Magazyn - Nasz Swiat
21
Cz, wrzesień

17 marca 1861 roku powstało Królestwo Włoskie, kiedy to ogólnokrajowy parlament w Turynie ogłosił królem zjednoczonego państwa Wiktora Emanuela II. Proces Zjednoczenia Włoch trwał kilka lat i rozpoczął się w 1859 roku.

Kurierka i emisariuszka Komendy Głównej AK do Londynu. Skoczek spadochronowy. Jedyna kobieta spośród 316 cichociemnych. Wylądowała w kraju 10 września 1943 roku w rejonie Grodziska Mazowieckiego (jako Elisabeth Hatsorz). Była drugim w historii Polski generałem-kobietą. W plebiscycie na Polkę wszech czasów znalazła się na drugim miejscu, po Marii Skłodowskiej-Curie.


Elżbieta Zawacka urodziła się 19 marca 1909 roku w Toruniu, czyli w czasach, kiedy jej rodzinne miasto znajdowało się pod zaborem pruskim, ale szkołę podstawową i gimnazjum kończyła już w wolnej Polsce. Maturę zdała w Żeńskim Gimnazjum Humanistycznym, a następnie skończyła studia matematyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Na czwartym roku studiów związała się z Organizacją Przysposobienia Kobiet do Obrony Kraju (późniejsze PWK). Po studiach podjęła pracę jako nauczycielka w szkole średniej i udzielała się społecznie jako instruktor Przysposobienia Wojskowego Kobiet (PWK). Przed rokiem 1939 mieszkała w Katowicach pełniła tam funkcję komendantki Rejonu Śląskiego PWK.

Brytyjczycy nie mogli uwierzyć, że jeden człowiek może zdziałać tak wiele. W zgodnej opinii swoich przełożonych polski agent, Jerzy Iwanow-Szajnowicz wyrządził Niemcom więcej szkód, niż niejedna aliancka armia dysponująca wsparciem lotnictwa i artylerii.

Pomnik Jerzego Iwanowa-Szajnowicza w Salonikach / foto: WikipediaNa kanwie jego przeżyć powstał film pt. „Agent nr 1”, bo bez wątpienia po tym, czego dokonał podczas II wojny światowej dla Polski i dla aliantów, taki tytuł mu przysługuje.
Zmieniał tożsamość kilka razy w miesiącu - był robotnikiem, kolejarzem, marynarzem, urzędnikiem, a nawet niemieckim oficerem. Wnikał do baz wojskowych, portów i stoczni. I gdziekolwiek się pojawił, tam siał śmierć, pożogę i katastrofy.

***
Grecja, Zatoka Eleusis, 14 marca 1942 roku, godzina 17:00. Słońce powoli kryło się za horyzontem, a lekki wiatr marszczył okoliczne wody. Nawet najwprawniejsze oko nie wypatrzyłoby z brzegu głowy pływaka, który już od godziny zmierzał w stronę stoczni remontowej. Płynął klasycznie jak zawodowiec, zanurzając i wynurzając głowę w równych odstępach czasu. Po dwóch godzinach, zatrzymał się i uważnie rozejrzał wokoło. Zmrok zapadł już na dobre. Kilkaset metrów przed nim widniały jasno oświetlone hangary stoczni. Reflektor zamontowany na wieżyczce strażniczej umieszczonej na dachu jednego z budynków leniwie omiatał wody zatoki. Przy betonowym nabrzeżu stała przycumowana olbrzymia łódź podwodna. Na brzegu roiło się od ludzi. Część z nich zajęta była wnoszeniem ekwipunku na U-Boota. Znikali we wnętrzu hangaru, by po chwili wyjść trzymając w rękach butle z tlenem, maski i płetwy. Tak obładowani wchodzili po trapie na łódź podwodną. Pływak ostrożnie zbliżył się do stalowego cielska. Kiedy był już przy nim zanurkował i obmacując żelazny kadłub kilka metrów pod powierzchnią wody przesunął się ku rufie. Zza paska wyjął okrągły, metalowy przedmiot. Umocował go tuż przy sterze głębokości i przekręcił śrubę zapalnika. Potem energicznie odepchnął się nogami od kadłuba i odpłynął od niego jak najdalej. Wynurzył się na powierzchnię około dwadzieścia metrów od okrętu. Kiedy po trzech godzinach skrajnie wyczerpany dotarł do przeciwległego brzegu usłyszał w oddali odgłos wybuchu…

