych o przerzut do Polski, ale zawsze jej odmawiano. Była pewna szansa pod koniec 1944 roku, kiedy to do Polski miała się udać brytyjska misja wojskowa, ale w ostatniej chwili Winston Churchill odwołał wszystkie loty do Polski. Po demobilizacji w 1945 roku Brytyjczycy zapomnieli o niej, tak jak o wielu innych zasłużonych dla aliantów Polakach, dając jej wcześniej odprawę w wysokości... 100 funtów i list z podziękowaniem od Churchilla.

Mimo swoich dokonań i licznych odznaczeń żyła w ubóstwie. Próbowała osiedlić się w Kenii, ale bez skutku. Pozostała jej praca w hotelu w charakterze pokojówki, jakiś czas była sprzedawczynią w Harrodsie. I wreszcie pracowała jako stewardesa na statkach pasażerskich na linii Anglia - Afryka Południowa. W tym czasie poznała byłego agenta Navy Intelligece Division, Iana Fleminga, i jakiś czas była jego przyjaciółką. Zauroczony nią Fleming uczynił z niej Vesper Lynd, przyjaciółkę głównego bohatera swej pierwszej książki z serii przygód James Bonda „Casino Royal”.

Na statku, na którym pracowała, poznała też Dennisa Muldowney’a, swojego późniejszego mordercę. Nadchodzi feralny dzień 15 czerwca 1952 roku. W podlondyńskim hotelu „Shelbourne”, prowadzonym przez polskie małżeństwo, Muldowney morduje Krystynę Skarbek. Czyni to podobno w afekcie, bo Polka odrzuciła jego oświadczyny. Żyła jeszcze dwa dni, ale lekarzom nie udało się jej uratować. Muldowney został skazany na karę śmierci, a wyrok wykonano bardzo szybko. Jak twierdzą niektórzy, podejrzanie szybko. W niektórych środowiskach polonijnych rozeszła się pogłoska, że była agentka zginęła, bo znała tajemnicę śmierci gen. Władysława Sikorskiego, podobno zamierzała go nawet ostrzec.
Katarzyna Skarbek jest pochowana na katolickim cmentarzu St. Mary’s w Kensal Green, w północno-zachodnim Londynie.

Janusz Młynarski

Więcej artykułów…