Magazyn - Nasz Swiat
24
Pn, lipiec

26 kwietnia 1986 roku, godzina 1.23 w nocy, w reaktorze jądrowym bloku nr 4 elektrowni atomowej w Czarnobylu dochodzi do wybuchu.

Nieudany eksperyment
Dzień przed tragedią, personel obsługujący czwarty reaktor prowadził przygotowania do testu, który miał zostać przeprowadzony następnego dnia. Dzienna zmiana pracowników została uprzedzona o planowanym doświadczeniu i zapoznała się z odpowiednimi procedurami. Nad przebiegiem eksperymentu i działaniem nowego systemu regulacji napięcia czuwać miała specjalnie powołana grupa specjalistów w dziedzinie elektryczności pod nadzorem Anatolija Diatłowa (zastępcy naczelnego inżyniera elektrowni i jedynego atomisty w jej kierownictwie).

Elektrownia jądrowa w Czarnobylu / © Wikimedia CommonsZgodnie z planem eksperymentu od rana moc reaktora była stopniowo obniżana aż do poziomu 50%. Wtedy jedna z okolicznych elektrowni nieoczekiwanie przerwała produkcję energii. Aby zapobiec niedoborom elektryczności, dyspozytornia mocy w Kijowie zażądała opóźnienia wyłączenia reaktora do wieczora, kompensując popołudniowy wzrost zapotrzebowania na elektryczność.

O godzinie 23:04 z dyspozytorni nadeszła zgoda na wyłączenie reaktora. To opóźnienie było katastrofalne w skutkach. Dzienna zmiana, zaznajomiona z procedurami, dawno już zakończyła pracę. Zmiana popołudniowa szykowała się do odejścia, a nocna, która rozpoczynała pracę o godzinie 0:00, miała przejąć kontrolę reaktora już w trakcie eksperymentu. Zespół ekspertów również odczuwał zmęczenie bezczynnym oczekiwaniem od rana.

Według pierwotnego planu, eksperyment miał być przeprowadzony za dnia, a zadaniem nocnej zmiany byłoby jedynie czuwanie nad systemem chłodzenia wyłączonego już reaktora. Dlatego też pracownicy, którzy rozpoczęli pracę o północy, nie byli przygotowani na napotkane warunki, a przekazane im opisy procedur pełne były ręcznych poprawek i skreśleń. Szefem zmiany nocnej był Aleksander Akimow, a operatorem odpowiedzialnym za obsługę reaktora – Leonid Toptunow, młody inżynier z niewielkim stażem pracy.

Początkowo rozpoczęto redukcję mocy cieplnej reaktora, jednak Toptunow, za bardzo zredukował tę moc. W wyniku działań reaktor został doprowadzony do skrajnie niestabilnego stanu i pozbawiony zupełnie kontroli za pomocą służących do tego prętów. W tej sytuacji doszło do nadmiernego wydzielania się ksenonu-135, który silnie pochłania neutrony ("zatrucie ksenonowe"). Przy tak małej mocy przeprowadzenie eksperymentu było niemożliwe. Operatorzy, nieświadomi zatrucia ksenonowego, prawdopodobnie sądzili, że spadek mocy spowodowany był usterką jednego z automatycznych regulatorów, aby zwiększyć moc reaktora, zaczęli usuwać kolejne pręty kontrolne, aż do momentu gdy konieczne było wyłączenie automatycznych mechanizmów i ręczne przesunięcie prętów do pozycji znacznie przekraczającej przyjęte normy.

Reaktor powoli zwiększył moc do 200 MW, czyli poziomu trzykrotnie niższego niż wymagany do eksperymentu. Mimo tego, nie przerwano go – na jego kontynuację nalegał Diatłow, który lekceważył zastrzeżenia operatorów.

Jedynym czynnikiem hamującym pracę reaktora był wysoki poziom ksenonu w paliwie jądrowym. W tej sytuacji automatyczny system bezpieczeństwa powinien całkowicie wygasić reaktor, jednakże operatorzy zadecydowali o wyłączeniu tego zabezpieczenia.

O godzinie 01:23:04 rozpoczął się niedopracowany eksperyment. Załoga nie zdawała sobie sprawy z niestabilności reaktora i wyłączyła przepływ pary do turbin. Ponieważ zwalniająca turbina napędzała pompy, przepływ wody chłodzącej zaczął maleć, a produkcja pary wzrosła. Dodatnia reaktywność dla pary, jedna z charakterystycznych cech reaktorów typu RBMK, spowodowała wzrost ilości rozszczepień, a co za tym idzie – temperatury. To jeszcze bardziej zwiększyło parowanie wody. Szybko przekroczona została szybkość pracy reaktora, która mogła być zahamowana przez wydzielony ksenon. Wzrost mocy i temperatury reaktora nastąpił lawinowo.