***
Jerzy Iwanow-Szajnowicz urodził się w Warszawie w grudniu 1911 roku w rodzinie rosyjskiego pułkownika Władimira Iwanowa i Polki Leonardy Szajnowicz. Kiedy miał kilka lat, jego matka rozwiodła się z ojcem i wyszła ponownie za mąż za greckiego biznesmena Jannisa Lambrianidisa, z którym wkrótce wyjechała do Salonik. Jerzy został w Polsce pod opieką rodziny i rozpoczął naukę w szkole ojców marianów. Mając 14 lat dołączył do matki i ojczyma w Grecji. Kontynuował naukę we francuskim liceum w Salonikach i mniej więcej w tym czasie zainteresował się pływaniem. Szło mu tak dobrze, że wkrótce był jednym z najbardziej znanych młodych sportowców w Grecji. Po maturze wyjechał do Belgii na studia rolnicze. Podczas nich, zdobył tytuł Akademickiego Mistrza Belgii w pływaniu. Każde wakacje spędzał u rodziny w Polsce. Zapisał się do warszawskiego AZS-u i stał się podporą drużyny piłki wodnej. W 1937 roku, jego zespół zdobył Mistrzostwo Polski, a on został członkiem kadry narodowej w piłce wodnej i kilkakrotnie uczestniczył w zawodach. Wybuch wojny zastał go w Salonikach. Nawiązał kontakt z polską misją wojskową i przy współpracy z nią pomagał uchodźcom, którym udało się przedostać do Grecji. Załatwiał im dokumenty, żywność, zapewniał schronienie. Kiedy Niemcy zajęli Grecję w kwietniu 1941 roku, Jerzy Iwanow-Szajnowicz przedostał się do Palestyny i zgłosił się do dowództwa Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, która tam przechodziła szkolenie pod okiem Brytyjczyków. Rodacy potraktowali go bardzo nieufnie. Podejrzenia wzbudzało jego rosyjskie nazwisko dlatego dodał doń  nazwisko panieńskie matki oraz późno otrzymane obywatelstwo (polski paszport otrzymał po wielu staraniach w 1935 roku). Pod byle pretekstem wepchnęli go Brytyjczykom. Ci w wysportowanym, władającym sześcioma językami Polaku (oprócz polskiego, Iwanow-Szajnowicz znał doskonale grecki, angielski, niemiecki, rosyjski i francuski) natychmiast zobaczyli materiał na znakomitego agenta wywiadu. I nie pomylili się. Z Palestyny trafił do Aleksandrii, gdzie w ośrodku brytyjskiego wywiadu przeszedł wszechstronne szkolenie dywersyjne. W październiku 1941 roku, na pokładzie okrętu podwodnego HMS „Thunderbolt” został przetransportowany do Grecji. Miał papiery na nazwisko Kiriakos Paryssis, dla Brytyjczyków był Agentem 033B. W tym czasie w Afryce Północnej walczył niemiecki Afrika Korps. Lwia część zaopatrzenia - żywności, amunicji i paliwa docierała z Grecji. Brytyjczycy za wszelką cenę musieli zniszczyć źródła tych dostaw i odciąć Niemców od pomocy z Europy. Natychmiast po przybyciu do Grecji Agent 033B przystąpił do działania. Grecki ruch oporu był jeszcze w powijakach, więc Iwanow-Szajnowicz musiał korzystać głównie z własnych znajomości. Nawiązał kontakt z greckimi marynarzami, robotnikami, studentami, policjantami i urzędnikami. Stworzona przez niego siatka dokonywała aktów sabotażu, które znacznie uszczupliły niemiecki potencjał wojenny w Grecji. Jego ludzie pracujący w zakładach lotniczych Malziniotti w Nowym Faleronie umieszczali w samolotowych zbiornikach paliwa niewielkie pastylki będące mieszanką różnych tłuszczów i olejów, które powodowały dekompozycję paliwa. Samolot startował i po przeleceniu kilku kilometrów gwałtownie pikował, rozbijając się na ziemi, bądź wpadając do morza. Niemcy stracili wskutek tego sabotażu około 400 maszyn. Kolejarze zwerbowani przez Polaka niszczyli lokomotywy ciągnące składy z bronią i amunicją. Wrzucali do ich kotłów niewielkie pakunki dostarczone przez agenta, zwane „mydełkami”. Powodowały one gwałtowne wydzielanie pary i eksplozję kotła. Za pomocą przywiezionej z Aleksandrii radiostacji, polski agent informował Brytyjczyków o rozmieszczeniu jednostek niemieckich i włoskich, składów paliwowych i magazynów z amunicją. Po otrzymaniu tych informacji brytyjskie bombowce równały wskazane cele z ziemią. Iwanow-Szajnowicz sam często brał udział w tych aktach sabotażu. Najbardziej spektakularne z nich przeprowadzał osobiście. |Oprócz niemieckiego U-Boota, zatopił przejęty przez Niemców grecki niszczyciel „Król Jerzy”, hiszpański transportowiec i włoski ścigacz. Na wyspie Faros, spalił całą flotyllę kutrów wyładowanych amunicją dla niemieckich wojsk w Afryce. Do zacumowanych w porcie okrętów docierał po zmroku po pokonaniu wielu kilometrów w wodzie, przyczepiał minę magnetyczną do kadłuba i odpływał pod osłoną ciemności. Był nie do wykrycia. Przygotował także zamach na Mussoliniego, który wizytował swoje wojska w Grecji i miał się zatrzymać w ateńskim hotelu „Grande Bretagne”. Wszystko było gotowe, kiedy Mussolini nagle zmienił plany i zamiast do hotelu pojechał do włoskiej ambasady.

