Chodzić w ciąży i być mamą we Włoszech (9) - Nasz Swiat
21
So, październik

Moje trzy grosze

19,6 kg – tyle przytyłam w ciąży. Kooooszmar!  Jak schudnąć po ciąży nie rezygnując z karmienia piersią. Rozstępy – dobry sposób, aby ich zapobiec.

Przytyłam dużo za dużo już w pierwszym trymestrze ciąży. Moja wspaniała pani ginekolog zaleciła mi wprawdzie stosowanie diety dla kobiet w stanie błogosławionym, dostarczającej odpowiednią ilość kalorii i wszystkich niezbędnych dla zdrowego rozwoju dziecka składników, ale nie bardzo udawało mi się trzymać wskazanego  jadłospisu.  Rozbijało się o to, że przepisana dieta składała się z mikroskopijnych, jak na moje dotychczasowe przyzwyczajenie,  porcji.

Zanim zaszłam w ciąże prowadziłam bardzo aktywny tryb życia i pewnie dlatego nigdy nie miałam problemów z utrzymaniem szczupłej sylwetki, a jadłam zawsze raczej sporo jak na kobietę i raczej kalorycznie.

Instynkt macierzyński nakazał mi już na samym początku ciąży zrezygnować z tzw. niezdrowych pokarmów i wszelkich używek. Bez trudu przyszło mi rozstanie z kawą, herbatą i cała masą pustych pod względem wartości odżywczych smakołyków.  Jednak za żadne skarby świata nie byłam w stanie przestawić się na głodowe porcje przewidziane w jadłospisie otrzymanym od pani ginekolog.

Zaczęłam więc mnożyć praktycznie wszystkie zalecone ilości pokarmów  razy dwa. Tym sposobem już na początku drugiego trymestru byłam o 7 kilogramów „do przodu”.
Nie specjalnie jednak przejmowałam się tym, że tyję za dużo i za szybko, bo tak się złożyło , że akurat w tamtym okresie  jak nigdy byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Włosy mi zgęstniały, skóra się wygładziła i co najważniejsze wypiękniał mi „dekolt”.  Nareszcie mogłam poszaleć w sklepach z bielizną i wyrzucić do kosza staniki w znienawidzonym rozmiarze „1”.
Mniej zaczęłam się sobie podobać dopiero w 8-ym miesiącu, kiedy okazało się że przytyłam ponad 15 kilogramów.  Zaczęłam się też martwić tym, że z powodu tej nadwagi będę miała ciężki poród.

Ostatecznie w dniu parto ważyłam o 19,6 kg w stosunku do wagi „wyjściowej”. Czułam się i wyglądałam jak wieloryb i co gorsza, jak się miało wkrótce okazać stan ten był jedynie zapowiedzią nadchodzącej  kompletnej dekadencji mojej „urody”.


Zgubne dla urody skutki syndromu „wicia” gniazda
Syndrom wicia gniazda, to oprócz porannych mdłości jedna z najpopularniejszych przypadłości ciężarnych. Mnie  ta przypadłość dotknęła już w pierwszych tygodniach ciąży i jak sadzę za jej sprawą przytyłam za dużo.  Mój styl życia zmienił się diametralnie. Moja aktywność fizyczna (poza pracą zawodową) sprowadziła się właściwie jedynie do takich „ciężkich” zajęć jak maniakalne pranie i prasowanie ciuszków dla maleństwa i wertowania  poradników dla pretendentek na idealne matki i gospodynie domowe. Przy tym, jak to w ciąży, chciało mi się stale spać, więc  kiedy to tylko było możliwe  ucinałam sobie drzemki. Z hiperaktywnego stylu życia sprzed ciąży zamieniłam się w stworzenie przypominające skrzyżowanie kury z niedźwiedziem w zimowym letargu, a jadłam przy tym tyle, ile starczyło by do wykarmienia trzech górników po całym dniu pracy przy kilofie.
Zaletą częstego jedzenia było natomiast to, że ciążowe mdłości szybko ustąpiły.

