Magazyn - Nasz Swiat
24
Pn, lipiec

Miesiąc ten był dla mieszkańców Poznania wielką tragedią. Narastające od wielu miesięcy niezadowolenie, doprowadziło do silnego wzburzenia nastrojów, które 28 czerwca zaowocowały strajkiem, masową demonstracją uliczną, a następnie serią starć z bronią w ręku. W toku tych rozruchów, nie zabrakło również zabitych i rannych, ofiar zarówno po stronie demonstrujących robotników, jak i sił występujących w obronie ówczesnego porządku. Był to pierwszy protest społeczny w powojennej, komunistycznej Polsce.

Dla reżimowych władz był to szok. Przejęte były one nie tyle śmiercią, lecz tym, iż doszło do tego w systemie socjalistycznym - niepokoje społeczne zadawały bowiem kłam stalinowskiej propagandzie, legendzie komunistycznego raju na ziemi. Po śmierci Stalina i pewnym złagodzeniu dolegliwości systemu (1956 rok) warunki życia robotników nie uległy poprawie, a wręcz pogorszyły się. System zarządzania gospodarką nie został zreformowany. Utrzymywał się styl rządzenia, polegający na biurokratycznym traktowaniu robotników.

Stan świadomości klasy pracującej był mocno idealizowany przez władzę. Przekształcenie związków zawodowych w podporządkowaną partii „transmisję” do mas, utrudniło jeszcze bardziej kontakt władzy z klasą robotniczą. Na skutek załamania się zawartych w planie gospodarczym zapowiedzi poprawy warunków bytowych ludzi pracy, władza polityczna zaczęła tracić zaufanie społeczne.

 

Palazzina, czyli pałacyk lub po prostu kamienica przy Piazza d'Azeglio, 20 we Florencji należała do Samuela Fryderyka Tyszkiewicza - polskiego typografa i artysty, który w 1926r. wraz z żoną Marylą Tyszkiewiczową z Neumannów założył tu słynną niegdyś polską tłocznię Oficynę Florencką (Stamperia Polacca).

Samuel F. Tyszkiewicz / fot. tak.waw.pl

Jest to budynek pięciopiętrowy ozdobiony freskami na pierwszym i drugim piętrze (dziś fasada jest jednak bardzo zaniedbana i rysunki są nieczytelne) oraz reprezentacyjną bramą wejściową.

Na początku XXw. do Włoch przyjeżdżało wielu prywatnych drukarzy z zagranicy z zamiarem założenia tu własnej oficyny, poczynając od Niemców, czy właśnie Polaków.

Jednym z nich był polski arystokrata Samuel Fryderyk Tyszkiewicz, herbu Leliwa, który we Florencji szybko zyskał sławę jako artysta doskonałości drukarskiej.

Czytaj więcej »

Agnieszka B. Gorzkowska

 

Książę Stanisław Poniatowski (Warszawa 1753 - Florencja 1833), podskarbi wielki litewski, bratanek i imiennik króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, jest może mało znaną, ale bardzo ciekawą postacią historyczną.

książę Stanisław Poniatowski fot. wikipedia
Był ponoć dobrze zapowiadającym się, utalentowanym, ostrożnym i dalekowzrocznym politykiem na polskim dworze, jednak nie cieszył się uznaniem szlachty polskiej do której odnosił się bardzo krytycznie. Wreszcie, nie mogąc znieść złośliwości opieszałych szlachciców, tuż po ogłoszeniu Konstytucji 3 Maja w 1791, rozgoryczony książę-patriota przeniósł się na stałe do Włoch.
 
Jako spokojny, stateczny stary kawaler miał zamiar trzymać się z dala od przygód miłosnych i skandali. Był koneserem sztuki. W swoim pałacu w Rzymie kolekcjonował słynne obrazy, grafiki, rzeźby i inne cenne dzieła sztuki, chocaż podobno zdarzało mu się nabyć "niewypały".
 
Tymczasem na tej samej ulicy, niemal naprzeciwko pałacu księcia, mieszkała pewna dwudziestoletnia Cassandra Luci, którą wydano za mąż za dużo starszego od niej Vincenzo Belloncha. Bellonch po pijanemu nierzadko podnosił rękę na młodziutką Cassandrę. Los chciał, że pewnego razu zrozpaczona kobieta uciekając przed wściekłością męża schroniła się w bramie pałacu księcia Poniatowskiego.
 
A że Cassandra była bardzo urodziwą młodą damą, Poniatowski nie tylko zaopiekował się, ale i zakochał od pierwszego wejrzenia.
 
 
Agnieszka B. Gorzkowska

 

Wielkanoc we Włoszech wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Zgodnie z przysłowiem: Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi (Boże narodzenie z rodziną, Wielkanoc - z kim chcesz), większość Włochów spędza Wielkanoc poza domem.