***
Iwanow-Szajnowicz wpadł w Atenach we wrześniu 1942 roku. Do dziś nie wiadomo, kto go wydał. Osadzony w więzieniu Averof, po śledztwie i torturach stanął przed niemieckim sądem, któremu powiedział wprost: „Wysłali mnie Anglicy, ale jestem Polakiem. Wysłannikiem tej Polski, która nigdy nie ustanie w walce z waszym najazdem”. 4 stycznia 1943 roku na terenie strzelnicy wojskowej w Atenach wraz z sześcioma współpracownikami stanął przed plutonem egzekucyjnym. Jeszcze raz spróbował ucieczki. Podczas szkolenia w Aleksandrii nauczono go sposobu na zdjęcie kajdanek, więc teraz rozpiął je niepostrzeżenie i zanim ktokolwiek się zorientował dał nura w krzaki. Uciekał zakosami, a kule świstały mu koło głowy. Niemcy strzelali bardzo chaotycznie, przerażeni, że uciekł im najważniejszy więzień. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Jeden żołnierz z plutonu egzekucyjnego przyklęknął, starannie wycelował i nacisnął spust. Na białej koszuli uciekiniera pojawiła się czerwona plama. Ciężko rannego Jerzego Iwanowa-Szajnowicza przywleczono z powrotem na miejsce egzekucji i przywiązano do dwóch palików. Chwilę potem pluton egzekucyjny stanął kilka metrów przed nim, przeładował broń i na komendę dowódcy oddali salwę. Tak zginął Agent nr 1… (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Kiedy zasiądziemy przy wigilijnym stole, pamiętajmy nie tylko o najbliższych, którzy odeszli, lecz również o wszystkich tych, którym nie dane było radować się z Narodzenia Pańskiego. O tych, którzy stracili życie w hitlerowskich obozach śmierci, sowieckich łagrach i innych miejscach kaźni…

