Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (7) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Karta pobytowa (attestato di soggiorno) dla maluszka.  Przemeldowanie rodziny z jej nowym członkiem. Problemy z pazurkami – aiuto! Szczepić czy nie szczepić - oto jest pytanie.

Drogie Mamusie,

Nie znoszę biurokracji, toteż odwlekam w czasie załatwienie niektórych spraw, aż do momentu, kiedy pozyskanie danego „papierka” okazuje się naprawdę niezbędne. Korzystając z kilku dni urlopu w okresie post-świątecznym wybrałam się wreszcie do urzędu dzielnicowego (municipio) w celu przemeldowania (cambio residenza) mojej rodziny na właściwy adres, pod którym mieszkamy. Ponieważ zmieniliśmy miejsce zamieszkania w obrębie tego samego miasta, więc praktyka związana z przemeldowaniem jest dość prosta, nosi nazwę „cambio abitazione” i sprowadza się do wypełnienia dwóch formularzy: z wnioskiem o zmianę stałego adresu i uaktualnienia danych na prawie jazdy (w przypadku posiadania włoskiego patente). Tzw. tagliando, czyli nalepka na prawo jazdy z nowym adresem po zmianie meldunku  przesyłana jest do domu pocztą.

Jak się okazało, do przemeldowania dziecka potrzebne jest zaświadczenie pobytu, czyli attesstato di soggiorno (odpowiednik permesso di soggiorno dla obywateli UE).  Wcześniej nikt mnie o ten dokument nie prosił, ani kiedy meldowałam Jasia zaraz po urodzeniu, ani kiedy wybierałam dla niego pediatrę. Przyznam, że po gehennie jaką przeszłam we Włoszech, a związaną z wyrabianiem dokumentów pobytowych (najpierw permesso, a poźniej po wejściu Polski do UE attestato di soggiorno)  przeraziłam się, że zmarnuje cały urlop na staniu w kolejkach w różnych urzędach.

Każde dziecko cudzoziemców, którego przynajmniej jedno z rodziców legalnie przebywa we Włoszech, otrzymuje samodzielne attestato di soggiorno. W moim rejonowym municipio wyrabianie tego dokumentu trwało trzy dni. Wypełniłam specjalny formularz, który złożyłam  jak polecono w biurze protokółow (protoccollo) w poniedziałek. W czwartek, jak obiecano dokument był gotowy. Do wniosku o zaświadczenie pobytu  dla dziecka poproszono mnie o załączenie następujących dokumentów: kserokopię mojego attestato di soggiorno, kserokopie paszportów mojego i Jasia, zaświadczenie o zarobkach z ostatniego miesiąca (busta paga),  dwa znaczki skarbowe za 14,92 euro (marche da bollo da 14.92 euro) kupione w tabbacchi  i dwa znaczki skarbowe Comune di Roma za 0,52 euro kupione w kasie Urzędu Dzielnicowego (Municipio). Urzędniczka prosiła mnie również o okazanie karty zdrowia Jasia (mały druczek wydawany przez ASL w momencie dokonywania wyboru pediatry), ale ponieważ gdzieś go zapodziałam obyło się bez tego druczku, gdyż na szczęście wszystkie fiskalne i meldunkowe dane naszej rodziny znajdują się  w komputerowym rejestrze ewidencji ludności.

Oboje z Jasiem jesteśmy właścicielami bezterminowego pozwolenia na pobyt (attestato di soggiorno permanentne), z tym, że mój synek ma wpisany nowy adres zamieszkania, a ja stary. Zmartwiłam się, że z tego powodu będziemy mieć w przyszłości problemy. Urzędniczka wyjaśniła jednak, że attestato di soggiorno permanete jest dokumentem wydawanym na całe życie i nie ma większego znaczenia jaki adres zamieszkania jest na nim wpisany, nie trzeba go uaktualniać. Podobnie jak się dowiedziałam, po zmianie meldunku nie trzeba uaktualniać  włoskiego dowodu osobistego (carta d’identità). Bezwzględnie natomiast należy uaktualnić dane związane z meldunkiem na patente i do czasu, kiedy nie otrzyma się naklejki z uaktualnionym adresem trzeba wozić przy sobie zaświadczenie o zmianie adresu (cambio abitazione lub residenza) wydane przez urząd miasta.
Przyznam, że byłam mile zaskoczona, że dzisiejsze wyrabianie i aktualizowanie dokumentów pobytowych jest takie proste. A pamiętacie jak było lata temu z permesso di soggiorno? Ile się tedy trzeba było nachodzić i nastać w kolejkach?  Koszmar!!!

***
Jaś za kilka dni skończy roczek. Myślę, że również za bardzo niedługo postawi swój pierwszy samodzielny krok. Nie będę Wam pisała jaki jest teraz Jaś, bo jak większość matek mam fioła na punkcie własnego dziecka, więc wiadomo, że bym Wam napisała, że mój synek  jest „naj” pod każdym względem. Za to ja nie jestem naj jako mama, o czym świadczą jego krzyki chociażby podczas obcinania paznokci. Naprawdę nie jestem sadystką i stosuje wszystkie zalecenia speców od dzidziusiów, mimo to nie jestem w stanie obciąć mojemu Skarbeńkowi pazurków, tak żeby nie histeryzował. Prosiłam już o pomoc w obcinaniu pazurków babcie i ciocie, niestety choć mają na swoim koncie większe ode mnie doświadczenia macierzyńskie skutek był taki sam: Jaś wyrywał się i krzyczał wniebogłosy. A jak Wy radzicie sobie z obcinacie paznokietków Waszych dzieciaczków?

