Magazyn - Nasz Swiat
24
Pn, lipiec

Strona IMPERIUM ROMANUM: http://imperiumromanum.edu.pl/ poświęcona jest historii Starożytnego Rzymu. Na obecny stan rzeczy IMPERIUM ROMANUM posiada najwięcej informacji pośród stron zajmujących się tą tematyką i jest największą polską stroną o Starożytnym Rzymie. Głównym celem witryny jest stworzenie ogromnej bazy informacji o Imperium Romanum i propagowanie tejże wiedzy poprzez internet.

Zaczęło się to jeszcze w czasach gimnazjalnych, kiedy historia była już przedstawiana w szerszym zakresie. Ewidentnie moją największą uwagę na lekcji zwróciły rzymskie legiony oraz sposób ich walki. I właśnie od tego się zaczęło.

Stopniowo rozpocząłem zgłębianie wiedzy z zakresu spraw wojskowych Starożytnego Rzymu, co z czasem przerodziło się w prawdziwą pasję, nie tylko wojskową. Informacje z Internetu były relatywnie uzupełniane o wiedzę książkową. I kiedy okazało się, że w Internecie nie ma praktycznie ani jednej polskiej strony traktującej o Antycznym Rzymie naszła mnie idea stworzenia własnego portalu. Początki były trudne, głównie z powodu mojej słabej wiedzy z zakresu HTML.

Nad Imperium Romanum pracuje od 2004 roku i oprócz samej wiedzy udoskonalam także sferę wizualną witryny. Liczę że w przyszłości uda mi się stworzyć naprawdę ogromny zbiór wiedzy o Starożytnym Rzymie.

Jakub Jasiński

Nazywano ich „ptaszkami”, „zrzutkami”, „desantami”, natomiast oni sami nazywali siebie „cichociemnymi” i trudno o bardziej odpowiadającą prawdzie nazwę – działali bowiem „po cichu” i „po ciemku”. 70 lat temu we wrześniu pierwsza grupa CC rozpoczęła mordercze szkolenia w Szkocji.

Ta legendarna formacja rodziła się w bólach, nikt bowiem w przedwojennej Polsce nie przewidywał na serio, że potrzebna będzie mobilna, wszechstronnie wyspecjalizowana grupa komandosów, której zadaniem będą działania dywersyjne na terenie okupowanej Polski oraz szkolenie członków ruchu oporu, czyli żołnierzy podziemnego frontu.

Rodzili się w bólach
Najpierw jednak konieczne było wyszkolenie tych, którzy sami będą szkolić. Organizatorzy napotkali poważne problemy kadrowe, bo jednostek powietrzno-desantowych prawie u nas nie było. Dość powiedzieć, że pierwszy wojskowy kurs spadochronowy odbył się dopiero w 1937 roku, ale miał on bardziej charakter szkolenia sportowego niż wojskowego. Pod koniec 1938 roku wykluła się pierwsza, niespełna 20-osobowa grupa dywersyjna, która wzięła udział w manewrach na Wołyniu. Dopiero na cztery miesiące przez rozpoczęciem hitlerowskiej agresji utworzono w Bydgoszczy Wojskowy Ośrodek Spadochronowy. Natomiast niemal w przeddzień kampanii wrześniowej, bo w sierpniu 1939 roku, na specjalnym pokazie grupa dywersyjna zaprezentowała swoje umiejętności. Była to jednak formacja na tyle nieliczna, że podczas pamiętnego września nie mogła odegrać istotnej roli.

„Diabeł” tkwił w kadrach
Tymczasem rosnący w siłę ruch oporu potrzebował coraz większej liczby oficerów różnych specjalności. Toteż jeszcze w grudniu 1939 roku, a następnie w styczniu 1940 roku kpt. inż. Jan Górski i kpt. Maciej Kalenkiewicz zgłosili w sztabie w Londynie pomysł w sprawie nawiązania łączności z krajem drogą lotniczą i kierowania tą drogą oficerów-instruktorów do dyspozycji Armii Krajowej. W lipcu 1940 roku powstała w Wielkiej Brytanii SOE (Special Operations Executive). Była to tajna organizacja, której zadaniem było przeniesienie wojny na tereny okupowane przez Niemców i nawiązanie współpracy z ruchem oporu w całej Europie. W ramach SOE powstały sekcje, które były odpowiednikami okupowanych przez Niemców krajów. W sierpniu 1940 roku powstał Polski Oddział Specjalny w ramach Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza. Ze wszystkich narodowości był on najbardziej niezależny, posiadał własną łączność z krajem, własne szyfry oraz możność rekrutacji kandydatów do tej niezwykłej odpowiedzialnej służby, wymagającej znakomitej kondycji fizycznej i olbrzymiej inteligencji.

Byli wszędzie
Do „cichociemnych” (skoczków spadochronowych do zadań specjalnych) wybrano 2413 kandydatów, 605 z nich ukończyło szkolenie specjalne, 316 przerzucono drogą powietrzną do kraju. „Cichociemni” przechodzili bardzo trudne i skomplikowane szkolenia, których zasięg obejmował m.in.: dywersję, partyzantkę, wywiad, łączność, zadania operacyjno-sztabowe, pancerne i przeciwpancerne, służby lotnicze, podrabianie dokumentów itp. Stanowili kadrę wszechstronnie wyszkoloną, która stanowić miała elitę instruktorską i przekazać swą wiedzę i doświadczenie szerokim rzeszom żołnierzy Podziemnego Frontu w kraju. Byli wszędzie. Uczestniczyli niemal we wszystkich poważniejszych akcjach. Byli zaciekle tropieni przez Gestapo i Abwehrę. Jeden z nich kierował Oddziałem II Komendy Głównej AK. W Powstaniu Warszawskim brało udział 91 „Cichociemnych”, w sztabach, w linii, na różnych stanowiskach dowodzenia, w służbie łączności, w produkcji środków walki.
W ramach SOE skakało ponadto 17 Polaków do Albanii, Grecji, Francji, Jugosławii i północnych Włoch oraz w ramach polskiego zespołu francuskiej sekcji SOE kilkunastu Polaków do ośrodków polonijnych w północnej Francji.

Pierwszy desant
Pierwszego zrzutu „Cichocie-mnych” do Polski dokonano w nocy z 15/16 lutego 1941 roku z samolotu „Whitley” z załogą angielską. Skakali: mjr Stanisław Krzymowski, rtm. Józef Zabielski oraz kurier polityczny Czesław Raczkowski. Była to pierwsza operacja zrzutowa w drugiej wojnie światowej.

Program szkolenia obejmował cztery grupy kursów: zasadnicze, specjalnościowe, uzupełniające oraz praktyki, wyczerpujące ćwiczenia fizyczne, wielokilometrowe marsze, posługiwanie się wszelkiego typu bronią: polską, angielską, i zdobyczną niemiecką. Dużo czasu poświęcano na dynamiczne strzelanie do pojawiających się tarcz na specjalnych torach przeszkód i wewnątrz obiektów. Równolegle prowadzono zajęcia z minerki, topografii, techniki szyfrowania i podstaw dywersji. Poznawano też, w oparciu o materiały nadesłane z kraju, sytuację w okupowanej Generalnej Gubernii; struktury administracji cywilnej, Wehrmachtu, SS i policji niemieckiej, rodzaje używanych dokumentów, a nawet okupacyjną modę... Cichociemny po wylądowaniu w kraju musiał umieć błyskawicznie „wtopić się w tłum”, nie mógł niczym się wyróżniać i nic nie powinno go zaskoczyć. Na ostatnim kursie cichociemni przyswajali swoje nowe życiorysy. Było pięć kursów zasadniczych, które kolejno przechodzili skoczkowie przygotowywani na dywersantów: zaprawowy, badań psychotechnicznych, spadochronowy, walki konspiracyjnej i odprawowy.

Szkolenie cichociemnych odbywało się w polskich i brytyjskich ośrodkach szkoleniowych. Oddział specjalny, który jesienią 1940 roku nawiązał bliską współpracę z SOE, prowadził szkolenie dywersyjne w ośrodkach brytyjskich - Specjalnych Szkołach Treningowych (Special Training School) - STS. Zarządzali nimi Brytyjczycy, jednak instruktorami na kursach dla cichociemnych przeważnie byli polscy oficerowie. W STS No. 43 w Audley End, gdzie od połowy 1942 roku prowadzono kursy walki konspiracyjnej, kadra instruktorów składała się wyłącznie z Polaków.
Do najbardziej znanych cichociemnych należał Jan Nowak-Jeziorański. W oddziałach owego „cichego frontu” walczyła również jedyna kobieta gen. Elżbieta Zawacka. Za patronów przyjęła cichociemnych polska jednostka specjalna „GROM”.

