Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (6) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Pieluszki tetrowe, flanelki i gruszki, czyli co jeszcze warto kupić w Polsce. Pies-żartowniś i mój zarysowany zderzak. Znaczki S i D wypisane czarnym flamastrem na rękach – ściąga przez którą omal nie oblałam egzaminu na prawo jady. Ile kosztuje zrobienie „prawka” w Italii – motoryzacyjne rady i perypetie Andrzeja z San Vito.

Drogie Mamusie,

Pewna miła mama dwóch córeczek, z czego jednej urodzonej w Polsce, a drugiej w Italii przypomniała mi o pożytku wynikającym z posiadania naszych starych, poczciwych pieluszek tetrowych.

Pieluszki tetrowe przydają się dosłownie do wszystkiego: do wycierania  rozlewających się fontann mleka, do robienia kompresu na brzuszek czy uszko, do przykrywania maluszka  w upały i do wielu, wielu innych rzeczy. Osobiście nie wyobrażam sobie życia macierzyńskiego bez tych wyjątkowo miłych dla skóry dzieciątka „szmatek”.

W moim rodzinnym mieście nie znalazłam sklepu z pieluszkami tetrowymi. Zaopatrzyłam się w nie w internecie (na allegro.pl). Sztuka kosztuje 1,5-2 zł. Warto kupić  kilka białych i kilka z nadrukiem, które ładniej będą wyglądać, jeśli będzie trzeba je wyciągnąć  na spacerze.
Ponadto polecam Wam „flanelki”, czyli pieluszki flanelowe. Jedną flanelkę zawsze mam w torbie przy wózku - przydaje się podczas wizyty u pediatry, kiedy trzeba rozebrane maleństwo położyć na kozetce. Flanelka z powodzeniem zastępuje też przewijak w kryzysowych sytuacjach poza domem.  Flanelki, tak jak pieluszki terowe kosztują w Polsce grosze i największy wybór znajdziecie na allegro.pl.

Z Polski przywiozłam ponadto gruszkę do nosa, która bardzo przydaje się do czyszczenia wiecznie zapchanego noska Jasia.
Zaraz po urodzeniu czyściłam nosek mojemu Cudeńkowi wodą fizjologiczną (soluzione fisiologica), którą aplikowałam za pomocą małej strzykawki (bez igły rzecz jasna!), jak to robiły położne w szpitalu. Istnieją wprawdzie gotowe spreje do noska dla niemowląt, ale osobiście Wam je odradzam – wstrzykiwanie czegokolwiek pod dużym ciśnieniem do nosa bardzo stresuje maleństwo.

„Ruda”, czyli osławiona pediatra Jasia, poleciła mi też używanie aspiratore nasale, czyli pompki do nosa, ze specjalnym ustnikiem.
Jaś, od kiedy  skończył sześć miesięcy bardzo się złościł, za każdym razem, kiedy trzeba było przeprowadzić operację czyszczenia noska za pomocą tego wynalazku. Przerzuciłam się więc na gruszkę, powszechnie znaną i używaną przez mamy w Polsce, która mniej go denerwuje i jest poręczniejsza w podroży i na spacerze.

***
Zarysowałam zderzak. A wszystko przez psa-żartownisia, który ma manię wskakiwania pod koła kierowcom. Żartowniś, brązowy kundelek średniej wielkości, kiedy samochody stoją na światłach idzie grzecznie chodnikiem, ledwie jednak ruszają - wyskakuje na jezdnię i trzeba go omijać slalomem.
Mnie też wyciął taki numer, wyskoczył mi pod koła i miałam do wyboru: albo porysować nowiutkie BMW pewnego groźnie wyglądającego młodzieńca, jadącego równoległym pasem, albo poświęcić własny zderzak i  „przytulić się” do muru wzdłuż drogi.  Psa rzecz jasna nie miałam zamiaru rozjeżdżać.
Oprócz tego małego wypadku, jak na świeżo upieczonego kierowcę, nieźle sobie radzę w miejskiej dżungli w stolicy Włoch.

Jaś uwielbia jazdę samochodem. Nie zapomnę, kiedy pierwszy raz wsadziłam go do auta. Oniemiał z wrażenia. Samochodowe kołysanie okazało się doskonałym sposobem na zasypianie. Nawet w dni, kiedy ząbkuje, przez co robi się bardzo marudny, w samochodzie natychmiast zapada w błogi sen.

