Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (1) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Cz.1.

Melduję, że wróciłam. Odmieniona, choć już nie w odmiennym stanie. Ponieważ chodziłam w ciąży i rodziłam w Italii, a teraz od 8 miesięcy staram się wychować mojego synka na porządnego Polaka w naszym włoskim domu, więc z doświadczenia wiem, że wcale nie jest łatwo być rodzicem, a zwłaszcza tu na emigracji. Podzielę się z Wami opowieściach o moich ciążowo-macierzyńskich perypetiach, w nadziei, że wyciągnięcie wnioski z moich błędów i skorzystacie z rad.

Drogie Czytelniczki.

 

W styczniu bieżącego roku zostałam mamą i z tego powodu byłam nieobecna w redakcji przez kilka miesięcy. Macierzyństwo zmieniło moje spojrzenie na bardzo wiele spraw, na dziennikarzowanie również. Nigdy dotąd w ciągu tak bardzo krótkiego okresu nie musiałam wychodzić i wypraszać tylu spraw. Bywały dni, że chciało mi się płakać z bezsilności. Nie mając nikogo, komu mogłaby powierzyć opiekę nad dzieckiem w ciągu dnia, zmuszona byłam ciągać moje, kilkutygodniowe wówczas maleństwo po różnych urzędach. Jak biurokracja potrafi uprzykrzyć człowiekowi życie, pewnie same doskonale wiecie.

Postanowiłam podzielić się z Wami wszystkimi radami, które przyjdą mi do głowy, w nadziei, że okażą się Wam pomocne i pomogą zaoszczędzić zbędnego tracenia czasu.

Będzie trochę niechronologicznie. Bo nie tylko o perypetiach związanych z przedzieraniem się przez gąszcz przepisów prawnych będę pisała, ale w ogóle o tym, jak to jest, gdy się chodzi w ciąży i wychowuje dzieci we Włoszech. Stąd tytuł cyklu.

Zacznę od opowiedzenia o tym, czym obecnie żyje moja rodzina, czyli perypetiami związanymi z posłaniem Jasia do żłobka i moim powrotem do pracy.

 

Może nie taki żłobek straszny jak go malują?

Decyzja zapadła jeszcze przed wakacjami. Opcje do wyboru ostatecznie były dwie: albo rzucę pracę, albo poślemy naszego synka do żłobka. Oczywiście wolałabym, gdyby moim skarbem zajęła się babcia albo niania z prawdziwego zdarzenia, ale niestety w naszym przypadku, pomoc babć nie wchodzi w rachubę, a na opiekunkę nas nie stać. Po przeanalizowaniu wszystkich „za" i „przeciw" postanowiliśmy spróbować ze żłobkiem. Może nie taki on straszny jak go malują?

Tuż po Wielkanocy złożyłam podanie o przyjęcie Jasia do żłobka państwowego, tj. finansowanego ze środków miasta (asilo nido comunale). W Wiecznym Mieście, statystycznie przyjmowane jest jedno dziecko na dziesięć – wiadomo chętnych jest wielu, a placówek mało.

W zależności od sytuacji rodzinnej, zawodowej i finansowej rodziców otrzymuje się mniejszą lub większą liczbę punktów. Im więcej punktów na podaniu, tym większe szanse, że maluch zostanie przyjęty. Pierwszeństwo w przyjęciu do asilo nido comunale mają dzieci niepełnosprawne, rodziców samotnie wychowujących oraz dzieci z rodzin znajdujących się w bardzo trudnej sytuacji życiowej (pod warunkiem, że jest to udokumentowane przez opiekę społeczną lub sądownie). W następnej kolejności przyjmowane są dzieci z rodzin, w których oboje rodzice pracują i to za przeciętne zupełnie pieniądze. Teoretycznie (ale to zupełnie teoretycznie!) w tym drugim przypadku, skrupulatni urzędnicy weryfikujący podania, powinni przyznać rodzinie 40 zwycięskich punktów - zwycięskich, bo dających szansę na dostanie się do żłobka. Specjalnie wyszkoleni biurokraci często i gęsto przyznają ich jednak mniej, bo muszą w końcu mają za zadanie tak to wszystko rozegrać, żeby tych dziewięcioro statystycznych maluchów do żłobka się nie dostało.