Janusz Młynarski

fot. Wikipedia

Wojtek urodził się w górach Hamadan w 1942 roku. Jego matkę zastrzelił jakiś irański myśliwy, a on sam został znaleziony przez małego chłopca, który wsadził niedźwiadka do plecaka i ruszył do swojej wioski.

Na drodze do Kandawaru spotkał konwój polskich żołnierzy z świeżo utworzonej armii generała Andersa, którzy jechali do Palestyny. Jedna z ciężarówek zatrzymała się. Widząc zabiedzonego chłopaka Polacy dali mu kilka konserw ze swoich zapasów. Chłopiec przyjął dar po czym czmychnął co sił w nogach zostawiając swój plecak. Ku zdziwieniu żołnierzy zawiniątko zaczęło się ruszać i wydawać jakieś mrukliwe dźwięki. Rozsupłali je i zobaczyli mordkę niedźwiedziej sieroty. Postanowili wziąć misia ze sobą.

Było oczywiste, że niedźwiadek jest bardzo głodny. Żołnierze rozcieńczyli więc trochę skondensowanego mleka i podali mu w butelce po wódce zaopatrzonej w prowizoryczny smoczek zrobiony z kawałka szmaty. Jeden z nich, kapral Piotr Prendysz ochrzcił go imieniem Wojtek.

Wojtek szybko stał się ulubieńcem żołnierzy 22 Kompanii Transportowej Artylerii wchodzącej w skład 2 Korpusu. Został wpisany na listę personelu Kompanii i otrzymywał regularny żołd w postaci zwiększonej racji żywnościowej. Kiedy Kompania dotarła do Palestyny kapral Prendysz i jego podopieczny dostali osobny namiot. Piotr wymościł Wojtkowi wygodne posłanie, ale na niewiele to się zdało – każdej nocy niedźwiadek właził na jego pryczę i tulił się do niego jak do swojej mamy. Kiedy Piotr musiał gdzieś wyjechać Wojtek siedział w namiocie i ryczał żałośnie. Piotr zaczął go więc zabierać ze sobą. Niedźwiedź jako pasażer wojskowej ciężarówki wzbudzał sensację gdziekolwiek się pojawili.

Wojtek rósł jak na drożdżach i wkrótce mierzył niemal dwa metry wzrostu i ważył 250 kg. Jego ulubioną zabawą stały się zapasy z żołnierzami. Zazwyczaj trzema lub czterema naraz. Czasem nawet pozwalał im wygrywać. Jak przystało na Polaka bardzo polubił też piwo i papierosy – z tym, że ich nie palił, tylko zjadał, popijając piwem.

Na początku 1944 roku Kompania dostała rozkaz udania się do Włoch. Było trochę kłopotu z zaokrętowaniem Wojtka, gdyż angielski oficer ładunkowy za żadne skarby (mimo, że wszystkie papiery były w porządku) nie chciał się zgodzić na wpuszczenie niedźwiedzia na pokład. Przekonał go dopiero argument, że miś „budzi ducha bojowego” w polskich żołnierzach. Z Aleksandrii do portu w Taranto dotarli na pokładzie „Batorego”.
22 Kompania Transportowa Artylerii do tej pory nie uczestniczyła w walkach. Teraz czekał ją chrzest bojowy pod Monte Cassino. Strategiczne wzgórze było bezskutecznie szturmowane przez Amerykanów, Brytyjczyków i Nowozelandczyków. W kwietniu 1944 roku wzgórze zaatakowali Polacy. Szturm został poprzedzony intensywnym ostrzałem artyleryjskim. Żołnierze 22 Kompanii uwijali się jak w ukropie donosząc na stanowiska ciężkie skrzynie z pociskami. Wojtek obserwował swoich towarzyszy, aż wreszcie sam postanowił pomóc. Podszedł do ciężarówki, stanął na tylnych łapach, a przednie wyciągnął do żołnierza podającego skrzynie. Ten, kiedy ochłonął ze zdumienia podał Wojtkowi jedną z nich. Wojtek bez wysiłku zaniósł pociski na stanowisko i wrócił do ciężarówki. I tak przez całą kanonadę nosił skrzynie pomagając swoim opiekunom. Jeden z nich naszkicował na kartce papieru postać niedźwiedzia niosącego pocisk. Ten obrazek szybko stał się symbolem 22 Kompanii. Żołnierze malowali go na ciężarówkach i nosili na rękawach mundurów.

