Magazyn - Nasz Swiat
20
Pn, listopad

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.

Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.

Jest niedziela, 22 października 2000 roku, godzina 20:15,  a ja siedzę sobie w małym mieszkanku seniory Giuliany  w miejscowości  SF., we Włoszech i rozmyślam...
Targają mną nerwy, tęsknota za rodziną, tęsknota za Diego,  wściekłość i chęć zemsty na Teresie za to, co uczyniła mi wraz z tym okropnym „Turkiem”!
Od kilku dni wciąż płaczę...
Czy kiedykolwiek mogłabym przypuszczać, że w tym pięknym kraju, słynącym z romantycznej historii o Romeo i Julii, mnie także spotkać może miłosna przygoda z bardzo smutnym zakończeniem? Boję się wspomnień, ale może właśnie pisanie o tym wszystkim przywróci mi psychiczną równowagę i może spojrzę na tę historię zupełnie innymi oczyma...

23.10.2000 – poniedziałek
Pierwszy dzień mojej nowej pracy w zastępstwie Dominiki.
Obudziłam się o 7-mej z mieszanymi uczuciami, bo moja tęsknota za Diego jest jakby ciut mniejsza, a i wściekłość na  Teresę także przybladła. „Co z oczu to i z serca”? 
Może i tak, ale nie w moim przypadku i nie z moim charakterem.
Słucham radia „Kapital” bo to jedyna więź, która łączy mnie teraz z Diego. Diego! Diego! Przebrzydły „Turek”!
Jaki będzie ten dzisiejszy dzień? Zobaczymy... Teraz idę na górę robić mojej podopiecznej  poranną toaletę.

Siadłam do pisania dopiero po 14-tej. Musiałam przecież posprzątać, ugotować obiad, nakarmić Giulianę, bo sama je tyle, co „wróbelek”. W międzyczasie przyjechał  jej syn, ale nie wiem jak ma na imię, bo mi się nie przedstawił. Poszedł do Mamy, która spała w saloniku, a potem coś do mnie mówił...Zapamiętałam tylko trzy słowa : „domani mattina”  /jutro  rano/ i „scrivi” /pisać/. Nie wiem o co chodzi bo mówił szybko, a ja nie znam włoskiego języka absolutnie, o czym on z  pewnością nie wie. Widzę w tym domu bardzo dużo medycznych książek, a więc może  jest lekarzem? Nie wiem nawet tego, ile dzieci ma Giuliana. Na razie poznałam tylko Martinę, no i tego przystojniaka.

Wciąż jednak myślę o Diego. Wspomnienia wracają i są jak wampiry, wysysające ze mnie resztkę krwi. Jestem chora! Z miłości? Z nienawiści? Trudno odróżnić te dwa z najgorszych uczuć. Kocham, czy nienawidzę?

I znowu te same, dręczące myśli: właśnie przyjechał z pracy do domu, wchodzi  do kuchni, całuje Teresę, zagląda do garnków i pyta: „-Co na obiad?”, ona podaje mu talerze, je,  a  potem rozwala się przed telewizorem...A może idą razem na górę, do sypialni? O 16-tej on wyjeżdża do pracy, mają więc dla siebie całą godzinę, którą kiedyś spędzał ze mną.
Nie wytrzymam tego napięcia. Czuję się okropnie. No i dlaczego się tak wściekam? Niech się kochają, jak mają ku temu okazję. Mnie Diego odrzucił, bo kocha Teresę  – to przecież takie proste i zrozumiałe dla tych co nie kochają nikogo, ale niezrozumiałe dla mnie.

Giuliana ma katar. Cieknie jej z nosa jak z fontanny, a Dominika nie dzwoni. Zapytałabym jej co robić, bo w domu pełno lekarstw, a ja nie wiem co jej dać.  Nie mam nawet termometru. Siedzę więc kamieniem przy Babce i co chwila wycieram jej nos.

Będę pisać bo tak postanowiłam, ale jakoś nie potrafię się skupić. Mam głowę pełną pogmatwanych myśli...  Zwariuję!?  Nie! Pamiętam przecież wszystkie, nawet nieistotne sytuacje, które wydarzyły się w T.

Jaki więc był początek tej historii?
W sierpniu tego roku koleżanka mojej córki Asi zadzwoniła do niej z pytaniem, czy nie zechciałabym pojechać do pracy, do Włoch. Ma to być zastępstwo na kilka tygodni, do opieki nad chorą babcią. Dlaczego nie? Mam urlop do końca października, więc z powodzeniem mogę jechać. We Włoszech nigdy nie byłam, nie znam języka, ale co tam! Poradzę sobie jak zawsze!