Po niecałej minucie inżynierowie zdecydowali, że należy przerwać doświadczenie i w ramach procedury awaryjnej SCRAM wyłączyć reaktor. Niestety, było już za późno. Rdzeń był już zbyt mocno rozgrzany i procedura wsunięcia prętów nie powiodła się. W ciągu kilku sekund moc termiczna reaktora osiągnęła 30 GW (10-krotna moc maksymalna). Około 10 sekund później ciśnienie wewnątrz reaktora spowodowało pierwszą eksplozję, wysadzając wielką, ważącą około 2 tysiące ton osłonę. Kilka chwil później nastąpiła druga, znacznie większa eksplozja, której natury nie określono do dziś. Prawdopodobnie wybuchł wodór, powstały z rozkładu pary wodnej w kontakcie z rozgrzanym do czerwoności grafitem.

Drugi wybuch spowodował rozrzucenie około 25% płonącego, silnie radioaktywnego grafitu dookoła reaktora. Uszło to uwadze szefa zespołu reaktora nr 4, który uznał, że reaktor przetrwał wybuch. Okazało się, że dozymetry (przyrządy mierzące promieniowanie) nie były w stanie zmierzyć poziomu radioaktywności, który osiągnął zaraz po drugim wybuchu wartości niewyobrażalne. Do atmosfery dostał się radioaktywny pył.

Po 2 minutach na miejscu byli strażacy z elektrowni. Nikt im nie powiedział, że reaktor wybuchł. Do godziny 6 główny pożar został ugaszony. Częściowo stopiony rdzeń reaktora był jednak nadal straszliwie niebezpieczny. Pod reaktorem znajdowały się bowiem wielkie zbiorniki wody chłodzącej. Gdyby doszło do zniszczenia podstawy rdzenia, wybuch spowodowałby niewyobrażalne zniszczenia. Ponieważ nie było dostępu do zaworów (były zatopione po wybuchu), zdecydowano się na wysłanie tam trzech ludzi w strojach płetwonurków. Otworzyli oni ręcznie zawory, wypuszczając wodę. Dwóch z nich zmarło w ciągu kilku dni na chorobę popromienną.

Następnie przestrzeń pod reaktorem wypełniono betonem. Okazało się to dobrym ruchem, ponieważ podstawa rdzenia pękła, powodując jego osunięcie.

Drugi wybuch spowodował wyrzucenie do atmosfery gigantycznej ilości izotopów promieniotwórczych. Już w kilka godzin po katastrofie wzrost promieniowania zanotowała stacja ochrony radiacyjnej jednej ze szwedzkich elektrowni atomowych. Chmura początkowo wędrowała na północ, dopiero potem wiatr zmienił kierunek i pył dotarł nad resztę Europy.

Dwa dni po eksplozji polska stacja w Mikołajkach odnotowała aktywność promieniotwórczą 500000 razy większą od normalnej. Władze ZSRR kompletnie zablokowały przepływ informacji, dlatego też oficjalne wieści o katastrofie przekazano w Polsce dopiero 29 kwietnia (trzecia doba po wybuchu).

Akcja jodowa w Polsce
29 kwietnia w Komitecie Centralnym PZPR rozpoczęło się posiedzenie kilku członków Biura Politycznego, członków rządu i Komitetu Obrony Kraju. Do grupy tej zaproszono z CLOR prof. Zenona Bałtrukiewicza z Szefostwa Służby Zdrowia MON oraz prezesa PAA. Na posiedzeniu przyjęto główne kierunki ochrony ludności zaproponowane przez CLOR. Miała to być przede wszystkim ochrona dzieci przed wchłonięciem radiojodu. Ustalono, że dzieciom we wschodnich i północnych województwach należy podać nieradioaktywny jod, a także wstrzymać wypas bydła na łąkach i przejść na karmienie ich suchą paszą. Mleka od krów przebywających dotąd na pastwiskach nie należało kierować do sklepów, lecz przeznaczyć do przerobu. Dzieci i młodzież do lat 18 powinny były konsumować mleko w proszku i skondensowane. Należało ograniczyć spożycie świeżych jarzyn oraz dokładnie je myć. Zakazano picia wody deszczowej i stopionego śniegu.