Colomba wielkanocnaWielki Post
Wielkanoc poprzedza tak jak w Polsce 40-dniowy post, a tydzień przed Wielkanocą w wielu miasteczkach włoskich odbywają się misteria męki pańskiej, procesje, zabawy ludowe, zabarwione lokalnym kolorytem. Na placach centralnych miasteczek odbywają się Rezurekcje. W Wielki Piątek w niektórych włoskich regionach o świcie kobiety idą do kościoła recytując modlitwę, przesuwają się po zimnej posadzce nagimi kolanami. Wiele z tych modlitw ma odległy rodowód sięgający czasów średniowiecza. Nocą tego samego dnia w blasku księżyca organizuje się procesje.

Wielkanoc jest preludium radości by podziękować Zmartwychwstałemu Chrystusowi.

Niedziela wielkanocna
W Wielką Niedzielę (Pasqua) świętuje się w domu, a najważniejszym momentem dnia nie jest śniadanie wielkanocne lecz obiad, na który tradycyjnie podawana jest baranina lub jagnięcina, która sprowadzana jest przede wszystkim z Polski.

Ciepłych, pełnych radosnej nadziei
świąt Zmartwychwstania Pańskiego,
a także słonecznych spotkań
z budzącą się do życia przyrodą
życzy redakcja Naszego Świata

Na stole pojawiają się salami i jajka na twardo, na pierwsze danie podaje się barani rosół z pierożkami cappelletti, a na drugie: pieczone jagnię. Jednym z najbardziej oryginalnych włoskich dań świątecznych jest tak zwany "wielkanocny tort", sięgający tradycją średniowiecza. Nie ma on jednak nic wspólnego z wyrobami cukierniczymi, bo jest to zapiekanka - przekładaniec z buraków, cebuli, grzybów, jajek, chleba namoczonego w mleku i parmezanu.

Z Mesyny pochodzi danie o trudnej do wymówienia sycylijskiej nazwie "U sciuscieddu". Są to obtaczane w parmezanie pulpety w rosole, które pokrywa się ubitą na sztywno pianą z białek, a następnie opieka się w piekarniku.

Colomba, czyli gołębica
Na stole wielkanocnym we włoskich domach nie może zabraknąć tradycyjnej babki, zwanej colomba, czyli gołębica. Jest to puszyste ciasto, takie jak wigilijne panettone  - lekka, jak puch babka drożdżowa przygotowywana z dużej ilości jajek i bakalii. Ciasto to przypomina nieco nasze, tradycyjne baby wielkanocne, colomba jednak ma inny kształt - po złożeniu placek powinien wyglądać, jak lecący ptak.

Historia tego tradycyjnego ciasta bez którego nie ma świąt jest długa sięga bowiem VI wieku, kiedy ciasto to zostało zaproponowane oblegającemu Pavię władcy Longobardów. Tak jak i dziś była wówczas symbolem pokoju i radości.

Czekoladowe jajkaWielkanocne jajka czekoladowe
Dzieci z niecierpliwością oczekują na wielkie czekoladowe jaja z niespodziankami, zawierającymi wszelkiego rodzaju maskotki, ludziki i inne drobiazgi.

Pasquetta
Poniedziałek wielkanocny w Italii nazywany Pasquetta czyli małą Wielkanocą włoskie rodziny spędzają przeważnie na świeżym powietrzu. Poniedziałkowy wayjazd jest czymś podobnym do naszej polskiej majówki.
W przeciwieństwie do naszego kraju, we Włoszech nie ma tradycji oblewania wodą, dlatego tego dnia można śmiało wyjść z domu.

(internet, am)

W maju 1925 roku Józef Piłsudski dokonał czegoś, co do historii przeszło pod nazwą „Przewrotu majowego”. Słuszność tej decyzji po dziś dzień budzi spory, nie tylko wśród narodowców i piłsudczyków, lecz również historyków. Nie wdając się w ocenę, czy decyzja Piłsudskiego była niezbędna dla ratowania państwa, ograniczmy się do scharakteryzowania ówczesnych realiów pozostawiając ocenę innym…

Zacznijmy od roku poprzedzającego zamach - w 1924, w krótkiej historii II RP dochodzi do drugiej  hiperinflacji. Rok później reforma rolna, która została przyjęta przez Sejm nie jest realizowana, co prowadzi do pogorszenia się nastrójów wśród ludności wiejskiej. Dochodzi też do spadku eksportu będącego skutkiem niemiecko-polskiej wojny celnej. Mamy również do czynienia z permanentnym kryzysem gabinetowym - do chwili przewrotu rządy zmieniały się aż 12 razy. Bywało, że niektóre gabinety sprawowały władzę nie dłużej niż miesiąc. Najdłuższe rządy trwały średnio około roku. Nie sprzyjało to stabilizowaniu państwa, ponieważ każdy z obecnych u władzy, miał własne koncepcje rozwoju, często sprzeczne z koncepcją poprzedników. Za każdym więc razem, zaczynano wszystko od nowa, dochodziło również do konfliktów wewnątrz gabinetów, co powodowało ich upadek.