19 sierpnia przekroczyłam granicę, a 20 sierpnia, w niedzielę, byłam już w L. Wyszła po mnie do autobusu Teresa, którą to miałam zastąpić w pracy. Miła, rozgadana, blond, 45-latka. Posiedziałyśmy, wraz z innymi pracującymi tu Polkami, w parku. Zaraz na wstępie dowiedziałam się prawie wszystkiego o całej rodzinie chorej babki. Nie były to najlepsze wiadomości, bo w domu miało nie być nic do jedzenia, babka wariatka; szczypie, bije, kopie, klnie i trzeba ją karmić papką. Dziadek – jej mąż - to brudas, głuchy, śmieci i brudzi podłogi bo chodzi zbyt często do łazienki i nosi raz dziennie rozmoczony chleb kurom, poza tym Teresa ucieka od niego bo ją całuje i maca po piersiach, przytula przy tym mocno i ślini szyję, no i nie pomaga w domu, nawet nie wyniesie śmieci. Diego to „Turek”, brudas, nie dba o siebie, nigdy się nie myje, ma tylko 2 pary spodni i 2 koszule, które trzeba prać codziennie, bo przecież jeździ do pracy, i 3 pary skarpetek, śmierdzą mu nogi, ale jest najlepszy z całej rodziny, można na niego zawsze liczyć, bardzo jej pomógł w nauce włoskiego, nigdy nie odmawia przysługi. Za to Zita - jego siostra - to „siekiera”. To ona robi bardzo oszczędne zakupy dla domu i jest niesamowicie wymagająca.
Teresa nie szczędziła rodziny gdzie pracowała i obgadała każdego z 5-ciorga rodzeństwa Diego. Nie była zresztą wyjątkiem w tym towarzystwie. Wszystkie „opiekunki” skarżyły się jak mogły na swoją pracę, którą wykonywały przecież dla pieniędzy.
Czułam się źle i pytałam samą siebie: „Co ja tu właściwie robię, po co tu przyjechałam, przecież to dla mnie  „dziki zachód”. Bałam się, że będę głodna, że nikt mnie nie zrozumie i jak sobie poradzę z babką i zresztą domowników, czy podołam pracy?  
Patrzyłam na młode, 20-letnie Polki, beztrosko swawolące z Rumunami i Jugosłowianami i widziałam psy urwane z łańcuchów, oszalałe z radości, że biegają bez kagańców. Czułam przez skórę, że taki sam kaganiec zakładam sobie sama na głowę.
Poszłyśmy całą grupą do kawiarenki, gdzie w każdy czwartek i niedzielę spotykają się Polki pracujące u Włochów. Tam poznałam Fabiano, którego Teresa przedstawiła mi jako swego przyjaciela. Po raz kolejny wysłuchałam narzekań na pracę. Coraz bardziej trzęsłam się ze strachu i już chciałam wracać do domu. Nigdy nie wykonywałam takiej pracy, nie opiekowałam się schorowana osobą, nie gotowałam włoskich potraw... Może przez miesiąc nauczę się tego wszystkiego, ale co będzie w trakcie tego miesiąca?

Czytaj także: Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (2)

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (3)

Było już po 19-tej, kiedy  Fabiano zawiózł nas obie do T. /10km od L./ gdzie mieszkają moi pracodawcy. Ładna, willowa miejscowość. Zatrzymał auto przed 2-rodzinnym, piętrowym domem. Furtka, schody, drzwi wejściowe, schody na półpiętro, salon. Tu, przed telewizorem, siedzi starszy pan. - To dziadek – mówi  Teresa. Witamy się uściskiem dłoni, bez jednego słowa. Idziemy po schodach na górę i wchodzimy do dużego pokoju. Tutaj króluje babka, która siedzi w fotelu, a wokół niej rozsiadło się kilka osób. To Zita z mężem i resztą rodziny. Teresa  przedstawia mnie i wszyscy podają mi rękę na powitanie. Wiedzą, że nie znam włoskiego i nie ma to dla nich żadnego znaczenia. Teresa  prowadzi mnie teraz do „mojego” pokoju. Widzę 2 łóżka, stolik z radiem, regał z książkami i wielką szafę. Na ścianach żadnych obrazów, tylko duże lustro. W żadnym z pokoi nie ma kwiatów. Są zimnie, nieprzytulne, umeblowane tylko w podstawowe sprzęty, o podłogach z marmurowych płytek, bez dywanów. Dom robi na mnie przykre wrażenie, ale też jednocześnie czuję, że kiedyś już tu byłam. Teresa  pokazuje mi pokój Diego, łazienkę. Więcej pomieszczeń na górze nie ma, jest jeszcze jedno piętro, ale nikt z niego nie korzysta.
Zita wraz z rodziną odjeżdża, a my schodzimy do kuchni. Babka siedzi spokojnie w swoim fotelu, więc możemy zjeść kolację. Teresa narzeka, że w kuchni nie jest posprzątane, że do jedzenia zostawili nam tylko po maleńkim kawałku lasagni. Po raz pierwszy jem włoską potrawę, autentyczną, nie robioną w Polsce. Smakuje mi, chociaż jest zimna...

