Miłosz antypatyczny - Nasz Swiat
27
Śr, październik

Moje trzy grosze

Autor: Piotr Millati

Kiedy Miłosz otrzymał w 1980 roku Nagrodę Nobla, miałem trzynaście lat. Nie czytałem wówczas poezji, szczerze mówiąc, nie czytałem nie tylko poezji. Perypetie i napięcia właściwe dla mojego wieku wypełniały bez reszty moje wzrastające istnienie. Rok później Miłosz przyjechał do Polski. Pod wieloma względami jego objazd po kraju przypominał mającą miejsce dwa lata wcześniej pielgrzymkę papieża – wszędzie ta sama, jedyna w swoim rodzaju, atmosfera entuzjazmu i niemal świętego uniesienia. Tłumy wiernych uczestniczących w nabożeństwach i tłumy czytelników pragnących wziąć udział w spotkaniach z poetą. I choć skala uczestnictwa w tych zdarzeniach była rzecz jasna nieporównywalna, to na pewno pod względem wielkich emocji, które budziły, były sobie one równe.

Miłosza dość często pokazywała telewizja, która w tym krótkim okresie częściowego przyzwolenia na wolność słowa mogła pozwolić sobie na rzeczy wcześniej nie do pomyślenia. To za jej pośrednictwem po raz pierwszy ujrzałem jego twarz. Wizerunek poety, który najsilniej wrył się wówczas w moją pamięć, tkwi w niej po dziś dzień niczym głęboko wbita drzazga. Zdarzyło się to na samym początku jednego ze spotkań, na którym poeta czytał swoje wiersze. Aula, gdzie się to odbywało, pękała w szwach. Ci, dla których zabrakło miejsca, stali stłoczeni na parapetach, z trudem starając się utrzymać równowagę. Miłosz siedział przy stoliku na podium, pod którym tłoczyły się dziesiątki fotoreporterów. Pomieszczenie rozświetlała nieustanna kanonada fleszy. Miłosz zaczyna czytać – jego głos jest monotonny, jednostajny, pozbawiony aktorskiej kokieterii i efekciarstwa. W pewnym momencie przerywa w pół słowa. Jak dziś widzę jego gniewną, przeoraną bruzdami twarz, która przypominała swą surowością ożywiony granit. Nie starając się ukryć, czy choćby złagodzić swej irytacji, krzyczy: „Przecież prosiłem, żeby mi nie robić zdjęć, jak zacznę czytać!!!” Na reporterów działa to jak pomruk szykującego się do ataku litewskiego niedźwiedzia – popłoch, przerażenie i trusiowata potulność. Szczerze mówiąc, wówczas także i ja nieźle się wystraszyłem i smagnięcie tego lęku czuję do dziś... Czytaj dalej

Źródło: