Magazyn - Nasz Swiat
20
Pn, listopad

Chyba nie ma okropniejszej śmierci niż spalenie żywcem. Ludzie, którzy chcą się ratować przed spłonięciem, potrafią wyskakiwać z najwyższych pięter, ze świadomością, iż nie mają szans na przeżycie. 8 września 1968 roku, na znak protestu przeciwko interwencji w Czechosłowacji, skromny urzędnik z Przemyśla dokonał aktu samospalenia na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, w obecności 100 tysięcy osób.

Fakt ten długo był trzymany w tajemnicy przez komunistyczny reżim. Kadry z „Polskiej Kroniki Filmowej”, której operatorzy nakręcili to zdarzenie (działo się to podczas centralnych uroczystości dożynkowych), zostały skrupulatnie wycięte przez cenzorów. Akt ten zapamiętali jedynie jego bezpośredni świadkowie zdarzenia oraz rodzina i znajomi Ryszarda Siwca, bo o nim tu mowa. Trzeba było upadku komunizmu, by ów cichy, zapomniany bohater został za swoją postawę należycie doceniony.

Ryszard Siwiec wybierając drastyczną formę protestu przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego (w tym polskich) w Czechosłowacji, przeliczył się jednak w swych oczekiwaniach, że jego śmierć wstrząśnie polskim społeczeństwem. Wielu ludzi obecnych na Stadionie widziało, rzecz jasna, że jakiś człowiek płonie - mniej liczni słyszeli, że coś krzyczy (Służba Bezpieczeństwa wmawiała im podczas przesłuchań, że Siwiec był chory psychicznie), ale olbrzymia większość Polaków o samospaleniu Siwca nie miała żadnego pojęcia - wydarzenie to zostało przemilczane przez wszystkie oficjalne media.

Informacja o jego czynie po raz pierwszy upubliczniona została dopiero w kwietniu 1969 roku. Podano ją w serwisie informacyjnym Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Było to cztery miesiące po podobnym samobójstwie Jana Palacha, czeskiego studenta, który 16 stycznia 1969 roku podpalił się na Placu Wacława w Pradze, protestując podobnie, jak Siwiec, przeciwko inwazji wojsk państw komunistycznych na Czechosłowację, a także wobec bierności społeczeństwa przy wprowadzanej w jego kraju „normalizacji”.

Wojtek urodził się w górach Hamadan w 1942 roku. Jego matkę zastrzelił jakiś irański myśliwy, a on sam został znaleziony przez małego chłopca, który wsadził niedźwiadka do plecaka i ruszył do swojej wioski.

Na drodze do Kandawaru spotkał konwój polskich żołnierzy z świeżo utworzonej armii generała Andersa, którzy jechali do Palestyny. Jedna z ciężarówek zatrzymała się. Widząc zabiedzonego chłopaka Polacy dali mu kilka konserw ze swoich zapasów. Chłopiec przyjął dar po czym czmychnął co sił w nogach zostawiając swój plecak. Ku zdziwieniu żołnierzy zawiniątko zaczęło się ruszać i wydawać jakieś mrukliwe dźwięki. Rozsupłali je i zobaczyli mordkę niedźwiedziej sieroty. Postanowili wziąć misia ze sobą.

Było oczywiste, że niedźwiadek jest bardzo głodny. Żołnierze rozcieńczyli więc trochę skondensowanego mleka i podali mu w butelce po wódce zaopatrzonej w prowizoryczny smoczek zrobiony z kawałka szmaty. Jeden z nich, kapral Piotr Prendysz ochrzcił go imieniem Wojtek.

Wojtek szybko stał się ulubieńcem żołnierzy 22 Kompanii Transportowej Artylerii wchodzącej w skład 2 Korpusu. Został wpisany na listę personelu Kompanii i otrzymywał regularny żołd w postaci zwiększonej racji żywnościowej. Kiedy Kompania dotarła do Palestyny kapral Prendysz i jego podopieczny dostali osobny namiot. Piotr wymościł Wojtkowi wygodne posłanie, ale na niewiele to się zdało – każdej nocy niedźwiadek właził na jego pryczę i tulił się do niego jak do swojej mamy. Kiedy Piotr musiał gdzieś wyjechać Wojtek siedział w namiocie i ryczał żałośnie. Piotr zaczął go więc zabierać ze sobą. Niedźwiedź jako pasażer wojskowej ciężarówki wzbudzał sensację gdziekolwiek się pojawili.