Koniec wojny zastał Wojtka we Włoszech. W 1946 roku wraz ze swoimi towarzyszami broni ruszył do Szkocji. Miś-żołnierz szybko stał się tu prawdziwą celebrity. Dziennikarze pisali o nim artykuły, zrobiono mu setki zdjęć, radio BBC nadawało o nim reportaże, a Towarzystwo Polsko-Szkockie przyjęło go jako swojego honorowego członka. Ale jego towarzysze broni zaczęli się powoli wykruszać… Żołnierze generała Andersa zdawali sobie sprawę z tego, że powrót do Polski rządzonej przez komunistów jest dla nich równoznaczny z samobójstwem.

Rozjechali się więc po świecie. Część trafiła do USA i Kanady, inni postanowili osiedlić się w Australii, jeszcze inni pozostali w Szkocji. Dyrektor ogrodu zoologicznego w Edynburgu zaoferował, że zaopiekuje się Wojtkiem. Został więc on honorowym rezydentem zoo w stolicy Szkocji. Nadal jednak był bardzo popularny, pisały o nim gazety, odwiedzały go tłumy ludzi. Czasem do zoo przyszedł jeden z jego dawnych towarzyszy broni i przeskoczywszy barierkę ku przerażeniu innych gości „brał się z nim za bary” jak za dobrych czasów.

Wojtek stawał się jednak coraz bardziej osowiały i markotny. Przestał reagować na odwiedzające go tłumy. Ożywiał się tylko wtedy kiedy słyszał język polski.

Zasnął na zawsze 15 listopada 1963 roku. Informację o jego śmierci podały wszystkie brytyjskie media.

W Edynburgu znajduje się pomnik Wojtka i tablica ku jego czci w tamtejszym zoo. Podobne tablice znajdują się także w Imperial War Museum w Londynie oraz w Canadian War Museum w Ottawie.

Artykuł ukazał się na łamach Biuletynu Informacyjnego „Polonia Włoska” w numerze 1(46)/2008, str. 16-17.
Przedruk za zgodą redakcji Biuletynu.

Źródło: Nasz Świat nr 3/2008

To przez ten nos i może jeszcze przez odmienną orientację seksualną, o czym krążyły plotki, Michał Anioł nie mógł poczuć się pewnie. Jednak postaciom, które rzeźbił nadawał cechy doskonałe. Anatomii i sekretów ludzkiego ciała uczył się w przyklasztornym szpitalu Santo Spirito we Florencji, za cichym przyzwoleniem przeora. Chciał tworzyć sztukę doskonałą. I stwarzał - jego rzeźba przedstawiająca biblijnego Dawida uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł renesansowych – artysta wyrzeźbił nawet naczynia krwionośne.

Czytaj: Michał Anioł - nieodgadniony (cz.I)

A podjął się jej wykonania na mocy umowy z zarządem katedry florenckiej. Do pracy wykorzystał blok białego marmuru, który wcześniej był powierzony innemu rzeźbiarzowi. Podobno, kiedy Buonarroti zobaczył kamień, powiedział: Widzę rzeźbę, teraz muszę tylko odrzucić to, co zbędne. Prace nad Dawidem trwały od 1501 do 1504 roku. Wykuwając doskonałego Dawida, Michał Anioł był często krytykowany, co doprowadzało go do furii. W pewnym momencie jeden z bogatych florentczyków, Gonfaloniere Soderini, zarzucił rzeźbiarzowi, że posąg ma krzywy nos. Michał Anioł wziął w rękę odrobinę pyłu marmurowego, dłuto i zaczął udawać, że poprawia nos Dawida,  po chwili zapytał: Czy teraz jest dobrze? W odpowiedzi podobno usłyszał: Teraz ta twarz będzie żyła i  to ja nadałem jej życie. Posąg stanął obok wejścia do Pałacu Starego na placu della Signoria, symbolizując wolność zdobytą przez mieszkańców miasta i gotowość do jej obrony. Oryginalny Dawid stał tam przez 369 lat. W 1873 roku posąg przeniesiono do specjalnej Trybuny Dawida w Galleria dell’Accademia i  zastąpiono go kopią, która stoi tam do dziś.