Dla przygotowania akcji jodowej zebrano w Ministerstwie Zdrowia grupę, która ustaliła (po raz pierwszy w świecie), że formą masowej profilaktyki jodowej będzie podanie tzw. płynu Lugola - wodnego roztworu jodku potasu i pierwiastkowego jodu oraz ustaliła jego dawki dla trzech grup wiekowych dzieci. Jego podanie miało na celu zablokowanie wchłaniania promieniotwórczego jodu-131.

Skażenie
Eksplozja reaktora czarnobylskiej elektrowni w kwietniu 1986 roku doprowadziła do skażenia ok. 100 tys. km kwadratowych powierzchni. Najbardziej ucierpiała Białoruś. Substancje radioaktywne dotarły też nad Skandynawię, Europę Środkową, w tym Polskę, a także na południe kontynentu - do Grecji i Włoch.

Straty ludzkie
Do dziś trudno oszacować, ilu ludzi zmarło w wyniku katastrofy. Bezpośrednio po wybuchu, pomiędzy kwietniem a majemzginęło kilkadziesiąt osób – w tym kilku pracowników bloku 4. oraz strażaków, których ciał nigdy nie odnaleziono. Szacuje się, że kilka tysięcy ludzi w dużym stopniu straciło zdrowie w wyniku wybuchu, a na całym świecie ponad pół miliona ludzi przyjęło spore dawki promieniowania.

Elektrownia jest dziś nieczynna
W 1991 w bloku nr 2 elektrowni wybuchł pożar. Mimo iż awaria była niegroźna, rząd niepodległej już Ukrainy wydał decyzję o natychmiastowym zamknięciu reaktora nr 2, a do 1993 wszystkich pozostałych. Z uwagi na ogromne koszty i brak możliwości zrównoważenia bilansu energetycznego Ukrainy, dopiero w 1997 wyłączono reaktor nr 1, a w grudniu 2000 zamknięto ostatni pracujący reaktor nr 3, tym samym elektrownia ostatecznie przestała funkcjonować.

Po 27 latach, elektrownia w Czarnobylu jest nieczynna. Reaktor jest otoczony ochronną kopułą z żelazobetonu. Strefa wokół elektrowni jest nadal oficjalnie zamknięta, choć promieniowanie jest niebezpieczne tylko w bezpośrednim otoczeniu bloku 4.

W 2011 roku Komisja Europejska zaapelowała do państw członkowskich Unii Europejskiej o pomoc finansową dla Ukrainy na budowę nowego "sarkofagu", ze względu na kończący się termin ważności obecnego (2016 r.) wyznaczony przez konstruktorów. Na jego budowę potrzeba 1,5 miliarda euro. Nowy sarkofag musi zostać wybudowny, ponieważ wciąż znajduje się w nim 200 ton wysoce radioaktywnego paliwa, które wyciekło na skutek wybuchu w kwietniu 1986 roku.

(internet, Wikipedia, am)

17 marca 1861 roku powstało Królestwo Włoskie, kiedy to ogólnokrajowy parlament w Turynie ogłosił królem zjednoczonego państwa Wiktora Emanuela II. Proces Zjednoczenia Włoch trwał kilka lat i rozpoczął się w 1859 roku.

W tym roku, minie 71 lat od jego samobójczej śmierci. Pisała o tym cała ówczesna światowa prasa, ale czyż mogło być inaczej?! Przecież to nie tylko najbarwniejsza postać II Rzeczypospolitej, lecz również przyjaciel królów, ministrów i poetów w całej Europie oraz przede wszystkim adiutant i zaufany człowiek marszałka Piłsudskiego, jego powiernik i oficer do zleceń w najtrudniejszych misjach dyplomatycznych…

Bolesław Wieniawa-Długoszowski / foto: WikipediaNowy Jork, 1 lipca 1942 roku, tuż po godzinie dziewiątej. Miejscowy taksówkarz czekający na  klienta przy Riverside Drive, zatrzymuje wzrok na tarasie piętra domu naprzeciwko. Jakiś mężczyzna w pidżamie zbliża się do barierki. Przez chwilę patrzy w niebo, potem z trudem klęka na gzymsie, żegna się powoli. - Uważaj, człowieku, co robisz! - krzyczy taksówkarz, ale adresat tych słów sprawia wrażenie nieobecnego, pogrążonego w modlitwie. Nagle pochyla się i spada. Taksówkarz pytany potem setki razy przez policję i FBI, czy to było samobójstwo, nie umiał powiedzieć nic innego: - Nie, on nie skoczył. On po prostu spadł. Tak jakby nie żył już tam, na górze…