Wojtek rósł jak na drożdżach i wkrótce mierzył niemal dwa metry wzrostu i ważył 250 kg. Jego ulubioną zabawą stały się zapasy z żołnierzami. Zazwyczaj trzema lub czterema naraz. Czasem nawet pozwalał im wygrywać. Jak przystało na Polaka bardzo polubił też piwo i papierosy – z tym, że ich nie palił, tylko zjadał, popijając piwem.

Na początku 1944 roku Kompania dostała rozkaz udania się do Włoch. Było trochę kłopotu z zaokrętowaniem Wojtka, gdyż angielski oficer ładunkowy za żadne skarby (mimo, że wszystkie papiery były w porządku) nie chciał się zgodzić na wpuszczenie niedźwiedzia na pokład. Przekonał go dopiero argument, że miś „budzi ducha bojowego” w polskich żołnierzach. Z Aleksandrii do portu w Taranto dotarli na pokładzie „Batorego”.
22 Kompania Transportowa Artylerii do tej pory nie uczestniczyła w walkach. Teraz czekał ją chrzest bojowy pod Monte Cassino. Strategiczne wzgórze było bezskutecznie szturmowane przez Amerykanów, Brytyjczyków i Nowozelandczyków. W kwietniu 1944 roku wzgórze zaatakowali Polacy. Szturm został poprzedzony intensywnym ostrzałem artyleryjskim. Żołnierze 22 Kompanii uwijali się jak w ukropie donosząc na stanowiska ciężkie skrzynie z pociskami. Wojtek obserwował swoich towarzyszy, aż wreszcie sam postanowił pomóc. Podszedł do ciężarówki, stanął na tylnych łapach, a przednie wyciągnął do żołnierza podającego skrzynie. Ten, kiedy ochłonął ze zdumienia podał Wojtkowi jedną z nich. Wojtek bez wysiłku zaniósł pociski na stanowisko i wrócił do ciężarówki. I tak przez całą kanonadę nosił skrzynie pomagając swoim opiekunom. Jeden z nich naszkicował na kartce papieru postać niedźwiedzia niosącego pocisk. Ten obrazek szybko stał się symbolem 22 Kompanii. Żołnierze malowali go na ciężarówkach i nosili na rękawach mundurów.

Koniec wojny zastał Wojtka we Włoszech. W 1946 roku wraz ze swoimi towarzyszami broni ruszył do Szkocji. Miś-żołnierz szybko stał się tu prawdziwą celebrity. Dziennikarze pisali o nim artykuły, zrobiono mu setki zdjęć, radio BBC nadawało o nim reportaże, a Towarzystwo Polsko-Szkockie przyjęło go jako swojego honorowego członka. Ale jego towarzysze broni zaczęli się powoli wykruszać… Żołnierze generała Andersa zdawali sobie sprawę z tego, że powrót do Polski rządzonej przez komunistów jest dla nich równoznaczny z samobójstwem.

Rozjechali się więc po świecie. Część trafiła do USA i Kanady, inni postanowili osiedlić się w Australii, jeszcze inni pozostali w Szkocji. Dyrektor ogrodu zoologicznego w Edynburgu zaoferował, że zaopiekuje się Wojtkiem. Został więc on honorowym rezydentem zoo w stolicy Szkocji. Nadal jednak był bardzo popularny, pisały o nim gazety, odwiedzały go tłumy ludzi. Czasem do zoo przyszedł jeden z jego dawnych towarzyszy broni i przeskoczywszy barierkę ku przerażeniu innych gości „brał się z nim za bary” jak za dobrych czasów.

Wojtek stawał się jednak coraz bardziej osowiały i markotny. Przestał reagować na odwiedzające go tłumy. Ożywiał się tylko wtedy kiedy słyszał język polski.

Zasnął na zawsze 15 listopada 1963 roku. Informację o jego śmierci podały wszystkie brytyjskie media.

W Edynburgu znajduje się pomnik Wojtka i tablica ku jego czci w tamtejszym zoo. Podobne tablice znajdują się także w Imperial War Museum w Londynie oraz w Canadian War Museum w Ottawie.

Artykuł ukazał się na łamach Biuletynu Informacyjnego „Polonia Włoska” w numerze 1(46)/2008, str. 16-17.
Przedruk za zgodą redakcji Biuletynu.