Nam odjęto chyba punkty, za to, że mamy elastyczny czas pracy i chyba za to, że choć skromnie, ale jednak pod dachem (choć wynajętym), a nie pod mostem mieszkamy. Ku mojemu zdziwieniu do żłobka nie przyjęto nie tylko mojego Jasieńka, ale też dzieci: m.in. koleżanki - samotnej matki i przyjaciół, którzy harują po 12 godzin i mogliby to udokumentować. Spotkaliśmy się, zgadaliśmy że to nie fair, skoro tyle podatków z nas zdzierają i postanowiliśmy napisać odwołania. Ślęczeliśmy kilka dni nad normatywą, napisaliśmy rzeczowo i przekonywująco... i na nic się to zdało, bo nawet z dodatkowym jednym punktem (chyba za złożenie zażalenia?) nie osiągnęliśmy magicznej, punktowej czterdziestki.

 

Kto płaci ten wymaga....

Potrzeba mi było trzech bitych tygodni, na zwiedzenie kilku prywatnych placówek i wybranie tej „najodpowiedniejszej". Przyznaję, jako nadopiekuńcza matka jestem chyba trochę paranoiczką. Niektóre żłobki od razu zdeklasyfikowałam, bo uśmiechnięte przedszkolanki wydawały mi się sadystkami w kamuflażu, a woźny w jednym z miejsc przypominał pedofila, którego kiedyś pokazali w dzienniku. Stwierdziłam, że skoro już trzeba będzie słono za ten żłobek zapłacić, to chcę żeby spełniał wszystkie moje oczekiwania. W połowie czerwca udało mi się wreszcie trafić na wzbudzającą zaufanie placówkę, w dodatku znajdującym się w bardzo dogodnym miejscu – kilkaset metrów od siedziby redakcji.

Na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, tj. żłobkowego nie mogłam spać, bolał mnie z nerwów żołądek. Natomiast mój synek, który wdał się w tatusia, więc nie panikuje z byle powodu, już pierwszego dnia dał mi do zrozumienia, że podoba mu się nowa forma opieki. W żłobku jest kolorowo, przedszkolanki są miłe i cały czas skoncentrowane na dzieciach i na dodatek maluchy mogą dowoli kulać się po puchatych wykładzinach, a tak się składa, że uprawianie tej formy ruchu należy obecnie do ulubionych zajęć mojego skarba.

 

Inserimento

„Inserimento", czyli okres przyzwyczajania malucha do nowego otoczenia w „naszym" żłobku wygląda w ten sposób, że maluszek pierwszego dnia zostaje z opiekunkami na pół godziny. Kolejnego dnia na godzinę, następnego o poł godziny dłużej ... i tak dzień po dniu okres pobytu w żłobku się wydłuża, aż do momentu osiągnięcia czasu wybranego przez rodziców.

W większości włoskich żłobków i przedszkolach można zostawić dziecko na pół dnia (zazwyczaj do 14.30) lub na cały dzień (tzw. „tempo pieno"), czyli co najmniej do 16.00, a w wielu miejscach nawet do 19.00. W czasie trwania „inserimento" rodzic/-e czekają w poczekalni. Muszą być blisko, na wypadek, gdyby maluszek płakał. Wyżej opisaną metodę stosuję się w Jasiowym żłobku, ale wiem też, że w niektórych rzymskich przedszkolach pozwala się mamom wchodzić z dzieckiem do sali zabaw, a następnie po upływie określonego czasu prosi się je o oddalenie. Myślę, że obie metody pozwalają maluszkom na beztresowe przyzwyczajenie się do nowego otoczenia.

Nasze inserimento było bezsteresowe. Przez pierwsze cztery dni. A później zaczęły się schody. Bo Jasiowi chciało się spać lub jeść, a mamusia z cycusiem była poza zasięgiem...

C.D.N.

 

Danuta Wojtaszczyk

Fot. Autorka tekstu z Jasiem © Grzegorz Butowski