W tym roku, minie 71 lat od jego samobójczej śmierci. Pisała o tym cała ówczesna światowa prasa, ale czyż mogło być inaczej?! Przecież to nie tylko najbarwniejsza postać II Rzeczypospolitej, lecz również przyjaciel królów, ministrów i poetów w całej Europie oraz przede wszystkim adiutant i zaufany człowiek marszałka Piłsudskiego, jego powiernik i oficer do zleceń w najtrudniejszych misjach dyplomatycznych…

Bolesław Wieniawa-Długoszowski / foto: WikipediaNowy Jork, 1 lipca 1942 roku, tuż po godzinie dziewiątej. Miejscowy taksówkarz czekający na  klienta przy Riverside Drive, zatrzymuje wzrok na tarasie piętra domu naprzeciwko. Jakiś mężczyzna w pidżamie zbliża się do barierki. Przez chwilę patrzy w niebo, potem z trudem klęka na gzymsie, żegna się powoli. - Uważaj, człowieku, co robisz! - krzyczy taksówkarz, ale adresat tych słów sprawia wrażenie nieobecnego, pogrążonego w modlitwie. Nagle pochyla się i spada. Taksówkarz pytany potem setki razy przez policję i FBI, czy to było samobójstwo, nie umiał powiedzieć nic innego: - Nie, on nie skoczył. On po prostu spadł. Tak jakby nie żył już tam, na górze…

***

„Generał Wieniawa-Długoszowski popełnił samobójstwo” - depeszował 2 lipca 1942 roku do prezydenta Władysława Raczkiewicza konsul generalny w Nowym Jorku Sylwin Strakacz, dodając: „Rozmawiałem z nim telefonicznie na 15 minut przed śmiercią, komunikując mu telegram MSZ w sprawie przydziału samochodu dla poselstwa w Hawanie”. Według tej depeszy, w kieszeni pidżamy zmarłego policja znalazła kartkę następującej treści: „Myśli plączą mi się w głowie i łamią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz prostych wypadków z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B.”.
„Ta notatka” - jak depeszował Strakacz - „została dołączona do protokołu policyjnego. Zna ją oprócz żony i córki tylko kilka osób związanych tajemnicą. Dostałem zapewnienie, że treść notatki nie będzie opublikowana”.

Według ludzi nieżyczliwych Wieniawie, w jego samobójczej śmierci nie było nic zastanawiającego. „Był chory, tracił pamięć, starzał się” - zanotował w swym londyńskim dzienniku Karol Estreicher. „Wszystkie dawne grzechy i pijatyki, i hulanki wydały owoce na starość. Skoczył oknem. Umarł, jak żył - nieodpowiedzialnie”. To wyjaśnienie nie wszystkim trafiało do przekonania. Historycy, analizując już po wojnie dramatyczny list Wieniawy, nie mogli zrozumieć, co miał on na myśli, pisząc o reprezentowaniu rządu. Każdy dyplomata reprezentuje nie rząd, lecz kraj - a Wieniawa doskonale o tym wiedział. Dlaczego - pytano - skoro nie czuł się na siłach objąć placówki w Hawanie, po prostu nie złożył dymisji? Dlaczego z tego powodu ktokolwiek miałby odbierać sobie życie? Największe wątpliwości budziła jednak forma listu: częściowo został napisany piórem na świstku papieru, lecz ostatnie słowa „Boże, zbaw Polskę” dopisano ołówkiem. To byłby niezwykle rzadki wypadek pisania listu samobójczego „na raty”. Podobnie jak złożenie podpisu jedną literą „B.”, choć nigdy w tej formie nie sygnował żadnego dokumentu. Nie rozumiano wielu spraw. Nie rozumiano, jak mógł tak ważny list zaginąć po wojnie w policyjnych archiwach, uniemożliwiając tym samym weryfikację, czy choćby analizę grafologiczną.