24.10.2000 - wtorek
Wczoraj nie pisałam więcej, bo czułam sie bardzo zmęczona i taka... „pusta”, jakby zeszło ze mnie powietrze.
W nocy budziłam się kilkakrotnie. Wciąż myślę o Diego. Wygląda na to , że zadręczę samą siebie.  On kocha Teresę . Za dużo sobie po nim obiecywałam i teraz pragnę zemsty!
Dzisiaj jest piękny, słoneczny dzień. Otworzyłam okno i patrzę na góry. Są takie same jak w T.  Zachodzą jedna na drugą.... Te mniejsze porośnięte są drzewami, a te najwyższe są zupełnie gołe, jakby specjalnie usypane z brązowo-czerwonego piachu, pełne kamieni. Jest pięknie! W oddali, na szczycie najwyższej z gór, stoi jakiś kamienny fort. Kiedyś muszę zobaczyć go z bliska, bo ta wysoka baszta i zrujnowane w połowie mury z białego kamienia są bliźniaczo podobne do ruin zamku w Kazimierzu Dolnym!
Babce  minął katar. Wczoraj wieczorem przyjechała Martina z mężem Mario i uspokoiła mnie twierdząc, że to nic poważnego.
Giuliana  płacze, jest rozdrażniona! Nie rozumiem co mówi. To jednak źle, że nie znam włoskiego. „Studiare” |uczyć się| mówię do niej, a ona patrzy na mnie zamglonym, nieobecnym wzrokiem i mam wrażenie, że  nawet nie słyszy tego, co do niej mówię. Ma chorobę Parkinsona, Alzchaimera i Bóg wie, co jeszcze... Ale lubi mnie, to widać.
Jestem zupełnym przeciwieństwem  Dominiki - „herod baby”, więc może to dlatego.
Oj, słyszy mnie Babuleńka, słyszy! Zapytałam jej, co przygotować na śniadanie...
-Latte-caffe? - /kawa z mlekiem /
-Si! - /tak/
- Biscotti? - /biszkopty/
- Si!
- Uomo? - pytam...
...Pytam i czekam na odpowiedź bo Giuliana zamilkła, podniosła nawet wysoko głowę, patrzy na mnie z obrażoną miną i w końcu wybucha głośnym chichotem...
-Perchè ridi? -  /dlaczego się śmiejesz?/
Ale  ona nie  odpowiada i wciąż  rechoce.... No tak, pewnie znowu strzeliłam jakieś głupstwo!
Szybko biegnę po słownik....Szukam w nim słowa „jajko”...Jest! „uovo”!
A co znaczy „uomo”? „Uomo” to „mężczyzna, człowiek”!

Jest 10.00. Giuliana  zjadła śniadanie. Chcę by wyszła na dwór, ale się opiera, czekamy więc na pielęgniarkę, która opatrzy rany na jej nogach i pupie.
Ugotowałam zupę jarzynową po polsku i dałam jej skosztować. „Buona”-/dobra/ powiedziała, a więc obiad mam już gotowy.
Pielęgniarka nie przychodzi, mam więc całą godzinę na wspomnienia o T.

Wspomnienia z T.
Późnym wieczorem przyjeżdża z L. Diego. Wita mnie całusem w policzek! Widzę przed sobą dość niskiego grubaska podobnego do Cygana. Ma wąsy! Nie podoba mi się. Sama jestem wysoka i nigdy nie byłam zainteresowana kurduplami z czarnymi wąsami. Rozmawiamy, a Teresa oczywiście tłumaczy. Mówię, że jestem wdową i mam 2 dorosłe córki. Pokazuję zdjęcia, ale nie mogę przy nim wytrzymać, bo rzeczywiście okropnie śmierdzą mu nogi. W sumie jest jednak miły i tak ciepło, szczerze, z wielkim zainteresowaniem patrzy mi w oczy. Idziemy spać. Diego  czyta książkę w swoim pokoju. Nie zamyka drzwi, my także nie. Usypiam rozdygotana, gorąco modląc się do Boga o przetrwanie...

Właśnie wróciłyśmy z Giulianą ze spaceru. Dopiero dzisiaj zobaczyłam, że SF  jest taką piękną miejscowością, otoczoną wokół górami. Leży na stoku jednej z nich, a u jej podnóża, w dole, widać zabudowania niewielkiego miasteczka. Pachnie świerkami, jak w Polsce.
Szybko zmieniłam zdanie o tym miejscu. „Gdzie mnie przywlokło? Do jakiej dziury znowu trafiłam?” - pytałam siebie setki razy wówczas, gdy tu przyjechałam. Zupełnie tak samo, jak w T., a przecież tutaj też  żyją i mieszkają ludzie i są bardzo mili.
”Ciao”, „Buon giorno”, „Ciao”... nikt nie mijał nas bez pozdrowienia.
Posadziłam Babkę w słońcu, na ławeczce, podeszło do nas kilka sąsiadek. Rozmawiały, a ja poszłam wąskimi uliczkami wzdłuż kamieniczek, aż doszłam do willowej zabudowy. Tam kupiłam wino w objazdowym sklepie. Chcę się napić, może nawet upić i zapomnieć o T., i zapomnieć o Diego!