***
Szczepić czy nie szczepić – oto jest pytanie. We Włoszech szczepienia obowiązkowe (vaccini obligatori)  rozpoczynają się w trzecim miesiącu życia dziecka. Jaś bardzo źle zniósł pierwszą dozę szczepionek, wystąpiła u niego reakcja alergiczna i obie z Rudą (pediatrą Jasia) najadłyby się sporo strachu. Ruda zaleciła szereg badań i wizytę u neurologa  mających na celu ustalenie przyczyn wystąpienia tej reakcji. Lekarze specjaliści (rozmaici) nie zdiagnozowali u Jasia żadnej patologii nie mniej, za namową zaprzyjaźnionych rodziców i cichym przyzwoleniem Rudej nie śpieszymy się ze stawieniem na kolejne szczepienie.

Z tymi szczepionkami jak się okazuje jest sporo problemów we Włoszech. Wielu rodziców boi się szczepionek jak ognia i chyba nie bez powodu – osobiście znam jedną mamę, której synek po szczepionce stał się autystyczny. Chociaż ministerstwo zdrowia i wielu lekarzy twierdzi, że nie wykazano, aby vaccini powodowały autyzm fakt jest taki, że są dzieci, które przed szczepionką były zdrowe, a po - stały się inwalidami. W żłobku, w klasie Jasia połowa dzieci nie była jeszcze szczepiona, bo rodzice boją się tego zabiegu i ewentualnych groźnych powikłań, o których rozpisują się włoscy rodzice na forach internetowych.

Nie miałam pojęcia o tej antyszczpionkowej psychozie dopóki Jaś źle się nie poczuł. Teraz i ja mam psychozę – podwójną.

Nie wiem, jak jest w innych miastach włoskich, ale w Rzymie ambulatoria szczepionkowe wyglądają nieciekawie. W każdym razie to, w którym szczepiono Jasia jest wielce nieciekawie. Na szczepienie kazano nam się stawić skoro świt, najlepiej jeszcze przed otwarciem przychodni i zaklepać sobie miejsce  w kolejce (wydawane są numerki). Niestety nie można umówić się na konkretną godzinę.  Dzieci szczepiono taśmowo. Wizyta lekarska Jasia sprowadziła się właściwie do wywiadu ze mną i do standardowych pytań jak się przebiegał poród i czy dziecko jest nosicielem jakiejś choroby.

Potem kłucie i na odchodne arrivederci plus kartka z datą, kiedy stawić się na drugą dozę szczepionki.
Wcześniej w kolejce od mam, które przyprowadziły dzieci na kolejne szczepienie dowiedziałam się, że dziecko może się po zabiegu źle czuć, dostać gorączki, może mu mocno spuchnąć miejsce po nakłuciu i że najlepiej o wszystkich niepokojących reakcjach poinformować pediatrę.

Osobiście, kiedy u Jasia wystąpiły pierwsze powikłania omal nie osiwiałam z przerażenia, na szczęście nasza Pani doktor jest zawsze „w zasięgu” i wszystko skończyło się dobrze, bo od razu Jasia zbadała i podała niezbędne leki.

Z rozmowy ze żłobkowymi mamami dowiedziałam się, że nie szczepią, bo się boją. Dzisiaj rozmawiałam też z redakcyjnym kolegą, który dopiero teraz przymierza się do zaszczepienia po raz pierwszy swojej dwuletniej już córeczki.
W całej tej sprawie ze szczepieniami we Włoszech zadziwia mnie fakt,  że przecież szczepienia są obowiązkowe i nie wywiązywanie się z tego obowiązku jest teoretycznie karalne. Z rozmów z włoskimi rodzicami wywnioskowałam jednak, że niektórzy prywatni pediatrzy są przeciwni niektórym szczepionkom i szczepią tylko przeciw niektórym chorobom z listy obowiązkowej.
Oczywiście karta szczepień potrzebna jest do przyjęcia dziecka do żłobka lub przedszkola. Bez niej ani rusz, ale jak się okazuje prywatne placówki honorują i zaświadczenia lekarskie stwierdzające niemożność zaszczepienia dziecka ze względu na np. na zły stan zdrowia, a także samozaświadczenia rodziców o tym, że dziecko nie może lub nie chcą by było szczepione w okresie niemowlęcym.


Jaś w związku z powikłaniami po pierwszym kłuciu ostatecznie będzie szczepiony w szpitalu i zostanie na wszelki wypadek dzień na obserwacji. Tak zdecydowali specjaliści. Wkrótce umówię się na szczepienie i dam Wam znać jak to wszystko funkcjonuje.

Danuta Wojtaszczyk

Fot. Jaś i jego autko