***

„Generał Wieniawa-Długoszowski popełnił samobójstwo” - depeszował 2 lipca 1942 roku do prezydenta Władysława Raczkiewicza konsul generalny w Nowym Jorku Sylwin Strakacz, dodając: „Rozmawiałem z nim telefonicznie na 15 minut przed śmiercią, komunikując mu telegram MSZ w sprawie przydziału samochodu dla poselstwa w Hawanie”. Według tej depeszy, w kieszeni pidżamy zmarłego policja znalazła kartkę następującej treści: „Myśli plączą mi się w głowie i łamią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz prostych wypadków z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B.”.
„Ta notatka” - jak depeszował Strakacz - „została dołączona do protokołu policyjnego. Zna ją oprócz żony i córki tylko kilka osób związanych tajemnicą. Dostałem zapewnienie, że treść notatki nie będzie opublikowana”.

Według ludzi nieżyczliwych Wieniawie, w jego samobójczej śmierci nie było nic zastanawiającego. „Był chory, tracił pamięć, starzał się” - zanotował w swym londyńskim dzienniku Karol Estreicher. „Wszystkie dawne grzechy i pijatyki, i hulanki wydały owoce na starość. Skoczył oknem. Umarł, jak żył - nieodpowiedzialnie”. To wyjaśnienie nie wszystkim trafiało do przekonania. Historycy, analizując już po wojnie dramatyczny list Wieniawy, nie mogli zrozumieć, co miał on na myśli, pisząc o reprezentowaniu rządu. Każdy dyplomata reprezentuje nie rząd, lecz kraj - a Wieniawa doskonale o tym wiedział. Dlaczego - pytano - skoro nie czuł się na siłach objąć placówki w Hawanie, po prostu nie złożył dymisji? Dlaczego z tego powodu ktokolwiek miałby odbierać sobie życie? Największe wątpliwości budziła jednak forma listu: częściowo został napisany piórem na świstku papieru, lecz ostatnie słowa „Boże, zbaw Polskę” dopisano ołówkiem. To byłby niezwykle rzadki wypadek pisania listu samobójczego „na raty”. Podobnie jak złożenie podpisu jedną literą „B.”, choć nigdy w tej formie nie sygnował żadnego dokumentu. Nie rozumiano wielu spraw. Nie rozumiano, jak mógł tak ważny list zaginąć po wojnie w policyjnych archiwach, uniemożliwiając tym samym weryfikację, czy choćby analizę grafologiczną.

***

Nazajutrz to pytanie o prawdziwy charakter śmierci generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego pojawiło się na łamach prasy niemal na całym świecie. Zginął człowiek, którego legenda daleko wybiegała poza polskie polityczne opłotki. Adiutant i przyjaciel marszałka Piłsudskiego, jego powiernik i oficer do zleceń w najtrudniejszych misjach dyplomatycznych. Ambasador Polski przy Kwirynale, człowiek desygnowany przez Mościckiego na funkcję prezydenta RP na uchodźstwie, a formalnie rzecz biorąc - kilkudniowy prezydent RP. Przyjaciel królów, ministrów i poetów w całej Europie. Jedna z najciekawszych i najpopularniejszych postaci II Rzeczypospolitej. Nikt nie rozumiał, co się stało?! Przyjęto najbezpieczniejszą formułę pisząc, że zmarł nagle. Prasa polska dodawała, że wypadł z okna mieszkania w Nowym Jorku i że został mianowany posłem na Kubie, gdzie wkrótce miał objąć placówkę.

Generał był człowiekiem niezwykłym. Przede wszystkim był dzielnym żołnierzem i wielkim patriotą. Gdy w 1914 roku, w chwili wybuchu wojny tworzone były Legiony zaciągnął się jako piechur do legendarnej Pierwszej Kadrowej. Szybko jednak zdobył konia i z piechura stał się ułanem. Istotnie, „ułańskiej fantazji” Wieniawie nie brakowało. Imponował odwagą, wręcz brawurą. Awansował na kolejne stopnie, zdobywał doświadczenie, został jednym z bliższych współpracowników, a potem adiutantem Józefa Piłsudskiego. Jego wojskowa i polityczna kariera już na zawsze będzie się toczyć w cieniu Marszałka. Wieniawa był jednak przede wszystkim w okresie dwudziestolecia międzywojennego, symbolem polskiego ułana. Tak kawaleryjską służbę postrzegał generał Długoszowski: „Ludzie szanują się wzajemnie dla swych cnót - kochają zaś dla swych wad. Dlatego przystałem na kawalerzystę, bo ułan, czy szwoleżer, jest syntezą wszystkich cnót i wad polskich. Trzeba go szanować, a nie można nie kochać”.

