Moje włoskie wakacje, cz. II - Nasz Swiat
01
Śr, grudzień

Moje trzy grosze

Im wcześniej zacznę pracę, tym wcześniej ją skończę? Błąd. W moim przypadku ta reguła się nie sprawdza, bo pracuję we Włoszech bez uregulowanych godzin. Oznacza to, że jeśli wysprzątam dom, zrobię obiad i pranie, to i tak w każdej chwili może mi zostać zlecona dodatkowa robota. Nie mam podpisanej umowy o pracę, więc moje obowiązki nie zostały dokładnie sprecyzowane. Jest to najbardziej uciążliwy aspekt mojej pracy w Santa Severa, gdzie mieszkam i pracuję w domku letniskowym jednej z włoskich rodzin.

Z drugiej strony praca na takich warunkach pozwala na zaplanowanie dnia według własnego rytmu. Mogę robić przerwy kiedy zechcę i pracować także popołudniami. Domek znajduje się bezpośrednio przy plaży, więc zawsze znajdzie się chwila na kąpiel w morzu.

Przekonałam się jednak, że czas wolny mogę spożytkować także w bardziej praktyczny sposób. Otóż, nie minął nawet tydzień mojego pobytu w Santa Severa, a wieść o moim przyjeździe dotarła do pobliskich domów. Efektem tego była wizyta jednej z sąsiadek i oferta pracy dodatkowej w soboty. Kobieta ma około 80 lat i mieszka z mężem, byłym wojskowym. Oboje przyjeżdżają tu tylko na okres wakacji i szukają osoby, która by co tydzień przychodziła i posprzątała mieszkanie. Moja pracodawczyni nie miała nic przeciwko, bo według naszej umowy niedziele oraz sobotnie popołudnia mam wolne i mogę je wykorzystać jak chcę. Mi również nic nie przeszkadzało, więc od następnego tygodnia zaczęłam moją drugą pracę na czarno.

Stawka została ustalona na 8 euro/godz. Mieszkanie nie było sprzątane od zeszłych wakacji, a włoska babcia mimo swoich lat widziała wszystkie plamy. Pierwszego dnia przepracowałam 4 godziny. Tym razem babcia zamiast dziadka wcieliła się w rolę wojskowego i nie spuszczała ze mnie wzroku. Moja dokładność i jej ścisła kontrola zaowocowały zaufaniem z jej strony i w następną sobotę pozostawiła już mi nadzór nad czystością. Mimo, że w drugą sobotę było już zdecydowanie mniej do sprzątania i uwinęłam się w dwie godziny, to otrzymałam 20 euro zapłaty. Później 20 euro stało się normą, choć weszłam we wprawę i kończyłam sprzątać po 1,5godz.

Oprócz mnie, utrzymującej czystość w dwóch domkach, także do najbliższej sąsiadki mojej pracodawczyni dochodzą pracownicy. Sprzątaczka przychodzi do niej raz w tygodniu, a ogrodnik – trzy razy. Oboje pracują po ok. 4 godz.

Przez te kilka tygodni, odkąd pracuję we Włoszech, nikt się mnie nie pytał czy posiadam permesso di soggiorno, czyli pozwolenie na pobyt, czy też codice fiscale (włoski NIP). Moja pracodawczyni płaci mi 500euro do ręki, o czym wiedzą wszyscy poznani przeze mnie znajomi rodziny. Praca na czarno wydaje się być tu oczywista, a załatwianie wszystkiego legalnie – stratą czasu. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się na zdobycie potrzebnych dokumentów, to po pierwsze musi mieć podpisaną umowę o pracę. Następnie z tą umową należy się zgłosić do kwestury w celu uzyskania prawa pobytu (permesso di soggiorno per motivi di lavoro). Ostatnim miejscem, do którego trzeba się skierować to Agenzia delle Entrare, gdzie przyznają codice fiscale.

Ola Wilkowicka

Przedruk artykułu opublikowanego w dwutygodniku Praca i Nauka za Granicą za zgodą redakcji.

Czytaj także: Moje włoskie wakacje, cz.I.