 

To postać wybitna, choć znana raczej historykom i pasjonatom. Większość Polaków nigdy nie słyszała o Stanisławie Swianiewiczu, jedynym świadku zbrodni katyńskiej, wybitnym naukowcu, pisarzu i prawniku, który zmarł na emigracji w Wielkiej Brytanii. Był autorem książki „W cieniu Katynia”.

Butyrki - więzienie przejściowe i śledcze w Moskwie, służące także do przetrzymywania więźniów politycznych / foto: Wikimedia CommonsUrodził się 7 listopada 1899 roku w Dyneburgu (Łotwa), w rodzinie szlacheckiej o bogatych tradycjach patriotycznych. Pradziadek Swianiewicza został stracony przez władze carskie za udział w powstaniu listopadowym. Jego dziadek i stryj, brali udział w powstaniu styczniowym. Rodzice Stanisława z racji swojego wykształcenia zajmowali wysoką pozycję społeczną - ojciec był inżynierem kolejnictwa i piastował stanowisko naczelnika odcinka kolejowego Dyneburg-Orzeł, matka była absolwentką szkoły dla szlachetnie urodzonych panien w Wilnie. Sam Swianiewicz, już jako dziecko władał trzema językami: polskim, rosyjskim i niemieckim. Warto podkreślić, że fakt, iż wychowywał się na pograniczu kultur sprawił, że był on bardzo życzliwie nastawiony do narodu i dziedzictwa rosyjskiego, co spowodowało, że w późniejszym etapie swojego życia, przez jakiś czas, miał dość naiwne podejście do władzy sowieckiej. Po ukończeniu szkoły średniej zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Moskiewskiego, studiował tam również nauki społeczne oraz ekonomię. Jednocześnie działał konspiracyjnie w polskim ruchu niepodległościowym. Kiedy w 1917 roku, bolszewicy rozpoczęli rewolucję październikową, Swianiewicz wyjechał z Moskwy. Dwa lata później za zasługi w konspiracji, mianowano go komendantem Polskiej Organizacji Wojskowej w Inflantach, skąd później przedostał się do Wilna, gdzie walczył w wojnie z bolszewikami. Ma na swoim koncie, także udział w słynnym buncie generała Lucjana Żeligowskiego i jeszcze słynniejszym „marszu na Wilno”.

Jeszcze podczas wojny, zapisał się na wydział prawa wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Zaliczono mu studia moskiewskie, dzięki czemu, mógł zacząć naukę od II roku. Po ukończeniu edukacji w Wilnie, studiował jeszcze w Paryżu, Wrocławiu oraz w Kilonii. Na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej, prezydent Mościcki mianował go profesorem nadzwyczajnym. Związany cały międzywojenny czas z Uniwersytetem Stefana Batorego, zajmował się analizą gospodarki sowieckiej (radzieckiej). Był również członkiem Instytutu Naukowo-Badawczego Europy Wschodniej - niezależnej od państwa placówki, skoncentrowanej na problemach tej części Europy, a także Instytutu Europy Wschodniej we Wrocławiu, poprzez który organizował wymianę studentów z uniwersytetami niemieckimi.

Kiedy zetknął się ze wschodzącym faszyzmem niemieckim rozpoczął pionierskie studia porównawcze gospodarek dwóch totalitarnych krajów - ZSRR i III Rzeszy. Jego stosunek do nazizmu był zdecydowanie negatywny, ale obiektywnie doceniał szybki rozwój gospodarki niemieckiej, dzięki stosowanej tam polityce interwencjonizmu państwowego. Swianiewicz śledzący na bieżąco procesy gospodarcze i społeczne w Niemczech sprzeciwiał się oficjalnej polskiej propagandzie negatywnie „podkręcającej” relacje polsko-niemieckie, widział bowiem dysproporcję sił pomiędzy III Rzeszą, a Krajem nad Wisłą. Ta postawa sprawiła, że część przedstawicieli władz RP, posądzała go nawet o germanofilstwo.

Kiedy Hitler napadł na Polskę, Stanisław Swianiewicz trafił na pierwszą linię frontu. Brał udział między innymi w bitwie pod Krasnobrodem, która skończyła się klęską. Próbując przedrzeć się do granicy węgierskiej, został pojmany przez czerwonoarmistów.