Źródło: Nasz Świat nr 3/2008

To przez ten nos i może jeszcze przez odmienną orientację seksualną, o czym krążyły plotki, Michał Anioł nie mógł poczuć się pewnie. Jednak postaciom, które rzeźbił nadawał cechy doskonałe. Anatomii i sekretów ludzkiego ciała uczył się w przyklasztornym szpitalu Santo Spirito we Florencji, za cichym przyzwoleniem przeora. Chciał tworzyć sztukę doskonałą. I stwarzał - jego rzeźba przedstawiająca biblijnego Dawida uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł renesansowych – artysta wyrzeźbił nawet naczynia krwionośne.

Czytaj: Michał Anioł - nieodgadniony (cz.I)

A podjął się jej wykonania na mocy umowy z zarządem katedry florenckiej. Do pracy wykorzystał blok białego marmuru, który wcześniej był powierzony innemu rzeźbiarzowi. Podobno, kiedy Buonarroti zobaczył kamień, powiedział: Widzę rzeźbę, teraz muszę tylko odrzucić to, co zbędne. Prace nad Dawidem trwały od 1501 do 1504 roku. Wykuwając doskonałego Dawida, Michał Anioł był często krytykowany, co doprowadzało go do furii. W pewnym momencie jeden z bogatych florentczyków, Gonfaloniere Soderini, zarzucił rzeźbiarzowi, że posąg ma krzywy nos. Michał Anioł wziął w rękę odrobinę pyłu marmurowego, dłuto i zaczął udawać, że poprawia nos Dawida,  po chwili zapytał: Czy teraz jest dobrze? W odpowiedzi podobno usłyszał: Teraz ta twarz będzie żyła i  to ja nadałem jej życie. Posąg stanął obok wejścia do Pałacu Starego na placu della Signoria, symbolizując wolność zdobytą przez mieszkańców miasta i gotowość do jej obrony. Oryginalny Dawid stał tam przez 369 lat. W 1873 roku posąg przeniesiono do specjalnej Trybuny Dawida w Galleria dell’Accademia i  zastąpiono go kopią, która stoi tam do dziś.

Przyjaciele z „aryjskiej” strony, wielokrotnie podejmowali próby wyprowadzenia go z getta, zapewniali bezpieczne schronienie. Nie można było jednak ocalić setek dzieci, więc heroicznie odmawiał skorzystania z szansy ucieczki, nie zgadzał się na opuszczenie swych podopiecznych…

Rok 2012-  „Rokiem Janusza Korczaka”.

***
Janusz Korczak znany również jako „Stary Doktor”, był lekarzem i pedagogiem, a jego prawdziwe nazwisko brzmiało Henryk Goldszmit. Urodził się 22 lipca 1878 albo 1879 roku w Warszawie. Pochodził z rodziny zamożnego adwokata pochodzenia żydowskiego, która od dawna wrosła w polską kulturę i tradycję. Całe życie Korczaka związane było z Warszawą.

Gdy Henryk miał lat 18, wydarzyła się tragedia. Śmierć ukochanego ojca zrujnowała materialnie całą rodzinę. Ciężar jej utrzymania spadł na barki Henryka, ówczesnego studenta medycyny. Sytuacja ta zmuszała go do udzielania korepetycji leniwym dzieciom bogatych rodziców. Już w tym czasie, zaczynał interesować się psychiką i warunkami życiowymi dzieci biednych. Był częstym gościem robotniczych dzielnic Powiśla, Solca, Woli i Starówki. Starał się pomóc najbiedniejszym. Chodził po domach, opowiadał baśnie, w wieczór wigilijny był św. Mikołajem roznoszącym groszowe podarki, pomagał w nauce. Wkrótce podjął działalność społeczną w Warszawskim Towarzystwie Dobroczynności. Uczył także ubogie dzieci.

W roku 1903, Korczak po skończeniu medycyny na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczął pracę jako lekarz-pediatra w szpitalu dziecięcym w Warszawie. Wkrótce zyskał rozgłos jako lekarz darmowej klienteli. Swą wiedzę pogłębiał w klinikach Berlina, Londynu i Paryża.