Jest godzina 15.00, a więc to czas odpoczynku dla Włochów. W wąziutkich uliczkach stoją samochody, którymi przyjechali z pracy na obiad. Około 16-.00 znów pojadą do swoich zajęć. Teraz śpią przeważnie.
Co robią  Diego i Teresa? Wiem, że Dziadek poszedł, jak codziennie, do baru grać w karty i wróci dopiero około 18.00. Są więc sami, bo Babka przecież się nie liczy.
I znów dręczy mnie ta okropna zazdrość, głupie domysły, a przecież i tak wszystko winno być dla mnie jasne. Dlaczego więc tak bardzo boli?   
Czy Diego  choć trochę myśli o mnie? Wątpię, bo Włosi chyba nie myślą, a jeśli w ogóle myślą, to nigdy tego nie okażą. Moim zdaniem u nich liczy się tylko sex, jedzenie, spanie, telewizja i tyle. Nie mają żadnych innych uczuć i odczuć.

Za dużo palę! 30 papierosów dziennie to ponad moją normę. Wykończę się zdrowotnie i finansowo. To nerwy. Piję więc wino. Trochę mnie to uspokaja, ale też nastraja melancholijnie.

Wspomnienia z T.
Wczesnym rankiem, bo około 5.00, budzi mnie krzyk Matki Diego. Już wstała i jest cała mokra. Zmoczyła pościel i poduszki. Prowadzę ją, przy pomocy Teresy, do łazienki i tam też uczę się jak sadzać Babkę na sedes, jak zakładać jej pieluchę. Potem daję jej śniadanie: plazmon, jogurt, banan i tabletki.
Już z samego rana jest potwornie gorąco. Otwieramy wszystkie okna, ale nie ma nawet podmuchu przeciągu. Sprzątamy pokoje na górze, porządkujemy pościel i idziemy robić obiad. W kuchni jest dużo chłodniej. Gotujemy gęstą zupę z warzyw /kapusta, kalafior, seler, marchew, cebula, pomidor, czosnek, cukinia, makaron/. Teresa wkłada do piekarnika udka z kurczaka. Teraz uczy mnie, co gotować:- Taka właśnie gęsta zupa, sugo /sos/ z makaronem, to jest podstawowe jedzenie Włochów. Polskich potraw ta rodzina raczej nie akceptuje, ale jak chcesz, to gotuj – mówi - może będą jeść... 
I tak, przez 3 dni, Teresa  uczy mnie gotowania, sprzątania, podawania do stołu, opieki nad Babką...

Przed chwilą dzwoniłam do  Marianny, również pracującej u rodziny włoskiej. Od niej dowiedziałam się, że w tą niedzielę Teresa była  w L. i że jest tak chuda, aż spódnica na niej wisi. - Pewnie schudła w Polsce -powiedziałam, ale Marianna  mówi, że widziała ją  zaraz po powrocie z kraju i nie była taka chuda.
Ja chyba znam tę dietę, bo też schudłam po nocach spędzanych z „Turkiem”. Poza tym  Teresa, po powrocie z „urlopu”, ostro wzięła się za pracę w domu i wokół niego, tak  jakbym ja nic nie robiła. To przecież jej dom i jej Diego!
Dziwię się, bo przecież ma w Polsce męża i dzieci. Jej mąż pije, ma dziecko z jakąś dziewczyną,
ale Teresa jest we Włoszech już od 3 lat więc nic dziwnego, że jej sytuacja rodzinna uległa pogorszeniu.
Mimo wszystko zazdroszczę jej przebywania  w T., w pobliżu Diego. Zapytałam  Mariannę , co znaczą słowa „aszpetta inszpingo dreżjon”? Nie wie. Pyta swoją koleżankę dobrze znającą włoski, ale ta też nie wie. Obie pytają swojego pracodawcę – dyplomatę, ten też nie wie, a przecież jest Włochem.
”Aspetta”-/ zaczekaj /, tylko to jedno słowo mam przetłumaczone, a kto mi powie co znaczą pozostałe?

Muszę robić Giulianie kolację. Wciąż gra radio ”Kapital”, wciąż myślę o Diego. Moje uczucie rozpala się coraz bardziej, zamiast gasnąć. Może to przesilenie choroby miłosnej? Oby!