Wieniawa nie mylił się, ludzie właśnie dla jego wad kochali go najbardziej. Międzywojenna Warszawa lubowała się w anegdotach o Wieniawie. Uwiedzionych kobiet, czy pojedynków, jakie musiał toczyć z ich mężami oraz alkoholu, jaki wypił, nikt nie był wstanie zliczyć. Jak sam przyznał w krótkim wierszyku swojego autorstwa (bo jak na prawdziwego ułana przystało pisał także wiersze):
„Przez całe życie ta miłość mnie goni.
Do pięknych kobiet, koniaku i koni”.

W przypływie „ułańskiej fantazji” i dla zakładu, Wieniawa wjechał na przykład konno po schodach na pierwsze piętro w hotelu Bristol. To stąd wzięło się słynne powiedzenie: „Skończyły się żarty, zaczęły się schody”. Konie zresztą Wieniawa kochał najbardziej. Jak sam mawiał: „bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”. Ułańska fantazja zawsze robiła na kobietach wrażenie, nie dziwi więc fakt licznych miłosnych podbojów generała. Jeszcze bardziej zrozumiemy jednak słabość płci pięknej do Wieniawy, gdy przywołamy jego słowa, które swego czasu skierował do o wiele lat młodszego od siebie mężczyzny: „To ja, o siwych włosach mam pana uczyć, jak postępować z kobietami? Panie, można zastać kobietę płaczącą, ale zostawić! Nigdy!”

Hulaszczy tryb życia nie raz sprowadzał na Wieniawę kłopoty nie tylko w postaci pojedynków z mężami, którym doprawiał przysłowiowe „rogi”, ale także z powodu niezadowolenia Marszałka, który miał do Wieniawy słabość i przez palce patrzył na jego wybryki, co nie oznacza, że był z tego powodu zadowolony. Znana jest historia, jak Wieniawa spóźnił się na uroczystości pogrzebowe króla Jugosławii Aleksandra w 1934 roku, gdzie miał reprezentować Polskę. Gdy wrócił do kraju został wezwany do raportu u Piłsudskiego. Zamiast w mundurze stawił się przed obliczem Marszałka w smokingu co jeszcze bardziej zdenerwowało Komendanta, który zażądał od Wieniawy wyjaśnień najpierw w sprawie jego stroju. Ten miał wówczas odpowiedzieć: „Komendancie, melduję posłusznie, iż wiem, żem ciężko przewinił i powinienem dostać po pysku. A ponieważ bardzo szanuję swój mundur, przybyłem jako cywil. Polski generał nie może dostać po mordzie w mundurze!”. W obliczu takiej odpowiedzi serce Marszałka zmiękło, a jego ulubieńcowi znów się upiekło.

Śmierć Piłsudskiego głęboko dotknęła Wieniawę. Traktował Marszałka jak ojca. Czuwał przy nim i był obecny w chwili jego śmierci. Upoważniony został przez prezydenta Mościckiego do zorganizowania uroczystości pogrzebowych na Wawelu, którymi osobiście kierował. Gdy zabrakło ukochanego Komendanta wpływy Wieniawy znacznie się ograniczyły. Nie został odsunięty aż tak spektakularnie jak Walery Sławek, ale miał coraz mniejsze znaczenie. Skierowanie na placówkę do Rzymu w randze ambasadora było także odsunięciem go na boczny tor. Z powierzonej mu misji, wywiązywał się jednak niezwykle sumiennie. Nawet w pracy dyplomaty nie brakowało mu jednak sentymentalnych reminiscencji do czasów kawaleryjskich. Tak szkicował różnice między dyplomacją, a kawalerią: „W dyplomacji można czasem robić świństwa, ale nigdy głupstw. W kawalerii jest odwrotnie”.

