Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (4) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Niedokończona czarna lista będzie dokończona w następnym odcinku. Trzy priorytetowe rzeczy dla maluszka, które warto ściągnąć z Polski. Pierwsza odsłona moich perypetii samochodowych.

Drogie Mamusie,

W poprzednim odcinku zamieściłam czarną listę rzeczy dla mam i dziecka. Czarną, bo moim zdaniem zakup wymienionych artykułów to wyrzucenie pieniędzy. Lista jest niedokończona, jednak ponieważ zbliża się Boże Narodzenie i w tym właśnie okresie z największą częstotliwością podróżują  paczki pomiędzy Polską a Włochami, napiszę Wam, co warto kazać sobie wysłać od nas z Kraju.

Magiczna maść
Chociaż na rynku włoskim jest mnóstwo różnego rodzaju mazideł dla niemowląt chroniących przed odparzeniami pieluszkowi żadne nie może równać się z ***, który odkryłam dzięki mamie Sary i Patryka. Maść jest nie tylko świetną ochroną na pupę maluszka, ale leczy też inne dokuczliwe, skórne dolegliwości dzieci i dorosłych. Pomaga na odleżyny, otarcia, pryszcze, „zimno”, a nawet na krosty ospne.
Wypróbowałam wiele kremów dla niemowląt i przyznam, że większość z nich oceniłam jako dobre lub bardzo dobre, mimo to, dzisiaj nie zamieniłam bym *** na żaden z nich. Przede wszystkim dlatego, że pomógł mi pozbyć się wszystkich Jasiowych i własnych dolegliwości skórnych.

Jaś © fot. Grzegorz ButowskiTrzy miesiące po porodzie złapałam ospę wietrzną (Jaś cudem się nie zaraził). Paskudne, ropne wykwity miałam również na twarzy i przyznam, że poważnie obawiałam się, iż zostaną mi po nich nieusuwalne blizny. Początkowo obsypywałam się talkiem mentolowym, jak polecił mi lekarz. Po obsypaniu się tym białym proszkiem krosty faktycznie mniej swędziały, ale jakoś nie specjalnie się goiły. Za to po użyciu *** efekt był natychmiastowy.  W Polsce krem ten można kupić w większych drogeriach lub aptekach.
W miejsce nazwy owego magicznego kremu dałam powyżej gwiazdki (***), gdyż musiałam się poważnie zastanowić czy mogę na łamach gazety podać Wam nazwę owego magicznego specyfiku. Ktoś przecież mógłby posądzić mnie o uprawianie kryptoreklamy. Biorąc pod uwagę jednak fakt, że moje dla Was pisanie ma charakter strictum personalny i nie reprezentuje żadnej formy dziennikarskiej, będąc osobistymi opisami moich macierzyńskich doświadczeń zbiorę się na odwagę i napiszę wreszcie, że owa maść nosi nazwę Sudocrem.

Rożki do spania
Jak wiecie, Jaś urodził się w styczniu. Sprawiłam mu super ciepły kocyk z materiału, ktόry określiłabym jako szlachetny rodzaj polaru. Z podręcznika dla świeżo upieczonych rodziców nauczyłam się jak zawijać maluszka do snu w rożek.
To prawda, że w takim kokonie maleństwa śpią jak aniołki, bo nie tylko mają ciepło, ale też zaspokajają swoją tęsknotę za pobytem w łonie mamy.
Niestety za późno przypomniało mi się, że w Polsce można kupić gotowe rożki do spania – kocykowe lub kołderkowe, zapinane na wygodne rzepy, zatrzaski, guziki lub sznurowane. Taki gotowy rożek to rewelacyjny wynalazek! Widziałam go u koleżanki i szczerze żałowałam, że go nie posiadam. Nota bene te nasze ojczyste rożki sprawdzają się lepiej od włoskich „riduttori”, czyli jakby foremek/koszyczków dla niemowląt, które wkłada się do łóżeczka, aby stworzyć im przytulne warunki do spania – na miarę kilkudniowego człowieczka.

Czapki-uszatki
Wszystkie dzieci moich bliższych i dalszych krewnych, przyjaciół i znajomych wychowały się w czapkach-uszatkach.
Przyznam, że znajome włoskie mamy dziwiły się, że zakładam Jasiowi lekką, bawełnianą czapeczkę nawet w domu i że w kółko marudzę, że trzeba uważać na przeciągi. Może to i fakt, że i to narzekanie, i to maniakalne okrywanie główki i uszek,  to nasza rodzima tradycja. Kto, wie może, gdybym wyemigrowała gdzieś w tropiki, to bym i od tej tradycji odstąpiła, ale jako że w Wiecznym Mieście bywa i wietrznie, i zimno  to mu tych uszatek (we Włoszech praktycznie nie do zdobycia)  sprowadziłam z Polski kilkanaście. I wiecie co, jestem przekonana, że właśnie dzięki nim Jaś mało choruje (Bogu dziękować i odpukać w niemalowane) i nie odstają mu uszy…
Te trzy, powyżej wymienione rzeczy, są priorytetowe, jako że na rynku włoskim praktycznie nieobecne. W pozostałym odcinku dokończę Wam czarną listę i napiszę, co jeszcze, made in Poland,  warto sobie do Italii ściągnąć  - przede wszystkim dlatego, że na zakupach w Polsce uda Wam się zaoszczędzić sporo €.