***

Nazajutrz to pytanie o prawdziwy charakter śmierci generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego pojawiło się na łamach prasy niemal na całym świecie. Zginął człowiek, którego legenda daleko wybiegała poza polskie polityczne opłotki. Adiutant i przyjaciel marszałka Piłsudskiego, jego powiernik i oficer do zleceń w najtrudniejszych misjach dyplomatycznych. Ambasador Polski przy Kwirynale, człowiek desygnowany przez Mościckiego na funkcję prezydenta RP na uchodźstwie, a formalnie rzecz biorąc - kilkudniowy prezydent RP. Przyjaciel królów, ministrów i poetów w całej Europie. Jedna z najciekawszych i najpopularniejszych postaci II Rzeczypospolitej. Nikt nie rozumiał, co się stało?! Przyjęto najbezpieczniejszą formułę pisząc, że zmarł nagle. Prasa polska dodawała, że wypadł z okna mieszkania w Nowym Jorku i że został mianowany posłem na Kubie, gdzie wkrótce miał objąć placówkę.

Generał był człowiekiem niezwykłym. Przede wszystkim był dzielnym żołnierzem i wielkim patriotą. Gdy w 1914 roku, w chwili wybuchu wojny tworzone były Legiony zaciągnął się jako piechur do legendarnej Pierwszej Kadrowej. Szybko jednak zdobył konia i z piechura stał się ułanem. Istotnie, „ułańskiej fantazji” Wieniawie nie brakowało. Imponował odwagą, wręcz brawurą. Awansował na kolejne stopnie, zdobywał doświadczenie, został jednym z bliższych współpracowników, a potem adiutantem Józefa Piłsudskiego. Jego wojskowa i polityczna kariera już na zawsze będzie się toczyć w cieniu Marszałka. Wieniawa był jednak przede wszystkim w okresie dwudziestolecia międzywojennego, symbolem polskiego ułana. Tak kawaleryjską służbę postrzegał generał Długoszowski: „Ludzie szanują się wzajemnie dla swych cnót - kochają zaś dla swych wad. Dlatego przystałem na kawalerzystę, bo ułan, czy szwoleżer, jest syntezą wszystkich cnót i wad polskich. Trzeba go szanować, a nie można nie kochać”.

Wieniawa nie mylił się, ludzie właśnie dla jego wad kochali go najbardziej. Międzywojenna Warszawa lubowała się w anegdotach o Wieniawie. Uwiedzionych kobiet, czy pojedynków, jakie musiał toczyć z ich mężami oraz alkoholu, jaki wypił, nikt nie był wstanie zliczyć. Jak sam przyznał w krótkim wierszyku swojego autorstwa (bo jak na prawdziwego ułana przystało pisał także wiersze):
„Przez całe życie ta miłość mnie goni.
Do pięknych kobiet, koniaku i koni”.

W przypływie „ułańskiej fantazji” i dla zakładu, Wieniawa wjechał na przykład konno po schodach na pierwsze piętro w hotelu Bristol. To stąd wzięło się słynne powiedzenie: „Skończyły się żarty, zaczęły się schody”. Konie zresztą Wieniawa kochał najbardziej. Jak sam mawiał: „bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”. Ułańska fantazja zawsze robiła na kobietach wrażenie, nie dziwi więc fakt licznych miłosnych podbojów generała. Jeszcze bardziej zrozumiemy jednak słabość płci pięknej do Wieniawy, gdy przywołamy jego słowa, które swego czasu skierował do o wiele lat młodszego od siebie mężczyzny: „To ja, o siwych włosach mam pana uczyć, jak postępować z kobietami? Panie, można zastać kobietę płaczącą, ale zostawić! Nigdy!”