Gdy wybuchła wojna, był epizodycznym następcą prezydenta Ignacego Mościckiego, sprzeciw generała Władysława Sikorskiego i sprzyjającej mu Francji, zablokowały jednak objęcie przez niego tej zaszczytnej funkcji. Próby Wieniawy, zdeklarowanego piłsudczyka, porozumienia się z nową władzą i otoczeniem premiera Władysława Sikorskiego okazały się nieudane. Przede wszystkim chciał wrócić do służby wojskowej. Można by w tym miejscu zacytować kazanie ks. Kamińskiego, którym żegnał w kolegiacie w Stanisławowie pułkownika Wołodyjowskiego: „Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz? Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz?”

Niestety. Nie udało się Wieniawie przekonać Sikorskiego i jego współpracowników do tego, aby pozwoli mu na służbę w wojsku. Zwalczająca wszystko, co związane z sanacją ekipa Sikorskiego, nie widziała miejsca w armii dla pupila marszałka Piłsudskiego, placówka na Kubie miała być formą zesłania. Podobno, to poczucie bycia poza głównym nurtem dziejów, skłoniła Wieniawę do samobójstwa, ale nie brak też teorii, że było ono precyzyjnie zaplanowanym mordem, a motywów doszukiwano się różnych - od osobistych, mających charakter zemsty, po polityczne, jak eliminacja przez generała Sikorskiego wpływowych piłsudczyków. Jak było naprawdę zapewne nigdy się już nie dowiemy… (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

17 stycznia 2004 roku zmarł w Warszawie Czesław Niemen, legenda polskiej piosenki, wokalista, instrumentalista i kompozytor. Artysta występował także we Włoszech, o czym wie naprawdę mało osób.

Kurierka i emisariuszka Komendy Głównej AK do Londynu. Skoczek spadochronowy. Jedyna kobieta spośród 316 cichociemnych. Wylądowała w kraju 10 września 1943 roku w rejonie Grodziska Mazowieckiego (jako Elisabeth Hatsorz). Była drugim w historii Polski generałem-kobietą. W plebiscycie na Polkę wszech czasów znalazła się na drugim miejscu, po Marii Skłodowskiej-Curie.


Elżbieta Zawacka urodziła się 19 marca 1909 roku w Toruniu, czyli w czasach, kiedy jej rodzinne miasto znajdowało się pod zaborem pruskim, ale szkołę podstawową i gimnazjum kończyła już w wolnej Polsce. Maturę zdała w Żeńskim Gimnazjum Humanistycznym, a następnie skończyła studia matematyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Na czwartym roku studiów związała się z Organizacją Przysposobienia Kobiet do Obrony Kraju (późniejsze PWK). Po studiach podjęła pracę jako nauczycielka w szkole średniej i udzielała się społecznie jako instruktor Przysposobienia Wojskowego Kobiet (PWK). Przed rokiem 1939 mieszkała w Katowicach pełniła tam funkcję komendantki Rejonu Śląskiego PWK.

Brytyjczycy nie mogli uwierzyć, że jeden człowiek może zdziałać tak wiele. W zgodnej opinii swoich przełożonych polski agent, Jerzy Iwanow-Szajnowicz wyrządził Niemcom więcej szkód, niż niejedna aliancka armia dysponująca wsparciem lotnictwa i artylerii.

Pomnik Jerzego Iwanowa-Szajnowicza w Salonikach / foto: WikipediaNa kanwie jego przeżyć powstał film pt. „Agent nr 1”, bo bez wątpienia po tym, czego dokonał podczas II wojny światowej dla Polski i dla aliantów, taki tytuł mu przysługuje.
Zmieniał tożsamość kilka razy w miesiącu - był robotnikiem, kolejarzem, marynarzem, urzędnikiem, a nawet niemieckim oficerem. Wnikał do baz wojskowych, portów i stoczni. I gdziekolwiek się pojawił, tam siał śmierć, pożogę i katastrofy.

