Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (5) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Poduchowaty banan albo wąż dla mamy i dziecka. Krzesełka do jedzenia, które „rosną” razem z dzieckiem. Ustrojstwa „połykacze pieniędzy”, na które nie dajcie się nabrać. Polska mama za kierownicą na włoskich drogach.

Drogie Mamusie,

Zacznę od odrabiania zaległości. W poprzednim odcinku obiecałam, że dokończę czarną i białą listę rzeczy dla mamy i dziecka.
Gorąco polecam Wam poduchy wielofunkcyjne, które przypominają trochę grubaśnego węża albo gigantycznego banana, które sprzedawane są jako podpórka pod obolałe plecy dla ciężarnych, ale z powodzeniem będziecie jej mogły używać podczas karmienia piersią, a później również jako „para colpi” dla zaczynającego rozrabiać w łóżeczku maluszka. Ceny takich poduszek wahają się we Włoszech w granicach 20-50 euro. To naprawdę świetny, prosty wynalazek. Poduchy wypchane są jakimś osobliwym rodzajem trocinowatej waty, która świetnie się układa przy ciele i zawsze przybiera formę, której w danym momencie pożadacie.
Jaś skończył 10 miesięcy, od 4 tygodni raczkuje, próbuje się wspinać i ten genialny wynalazek służy mi ostatnio jako dodatkowe zabezpieczenie przed urazami w drewnianym łóżeczku.
Jeśli Wasze maleństwo zaczyna już siedzieć, to pora, żebyście zaczęły się rozglądać za „seggiolone”, czyli specjalnym krzesełkiem do jedzenia dla waszego Skarba. Jaś dostał swoje krzesełko w prezencie z okazji Chrztu Św. od mądrej cioci, mamy dwojga dzieci, która wybrała model, który „rośnie” razem z dzieckiem.
Krzesełko jest tak skonstruowane, że można w nim sadzać malucha, który dopiero uczy się siedzieć (specjalna wkładka), ma zdejmowany blacik, regulowaną wysokość i pozycję nachylenia oparcia, więc z powodzeniem może też służyć jako leżaczek rekreacyjny.  Jaś uwielbia siedzieć w swoim krzesełku, jeść w nim, układać sobie zabawki na blaciku i ucinać sobie drzemki.
Nie polecam Wam za to ustrojstwa zwanego połykaczem brudnych pieluch (mangia pannolini), a w rzeczywistości będącym głównie połykaczem pieniędzy. To rodzaj rzekomo hermetycznego pojemnika na brudne pieluchy. Ustrojstwo kosztuje majątek, wkłady do niego również kosztują fortunę i rzecz jasna ów wynalazek  nie spełnia swojego zdania, bo wbrew temu co pisze producent,  nie jest w stanie „połknąć” „zapachu” kupek z całego miesiąca.
Dziwię się, że w ogóle to ustrojstwo dopuszczono do sprzedaży ze względu na jego mało higieniczne zastosowanie.
Szczęśliwie w amoku zakupowym nie kupiłam tego pojemnika, ale znajome mamy, które dały się nabrać reklamie,  prosiły mnie, abym Was w ich imieniu przestrzegła przed tym „pożeraczem pieniędzy”.
Z doświadczenia też radzę, abyście nie robiły zbyt dużych „zapasów” ubranek, środków do pielęgnacji ciała maleństwa, mleka modyfikowanego, itp. Jeżeli Wasze dziecko, tak jak mój Jaś będzie rosło niezgodnie z tabelami podręcznikowymi, nakupionych na zapas ubranek nigdy mu nie założycie, bo okażą się za małe albo z duże, kiedy nadejdzie na nie sezon. Skóra małych dzieci   jest podatna na uczulenia, także mydełko do ciała,  które było dobre w 3 miesiącu życia maluszka w czwartym może się okazać silnym alergenem.
To samo dotyczy żywności.
Jeśli chcecie zaoszczędzić, nie róbcie wielkich zapasów, tylko śledźcie na bieżąco promocje w różnych sklepach i po prostu kupujcie tam, gdzie w danym momencie potrzebny Wam produkt jest najtańszy.