Dwa lata później, musiał wyjechać na wojnę rosyjsko-japońską jako lekarz wojskowy. Po niej, wrócił do swego szpitala. Pracował znowu wśród małych pacjentów biednych i bogatych. Nie chciał zrobić kariery w praktyce prywatnej, ale zapragnął być lekarzem i wychowawcą dzieci. Miał około 30 lat, gdy ostatecznie zrezygnował z założenia własnej rodziny. Wiele trzeba było się wyrzec i wiele poświęcić, by w tak szczególny sposób odnaleźć powołanie w swoim życiu.

Korczak włączył się do działalności Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” i starań o budowę domu, przystosowanego do potrzeb sierocińca. Do nowego budynku przy ulicy Krochmalnej 92 przeniesiono dzieci w 1912 roku, ze starego poklasztornego budynku przy ulicy Franciszkańskiej. Korczak objął funkcję dyrektora Domu Sierot i stał się jego mieszkańcem, zajmując izbę na poddaszu nad dziecięcymi sypialniami. Swą samotność związał z najbardziej osamotnionymi podopiecznymi. Miał wtedy 34 lata. Dom Sierot stał się warsztatem samodzielnej pracy i badań Korczaka. Tam doskonalił swój system wychowawczy, a wieczorami i nocami pisał dzieła pedagogiczne i powieści.

W dziejach Polski niewiele jest postaci tak zasłużonych, a jednocześnie tak kontrowersyjnych, jak Józef Piłsudski. Do dziś Marszałek ma wśród Polaków licznych zwolenników, ale i przeciwników. Jednej rzeczy nie kwestionuje nikt: wszystko co robił, robił dla Polski. W tym roku obchodzimy 75. rocznicę jego śmierci.

W licznych przekazach historycznych ten wielki mąż stanu, dowódca armii, która pokonała bolszewików, człowiek, który dokonał „Cudu nad Wisłą”, nie wyróżniał się z otoczenia niczym szczególnym. Wzrostu średniego, proporcjonalnie zbudowany. Charakterystyczne, nieco suche rysy, krzaczaste brwi, sumiaste wąsy. Ten człowiek o poczciwej powierzchowności miał jednak bardzo silne, baczne spojrzenie, doskonale widział, słyszał i natychmiast reagował.

Palił dużo papierosów zwanych „marszałkowskimi”, wykonywanych specjalnie dla niego, i wypijał niewiarygodne ilości mocnej herbaty. Nie przepadał natomiast za kawą. Dużo chodził, uwielbiał samotne spacery po parku Łazienkowskim. Nigdy nie zasnął bez broni położonej na nocnym stoliku przy łóżku. Znał języki obce: płynnie posługiwał się rosyjskim, francuskim i niemieckim.

Był bardzo rodzinny i kochał dzieci, uchodził za wzorowego ojca obydwu córek, choć wydaje się, że jego oczkiem w głowie była młodsza Jadwiga (Jagoda). Uwielbiał poezję Juliusza Słowackiego. Za rautami i balami nie przepadał, a w salonach czuł się wyraźnie źle. Jego ulubioną rozrywką było stawianie pasjansów. Miał ogromne poczucie humoru i umiał śmiać się z siebie samego. Bardzo lubił karykatury, szczególnie te, na których uwieczniał go Zdzisław Czermański. Był człowiekiem bardzo skromnym, żyjącym wręcz ascetycznie. Wszelkie swoje dochody przeznaczał na cele charytatywne, swojej rodzinie nie zostawił żadnego majątku. Ci, którzy mieli możliwość zetknąć się z nim bezpośrednio podkreślali, że budził daleko idący respekt. Kiedy był w dobrym nastroju, zwracał się do podwładnych per „dziecko” , ale gdy był w złym humorze, wówczas zwracał się przez „pan” – wiadomo było wtedy, że adresat jego słów musi mieć się na baczności.

Urodził się  5 grudnia 1867 roku w Zułowie w powiecie święciańskim na Wileńszczyźnie, w rodzinie szlacheckiej. Wychowany w tradycjach patriotycznych. W młodości związał się z ruchem socjalistycznym, a w 1887 roku został aresztowany i na pięć lat zesłany na Syberię pod zarzutem udziału w zamachu na cara Aleksandra III. Po powrocie z zesłania wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Od 1894 roku był członkiem Centralnej Komisji Rewizyjnej partii i redaktorem naczelnym „Robotnika”. Aresztowany w roku 1900 zbiegł ze szpitala w Petersburgu. W 1904 roku po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej wyjechał do Japonii, gdzie starał się o poparcie dla akcji antyrosyjskich w Polsce. Od 1906 roku w wyniku rozłamu PPS był przywódcą powstałej PPS-Frakcji Rewolucyjnej; inspirator oraz przywódca ruchu strzeleckiego; komendant główny Związku Walki Czynnej. 