25.10.2000 – środa
Jak znam siebie, to zawsze byłam głupią marzycielką, specjalistką od szukania sobie kłopotów i od budowania „zamków na lodzie”. Moja dojrzałość absolutnie nic nie zmieniła, bo marzę nadal i nadal mam masę zmartwień. A w oczach wciąż mam obraz Diego i T. - Jest 6.00 rano. Punktualnie o tej godzinie wstaje z łóżka Dziadek, który śpi razem z Babką. Wchodzi do łazienki. Strasznie się tłucze i przy tym budzi Babkę, która przechodzi na jego stronę łóżka i ubiera się w jego piżamę. Dziadek schodzi do kuchni, robi sobie herbatę i je suchy chleb. Teraz wstaje  Diego, ubiera się. To nie trwa długo, gdyż trzyma swoje ubrania tuż  przy łóżku.
Są zawsze zmięte i wygląda w nich jak łachmaniarz. Jest 6.15  i teraz  schodzi na dół, do łazienki. Myje się, czy nie? Przeważnie się nie mył. Wiedziałam o tym po ręczniku, bo albo był mokry, albo suchy. Teraz mam w uszach brzęk jego kluczy i trzask zamykanych drzwi frontowych, potem zgrzyt drzwi od garażu, stuk otwieranej bramki wjazdowej i oddech zapalanego samochodu. Pojechał do pracy. 
Teresa też wstała, przebiera Babkę, ściąga zmoczoną pościel, idzie do kuchni, robi sobie kawę
i przygotowuje Babce śniadanie. Scenariusz jest zawsze taki sam...

Otworzyłam okno i patrzę na góry. Wstaje słońce, a na niebie złoto-różowe chmurki. Zapowiada się piękny dzień. Góry jeszcze śpią, ale ptaki urządziły taki koncert, że za chwilę one też się zbudzą.
To dziwne, ale w T. w ogóle nie słyszałam świergotu ptaków. Przez całą dobę towarzyszył mi jedynie warkot samochodów i krzyk Babki. Tutaj jest tak cicho. Nie mogę się jakoś przyzwyczaić do tego spokojnego miejsca.
Właściwie to dlaczego chcę się przyzwyczajać do ludzi i do miejsc, w których przebywam? Dlaczego tak bardzo angażuję całą siebie w to, by innym sprawić przyjemność, by innym było dobrze i nic nie chcę w zamian? Dlaczego nie myślę o sobie?

Czy warto  się poświęcać dla tych, którzy wcale tego nie pragną?
Zapłaciliśmy ci za pracę, a nie za uczucia, bo one nas nie interesują - tak właśnie odczuwam traktowanie mnie przez chlebodawców. Najdziwniejsze, że skoro tylko wyczują że się zaangażowałaś, że dajesz im więcej niż powinnaś, zaraz to wykorzystują bez najmniejszych skrupułów.

Non piandżi! Non piandżi!
Nie mogę powstrzymać płaczu i łkam jak małe, skrzywdzone dziecko. Plecami wstrząsają dreszcze, a łzy płyną i z oczu i aż gdzieś z głębi mego jestestwa. To już nie do wytrzymania. Pogubiłam się, zatraciłam w tej miłości do Diego, a może w nienawiści... Nadal nie  rozróżniam tych uczuć.
To prawda, że każdy najbardziej pragnie dostać to, czego nie może osiągnąć, bo  to samo dzieje się teraz ze mną. Jestem rozdarta na strzępy, zagubiona, zagmatwana w myślach.
Co mam zrobić, by być z nim? Czy wybaczyć Teresie, która jest teraz moim najgorszym i największym z możliwych, wrogiem?
CDN

W tej części mamy przykład młodej Włoszki zainteresowanej językiem polskim i kulturą naszego kraju. Pani Manuela uczy się języka polskiego, korzystając z prywatnych lekcji.

Trzecia moja rozmówczyni to magister filozofii i jednocześnie studentka teologii, 25-letnia mieszkanka Katanii, Manuela Finocchiaro. Od ponad roku pani magister uczy się języka polskiego. Trudno jej określić, jak i dlaczego podjęła tę decyzję. Pamięta tylko, że jednego dnia rozmawiała z koleżanką z teologii, a następnego dnia w punkcie kserokopii przeczytała ogłoszenie: „udziela się prywatnych lekcji języka polskiego”. I tak bez dłuższego zastanawiania się postanowiła spróbować nowego eksperymentu. W jej przypadku to normalne. Tak reaguje we wszystkich nowych kwestiach. Nie mierzy ani czasu straconego, ani ryzyka. Stawia przed sobą cel i dąży do niego. Pani filozof swoją decyzję podsumowała filozoficzną myślą „każde nowe doświadczenie dokądś prowadzi”.

Język polski w oczach Włochów

Język polski w oczach Włochów (2)

Wcześniej Pani Manuela uczyła się języka rosyjskiego, choć nie był on obowiązkowym przedmiotem jej studiów. Podjęcie nauki nie sprawiło jej żadnych trudności. Na uniwersytecie w Katanii istnieje katedra języka i literatury rosyjskiej, która poza obowiązkową formą nauczania, prowadzi formę fakultatywną. Z tej formy skorzystała moja rozmówczyni, uczęszczając na zorganizowany kurs języka rosyjskiego objęty ogólnym programem studiów.