Chyba nie ma okropniejszej śmierci niż spalenie żywcem. Ludzie, którzy chcą się ratować przed spłonięciem, potrafią wyskakiwać z najwyższych pięter, ze świadomością, iż nie mają szans na przeżycie. 8 września 1968 roku, na znak protestu przeciwko interwencji w Czechosłowacji, skromny urzędnik z Przemyśla dokonał aktu samospalenia na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, w obecności 100 tysięcy osób.

Fakt ten długo był trzymany w tajemnicy przez komunistyczny reżim. Kadry z „Polskiej Kroniki Filmowej”, której operatorzy nakręcili to zdarzenie (działo się to podczas centralnych uroczystości dożynkowych), zostały skrupulatnie wycięte przez cenzorów. Akt ten zapamiętali jedynie jego bezpośredni świadkowie zdarzenia oraz rodzina i znajomi Ryszarda Siwca, bo o nim tu mowa. Trzeba było upadku komunizmu, by ów cichy, zapomniany bohater został za swoją postawę należycie doceniony.

Ryszard Siwiec wybierając drastyczną formę protestu przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego (w tym polskich) w Czechosłowacji, przeliczył się jednak w swych oczekiwaniach, że jego śmierć wstrząśnie polskim społeczeństwem. Wielu ludzi obecnych na Stadionie widziało, rzecz jasna, że jakiś człowiek płonie - mniej liczni słyszeli, że coś krzyczy (Służba Bezpieczeństwa wmawiała im podczas przesłuchań, że Siwiec był chory psychicznie), ale olbrzymia większość Polaków o samospaleniu Siwca nie miała żadnego pojęcia - wydarzenie to zostało przemilczane przez wszystkie oficjalne media.

Informacja o jego czynie po raz pierwszy upubliczniona została dopiero w kwietniu 1969 roku. Podano ją w serwisie informacyjnym Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Było to cztery miesiące po podobnym samobójstwie Jana Palacha, czeskiego studenta, który 16 stycznia 1969 roku podpalił się na Placu Wacława w Pradze, protestując podobnie, jak Siwiec, przeciwko inwazji wojsk państw komunistycznych na Czechosłowację, a także wobec bierności społeczeństwa przy wprowadzanej w jego kraju „normalizacji”.

W dziejach Polski niewiele jest postaci tak zasłużonych, a jednocześnie tak kontrowersyjnych, jak Józef Piłsudski. Do dziś Marszałek ma wśród Polaków licznych zwolenników, ale i przeciwników. Jednej rzeczy nie kwestionuje nikt: wszystko co robił, robił dla Polski. W tym roku obchodzimy 75. rocznicę jego śmierci.

W licznych przekazach historycznych ten wielki mąż stanu, dowódca armii, która pokonała bolszewików, człowiek, który dokonał „Cudu nad Wisłą”, nie wyróżniał się z otoczenia niczym szczególnym. Wzrostu średniego, proporcjonalnie zbudowany. Charakterystyczne, nieco suche rysy, krzaczaste brwi, sumiaste wąsy. Ten człowiek o poczciwej powierzchowności miał jednak bardzo silne, baczne spojrzenie, doskonale widział, słyszał i natychmiast reagował.

Palił dużo papierosów zwanych „marszałkowskimi”, wykonywanych specjalnie dla niego, i wypijał niewiarygodne ilości mocnej herbaty. Nie przepadał natomiast za kawą. Dużo chodził, uwielbiał samotne spacery po parku Łazienkowskim. Nigdy nie zasnął bez broni położonej na nocnym stoliku przy łóżku. Znał języki obce: płynnie posługiwał się rosyjskim, francuskim i niemieckim.

Był bardzo rodzinny i kochał dzieci, uchodził za wzorowego ojca obydwu córek, choć wydaje się, że jego oczkiem w głowie była młodsza Jadwiga (Jagoda). Uwielbiał poezję Juliusza Słowackiego. Za rautami i balami nie przepadał, a w salonach czuł się wyraźnie źle. Jego ulubioną rozrywką było stawianie pasjansów. Miał ogromne poczucie humoru i umiał śmiać się z siebie samego. Bardzo lubił karykatury, szczególnie te, na których uwieczniał go Zdzisław Czermański. Był człowiekiem bardzo skromnym, żyjącym wręcz ascetycznie. Wszelkie swoje dochody przeznaczał na cele charytatywne, swojej rodzinie nie zostawił żadnego majątku. Ci, którzy mieli możliwość zetknąć się z nim bezpośrednio podkreślali, że budził daleko idący respekt. Kiedy był w dobrym nastroju, zwracał się do podwładnych per „dziecko” , ale gdy był w złym humorze, wówczas zwracał się przez „pan” – wiadomo było wtedy, że adresat jego słów musi mieć się na baczności.