Hulaszczy tryb życia nie raz sprowadzał na Wieniawę kłopoty nie tylko w postaci pojedynków z mężami, którym doprawiał przysłowiowe „rogi”, ale także z powodu niezadowolenia Marszałka, który miał do Wieniawy słabość i przez palce patrzył na jego wybryki, co nie oznacza, że był z tego powodu zadowolony. Znana jest historia, jak Wieniawa spóźnił się na uroczystości pogrzebowe króla Jugosławii Aleksandra w 1934 roku, gdzie miał reprezentować Polskę. Gdy wrócił do kraju został wezwany do raportu u Piłsudskiego. Zamiast w mundurze stawił się przed obliczem Marszałka w smokingu co jeszcze bardziej zdenerwowało Komendanta, który zażądał od Wieniawy wyjaśnień najpierw w sprawie jego stroju. Ten miał wówczas odpowiedzieć: „Komendancie, melduję posłusznie, iż wiem, żem ciężko przewinił i powinienem dostać po pysku. A ponieważ bardzo szanuję swój mundur, przybyłem jako cywil. Polski generał nie może dostać po mordzie w mundurze!”. W obliczu takiej odpowiedzi serce Marszałka zmiękło, a jego ulubieńcowi znów się upiekło.

Śmierć Piłsudskiego głęboko dotknęła Wieniawę. Traktował Marszałka jak ojca. Czuwał przy nim i był obecny w chwili jego śmierci. Upoważniony został przez prezydenta Mościckiego do zorganizowania uroczystości pogrzebowych na Wawelu, którymi osobiście kierował. Gdy zabrakło ukochanego Komendanta wpływy Wieniawy znacznie się ograniczyły. Nie został odsunięty aż tak spektakularnie jak Walery Sławek, ale miał coraz mniejsze znaczenie. Skierowanie na placówkę do Rzymu w randze ambasadora było także odsunięciem go na boczny tor. Z powierzonej mu misji, wywiązywał się jednak niezwykle sumiennie. Nawet w pracy dyplomaty nie brakowało mu jednak sentymentalnych reminiscencji do czasów kawaleryjskich. Tak szkicował różnice między dyplomacją, a kawalerią: „W dyplomacji można czasem robić świństwa, ale nigdy głupstw. W kawalerii jest odwrotnie”.

Gdy wybuchła wojna, był epizodycznym następcą prezydenta Ignacego Mościckiego, sprzeciw generała Władysława Sikorskiego i sprzyjającej mu Francji, zablokowały jednak objęcie przez niego tej zaszczytnej funkcji. Próby Wieniawy, zdeklarowanego piłsudczyka, porozumienia się z nową władzą i otoczeniem premiera Władysława Sikorskiego okazały się nieudane. Przede wszystkim chciał wrócić do służby wojskowej. Można by w tym miejscu zacytować kazanie ks. Kamińskiego, którym żegnał w kolegiacie w Stanisławowie pułkownika Wołodyjowskiego: „Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz? Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz?”

Niestety. Nie udało się Wieniawie przekonać Sikorskiego i jego współpracowników do tego, aby pozwoli mu na służbę w wojsku. Zwalczająca wszystko, co związane z sanacją ekipa Sikorskiego, nie widziała miejsca w armii dla pupila marszałka Piłsudskiego, placówka na Kubie miała być formą zesłania. Podobno, to poczucie bycia poza głównym nurtem dziejów, skłoniła Wieniawę do samobójstwa, ale nie brak też teorii, że było ono precyzyjnie zaplanowanym mordem, a motywów doszukiwano się różnych - od osobistych, mających charakter zemsty, po polityczne, jak eliminacja przez generała Sikorskiego wpływowych piłsudczyków. Jak było naprawdę zapewne nigdy się już nie dowiemy… (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

17 stycznia 2004 roku zmarł w Warszawie Czesław Niemen, legenda polskiej piosenki, wokalista, instrumentalista i kompozytor. Artysta występował także we Włoszech, o czym wie naprawdę mało osób.

Kilka dni temu minęła kolejna rocznica śmierci jednej z najważniejszych i najtragiczniejszych postaci polskiej emigracji i człowieka, który współtworzył niepodległą Polskę. W przyszłym miesiącu obchodzić będziemy rocznicę jego urodzin.