17 marca 2012 w Rzymie, w gościnnych progach Domu Pielgrzyma Jana Pawła II, przy via Cassia, po raz 17 miał miejsce Zjazd Polaków we Włoszech.

Zanim Prezes Związku - Joanna Heyman-Salvadé udzieliła głosu referentom, uczciła pamięć  zmarłej, wieloletniej redaktorki Biuletynu „POLONIA WŁOSKA”, Anny Jurasz–Schiavello.

Jako pierwszy zabrał głos Wojciech Ponikiewski, ambasador RP w Rzymie. Następnie wystąpili: Andrzej Kunert, Tadeusz Piłat, Jadwiga Pietrasik, Krzysztof Strzałka, Leszek Puk, Małgorzata

Furdal, Elżbieta Wykrętowicz oraz Danuta Stryjak. Odczytano także nadesłane listy od Gerarda Pokruszyńskiego i od abp. Szczepana Wesołego.

Prelegenci zwrócili zebranym uwagę na fakt, że poprzez półroczną prezydencję Polski w Parlamencie Europejskim, wzrosła pozycja naszego kraju na arenie międzynarodowej. Polskę zaczęto dostrzegać jako kraj nowoczesny i dynamicznie rozwijający się pod każdym względem.

Z interesującą propozycją wystąpił konsul generalny z Mediolanu - Krzysztof  Strzałka. Dotyczy ona utworzenia stałej ekspozycji poświęconej Legionom Dąbrowskiego w Muzeum Flagi włoskiej w Reggio Emilia. Wybór miejsca nie jest przypadkowy. Włoska flaga i obecny polski Hymn państwowy (jeszcze jako „Mazurek Dąbrowskiego”) powstały w Reggio w 1797 r. Pan Konsul zapewnił także o kontynuacji dyżurów dla Polaków w swoim okręgu konsularnym, w siedzibach konsulatów honorowych w Bolonii, Turynie i Wenecji.

Zwrócono uwagę na problemy związane z edukacją najmłodszej polskiej generacji, żyjącej w Italii. Szkoły ambasadzkie obrały nowy cel. Jest nim wychowanie młodych Polaków na światłych europejczyków, którzy pomni  na swoje pochodzenie, będą potrafili odnaleźć się w wielonarodowościowej Europie.

Dbałość o dobre imię Polski poza jej granicami to codzienne wyzwanie dla Polonii. Ze względu na dość specyficzne położenie geograficzne Włoch i dotarcie do istniejących już polskich szkół zachęcano do nauki poprzez internet.

Po zakończeniu porannych obrad wykonano pamiątkowe zdjęcie, a po obiedzie miało miejsce spotkanie  tylko dla członków Zarządu Związku.

W godzinach wieczornych odbyło się, dla wszystkich uczestników Zjazdu, przyjęcie w Ambasadzie RP w Rzymie, gdzie w części oficjalnej sekretarz Rady Pamięci Pomników i Męczeństwa przyznał odznaczenia państwowe działaczom najbardziej zasłużonym. Po części oficjalnej przystąpiono do degustacji polskich specjałów. Wieczór u gościnnego pana Ambasadora upłynął w miłej i serdecznej atmosferze.

Żal było się rozstać, ale trzeba było zdążyć do Sióstr Sercanek na via Cassia, zanim zamknięto bramy Domu Polskiego.

Entuzjastycznie nastawieni, pełni nowych sił witalnych, wróciliśmy z Rzymu,by dalej działać w naszych stowarzyszeniach, podejmując nowe wyzwania, krzewiąc dobre imię Polski wśród Włochów,starając się jednoczyć we wspólnej sprawie naszych rodaków, ponieważ: ”JESZCZE POLSKA NIE UMARŁA, PÓKI MY ŻYJEMY”.

Anna Pankowska
(STOWARZYSZENIE „VIA dell’AMBRA”)

Otwarci na świat Włosi chcą zobaczyć Kraków, ci zamknięci myślą, że Polska to ciemnogród nadal poza Unią Europejską.

Bez okna na świat

Cyfry brzmią bezbarwnie, ale dobitnie - we Włoszech mieszka ok. 5 milionów legalnych emigrantów. Oznacza to, że jedna osoba na czternaście napotkanych na włoskiej ulicy, jest emigrantem.
Dotatkowo nielegalnie we Włoszech przebywa około 500 - 700 tysięcy emigrantów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba cudzoziemców powiększyła się 20 razy. Jednocześnie - według raportu, wzrosła także niechęć Włochów do stranierów zamieszkujących ich kraj. Dzieje się tak mimo tego, że emigranci wypracowują rocznie ok. 11 miliardów euro Pil (odpowiednik PKB).

Liczby, którymi mierzy się poziom niechęci nie zawsze przemawiają do wyobraźni. Zatem kilka historii: dzielnica jedna z najbardziej ekskluzywnych w Rzymie, dzielnica urzędników rządowych i mafiosów.

