Moje włoskie wakacje, cz. I - Nasz Swiat
01
Śr, grudzień

Moje trzy grosze

Szmatka, ścierka, mop i do roboty. Podłogi już umyte, łóżka pościelone, pranie zrobione, szyby i lustra lśnią. Teraz tylko wystarczy wyprasować suche już ubrania, pozmywać naczynia po śniadaniu i można się zabierać za przygotowanie obiadu.

Zwykle jest to problem dla pani domu, aby zrobić obiad, który  zadowoli wszystkich domowników. We Włoszech, gdzie obecnie pracuję, nie jest to żadna trudność. Włosi mogą jeść makaron codziennie. Wystarczy tylko zmieniać sosy. Dodatkowym ułatwieniem jest wszechobecna oliwa z oliwek, która często sama w sobie jest tu używana jako sos.

Pracuję dla włoskiej rodziny, z którą też mieszkam. Codziennie ten sam kierat, głównie sprzątanie. Do mnie należy też przygotowanie obiadu. Kolacja należy już do obowiązków mojej pracodawczyni, więc wieczorem jedynie nakrywam do stołu i sprzątam po posiłku.



Znalezienie pracy we Włoszech nie jest łatwe. Już od marca tego roku zaczęłam przeglądać ogłoszenia o pracy na wakacje i przesyłałam CV. Ponadto bezpośrednio wysyłałam zapytania w sprawie pracy do rzymskich restauracji, klubów, sklepów… W sumie uzbierało się tego około pół tysiąca maili. Odzew był niewielki – 5 lokali zaprosiło mnie na rozmowę jak już będę na miejscu, trzy odmówiły chęci współpracy w odpowiedzi, a cała reszta milczy do dziś. Efekty z moich odpowiedzi na zamieszczone przez Włochów ogłoszenia był równie mizerne. Jednak ostatecznie to właśnie w ten sposób zdobyłam pracę.

Przyleciałam do Rzymu ze świadomością możliwej porażki, bo wszystko co miałam to kilka adresów zainteresowanych współpracą lokali i umowę z Włoszką zatwierdzoną drogą mailową. Na miejscu okazało się, że rodzinka, dla której mam pracować rzeczywiście istnieje i wszystko zgadzało się z wcześniejszymi ustaleniami dotyczącymi pracy.

Do Włoch dostałam się tania linią Ryanair płacąc 168zł za lot z Wrocławia do Rzymu, wliczając opłatę za bagaż (do 15kg.). Oczywiście na takie ceny można liczyć rezerwując bilet z około miesięcznym wyprzedzeniem. Po przylocie na lotnisko Ciampino, które jest oddalone od Rzymu o 15 km, musiałam się przedostać do centrum. Wybrałam przejazd autokarem firmy Atral (bilet w jedną stronę kosztuje 1,20 euro) z lotniska do początkowej stacji metra linii A – Anagnina. Stamtąd kupując jednorazowy bilet za 1 euro (nazywa się BIT) można jechać metrem przez 75 min., co praktycznie pozwala na dojazd do końca linii. Bilet ten wolno wykorzystać tylko w jedną stronę.  Jednakże BIT służy także do podróży autobusami miejskimi, i w tym przypadku już jest dozwolone dowolne przesiadanie się aż do ostatniej 75. minuty.

Jednak moja praca nie czekała na mnie w centrum wiecznego miasta, lecz 60 km. na północ, w nadmorskim miasteczku Santa Severa. Jest to miejsce wypoczynku wielu mieszkańców Rzymu, którzy przyjeżdżają tu tylko na okres wakacji i aby nie zakłócać sobie urlopu zatrudniają osoby do pomocy.

Znalazłam się we Włoszech na początku lipca. W ogłoszeniu, dzięki któremu znalazłam pracę, była mowa o dwóch miesiącach, lecz zostanę tu do połowy września, bo dopiero wtedy we Włoszech dzieci wracają do szkoły. Ogłoszenie było zamieszczone na www.portaportese.it

Ola Wilkowicka

Przedruk artykułu opublikowanego w dwutygodniku Praca i Nauka za Granicą za zgodą redakcji.