Urodził się  5 grudnia 1867 roku w Zułowie w powiecie święciańskim na Wileńszczyźnie, w rodzinie szlacheckiej. Wychowany w tradycjach patriotycznych. W młodości związał się z ruchem socjalistycznym, a w 1887 roku został aresztowany i na pięć lat zesłany na Syberię pod zarzutem udziału w zamachu na cara Aleksandra III. Po powrocie z zesłania wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Od 1894 roku był członkiem Centralnej Komisji Rewizyjnej partii i redaktorem naczelnym „Robotnika”. Aresztowany w roku 1900 zbiegł ze szpitala w Petersburgu. W 1904 roku po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej wyjechał do Japonii, gdzie starał się o poparcie dla akcji antyrosyjskich w Polsce. Od 1906 roku w wyniku rozłamu PPS był przywódcą powstałej PPS-Frakcji Rewolucyjnej; inspirator oraz przywódca ruchu strzeleckiego; komendant główny Związku Walki Czynnej. 

Po wybuchu I wojny światowej skierował na Kielce (12 VII 1914) tzw. kadrową kompanię strzelców, następnie został komendantem 1. Brygady Legionów. W roku 1917 zainicjował rozbudowę Polskiej Organizacji Wojskowej. Aresztowany przez Niemców 22 VII 1917 został osadzony w twierdzy Magdeburskiej. Po zwolnieniu 10 XI 1918 przybył do Warszawy, gdzie Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową, a 14 XI 1918 władzę zwierzchnią nad krajem. Wtedy jeden z członków Rady niezadowolonych z ich działalności wypowiedział bon mot , który na zawsze przeszedł do historii:  „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić.”

22 listopada został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa, 20 II 1919 tytuł Naczelnika Państwa przyznał mu sejm RP, w marcu 1920 został mianowany Marszałkiem Polski, odegrał znaczna rolę w czasie wojny polsko-bolszewickiej (1920). 
Po objęciu rządów przez premiera Wincentego Witosa wycofał się formalnie z życia politycznego i osiadł w Sulejówku pod Warszawą, rozwijając ożywioną działalność publicystyczną i pisarską. 

W maju 1926 roku dokonał zamachu wojskowego, zwanego przewrotem majowym. Praktycznie do śmierci sprawował władzę autorytarną. W roku 1930 rozwiązał sejm, wobec posłów opozycji stosując represje.

Warto jednak zwrócić uwagę również i na to, co budziło liczne kontrowersje, które chętnie wytykali mu przeciwnicy polityczni. Na przykład sprawa wyznania marszałka i zarzut instrumentalnego traktowania religii. Piłsudski przeszedł na protestantyzm, żeby móc poślubić Marię Juszkiewiczową, która była rozwódką i miała dziecko z poprzedniego związku. Później powrócił do wyznania rzymsko-katolickiego po to, by wziąć ślub z  Aleksandrą Szczerbińską. Oponenci Piłsudskego podawali również w wątpliwość, że to on był autorem pomysłu uderzenia znad Wieprza podczas Bitwy Warszawskiej. Decyzję ponoć podjęto wspólnie z francuskim gen. Weygandem i gen. Rozwadowskim. Jakiś czas później Weygand przyznał, że pomysł był wspólny, ale wykonanie Piłsudskiego. Późniejszego Marszałka Polski oskarżano również o szpiegostwo na rzecz Niemiec i przypisywano mu skłonności  germanofilskie, czego dowodem miało być to, że nie udzielił pomocy powstańcom śląskim i wielkopolskim. Usprawiedliwiano to tym, że wszystkie siły były zaangażowane na wschodzie w wojnie z bolszewikami. W III Powstaniu Śląskim Piłsudski już udzielił pomocy. Przewrót majowy to również ciemna karta życiorysu Marszałka. Zginęło wówczas kilkaset osób, a winowajcy nigdy nie ponieśli kary. Do dziś pamiętane mu jest stworzenie obozu w Berezie Kartuskiej i w okolicach Brześcia, w których więziono przedstawicieli opozycji. Do dziś historycy nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Piłsudski wiedział, jak traktowano tam więźniów.  Pomimo tych wszystkich kontrowersji i wątpliwości śmierć Marszałka 12 maja 1935 naród polski przeżył bardzo głęboko. Wzdłuż trasy przejazdu konduktu pogrzebowego z Warszawy do Krakowa, na całej długości gromadziły się setki tysięcy Polaków, którzy chcieli oddać mu hołd. Józef Piłsudski spoczął w krypcie na Wawelu, a jego serce w mauzoleum w Wilnie.