Tam swoje gniazdko wije bogaty, młody neapolitańczyk, jego rodzina, bardzo bogata, macza palce w mafijnych sprawach - ma układy tu i tam.
Młody napoletano szykuje dla siebie mieszkanie w Rzymie. Na sam remont wydał 75 tysięcy euro - mają w tym mieszkaniu być przeróżne bajery, jeden z nich - ogromna podświetlana wanna w salonie, tak by w niej mógł organizować orgie, niczym starożytni władcy. - Kobiety! pragnie się nimi otaczać wyłącznie dla własnej przyjemności - wyznał Polakowi, który w Rzymie ma firmę remontową i dla Włocha pracuje.

W domu będzie też służąca. Filipinka. Właściciel mieszkania z niezliczonych metrów powierzchni wydzielił jej pokoik bez okna, w którym mieści się łóżko i dwie maleńkie filipińskie stopy. Dla niego brak okna, to nie problem. Ale Polacy projektujący nowy układ ścian pracowali nad nim mówiąc - możemy zrobić jej okno, to żaden problem. Neapolitańczyk śmiał się - a po co jej okno? Polacy nalegali dalej - a może powiesimy jej tu telewizor na ścianie. - A po co jej telewizor? - odpowiadał klient. - No wie Pan, żeby nie używała tego wielkiego telewizora w salonie (wysuwanego ze ściany przy naciśnięciu pilota). - Jeszcze tego by brakowało - oburzał się. Ale stanęło na tym, że Filipinka będzie mieć okno i własny telewizor.
Polska firma projektowa pracowała już dla jego ojca.
- Zostaliśmy przez niego wykorzystani, choć był zadowolony z naszej pracy nie zapłacił nam całej kwoty, w ramach prezentu dostaliśmy plastikową linijkę - mówi właściciel firmy. Mam ją do dziś, przypomina mi o niskim poziomie tych ludzi, którzy myślą, że Polak zadowoli się byle jakim gadżetem.

Na wielbłądzie po Wrocławiu
Inna historia - Kalabria. Tam Bożena Wołcz (z Wrocławia) mieszka od ośmiu lat w małej miejscowości Scalea, gdzie rodzimi Włosi niewiele wiedzą o świecie, a już o Polsce chyba szczególnie mało. Raz zapytał ją miejscowy nauczyciel czy Polska to ta wyspa blisko Wielkiej Brytanii? Prawie padła trupem.

Innym razem dociekano, jak docierała w Polsce do pracy. Zażartowała, że na wielbłądzie. Prawie uwierzyli. Przestała więc żartować.
Zaczęła mówić o Polsce dużo i serio, by Włochów uświadomić, a zaprzyjaźnionych Włochów zabiera do Polski - do Krakowa i Auschwitz. W swojej pracy zaczęła uchodzić za kogoś więcej, niż sprzedawcę wyrobów mięsnych w miejscowym sklepiku, a to z powodu znajomości języków - dostrzeżonej i docenionej przez Włochów.
- Nic takiego nie prezentowałam - mówi. - Jak każdy Polak po szkole znałam trochę rosyjski, dogadam się z Ukraińcami, Anglikami. Nic niezwykłego. Ale jak ktoś czegoś nie rozumiał, wołano mnie. - I tak jest do dziś, bo tutejsi Włosi nie uczą się. Jak ktoś ma ambicje kształcić się, to wyjeżdża i już raczej nie wraca. A na ogół wychodzi się z założenia, że wystarczy skończyć pięć klas i basta!

W Scalei nawet urzędnicy zdają się nie zauważać, że Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, że Polak ma takie same prawa jak Italiano. Wbrew temu, co twierdzą urzędnicy. Pamiętam, jak urzędniczka poradziła mi bym wyszła za Włocha, a będę mogła legalnie pracować i żyć we Włoszech. Pokazywałam jej przepisy, odpowiedź była zawsze taka sama - niech pani wyjdzie za mąż za Włocha.

Dochodziłam swoich praw w urzędzie wyższej instancji w większym miejście. Tam potwierdzano moje racje, polecano bym powołała się na opinię uzyskaną w tym ważniejszym urzędzie, jednak w Scalei nikt sobie z tego nic robił. Urzędniczka uparcie sięgała po księgę z przestarzałymi przepisami.
Bożena Wołcz dziś działa na rzecz obcokrajowców. W Scalei obcokrajowców nie brakuje. A tych, którzy chcieliby się zrzeszyć jest trzystu, czterystu. A więc jest dla kogo działać. Bożena Wołcz mówi - chcemy trafić nie tylko do Polaków, ale i Czechów, Rosjan, Pakistańczyków, Rumunów, Niemców, a nawet Anglików.

Choć ci ostatni nie przejmują się aż tak bardzo urzędniczym analfabetyzmem, bo przyjechali na Kalabrię głównie cieszyć się życiem, niekoniecznie pracować.