Kazimierz Sosnkowski, pseudonim Godziemba, generał broni WP, polityk, działacz niepodległościowy  i emigracyjny to postać, którą trudno opisać na gazetowej kolumnie, nawet jeśli ograniczyć się do najważniejszych faktów z jego życia. 
Urodził się 19 listopada 1885 roku w Warszawie. Od roku 1905 członek (PPS) i Organizacji Bojowej PPS, komendant OB PPS okręgu warszawskiego, następnie radomskiego i zagłębiowskiego. W 1908 współorganizował Związek Walki Czynnej, a dwa lata później zakładał związek strzelecki, następnie pełnił funkcję zastępcy komendanta głównego oraz szefa sztabu.
W czasie I wojny światowej w służył w Legionach Polskich. Był zastępcą Józefa Piłusdskiego w 1 pułku piechoty, a później w I Brygadzie Legionów Polskich, Po ustąpieniu Piłsudskiego z Legionów został dowódcą legendarnej I Brygady. Po tzw. kryzysie przysięgowym w Legionach Polskich został aresztowany w lipcu 1917 roku, a w sierpniu osadzony wraz z Piłsudskim w twierdzy w Magdeburgu, skąd zwolniony został  10 listopada 1918 roku. Po przybyciu do Warszawy mianowano go dowódcą Okręgu Generalnego Warszawa. Od marca 1919
wiceminister spraw wojskowych.
W sierpniu 1920 roku  mianowano go ministrem spraw wojskowych (do 1924) i faktycznym dowódcą obrony Warszawy w okresie bitwy warszawskiej. W 1921 roku negocjował warunki i podpisywał umowę wojskową polsko-francuską.
W 1925 roku zostaje przedstawicielem Polski przy Lidze Narodów na konferencję rozbrojeniową w Genewie. Z jego inicjatywy uchwalono i podpisano konwencję o zakazie użycia broni bakteriologicznej oraz w sprawie produkcji i handlu bronią. Od kwietnia 1925 roku, szef VII Dowództwa Okręgu Korpusu w Poznaniu.

Od roku 1927 do wybuchu II wojny światowej pełni funkcję inspektora armii „Podole”, a od 1928 także armii „Polesie”. 11 września 1939 roku powierzono mu  funkcję  dowódcy Frontu Południowego, którego oddziały ruszyły na odsiecz Lwowa, lecz 22 września zostały rozbite w rejonie Brzuchowic.

Po klęsce wrześniowej przedostał się do Francji. W październiku 1939 roku wyznaczony został przez prezydenta Władysława Raczkiewicza na jego następcę oraz mianowany przewodniczącym Komitetu Ministrów do Spraw Kraju i ministrem bez teki w rządzie generała Władysława Sikorskiego.

Pierwszy komendant Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Po klęsce Francji przekazał dowództwo ZWZ generałowi Stefanowi „Grot” Roweckiemu. W Wielkiej Brytanii m.in. współprzewodniczył polsko-czechosłowackiemu komitetowi przygotowującemu projekt
konfederacji obu państw.
W roku 1941 ustąpił z rządu na znak protestu przeciwko niesprecyzowaniu stanowiska polskiego w sprawie granic wschodnich w układzie Sikorski-Majski. Po śmierci W. Sikorskiego, 8 lipca 1943 roku mianowany został
Naczelnym Wodzem.

Generał Sosnkowski był jednym z oponentów powstania warszawskiego. W czasie walk w stolicy zabiegał o pomoc aliantów, zarzucając rządom Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych niedotrzymanie zobowiązań sojuszniczych. 30 września 1944 roku został zdymisjonowany pod
naciskiem Brytyjczyków.
Po zakończeniu II wojny światowej pozostał w Kanadzie. W latach 1952-1954 prowadził w Londynie rozmowy mediacyjne ze skłóconymi odłamami emigracji, zakończone podpisaniem aktu
zjednoczenia narodowego.

Zmarł w Kanadzie, pochowany na cmentarzu w Montmorency koło Paryża. W roku 1992 urnę z jego prochami złożono w podziemiach archikatedry Św. Jana w Warszawie.(mm)