Rozstępy i popękane naczynka
Przed rozstępami uratowała mnie Eliza, mama 9-letniego bystrego chłopca, która jak dowiedziała się, że jestem w błogosławionym stanie podarowała mi oliwkę z migdałów zapobiegającą powstawaniu smagliature. Gęsta ciecz w mało atrakcyjnej, „zielarskiej” buteleczce okazała się rewelacyjna. Świetnie się wchłaniała, nie pozostawiła tłustego filmu na skórze i z chęcią  jej używałam przez cały okres ciążowy. Utyłam dużo i w krótkim czasie, a jednak rozstępy, za sprawą olio di mandorle  się nie pojawiły.
Żałuję za to, że zbagatelizowałam inny ważne zalecenie pani ginekolog, która z uwagi na moją tendencję do pękających naczynek „przepisała” mi rajstopy antyżalakowe.
„Calze a compressione graduata”, bo tak się one fachowo zwą we Włoszech wydały mi się wyjątkowo antykomfortowe. Oprócz tego, że cisnęły, miałam wrażenie, że gryzą mi skórę, toteż po tygodniu, wrzuciłam je do szuflady, do której najrzadziej zaglądam. Skutkiem mojej niechęci do zdrowotnych rajstop jest pamiątka po ciąży w postaci paskudnych  czerwonych pajączków na nogach.

Schudnąć z głową
Sądziłam, że w tydzień  po porodzie będę o ok. 10 kilogramów lżejsza. Wyliczyłam sobie w głowie, że dzidziuś i całe jego wodny domek to ok. 8 kilogramów, a kolejne 2 prognozowałam, ze stracę poprzez emocje i niewyspanie post-parto. Mój synek okazał się kruszynką i po porodzie byłam lżejsza zaledwie o 5 kilogramów. W pierwszym miesiącu karmienia piersią zamiast schudnąć, przytyłam 3 kilogramy.

Po porodzie z wygląd był tym, czym najmniej się przejmowałam. Kiedy jednak pojawiły się problemy z laktacją i przyszedł czas na regularne spacery z moim Skarbem  zdałam sobie sprawę, że coś muszę zrobić ze swoim jadłospisem i wyglądem. Po pierwsze w okresie karmienia piersią zdałam sobie sprawę, jak ważne jest to, co się je. Jaś miał apetyt, a ja mimo, że jadałam sporo nie byłam w stanie wyprodukować tyle mleka, ile mój maluszek sobie życzył. Wyjście na ulice też okazało się wielkim problemem jako, że oprócz ciążowych dresów w nic się nie mieściłam.

Poznana w kolejce do pediatry miła włoska mama, która tak jak ja, po urodzeniu pierwszego dziecka miała problemy z laktacją i nadwagą dała mi numer do „swojej”  dietologa di fiduccia.
Udałam się pod wskazany adres w dwa miesiące po przyjściu na świat mojego Skarba. Pani doktor jak się okazało, jest uznanym ekspertem w leczeniu otyłości i specjalistą od żywienia.
Na dzień dobry kazała mi sobie wybić  z głowy pomysł z odchudzaniem.  Ponieważ jednak należy do tych lekarzy, którzy uważają, że mleko matki jest najlepszym pokarmem na świecie i jej zdaniem im później zacznie się przestawiać dziecko na „normalne” żywienie tym lepiej , bardzo skrupulatnie opracowała jadłospis, który wspomaga laktację. Przy tym uwzględniła w nim moją prośbę, aby z przyczyn organizacyjnych posiłki były jednogarnkowe i nie zawierały produktów, które mnie uczulają lub których nie jem, bo po prostu ich nie lubię.
Dieta składała się z 1600 zdrowych kalorii.  Pani dietolog pocieszyła mnie jednak, że jeśli będę się jej trzymać po kilku miesiącach osiągnę prawidłową wagę. Zaleciła mi też z uwagi na dobroczynne działanie świeżego powietrza dla mnie i Jasia długie spacery z wózkiem.
Jadłospis przewidywał pięć  posiłków skomponowanych ku mojej radości z moich ulubionych składników, ze słodkimi ciastkami na śniadanie włącznie, tak więc trzymanie się go nie stanowiło żadnej trudności. Główne posiłki zostały pomyślane tak, że po niewielkim zmodyfikowaniu praktycznie już na talerzu, nadawały się do zaserwowania głodnemu tatusiowi.