***
Grecja, Zatoka Eleusis, 14 marca 1942 roku, godzina 17:00. Słońce powoli kryło się za horyzontem, a lekki wiatr marszczył okoliczne wody. Nawet najwprawniejsze oko nie wypatrzyłoby z brzegu głowy pływaka, który już od godziny zmierzał w stronę stoczni remontowej. Płynął klasycznie jak zawodowiec, zanurzając i wynurzając głowę w równych odstępach czasu. Po dwóch godzinach, zatrzymał się i uważnie rozejrzał wokoło. Zmrok zapadł już na dobre. Kilkaset metrów przed nim widniały jasno oświetlone hangary stoczni. Reflektor zamontowany na wieżyczce strażniczej umieszczonej na dachu jednego z budynków leniwie omiatał wody zatoki. Przy betonowym nabrzeżu stała przycumowana olbrzymia łódź podwodna. Na brzegu roiło się od ludzi. Część z nich zajęta była wnoszeniem ekwipunku na U-Boota. Znikali we wnętrzu hangaru, by po chwili wyjść trzymając w rękach butle z tlenem, maski i płetwy. Tak obładowani wchodzili po trapie na łódź podwodną. Pływak ostrożnie zbliżył się do stalowego cielska. Kiedy był już przy nim zanurkował i obmacując żelazny kadłub kilka metrów pod powierzchnią wody przesunął się ku rufie. Zza paska wyjął okrągły, metalowy przedmiot. Umocował go tuż przy sterze głębokości i przekręcił śrubę zapalnika. Potem energicznie odepchnął się nogami od kadłuba i odpłynął od niego jak najdalej. Wynurzył się na powierzchnię około dwadzieścia metrów od okrętu. Kiedy po trzech godzinach skrajnie wyczerpany dotarł do przeciwległego brzegu usłyszał w oddali odgłos wybuchu…

***
Jerzy Iwanow-Szajnowicz urodził się w Warszawie w grudniu 1911 roku w rodzinie rosyjskiego pułkownika Władimira Iwanowa i Polki Leonardy Szajnowicz. Kiedy miał kilka lat, jego matka rozwiodła się z ojcem i wyszła ponownie za mąż za greckiego biznesmena Jannisa Lambrianidisa, z którym wkrótce wyjechała do Salonik. Jerzy został w Polsce pod opieką rodziny i rozpoczął naukę w szkole ojców marianów. Mając 14 lat dołączył do matki i ojczyma w Grecji. Kontynuował naukę we francuskim liceum w Salonikach i mniej więcej w tym czasie zainteresował się pływaniem. Szło mu tak dobrze, że wkrótce był jednym z najbardziej znanych młodych sportowców w Grecji. Po maturze wyjechał do Belgii na studia rolnicze. Podczas nich, zdobył tytuł Akademickiego Mistrza Belgii w pływaniu. Każde wakacje spędzał u rodziny w Polsce. Zapisał się do warszawskiego AZS-u i stał się podporą drużyny piłki wodnej. W 1937 roku, jego zespół zdobył Mistrzostwo Polski, a on został członkiem kadry narodowej w piłce wodnej i kilkakrotnie uczestniczył w zawodach. Wybuch wojny zastał go w Salonikach. Nawiązał kontakt z polską misją wojskową i przy współpracy z nią pomagał uchodźcom, którym udało się przedostać do Grecji. Załatwiał im dokumenty, żywność, zapewniał schronienie. Kiedy Niemcy zajęli Grecję w kwietniu 1941 roku, Jerzy Iwanow-Szajnowicz przedostał się do Palestyny i zgłosił się do dowództwa Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, która tam przechodziła szkolenie pod okiem Brytyjczyków. Rodacy potraktowali go bardzo nieufnie. Podejrzenia wzbudzało jego rosyjskie nazwisko dlatego dodał doń  nazwisko panieńskie matki oraz późno otrzymane obywatelstwo (polski paszport otrzymał po wielu staraniach w 1935 roku). Pod byle pretekstem wepchnęli go Brytyjczykom. Ci w wysportowanym, władającym sześcioma językami Polaku (oprócz polskiego, Iwanow-Szajnowicz znał doskonale grecki, angielski, niemiecki, rosyjski i francuski) natychmiast zobaczyli materiał na znakomitego agenta wywiadu. I nie pomylili się. Z Palestyny trafił do Aleksandrii, gdzie w ośrodku brytyjskiego wywiadu przeszedł wszechstronne szkolenie dywersyjne. W październiku 1941 roku, na pokładzie okrętu podwodnego HMS „Thunderbolt” został przetransportowany do Grecji. Miał papiery na nazwisko Kiriakos Paryssis, dla Brytyjczyków był Agentem 033B. W tym czasie w Afryce Północnej walczył niemiecki Afrika Korps. Lwia część zaopatrzenia - żywności, amunicji i paliwa docierała z Grecji. Brytyjczycy za wszelką cenę musieli zniszczyć źródła tych dostaw i odciąć Niemców od pomocy z Europy. Natychmiast po przybyciu do Grecji Agent 033B przystąpił do działania. Grecki ruch oporu był jeszcze w powijakach, więc Iwanow-Szajnowicz musiał korzystać głównie z własnych znajomości. Nawiązał kontakt z greckimi marynarzami, robotnikami, studentami, policjantami i urzędnikami. Stworzona przez niego siatka dokonywała aktów sabotażu, które znacznie uszczupliły niemiecki potencjał wojenny w Grecji. Jego ludzie pracujący w zakładach lotniczych Malziniotti w Nowym Faleronie umieszczali w samolotowych zbiornikach paliwa niewielkie pastylki będące mieszanką różnych tłuszczów i olejów, które powodowały dekompozycję paliwa. Samolot startował i po przeleceniu kilku kilometrów gwałtownie pikował, rozbijając się na ziemi, bądź wpadając do morza. Niemcy stracili wskutek tego sabotażu około 400 maszyn. Kolejarze zwerbowani przez Polaka niszczyli lokomotywy ciągnące składy z bronią i amunicją. Wrzucali do ich kotłów niewielkie pakunki dostarczone przez agenta, zwane „mydełkami”. Powodowały one gwałtowne wydzielanie pary i eksplozję kotła. Za pomocą przywiezionej z Aleksandrii radiostacji, polski agent informował Brytyjczyków o rozmieszczeniu jednostek niemieckich i włoskich, składów paliwowych i magazynów z amunicją. Po otrzymaniu tych informacji brytyjskie bombowce równały wskazane cele z ziemią. Iwanow-Szajnowicz sam często brał udział w tych aktach sabotażu. Najbardziej spektakularne z nich przeprowadzał osobiście. |Oprócz niemieckiego U-Boota, zatopił przejęty przez Niemców grecki niszczyciel „Król Jerzy”, hiszpański transportowiec i włoski ścigacz. Na wyspie Faros, spalił całą flotyllę kutrów wyładowanych amunicją dla niemieckich wojsk w Afryce. Do zacumowanych w porcie okrętów docierał po zmroku po pokonaniu wielu kilometrów w wodzie, przyczepiał minę magnetyczną do kadłuba i odpływał pod osłoną ciemności. Był nie do wykrycia. Przygotował także zamach na Mussoliniego, który wizytował swoje wojska w Grecji i miał się zatrzymać w ateńskim hotelu „Grande Bretagne”. Wszystko było gotowe, kiedy Mussolini nagle zmienił plany i zamiast do hotelu pojechał do włoskiej ambasady.