Jak już wiecie, po wielu perypetiach udało mi się (wreszcie) zrobić prawo jazdy  - w Italii. Było to kilka lat temu i w owych czasach  "foglio rosa" dostawało się zaraz po zapisaniu się na kurs, a egzamin teoretyczny cudzoziemcy mogli zdawać ustnie. Dla nie wtajemniczonych śpieszę z wyjaśnieniem, że "foglio rosa", czyli różowa karta, to dokument uprawniający kursanta do poruszania się po drogach prywatnym autem, a więc bez instruktora, za to pod nadzorem innego kierowcy, który posiada prawo jazdy od co najmniej 10 lat.
Obecnie dokument ten wydawany jest kursantom, którzy zdali egzamin teoretyczny.

Wynalazek różowej karty pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy, wszakże zamiast wykupywać kilkanaście lub kilkadziesiąt lekcji (za średnio 40 euro/h) można się ćwiczyć w jeździe pod okiem znajomego, wytrawnego kierowcy.

Ustny egzamin teoretyczny na prawo jazdy był naprawdę łatwy. Egzaminator zadawał wprawdzie wyłącznie trudne i podchwytliwe pytania, ale na wszystkie byłam przygotowana dzięki lekcjom w szkole jazdy.

Niestety dzisiaj również cudzoziemcy muszą zdawać teorie pisemnie. Do egzaminu trzeba zatem wykuć na pamięć cały podręcznik + wszystkie quizy, które są naprawdę trudne, bo specjalnie tak sformułowane, żeby nie tylko cudzoziemiec, ale i Włoch się na nich wyłożył.

O perypetiach motoryzacyjnych neokierowcy lubię porozmawiać od czasu do czasu z Andrzejem z San Vito, nieocenionym czytelnikiem „Naszego Świata”, który jest w stałym kontakcie z redakcją i często podsuwa nam ciekawe tematy. Andrzej zrobił prawo jazdy we wrześniu  i tak jak ja, do niedawna bardzo się stresował podczas pierwszych samodzielnych wypraw samochodem.

Wyjaśnił mi jak obecnie wygląda kurs i egzamin na prawo jazdy. Wszystkie te cenne informacje wklejam poniżej, z myślą o mamusiach, które zdecydowały się zrobić ten milowy krok i postanowiły zapisać się na kurs prawa jazdy.

Cytat z rozmowy z Andrzejem z San Vito:
Nareszcie zdecydowałem się,  robie prawo jazdy we Włoszech. A więc postanowione:  poszedłem do szkoły i dostarczyłem wszystkie  wymagane dokumenty, tj. zdjęcia i wypełniony kwestionariusz. Na  moje szczęście szkoła, do której się zapisałem ma  specjalny tok nauczania dla obcokrajowców -  trwa  dłużej, ale wykładowca wyjaśnia bardzo dokładnie, wszystko co zostało opisane w podręczniku. Zajęcia odbywają się 3 razy w tygodniu rano lub wieczorem, co ułatwia bardzo osobą, które pracują.

Koszty:
Teoria z wydaniem foglia rosa to 500 euro plus opłata za lekarza i opłaty wpisowe (bollo),  czyli razem  +/- 600 euro. W cenę jest też wliczony egzamin z teorii. Co do  nauki jazdy, to tu, gdzie mieszkam, jedna godzina z instruktorem kosztuje 40 euro. We Włoszech nie ma wymaganej  liczby odbytych godzin jazdy z instruktorem. Jeżeli umiesz jeździć, możesz wykupić sobie tylko 2-3  godziny.

Sama  nauka znaków nie  jest  trudna -  gorzej  ze zrozumieniem pytań  w testach. Myślałem, że  jeżeli nauczę się całego materiału z książki,  to testy będę rozwiązywał bez problemu -  nic bardziej mylnego .
Pytania testowe okazały się bardzo podchwytliwe. Musiałem niektóre tłumaczyć sobie na język polski, a i tak nie byłem pewny czy dobrze je sobie przetłumaczyłem. Quizy są tak sformułowane, żeby  wprowadzić kursanta w błąd .
Po czterech miesiącach kursu nadszedł czas egzaminu z teorii, który zdawałem w Pordenone. Test egzaminacyjny rozwiązuję się za pomocą komputera z dotykowym monitorem. Nie używa się  myszki ani klawiatury, więc nie sprawia to dużego problemu. Po wejściu do auli trzeba było podejść do egzaminatora wraz z carta identità. Po sprawdzeniu mojej tożsamości wręczono mi specjalną kartę potrzebną do zalogowania się w komputerze. Potem nastąpiło krótkie wyjaśnienie jak wypełnić test i start: 10 pytań po 3 odpowiedzi. Maksymalnie dopuszczalna liczba błędów to 4. Czas na rozwiązanie zadań - 30 minut.  Udało mi się rozwiązać wszystkie zadania testowe w 10 minut. Po skończeniu  pozostało mi tylko czekać, aż inni skończą pisać i zostaną podane wyniki.
…  i udało się!
Zrobiłem tylko jeden błąd. Nareszcie pierwszy etap za mną, teraz jazda z instruktorem.  