Tu zaczyna się „katyński etap” biografii Stanisława Swianiewicza. Najpierw trafia do obozu przejściowego w Putywlu, a następnie do Kozielska. Szybko zdaje sobie sprawę, że jest to obóz śledczy NKWD, w którym każdy polski wojskowy jest osobno rozpracowywany. Pod koniec kwietnia 1940 roku, wraz z transportem innych jeńców trafia do stacji Gniezdowo, koło Katynia, jednak ku swojemu zdziwieniu, nie zostaje wyprowadzony wraz z innymi oficerami z pociągu. Przez szparę w ścianie wagonu obserwował, jak umieszczano innych w autobusach z oknami zasmarowanymi wapnem i wywożono dalej w nieznanym mu wówczas kierunku. Warto dodać, że Swianiewicz jeszcze długo po tym, jak już było wiadomo, co się stało z jego współtowarzyszami, nie mógł uwierzyć, że dokonano tak masowej, bestialskiej zbrodni. Spod Katynia trafił do więzienia w Smoleńsku, a następnie do cieszącego się ponurą sławą więzienia NKWD na moskiewskiej Łubiance i więzienia na Butyrkach. Podano go tam śledztwu, które trwało kilka miesięcy. Został skazany na osiem lat łagru w republice Komi, za „szpiegostwo przeciw ZSRR”.

***

Jest sierpień 1941 roku, zostaje podpisany układ Sikorski - Majski. Na jego mocy władze ZSRR zwalniają z łagrów większość Polaków, ale nie Swianiewcza. NKWD zdaje sobie sprawę bowiem, że jest on jedynym świadkiem zbrodni katyńskiej. Trafia z powrotem do łagru. Na skutek różnych, mniej i bardziej oficjalnych zabiegów polskich dyplomatów, Stanisław Swianiewicz opuszcza obóz i trafia do armii generała Andersa, któremu natychmiast składa obszerną relację z tego, czego był świadkiem, nie pomijając „epizodu katyńskiego”. Choć udało się Swianiewicza wyciągnąć z łagru, to pojawiły się trudności z opuszczeniem ZSRR. W końcu udało mu się wyjechać wraz z profesorem Stanisławem Kotem i częścią personelu ambasady RP w Kujbyszewie.

W 1948 roku, ukazuje się w Wielkiej Brytanii książka pod tytułem „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów”, która staje się najpełniejszym oskarżeniem wobec sowieckiego reżimu w sprawie zbrodni. Zredagowali ją: Zdzisław Stahl i Józef Mackiewicz, a wstępem opatrzył sam generał Władysław Anders…

***

Jak wyglądały dalsze losy jedynego świadka zbrodni katyńskiej? Pozostał na emigracji, zamieszkał w Londynie. Rozpoczął pracę naukową. Wykładał w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Indonezji. Najdłużej był związany z Saint Mary's University w Halifaksie. Po 18 latach połączył się ze swą żoną, której udało się opuścić Polskę po październikowej odwilży w 1956 roku. Rodzina przeżyła wojnę w Wilnie, zaś potem osiadła w Tczewie - szczęśliwie nie niepokojona przez władze pomimo tego, że postać Swianiewicza pojawiała się w wielu procesach politycznych. Ze względu na dobro bliskich, zeznania przed powołaną we wrześniu 1951 roku, specjalną komisją Kongresu USA do spraw zbadania zbrodni katyńskiej, składał występując w masce. W latach 70. w Londynie, przed wyjazdem do Danii na tzw. „przesłuchania sacharowskie” (nazwa pochodzi od nazwiska Andrieja Sacharowa, radzieckiego dysydenta - przyp. red.), dotyczące naruszania praw człowieka w krajach bloku wschodniego i tuż przed wydaniem książki o Katyniu, na pustej ulicy przeżył zamach na swoją osobę - otrzymał cios w tył głowy od nieznanego sprawcy. Ostatnie lata swojego życia, profesor spędził w Domu Kombatanta „Antokol” Polskę odwiedził tylko raz, latem 1990 roku, gdy przyjechał na ślub wnuka. Zmarł 22 maja 1997 roku w Londynie, a pochowany został w Halifax. (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Prymat najstarszej restauracji we Włoszech i na świecie (co potwierdza także Księga Rekordów Guinnessa) należy do AL BRINDISI w Ferrarze z 1435r.
 
Jednak według włoskich ekspertów ze stowarzyszenia Locali Storici d'Italia w lokalu "Al brindisi" znacznie wcześniej, bo w 1100r. mieściła się już jadłodalnia/stołówka zwana "Hostaria del Chiuchiolino" - karczma/zajazd pijaczka, gdzie stołowali się robotnicy wznoszący tuż obok katedrę.
 
W słynnej karczmie bywali min. Cellini, Tiziano, Vecellio, Tasso,  Ariosto, i wreszcie, nie tylko stołował się, ale i zamieszkiwał w pokojach na 1 piętrze Mikołaj Kopernik, podczas swoich studiów prawa kanonicznego w Ferrarze w 1503r.
 
Agnieszka B. Gorzkowska