***
A wracając do tematu motoryzacyjnego, czyli moich perypetii związanych z nauką jazdy samochodem  zacznę od skierowania prośby do tych z Was, które tak jak ja, zostały w przeszłości zestresowane przez „życzliwych”, doświadczonych kierowców, żebyście wysłały ich na księżyc i zapisały się jak najszybciej na kurs prawa jazdy, albo na same lekcje jazdy, jeśli „prawko” macie, ale nigdy nie jeździłyście.
Prawdą jest, że samochód to wydatek, że na jego utrzymanie trzeba łożyć przez 365 dni w roku, przez co może Wam się wydawać mieniem zbytecznym, jeśli nie macie potrzeby jeżdżenia codziennie.
Jest jednak sposób na to, żeby utrzymanie auta we Włoszech nie kosztowało fortuny (o czym za chwilę). Jeżeli do tej pory wmawiano Wam, że jesteście antytalentem jako kierowca, najlepiej będzie jeśli sprawicie sobie auto, najlepiej używane, małe i zgrabne, którym nie będziecie się bały jeździć.
Są sytuacje, w których samochód naprawdę jest niezbędny. Kiedy maluszek zachoruje i trzeba go zawieść do pediatry, albo do szpitala, a tatuś akurat nie może się szybko wyrwać z pracy, za oknem leje, albo strajkuje cała komunikacja miejska, albo trzeba zrobić mega zakupy, albo odstawić Waszego Skarba do żłobka , babci czy niani, albo z jakiegokolwiek innego powodu same musicie wymyślić jak się szybko z Waszym maleństwem gdzieś przemieścić.
Jeżeli tak jak ja wcześniej nie jeździłyście, jak najszybciej zapiszcie się na kurs jazdy i zacznijcie rozglądać za  samochodzikiem, który wydaje się, że byłby w stanie z Wami współpracować.

Mieć auto
i nie zbankrutować
We Włoszech, a zwłaszcza w dużych włoskich miastach OC, czyli obowiązkowe ubezpieczenie kosztuje majątek (o dodatkowym pakiecie ubezpieczeniowym nie wspomnę). Kosztowne jest tu utrzymanie nawet motorynki. W Polsce za to ubezpieczenie w przeliczeniu na euro kosztuje parę centów.
Teoretycznie, kto mieszka na stałe w Italii ma obowiązek jeżdżenia na włoskich tablicach rejestracyjnych. Jest jednak sposób, żeby skorzystać z przywileju jakim jest posiadanie auta na polskich „blachach” i z tanim ubezpieczeniem: wystarczy, że współwłaścicielem Waszej „macchiny” będzie osoba zamieszkała na stałe w Polsce (członek rodziny, albo po prostu znajomy).
Używany samochód w bardzo dobrym stanie technicznym możecie kupić spokojnie za pieniądze, których udało Wam się nie wyrzucić na zbędne rzeczy dla mamy i dziecka. Jeśli natomiast Wasze doświadczenia macierzyńskie są zbliżone do moich – możecie je nabyć za pożyczkę przyznawaną w ramach „Fondo Nuovi Nati”, o którym pisałam kilka tygodni temu.
Pożyczka wystarczy Wam na zakup auta, wykupienie ubezpieczenia na cały rok, fotelika dla dziecka, a nawet na kurs prawa jazdy, jeśli zrobicie zakupy „z głową”.

***
Po doświadczeniach z Polski, zrobienie prawa jazdy we Włoszech było dla mnie pestką.  Ponadto kierowcy są tu na tyle przyzwyczajeni do osobliwych kierowców (stulatkόw, dzieci, blondynek, itp.), że nie zamiast utrudniać im życie i stresować na drodze po prostu ze stoickim spokojem wymijają ich szerokim łukiem.

***
Kilka dni temu gawędziłam na skypie z naszym stałym czytelnikiem, Andrzejem z San Vito, który w tym roku robił prawo jazdy we Włoszech i poinformował mnie o wszystkich nowinkach, których nie było za czasów, kiedy ja robiłam tu kurs. Wszystkimi się z Wami podzielę – w następnym odcinku.

Danuta Wojtaszczyk