Po wybuchu I wojny światowej skierował na Kielce (12 VII 1914) tzw. kadrową kompanię strzelców, następnie został komendantem 1. Brygady Legionów. W roku 1917 zainicjował rozbudowę Polskiej Organizacji Wojskowej. Aresztowany przez Niemców 22 VII 1917 został osadzony w twierdzy Magdeburskiej. Po zwolnieniu 10 XI 1918 przybył do Warszawy, gdzie Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową, a 14 XI 1918 władzę zwierzchnią nad krajem. Wtedy jeden z członków Rady niezadowolonych z ich działalności wypowiedział bon mot , który na zawsze przeszedł do historii:  „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić.”

22 listopada został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa, 20 II 1919 tytuł Naczelnika Państwa przyznał mu sejm RP, w marcu 1920 został mianowany Marszałkiem Polski, odegrał znaczna rolę w czasie wojny polsko-bolszewickiej (1920). 
Po objęciu rządów przez premiera Wincentego Witosa wycofał się formalnie z życia politycznego i osiadł w Sulejówku pod Warszawą, rozwijając ożywioną działalność publicystyczną i pisarską. 

W maju 1926 roku dokonał zamachu wojskowego, zwanego przewrotem majowym. Praktycznie do śmierci sprawował władzę autorytarną. W roku 1930 rozwiązał sejm, wobec posłów opozycji stosując represje.

Warto jednak zwrócić uwagę również i na to, co budziło liczne kontrowersje, które chętnie wytykali mu przeciwnicy polityczni. Na przykład sprawa wyznania marszałka i zarzut instrumentalnego traktowania religii. Piłsudski przeszedł na protestantyzm, żeby móc poślubić Marię Juszkiewiczową, która była rozwódką i miała dziecko z poprzedniego związku. Później powrócił do wyznania rzymsko-katolickiego po to, by wziąć ślub z  Aleksandrą Szczerbińską. Oponenci Piłsudskego podawali również w wątpliwość, że to on był autorem pomysłu uderzenia znad Wieprza podczas Bitwy Warszawskiej. Decyzję ponoć podjęto wspólnie z francuskim gen. Weygandem i gen. Rozwadowskim. Jakiś czas później Weygand przyznał, że pomysł był wspólny, ale wykonanie Piłsudskiego. Późniejszego Marszałka Polski oskarżano również o szpiegostwo na rzecz Niemiec i przypisywano mu skłonności  germanofilskie, czego dowodem miało być to, że nie udzielił pomocy powstańcom śląskim i wielkopolskim. Usprawiedliwiano to tym, że wszystkie siły były zaangażowane na wschodzie w wojnie z bolszewikami. W III Powstaniu Śląskim Piłsudski już udzielił pomocy. Przewrót majowy to również ciemna karta życiorysu Marszałka. Zginęło wówczas kilkaset osób, a winowajcy nigdy nie ponieśli kary. Do dziś pamiętane mu jest stworzenie obozu w Berezie Kartuskiej i w okolicach Brześcia, w których więziono przedstawicieli opozycji. Do dziś historycy nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Piłsudski wiedział, jak traktowano tam więźniów.  Pomimo tych wszystkich kontrowersji i wątpliwości śmierć Marszałka 12 maja 1935 naród polski przeżył bardzo głęboko. Wzdłuż trasy przejazdu konduktu pogrzebowego z Warszawy do Krakowa, na całej długości gromadziły się setki tysięcy Polaków, którzy chcieli oddać mu hołd. Józef Piłsudski spoczął w krypcie na Wawelu, a jego serce w mauzoleum w Wilnie.

Janusz Młynarski

Carrara - śnieżnobiałe marmurowe góry, liczne zakłady kamieniarskie, dziś i dawniej - zagłębie włoskich i światowych rzeźbiarzy, katedra, ozdobiona miejscowym białym i szarym marmurem, kręte uliczki prowadzące do kamieniołomów. To do tej miejscowości podążał młody Michał Anioł Buonarotti w poszukiwaniu materiału, który zamieniał w dzieła sztuki.