***
Iwanow-Szajnowicz wpadł w Atenach we wrześniu 1942 roku. Do dziś nie wiadomo, kto go wydał. Osadzony w więzieniu Averof, po śledztwie i torturach stanął przed niemieckim sądem, któremu powiedział wprost: „Wysłali mnie Anglicy, ale jestem Polakiem. Wysłannikiem tej Polski, która nigdy nie ustanie w walce z waszym najazdem”. 4 stycznia 1943 roku na terenie strzelnicy wojskowej w Atenach wraz z sześcioma współpracownikami stanął przed plutonem egzekucyjnym. Jeszcze raz spróbował ucieczki. Podczas szkolenia w Aleksandrii nauczono go sposobu na zdjęcie kajdanek, więc teraz rozpiął je niepostrzeżenie i zanim ktokolwiek się zorientował dał nura w krzaki. Uciekał zakosami, a kule świstały mu koło głowy. Niemcy strzelali bardzo chaotycznie, przerażeni, że uciekł im najważniejszy więzień. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Jeden żołnierz z plutonu egzekucyjnego przyklęknął, starannie wycelował i nacisnął spust. Na białej koszuli uciekiniera pojawiła się czerwona plama. Ciężko rannego Jerzego Iwanowa-Szajnowicza przywleczono z powrotem na miejsce egzekucji i przywiązano do dwóch palików. Chwilę potem pluton egzekucyjny stanął kilka metrów przed nim, przeładował broń i na komendę dowódcy oddali salwę. Tak zginął Agent nr 1… (C.Z.)

www.thepolishobserver.co.uk

Kiedy zasiądziemy przy wigilijnym stole, pamiętajmy nie tylko o najbliższych, którzy odeszli, lecz również o wszystkich tych, którym nie dane było radować się z Narodzenia Pańskiego. O tych, którzy stracili życie w hitlerowskich obozach śmierci, sowieckich łagrach i innych miejscach kaźni…