Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (3) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Detektyw w akcji, czyli rzecz o tym jak wytropić dobrego pediatrę i nie dać go sobie sprzątnąć sprzed nosa. Mądry Polak po szkodzie, czyli 101 rzeczy, których nie warto kupować w ciąży.

Drogie Mamusie,

W ostatnim odcinku obiecałam Wam opowiedzieć, jak trafiliśmy z Jasiem do Rudej, czyli wspaniałej Pani doktor, na której pomoc możemy liczyć o każdej porze dnia i nocy.

Jak już wcześniej pisałam, po spotkaniu z Panem doktorem Giovannim Zakręconym stwierdziłam, że będzie jednak lepiej, jeśli przepiszemy się do pediatry „z polecenia”.
Jako, że bliscy,  dzieciaci znajomi naszej rodziny mieszkają na drugim końcu miasta postanowiłam popytać sąsiadek do jakiego lekarza prowadzają dzieci i czy są z niego zadowolone. Ponadto, o lekarzy godnych polecenia pytałam też  mamy poznane w parku podczas naszych popołudniowych spacerów. Miłe Panie poleciły mi kilku pediatrów i dały wiele cennych wskazówek, na to jak takiego wymarzonego lekarza upolować.

Ostatecznie, na podstawie przeprowadzonego „dochodzenia”, wyłoniłam z listy nazwiska dwóch lekarzy (w tym Rudej), cieszących się powszechnym szacunkiem i opinią wspaniałych specjalistów.
Jak się jednak okazało, obie Panie doktor miały komplet małych pacjentów, co w tej sytuacji oznaczało, że nie ma szans zapisać do żadnej z nich Jasia.
Za radą poznanej w parku  Barbary, mamy 5-miesięcznej Alessi,  udałam się mimo wszystko do gabinetu Rudej.
Miła Pani sekretarka oznajmiła mi, że w kolejce do osławionej za dobroć i profesjonalizm doktor Claudii stoją ze dwa następne pokolenia dzieci. Porozumiewawczym gestem dała mi jednak do zrozumienia, że podpowie mi, co zrobić, żeby pani Doktor nie dać sobie sprzątać sprzed nosa.

Jak wiadomo, we Włoszech można zapisać malucha tylko do lekarza, który ma wolne miejsca. A te zwalniają się u pediatry, kiedy rodzice któregoś z dzieci przepiszą go do innego doktora lub… kiedy pacjent ukończy 16 lat, bo wówczas zgodnie z przepisami musi zostać przepisany do lekarza rodzinnego dla dorosłych.
Pani sekretarka przejrzała komputerową kartotekę i ku mojej radości oznajmiła, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni trzech pacjentów ukończy 16 rok życia, zwalniając tym samym miejsca młodszym pacjentom.
Poradziła, abym codziennie sprawdzała na stronie internetowej służby zdrowia Regione Lazio, kiedy efektywnie zrobi się wolne miejsce i w dniu, kiedy na ekranie komputera przy nazwisku doktor Claudii wyświetli się upragnione „posto libero”, udała się niezwłocznie do rejonowej przechodni i zarejestrowała do niej Jasia.

Polowanie na sławetne „posto libero” trwało 10 niekończących się dni. Sprawdzałam stronę „sanità” kilka razy dziennie. Zielone światło, pojawiło się wreszcie dziesiątego dnia oczekiwania rano, więc natychmiast zabrałam potrzebne dokumenty i pobiegłam do ASL-u.
Wolne miejsce u Rudej czekało najwyraźniej na Jasia. Szczęśliwie udało nam się dołączyć do grona jej pacjentów.

***

Kilka dni temu na Facebooku miła Polka, która niedługo zostanie mamą, poprosiła mnie o garść rad,  co warto kupić dla siebie i maluszka.

Lista rzeczy, których moim zdaniem NIE WARTO kupować okazała się zdecydowanie dłuższa od tej, z rzeczami wartymi zakupu. Przy okazji obliczyłam, że nakupiłam zbędnych przedmiotów za co najmniej półtorej pensji.  Niektórych z nich nie użyłam ani razu!
Podzielę się z Wami moją listą nieudanych zakupów z nadzieją, że tym sposobem uchronię Was przed niepotrzebnymi wydatkami.


Oto czego na pewno bym już nie kupiła, gdybym miała jeszcze raz chodzić w ciąży i rodzić:

Rzeczy dla mamy:
Koszula do porodu – kupiona w specjalnym sklepie, zapakowana w specjalne pudełko z napisem „camcia per il parto” -  kosztowała 25 euro, które poszły do kosza jeszcze przed wyjściem z sali porodowej. Z doświadczenia zapewniam, że do rodzenia doskonale nadaje się jakakolwiek rozpinana góra od piżamy albo zwykła, krótka koszula nocna.