Dziś przewodnicy turystyczni oprowadzający wycieczki po Watykanie, zatrzymując się przy Piecie Michała Anioła podkreślają, że rzeźba wykonana została z najszlachetniejszego marmuru z Carrary.

Był to rok 1498, gdy Michał Anioł przystąpił do realizacji zlecenia francuskiego kardynała De Billheresa, oddelegowanego do Rzymu. Kardynał ów zażyczył sobie rzeźbę, która - jak głosi pogłoska - uspokoiłaby jego sumienie. Przypuszczalnie (ponieważ przed przeniesieniem jej w obecne miejsce w XVIII wieku, rzeźba znajdowała się w kaplicy św. Petronelli, gdzie pochowany został zleceniodawca) miała ona zdobić jego nagrobek.

Artysta wybrał marmur osobiście, udając się w tym celu do Carrary. Sam transport bryły do Rzymu trwał 9 miesięcy, wykonywanie dzieła - dwa lata. Michał Anioł miał wówczas zaledwie 23 lata. Bardzo pieczołowicie wykończył dzieło, polerując rzeźbę słomą i - co nie było w jego zwyczaju - tym razem nie omieszkał się podpisać.

Zrobił to pod wpływem złości, bowiem tuż po wystawieniu dzieła na widok publiczny, autorstwo przypisano Christoforo Solari. Michał Anioł więc, na szarfie znajdującej się na piersi Marii, umieścił napis MICHEL ANGELUS BONAROTUS FLORENT FACIBAT (Uczynił to Florentczyk, Michał Anioł Buonarroti).

Później żałował tej impulsywnej decyzji i przysiągł nigdy więcej nie podpisywać dzieła swych rąk. Podpisywał je jednak w specyficzny sposób - malując swój wizerunek na obrazach. Pietà watykańska (były jeszcze trzy inne) Michała Anioła zawsze budziła podziw i emocje. To w jej asyście koronowany był Napoleon, to dziś chroniona jest ona szybą - po tym, jak 21 maja 1972 roku została uszkodzona przez 33-letniego Laszlo Totha, australijskiego geologa, Węgra z pochodzenia. Człowiek ów krzycząc „Ja jestem Jezusem Chrystusem" uderzył rzeźbę kilkadziesiąt razy młotkiem, odłupując prawe ramię Madonny, aż do łokcia, łamiąc nos i uszkadzając twarz. Po ataku, dzieło zostało pieczołowicie odrestaurowane i zwrócone na swoje miejsce w Bazylice Św. Piotra, po prawej stronie tuż przy wejściu, pomiędzy Świętymi Drzwiami i ołtarzem św. Sebastiana.

Pietà znaczy litość, jednak w Piecie Michała Anioła jest przede wszystkim spokój. Spokój oraz piękno - Matka Jezusa pokazana została jako młoda kobieta, a ciało Jezusa uderza klasyczną harmonią. Michał Anioł hołdował renesansowym kanonom piękna, choć sam nie był piękny, miał kompleksy z powodu swojego wyglądu. Rozkwaszony nos, podobno pamiątka po zazdrośniku z czasów, kiedy ujawniał się jego wielki talent, przysparzający mu jednak zawistników.

Beata Zaremba-Żarski

 

 

Jej ofiarą, jak i innych tego typu wykroczeń przeciwko ludzkości, padły dziesiątki tysięcy Polaków na dawnych kresach Rzeczpospolitej. Te przerażające fakty, dalej pozostają mało znane dla większości Polaków. Pamięć o krwawych wyczynach ukraińskich nacjonalistów istnieje głównie dzięki tym, którzy cudem uratowali się z pożogi oraz ich potomstwu, a także nielicznym politykom, historykom i duchownym, których zaangażowanie w kultywowanie pamięci ofiar nie sposób przecenić.