Zgodnie z przewidywaniami dietolożki zaczęłam  chudnąć. Powoli. Bardzo powoli. Zanim wróciłam do pracy miesięcznie ubywał mi niecały kilogram. Jednak efekty odchudzania nie znikały nawet po kilku szaleństwach przy świątecznym stole.
Ostatecznie, kiedy wróciłam do aktywności zawodowej w siedem miesięcy po porodzie  mieściłam się już w kilka luźniejszych bluzek i spódnic na gumce sprzed ciąży. Kilka kilogramów niewątpliwie „wychodziłam” w parku pod domem.
Dokładnie 12 miesięcy po porodzie osiągnęłam tzw. prawidłową, podręcznikowa wagę, która utrzymuje się niezmiennie od kilku miesięcy, chociaż teraz, kiedy Jaś jest większy coraz łatwiej jest korzystać nam z zaproszeń towarzyskich, zaczynających się przy suto zastawionym stole, a ja jak wiadomo,  należę do miłośników degustacji kulinarnych pyszności.

W stosunku do wagi sprzed ciąży jestem do przodu o 4 kilogramy. Gdybym je straciła wyglądałabym lepiej i zmieściła w ulubione kreacje, jednak ponieważ fizycznie czuje się świetnie, toteż  nie będę się umartwiać, żeby je stracić.

Oto jak wyglądał mój przykładowy dzienny jadłospis, zalecony przez dietolożkę w okresie karmienia piersią:

Śniadanie
Herbata lub kawa zbożowa lub kawa (lepiej jeśli bezkofeinowa)
200 ml chudego mleka lub  125 gr chudego jogurtu
4 sucharki lub 30 gr płatków zbożowych  lub 5 sztuk biszkoptów “Pavesini” lub herbatników „ Saiwa oro”

Przekąska
Owoc (250 gr) lub  cappuccino

Obiad
Makaron lub ryż lub pieczywo - 80 gr (80 gr pieczywa = jedna bułka)
Chude mięso 150 gr lub  jajka, ser, wędlina, tuńczyk (w specjalnej rozpisce podane było ile razy w tygodniu i ile czego można spożywać) 
Warzywa gotowane lub surowe - 250 gr
Oliwa    - 3 łyżeczki

Podwieczorek
Owoc (250 gr) lub chudy jogurt 125 gr lub „snack” zawierający 80 kcal (np. batonik zbożowy)

Kolacja:
Zupa warzywna (minestrone lub passato di verdura) bez warzyw strączkowych i ziemniaków
Chude mięso (150 gr)  lub “zastępniki” w postaci jajek, sera, wędlin lub ryb (wg oddzielnej rozpiski)
Warzywa gotowane lub surowe - 250 gr
Makaron lub ryż lub pieczywo - 80 gr
Oliwa - 3 łyżeczki

Jak wiadomo każda dieta powinna zostać indywidualnie dobrana przez dietologa, dlatego potraktujcie mój jadłospis JEDYNIE INFORMACYJNIE, tym bardziej, że nie podaje w nim wszystkich bardzo ważnych zasad komponowania posiłków (w ciągu jednego tygodnia nie mogłam przekraczać ustalonych przez pania doktor ilości spożycia jajek serów, wędlin). Poza tym z diety zostały wykluczone niektóre owoce i warzywa.

Danuta Wojtaszczyk