Janusz Młynarski

Carrara - śnieżnobiałe marmurowe góry, liczne zakłady kamieniarskie, dziś i dawniej - zagłębie włoskich i światowych rzeźbiarzy, katedra, ozdobiona miejscowym białym i szarym marmurem, kręte uliczki prowadzące do kamieniołomów. To do tej miejscowości podążał młody Michał Anioł Buonarotti w poszukiwaniu materiału, który zamieniał w dzieła sztuki.

Dziś przewodnicy turystyczni oprowadzający wycieczki po Watykanie, zatrzymując się przy Piecie Michała Anioła podkreślają, że rzeźba wykonana została z najszlachetniejszego marmuru z Carrary.

Był to rok 1498, gdy Michał Anioł przystąpił do realizacji zlecenia francuskiego kardynała De Billheresa, oddelegowanego do Rzymu. Kardynał ów zażyczył sobie rzeźbę, która - jak głosi pogłoska - uspokoiłaby jego sumienie. Przypuszczalnie (ponieważ przed przeniesieniem jej w obecne miejsce w XVIII wieku, rzeźba znajdowała się w kaplicy św. Petronelli, gdzie pochowany został zleceniodawca) miała ona zdobić jego nagrobek.

Artysta wybrał marmur osobiście, udając się w tym celu do Carrary. Sam transport bryły do Rzymu trwał 9 miesięcy, wykonywanie dzieła - dwa lata. Michał Anioł miał wówczas zaledwie 23 lata. Bardzo pieczołowicie wykończył dzieło, polerując rzeźbę słomą i - co nie było w jego zwyczaju - tym razem nie omieszkał się podpisać.

Zrobił to pod wpływem złości, bowiem tuż po wystawieniu dzieła na widok publiczny, autorstwo przypisano Christoforo Solari. Michał Anioł więc, na szarfie znajdującej się na piersi Marii, umieścił napis MICHEL ANGELUS BONAROTUS FLORENT FACIBAT (Uczynił to Florentczyk, Michał Anioł Buonarroti).

Później żałował tej impulsywnej decyzji i przysiągł nigdy więcej nie podpisywać dzieła swych rąk. Podpisywał je jednak w specyficzny sposób - malując swój wizerunek na obrazach. Pietà watykańska (były jeszcze trzy inne) Michała Anioła zawsze budziła podziw i emocje. To w jej asyście koronowany był Napoleon, to dziś chroniona jest ona szybą - po tym, jak 21 maja 1972 roku została uszkodzona przez 33-letniego Laszlo Totha, australijskiego geologa, Węgra z pochodzenia. Człowiek ów krzycząc „Ja jestem Jezusem Chrystusem" uderzył rzeźbę kilkadziesiąt razy młotkiem, odłupując prawe ramię Madonny, aż do łokcia, łamiąc nos i uszkadzając twarz. Po ataku, dzieło zostało pieczołowicie odrestaurowane i zwrócone na swoje miejsce w Bazylice Św. Piotra, po prawej stronie tuż przy wejściu, pomiędzy Świętymi Drzwiami i ołtarzem św. Sebastiana.

Pietà znaczy litość, jednak w Piecie Michała Anioła jest przede wszystkim spokój. Spokój oraz piękno - Matka Jezusa pokazana została jako młoda kobieta, a ciało Jezusa uderza klasyczną harmonią. Michał Anioł hołdował renesansowym kanonom piękna, choć sam nie był piękny, miał kompleksy z powodu swojego wyglądu. Rozkwaszony nos, podobno pamiątka po zazdrośniku z czasów, kiedy ujawniał się jego wielki talent, przysparzający mu jednak zawistników.

Beata Zaremba-Żarski