Archeolog podczas ekshumacji na Trupim Polu / foto: WikipediaWołyń. Podczas trwających od 1942 do 1944 roku napadów, nasilonych w lecie 1943 roku, wymordowano około 100-120 tysięcy Polaków oraz kilka tysięcy Ukraińców. Akcja ta, zainicjowana była przez działaczy OUN-B (banderowcy) i wykonywana przede wszystkim przez formacje UPA wspomagane przez chłopów. Dużą rolę w podżeganiu do zbrodni odegrał kler grekokatolicki. Z kolei księża, którzy odmawiali nawoływania do ludobójstwa, także byli mordowani. Metropolita grekokatolicki Andrzej Szeptycki wydał co prawda 21 listopada 1942 list pasterski „Nie zabijaj”, jednak nie spowodował on prawie żadnej reakcji ze strony nacjonalistów.
Najwięcej mordów, dokonanych w lecie 1943 roku, odbywało się w niedziele. Ukraińcy wykorzystywali fakt, że ludność polska gromadziła się podczas mszy w kościołach, więc często domy boże były otaczane, a wierni przed śmiercią częstokroć byli torturowani w okrutny sposób (przecinano ludzi na pół piłą do drewna, wydłubywano im oczy, palono ich żywcem). 11 lipca 1943 roku, miał miejsce skoordynowany atak na dziesiątki polskich miejscowości, w całym zaś miesiącu, na co najmniej 530 polskich wsi i osad. Pod hasłem „Śmierć Lachom”, zginęło wówczas kilkanaście tysięcy Polaków. Bardzo trudno dziś określić dokładnie liczbę pomordowanych. Jest to często wynikiem faktu, że niektóre miejscowości zostały zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy wymordowani do ostatniego człowieka. Ostrożne szacunki poparte materiałem dowodowym, w postaci relacji tych, którzy przeżyli, pozwalają określić straty polskie na Wołyniu na około 60 tysięcy pomordowanych.

W 1944 roku, bandy UPA przeniosły ciężar swych działań na Ziemię Lwowską i Podole, liczniej niż Wołyń zamieszkałe przez Polaków.
Straty w Małopolsce Wschodniej (województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie) są trudne do oszacowania ze względu na brak (wówczas i obecnie) możliwości zinwentaryzowania tych zbrodni. Są to liczby wielokrotnie wyższe, co pozwala określić ogólną liczbę polskich ofiar nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej na około 200 tysięcy osób.
Polacy bronili się, ale będąc mniejszością (zwłaszcza na Wołyniu), nie mieli większych szans. Do walki stanęły oddziały Armii Krajowej oraz innych organizacji podziemnych, ale największą rolę odegrały polskie oddziały samoobrony. Do historii przeszła samoobrona w Przebrażu, w którym schroniło się około 20 tysięcy Polaków.
W 1944 roku, walki z nacjonalistami ukraińskimi prowadziła także 27 Wołyńska Dywizja Armii Krajowej. Po zajęciu tych terenów przez zwycięskie wojska sowieckie, Polacy zaczęli wstępować, za zgodą miejscowych komend AK, do tworzonych przez władze sowieckie Istriebitielnych Batalionów, które w dużym stopniu przyczyniły się do uratowania życia i mienia tysięcy ocalałych z pogromu Polaków.
Nacjonaliści ukraińscy mordowali także Ukraińców i Czechów nieprzychylnych UPA, pomagających Polakom, bądź współpracujących z ZSRR w roku 1941. Są oni obecnie często traktowani przez propagandę jako ofiary polskiej akcji odwetowej. Dużo ofiar było też wśród osób z małżeństw mieszanych. Mordowano przede wszystkim dzieci i jednego z małżonków. Często zmuszano na przykład męża Ukraińca do zabicia własnych dzieci i żony, a odmowa karana była śmiercią.
Polacy przeprowadzali akcje odwetowe lecz ich zasięg i skala były nieporównywalne. Większość Polaków z Wołynia walczyła bowiem na różnych frontach i na miejscu pozostali głównie starcy, kobiety i dzieci.