„Fascia dopo parto”, czyli elastyczny pas polecany przez ekspedientki w sklepach typu „wszystko dla mamy i dziecka”. Pas rzekomo pomaga odzyskać płaski brzuch po porodzie. W szpitalu jednak położne uświadomiły mi, że zdecydowanie szybciej odzyskują zgrabna sylwetkę mamy, które go nie używają i poradziły, żebym schowała go na samo dno szafy. Nabywając ten pas wyrzuciłam w błoto kolejne 25 euro.

Staniki do karmienia – kupiłam ich zdecydowanie za dużo i w nieodpowiednim momencie ciąży (początek 8 miesiąca). W dniu porodu okazały się ciasnawe i w dodatku o wiele mniej praktyczne od zwykłych staników bez fiszbin. Chodzi o to, że wcale niełatwo jest rozpiąć to ustrojstwo jedną ręką (drugą, jak wiadomo ma się zajętą, bo trzyma się maluszka). Na dodatek po rozpięciu miseczki wkładka laktacyjna zazwyczaj ląduje na ziemi. Dużo wygodniejsze okazały się dla mnie zwykłe, nieusztywniane biustonosze, które nota bene wyglądają dużo estetyczniej i nie kosztują fortuny.

Sterylizator, czyli specjalne urządzenie do wyparzania butelek i  smoczków. Ponieważ karmiłam praktycznie tylko piersią zupełnie mi się nie przydało. Dla jednej butelki nie było sensu podłączać całej tej aparatury i czekać grubo ponad kwadrans, aż butelka się wyparzy.  Kupiłam w  aptece specjalny płyn do sterylizacji, który wlewa sie do garnka z wrzątkiem i tym starym, dobrym sposobem miałam wszystko, co potrzebne wysterylizowane w pół minuty.


Rzeczy dla dziecka:
Wózek typu trio, czyli gondolka, fotelik samochodowy i spacerówka w jednym (wł. navicella, ovetto i passeggino). Zwykło twierdzić się, że „jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego” - i wiecie co -  po przygodach z tym wózkiem przekonałam się, że naprawdę dużo prawdy jest w tym powiedzeniu.
Zakup wózka to poważna i kosztowna inwestycja. Wybrałam dla Jasia śliczne, zgrabne i bardzo łatwe w obsłudze trio renomowanej marki. Świetne pod każdym względem, szkoda tylko, że w 4 miesiącu życia Jasieńka nadawało się już tylko do tego, żeby wynieść je do piwnicy. Mój Cudeniek rósł jak na drożdżach i gondolka szybko okazała się dla niego za krótka i za ciasna.
Był za malutki na spacerówkę, więc za zgodą pediatry przesadziłam go do ovetto. Ale i z tego w 6 miesiącu życia wyrósł. Spacerówki w triach nie są najlepszej jakości i nie mają wielu praktycznych funkcji jak passeggini, które kupuje się oddzielnie. Tak więc, po pół roku kupiłam nowy wózek – spacerówkę dostosowaną do potrzeb bardzo małego dziecka, która rozkłada się zupełnie na płasko i dziecko może w niej spać tak samo wygodnie jak w gondolce. Trio ostatecznie sprzedałam przez internet, za mniej niż połowę ceny rynkowej.
Co zaś się tyczy ovetto, to przyznam, że nie miałam do niego przekonania jeśli chodzi o bezpieczeństwo jazdy w samochodzie. O wiele lepiej sprawdził się fotelik, kupiony za grosze, dwufunkcyjny, przystosowany do przewozu niemowląt i większych dzieci.

Gdybym mogła cofnąć czas, owego pamiętnego dnia, kiedy zostawiłam pół pensji w sklepie z wózkami, nabyłabym tylko porządny fotelik samochodowy i  spacerówkę dla dzieci w wieku od 1 miesiąca do 3 lat. Gondolkę, która jest bardzo wygodna w pierwszych tygodniach życia maluszka kupiłabym zaś używaną,  wszakże można je nabyć w bardzo dobrym stanie, a wszystkie elementy materiałowe dodatkowo zdjąć i wyprać w pralce.
Mądrzejsza dzięki przeżytym doświadczeniom dziś większą sumę zainwestowałbym zamiast w trio w kurs prawa jazdy…


W kolejnym odcinku dowiecie się o moich perypetiach samochodowo-komunikacyjnych oraz czego jeszcze nie warto kupować, a co (zwłaszcza made in Poland) musicie mieć koniecznie.

Danuta Wojtaszczyk

C.D.N.

foto: Autorka tekstu z Jasiem / © Grzegorz Butowski

http://www.naszswiat.net/moje-trzy-grosze/912-chodzi-w-ciy-i-by-mampo-wosku.html
http://www.naszswiat.net/moje-trzy-grosze/942-chodzi-w-ciy-i-by-mampo-wosku-2.html