Jak już Wam uprzednio napomknęłam celem mojego oszczędzania były lekcje jazdy…
Zanim zostałam mamą wmawiałam sobie, że prawo jazdy i samochód są mi do niczego niepotrzebne. Wszakże po Rzymie wygodniej i taniej jest poruszać się komunikacją miejską, a sporadyczne wyprawy w miejsca, gdzie żaden środek transportu publicznego nie dociera, można się przecież odbyć w towarzystwie kogoś zmotoryzowanego. Prawda jednak jest taka, że tak mnie we wczesnej młodości zestresowano na pierwszym i niedokończonym kursie jazdy, że panicznie bałam się wsiąść za kierownicę.
Po porodzie, z każdym dniem życia Jasieńka zdawałam sobie sprawę, że niestety w dzisiejszych czasach, będąc mamą, nie obędę się bez samochodu.
Bariery architektoniczne to zmora nie tylko osób niepełnosprawnych, ale też mam z wózkiem. Do niektórych autobusów czasem w ogóle nie udawało mi się wsiąść. O przeprawach przez liczące nieskończoną liczbę schodów zejściach do metra nie wspomnę.
Termin upływu urlopu macierzyńskiego zbliżał się w zastraszająco szybkim tempie, i jak już wiecie, oznaczało to, że Jaś pójdzie do żłobka. „Pójdzie” to oczywiście termin umowny. Tak naprawdę było z góry wiadomo, że do tego żłobka trzeba będzie go wozić. A jako, że żłobek wybraliśmy tuż pod moim miejscem pracy,  stało się oczywiste, że będę się musiała sprężyć i nauczyć jeździć.

***
Na ostatnią lekcję jazdy poszłam z Jasiem, oczywiście wsadzonym do specjalnego fotelika. Tak się bowiem złożyło, że nie miałam go z kim zostawić. Instruktor był trochę zszokowany, ale jakby nie było, nie byłam zwykłą kursantką, ale dumną posiadaczką Prawa Jazdy uczącą się jeździć, więc ostatecznie pozwolił mi odbyć tę lekcje razem z synkiem.

***
Pierwszy raz zapisałam się na prawo jazdy po maturze, w Polsce. Od pierwszej lekcji wiedziałam, że kurs ten będzie koszmarem powracającym w snach pewnie do końca życia. Quizowe rebusy z podręcznika do teorii były dla mnie równie zrozumiałe jak fizyka kwantowa.
Instruktor zmienił akurat samochód kursancki na nowy i może dlatego z byle powodu krzyczał na mnie. Szczęśliwie prawie na samym początku kursu orzekł, że jako kierowca jestem antytalentem, dzięki czemu z czystym sumieniem mogłam zatrzasnąć za sobą na kilka lat drzwi znienawidzonej szkoły jazdy.

***
Drugi raz na kurs prawa jazdy zapisałam się już we Włoszech. Było to kilka lat temu. Na pierwszej lekcji zamiast podręcznika z karkołomnymi rebusami-quizami pokazano nam plansze z czerwonymi znakami drogowymi. Instruktor powiedział, że cała teoria jest dziecinnie prosta, jeśli zapamiętamy, że owe czerwone znaki mówią „stój” albo „tu nie możesz wjechać”, a bezkolizyjnie przebrniemy przez wszystkie skrzyżowania ustępując pierwszeństwa nadjeżdżającym z prawej. (sic!)
Ponadto powiedział, że aby zostać kierowcą wcale nie trzeba się urodzić z żadnym specjalnym talentem - jego zdaniem z jazdą samochodem jest jak z chodzeniem, każdy człowiek na początku  potrzebuje „chodzika”, a później z dnia na dzień zaczyna samodzielnie śmigać…

W następnym odcinku napiszę Wam jak wygląda kurs Prawa jazdy we Włoszech oraz jak udało mi się zdać teorię i jazdę za pierwszym razem i jak to się stało, że mimo zdanego prawa jazdy, po urodzeniu Jasia musiałam na nowo uczyć się jeździć…

Danuta Wojtaszczyk

Poprzednie odcinki znajdziesz tutaj.