Potrafiłem  jeździć, ponieważ gdy zostało mi wydane foglio rosa, uczyłem się pod okiem znajomego kierowcy.
Jednak jazda z instruktorem to zupełnie inna rzecz. We Włoszech nie ma tzw. placu manewrowego, ponadto na egzaminie z jazdy nie wymaga się od kursanta wykonywania skomplikowanych parkowań. Trzeba się nauczyć przede wszystkim parkowania tyłem i umiejętności zawrócenia na drodze. Na egzaminie z jazdy oczywiście nie można popełnić żadnego poważnego błędu, zwłaszcza związanego z ustępowaniem pierwszeństwa.

Egzamin praktyczny zdawałem w mojej miejscowości. Egzaminator przyjeżdża do szkoły jazdy i praktycznie jeździ się  tą samą trasę, którą ćwiczyło się  z instruktorem. Podczas egzaminu obok Ciebie siedzi twój instruktor, a egzaminator siedzi z tyłu i obserwuje.

Na moje szczęście egzaminatorem okazała się przemiła starsza Pani, która widząc, iż jestem trochę zestresowany, co chyba jest oczywiste, próbowała rozluźnić stres rozmową ze mną. Ostatecznie rozmowa ta okazała się monologiem  Pani egzaminator i moim przytakiwaniem: si/no.
Po 15 minutach usłyszałem: „Może Pan wracać do szkoły jazdy”.
Na początku myślałem, iż zrobiłem coś źle i oblałem.  Na szczecie po przyjeździe do szkoły okazało się, iż mam podpisać protokół egzaminacyjny i od ręki wydano mi upragnione prawo jazdy.


***
Ja również bardzo dobrze wspominam mój egzamin z jazdy. Trasa była dość trudna, bo po drodze miałam mnóstwo górek, z których trzeba umieć ruszyć, za to wszystkie pozostałe manewry były bardzo łatwe.
Tylko raz mi się krew w żyłach zmroziła, kiedy Pani egzaminator (mnie również egzaminowała kobieta) surowym głosem zażądała, abym pokazała, co mam powypisywane na palcach wskazujących prawej i lewej ręki.
A miałam napisane czarnym flamastrem D i S…

Nie wiem czy to typowa przypadłość kobieca czy tylko moja „odmienność” – fakt jest taki, że mylę kierunki. I to we wszystkich językach, które znam. Nie chodzi bynajmniej o to, że nie wiem gdzie jest prawo, a gdzie lewo, tylko o to, że mi się te nazwy mylą… Na egzaminie oczywiście nie chciałam się pomylić, dlatego zrobiłam sobie ściągę. Jak Pani egzaminator mówiła: „al semaforo gira a sinistra” spoglądałam na paluszek i skręcałam w tę stronę, która znajdowała się po stronie ręki z literką S.

Ta moja ściąga bardzo rozśmieszyła i egzaminatorkę, i mojego instruktora. Przepisy na szczęście nie zakazują używania  tego typu podpowiadacza.
Egzamin zdałam za pierwszym razem.

W noc po egzaminie śniłam piękny sen o pierwszej, samodzielnej przejażdżce samochodem. I na śnie się skończyło.
Następnego bowiem dnia pewien znajomy i (nie) życzliwy kierowca omal nie wysadził mnie z auta (swojego) na środku skrzyżowania. Krzyczał, że tylko ślepiec mógł mi prawo jazdy wydać i że jestem beznadziejna jako kierowca.

Tak się tymi słowami przejęłam, ze przez 7 lat bałam się wsiąść za kółko. Po latach zrozumiałam, że osoba ta krzyczała tak na mnie z czystej zazdrości, bo pewnie od samego początku było wiadomo, że będę jeździć lepiej od niej.

Wyleczyłam się z lęku przed jazdą dopiero dzięki Jasiowi.

Ciąg dalszy moich macierzyńskich perypetii,  nie tylko motoryzacyjnych, nastąpi.

Danuta Wojtaszczyk