Chronologia masakry
Do grudnia 1942 roku, dochodziło do mordów na pojedynczych osobach i rodzinach polskich. Ofiarami byli głównie Polacy zatrudnieni w niemieckiej administracji rolnej i leśnej, a następnie ludność wiejska, głównie we wschodnich powiatach Wołynia.
13 listopada 1942 roku, miał miejsce pierwszy masowy mord w Obórkach, pow. łucki. Ofiarą nacjonalistów ukraińskich padło około 50 Polaków.
9 lutego 1943 roku, w polskiej kolonii Parośle (gm. Antonówka, pow. sarneński) nacjonaliści ukraińscy zamordowali 173 Polaków.
23 kwietnia 1943 roku, oddziały UPA zabiły około 600 osób w Janowej Dolinie (gm. Bereźne, pow. kostopolski).
Od maja 1943 roku, UPA organizowała masowe ataki na wsie polskie i ośrodki samoobrony na terenie całego Wołynia. Eksterminacja ludności polskiej rozpoczęta w powiatach sarneńskim, kostopolskim, rówieńskim i zdołbunowskim w czerwcu 1943 roku,  rozszerzyła się na powiaty dubieński i łucki, w lipcu objęła powiaty horochowski, kowelski i włodzimierski, a w sierpniu także powiat lubomelski. Liczba zamordowanych Polaków na Wołyniu do lipca 1943 roku, oceniana jest na około 15 tysięcy osób, a łączne straty ludności polskiej obejmujące zabitych, rannych, wywiezionych na roboty do Niemiec i uciekinierów wyniosła około 150 tysięcy osób.
Do lipca 1943 roku, w powiecie horochowskim dokonano napadów na 23 wsie polskie. W powiece dubieńskim - na 15, w powiecie włodzimierskim na 28.
12 maja 1943 roku, w powiecie sarneńskim spalono wsie Mgły, Konstantynówkę, Osty, Ubereż.
24 maja 1943 roku, we wsi Niemodlin w powiecie kostopolskim zamordowano 170 osób.
W nocy z 24 na 25 maja 1943 roku, spalono wszystkie dwory i folwarki w powiecie włodzimierskim.
28 maja 1943 roku, 600 osobowy oddział UPA spalił wieś Staryki i wymordował wszystkich jej mieszkańców.
11 lipca 1943 roku, o świcie oddziały OUN-UPA otoczyły i zaatakowały uśpione wsie i osady polskie jednocześnie w trzech powiatach: kowelskim, horochowskim i włodzimierskim. Doszło do nieludzkich rzezi i zniszczenia. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni - płonęły wsie polskie. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Na przykład, akcję w powiecie Włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich (na zachód od Porycka), w rejonie Marysin Dolinka, Lachów oraz w rejonie Zdżary, Litowież, Grzybowica. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji, we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Rzeź rozpoczęła się około godziny 3 rano 11 lipca 1943 roku, od polskiej wsi Gurów, obejmując swoim zasięgiem: Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Zdżary, Zabłoćce - Sądową, Nowiny, Zagaję, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Gucin i inne (we wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób; w kolonii Orzeszyn na ogólną liczbę 340 mieszkańców zginęło 270 Polaków; we wsi Sądowa spośród 600 Polaków tylko 20 udało się ujść z życiem, w kolonii Zagaje na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu). Zabójstwa dokonywano z wielkim okrucieństwem. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono.

12 lipca 1943 roku, rano 20-osobowa grupa nacjonalistów ukraińskich, weszła w czasie mszy św. do kościoła w Porycku, gdzie w ciągu trzydziestu minut zabito 300 ludzi, wśród których były dzieci, kobiety i starcy.
29 sierpnia 1943 roku, przeprowadzono akcję we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki, głowniańskiego rejonu. Zabito wszystkich Polaków, spalono wszystkie budynki, zrabowano mienie i zwierzęta gospodarskie. W wyniku tej akcji, we wsi Wola Ostrowiecka zginęło 529 osób, w tym 220 dzieci w wieku do 14 lat, a we wsi Ostrówki zamordowano 438 osób, w tym 246 dzieci do lat 14. W sierpniu 1992 roku, dokonano ekshumacji szczątków wymordowanej ludności polskiej, która potwierdziła masowe mordy dokonane przez UPA w sierpniu 1943 roku w tych miejscowościach.

Krwawe żniwo powraca
W okresie świąt Bożego Narodzenia 1943 roku, na terenach całego Wołynia miała miejsce nowa fala zbrojnych antypolskich akcji nacjonalistów ukraińskich. Silne oddziały UPA, wspomagane przez miejscową ludność ukraińską, uderzyły niespodziewanie na skupiska ludności polskiej i bazy samoobrony w powiatach: rówieńskim, łuckim, kowelskim i włodzimierskim. Po dokonanych masakrach do wsi na furmankach wjeżdżały grupy rabunkowe, złożone głównie z kobiet i zabierały wszystko, co pozostało po zamordowanych Polakach, od odzieży do elementów budowlanych.  (C.Z)

Artykuł pochodzi ze strony The Polish Observer