Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (8) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

Przeprowadzka. Zmiana żłobka, czyli inserimento all’asilo nido 2. Zamiana Rudej na Turecki Sweterek. Jak odpisać dziecko od podatku.

Drogie Mamusie,

Po nowym roku jak grom z jasnego nieba spadła na mnie informacja, że nasze wydawnictwo przeniesie do nowego biura w centrum Wiecznego Miasta, czyli ponad 20 km (sic!) od starej siedziby i żłobka Jasia, i mniej więcej  tyle samo od naszego domu.  Przepisanie dziecka do nowej struktury w środku roku szkolnego, nie jest bynajmniej łatwe, a znalezienie asilo, który ma wolne miejsca  w pobliżu domu lub nowego miejsca pracy to prawdziwy wyczyn.

„Nie chcę chodzić do nowej szkoły”, czyli dziecięce stresy przeprowadzkowe.
Schody zaczęły się już na samym początku, kiedy okazało się, że w pobliżu nowej siedziby redakcji mogłabym zapisać mojego Skarba dopiero od nowego roku szkolnego czyli, od września, zakładając oczywiście, że w między czasie wygram w totka, albo dostanę mega  podwyżkę.  Ceny w centrum Rzymu okazały się prawie  dwukrotnie wyższe, w stosunku 11 okręgu dzielnicowego , gdzie Jaś chodził do „szkoły”.

Stanęło, więc na tym, że trzeba będzie przepisać Jasia do żłobka w pobliżu domu. Obejrzałam w sumie pięć placówek, z których trzy w ogóle mi się nie podobały, jedna średnio na jeża, a jedna baaaardzo i oczywiście do tej ostatniej postanowiłam przepisać Jasieńka. Wystarczy zamienić dwa słowa z panią dyrektor i przedszkolankami, żeby zorientować się, że kochają dzieci i mają doskonałe przygotowanie pedagogiczne, a oprócz  tego świetnie urządzone wnętrza i wspaniałą, jak powiedziały mi niektóre mamy, stołówkę.

 

Dla Jasia przenosiny do nowej „szkoły” okazały się dramatem, jako, że bardzo przywiązał się do swoich starych pań przedszkolanek.  Przez pierwszy tydzień jakoś trzymałam się psychicznie. W końcu w większości poradników piszą, że dziecko „ma prawo” płakać nawet przez pierwsze dwa tygodnia podczas inserimento do nido.

Jaś płakał rozpaczliwie, już na sam widok drzwi do nowego asilo. Na dodatek stracił apetyt i chodził osowiały. Po siedmiu,  trwających wieczność, dniach rozpaczy postanowiłam, że jeżeli w następnym tygodniu sytuacja nie ulegnie poprawie, to zwolnię się z pracy. Ile można w końcu stresować własnego dziecko?!

Dziesiątego  dnia pobytu w nowym żłobku  Jaś po raz pierwszy dał znak, że zaczyna akceptować nowe warunki i przyzwyczajać  się do opiekunek i kolegów.  Następnego poranka, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu niespodziewaną zamianą, powitał przedszkolankę uśmiechem od ucha do ucha, pomachał mi pa pa na pożegnanie i w wyraźnie dobrym humorze poszedł z panią do klasy. Kamień spadł mi z serca, choć stres przeprowadzkowy nadal mi dokuczał, bo w międzyczasie okazało się, że będę musiała zmienić też pediatrę.

Nie sądziłam, że wyprawa do osławionej,  w poprzednich odcinkach mojej macierzyńskiej epopei, Rudej okaże się taka uciążliwa. Spod nowego żłobka do jej gabinetu podroż przez zakorkowane ulice Wiecznego Miasta zajęła nam ponad godzinę.  Jaś miał gorączkę i płakał z bólu. Na domiar złego, kiedy wreszcie dojechaliśmy do lekarza w poczekalni u Rudej na wizytę czekało prawie dziesięciu innych małych pacjentów zmagających się z zimowym wirusem. Ponieważ Jaś miał gorączkę sekretarka powiedziała, że pani doktor obejrzy go w pierwszej kolejności.

Ostatecznie Ruda zbadała Jasia po niekończących się d-w-ó-ch (sic!) godzinach oczekiwania. Dostałam z tego powodu prawie kryzysu nerwowego, Jaś był wyczerpany  płaczem do skraju, a towarzyszący nam tatuś zielony ze złości na Rudą i jej sekretarkę za fatalną organizację pracy zapowiedział, że następnego dnia przepisze naszego Skraba do innego pediatry.

Jak postanowił, tak zrobił.

Nowy pediatra

Na wizytę kontrolną poszliśmy zatem już do nowego doktora.  Zarejestrowałam Jasia wcześniej telefonicznie. Nowy pediatra przyjął nas punktualnie o umówionej godzinie.  Zamiast  kolorowych bajkowych postaci  spoglądających z obrazków na ścianach  i koszy z zabawkami (jak to było w gabinecie u Rudej) zastaliśmy szaro-bure wnętrze „ozdobione” dwoma czarno-białymi plakatami,  z jednego z nich  spoglądały dla nas skrzywione we wrednych grymasach  bakterie i wirusy, a z drugiego instrumenty medyczne, wyglądające jak narzędzia tortury.

Pan doktor wydał mi się dość gburowaty, przez to, że w ogóle się nie uśmiecha i nawet do swoich małych pacjentów zwraca się śmiertelnie poważnym głosem.  Ponieważ wyraźnie ma sentyment do mody lat 80-tych, (co wywnioskowałam po kilku wizytach), a zwłaszcza do charakterystycznych swetrów ochrzciłam go przezwiskiem Turecki Sweterek.

Pan doktor Turecki Sweterek Jasiowi od razu bardzo się spodobał, mimo tego, że nie dał mu do rączki żadnej zabawki podczas badania i ma taki poważno-surowy wyraz twarzy.

No cóż, nie da się ukryć, że mój synek mądrzej ode mnie  patrzy na ludzi i najwyraźniej od razu zorientował się, że trafił pod opiekę wyjątkowo kompetentnego lekarza.

Po kilku już wizytach mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że pan Turecki Sweterek jest świetnym pediatrą.  Skrupulatnie  prowadzi szczegółowe notatki na temat przebiegu chorób swoich pacjentów,  większych i mniejszych problemów pojawiających się na poszczególnych etapach rozwoju, a  jego praktyczne rady na rożnego rodzaju kaprysy (związane np.  ze spaniem i jedzeniem) zawsze okazują się złote. Nie muszę rzecz jasna dodawać, że leczenie, które zaleca zawsze jest starannie przemyślane, a leki tak dobrane, że nawet zapalenie ucha Jaś przeszedł bez większych boleści.

Kiedy nareszcie odetchnęliśmy wszyscy po przeprowadzkowych perypetiach wybiła godzina złożenia dichiarazione dei redditi  za ubiegły rok.  Ku mojej wielkiej radości pan księgowy orzekł, że całkiem sporo (udokumentowanych) wydatków na Jasia będzie można odpisać od podatku.

Wkrótce podam Wam listę rzeczy i usług, które można we Włoszech detrarre dalle tasse.

Danuta Wojtaszczyk