To ludzie bogaci, którzy żyją we Włoszech z angielskiej emerytury. Na rzecz emigrantów działają także Włosi, którzy widzą potrzebę reform. Uświadamiamy np. kobietom, które pracują we włoskich domach jako sprzątaczki, opiekunki, że mogą domagać się legalnego kontraktu, bo dzięki temu są ubezpieczone, a nawet w razie śmierci osoby podopiecznej otrzymują zasiłek, ale muszą być ubezpieczone.
Bożena Wołcz pomaga też w inny sposób - szuka pracy dla Polaków. - Czasem obraca się to przeciwko mnie, bo osoba niezorientowana w realiach życia na Kalabrii, myśli, że zarobi kokosy.

Kondolencje dla Polaków

Mądrych Włochów w Italii nie brakuje. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Sant Egidio działające przy Via Dandolo w Rzymie skupia ludzi działających na rzecz obcokrajowców we Włoszech. Oferuje pomoc wszechstronną - lekcje języka, posiłki, kursy zawodowe, pomoc duchową, psychologiczną. Każdy, kto zawita na Via Dandolo doświadczy miłego przyjęcia. Profesor Valter, nauczyciel języka włoskiego równo traktuje wszystkich uczniów. Kiedy w ubiegłym roku w Rzymie włoscy nacjonaliści pobili emigrantów z Bangladeszu, było mu wstyd - powtarzał swoim uczniom:
- Tutaj w tej szkole wszyscy traktowani są jak przyjaciele, jest mi przykro z powodu tego wydarzenia.

Po smoleńskiej katastrofie profesor Valter złożył kondolencje na ręce wszystkich Polaków. Zrobili to także inni, bardziej światli Włosi, którzy wiedzą coś o Polsce.

W samym Rzymie aktywnie działają ludzie, którzy pragną obalać bariery narodowościowe, organizują demonstracje, wieszają plakaty. Pojawiają się opiniotwórcze publikacje - tytuł ostatniej książki biskupa od spraw emigrantów Agostino Marchetto: Chiesa e migranti, la mia batalia per una sola famiglia umana. To w niej biskup napisał, że Włochy są w ogonie Europy, jeśli chodzi o prawne rozwiązania dotyczące trudnej sytuacji emigrantów.
Na 20 i 21 marca przypadają Międzynarodowe Dni przeciw rasizmowi. We Włoszech są to dni, kiedy organizowane są manifestacje, podkreślające pozytywną rolę emigrantów oraz konieczność podjęcia walki z rasizmem, wyzyskiem i mafią. Przykłady mądrych działań można by mnożyć.

Kto produkuje Chianti?
Z wyzyskiem walczą od czasu do czasu sami zainteresowani. Przykład takiej walki - gwałtowne zamieszki w miasteczku Rosarno, w Kalabrii na południu Włoch, gdzie afrykańscy imigranci zbuntowali się przeciwko warunkom pracy i życia w gospodarstwach rolnych oraz ich traktowaniu po tym, jak dwóch z nich zostało zranionych z broni palnej przez nieznanych sprawców. W reakcji na tę prowokację cudzoziemscy robotnicy wyszli na ulice i zdewastowali samochody i sklepy. Emocje rozpala także ciągle nie rozwiązany we Włoszech problem romski - Ponticelli, dzielnica romska na obrzeżach Neapolu pamięta samosądy, podpalenia i hasła - precz z wozami! W Rzymie jest spokojniej, choć osiedle Cyganów straszy wyglądem.

Wyzyskowi podlegają zwłaszcza uciekinierzy z krajów Trzeciego Swiata, z krajów okupowanych, uciskanych, osoby bez prawa pobytu we Włoszech, którzy są w Italii współczesnymi niewolnikami. Pracują w najcięższych sektorach - głównie w rolnictwie (ekstremalny przykład wyzysku - obozy pracy na Południu Włoch).

Co ciekawe, emigranci pracują także przy produkcji najlepszych włoskich win - Chianti i Brunello do Montalcino oraz przy produkcji słynnych serów i parmeńskiej szynki. Raport Caritas podkreśla, że przybysze z innych krajów nie chcą być traktowani jak ludzie drugiej kategorii, dlatego z czasem zakładają własne interesy. Dzieje się tak mimo kryzysu, o którym tak chętnie rozprawiają Włosi, znajdując w nim usprawiedliwienie np. dla niskich pensji wypłacanych emigrantom.

W Rzymie - dobra pensja baby siter: 600-700 euro miesięcznie, po 8-10 godzin pracy dziennie, dniówka na budowie: 20-50 euro, godzina sprzątania - 8 euro. Na południu Włoch stawki są o połowę niższe, ale też życie jest tańsze.

Praca - kwestia wyboru?
Można by sądzić, że Polacy cieszą się uznaniem we Włoszech dzięki papieżowi Janowi Pawłowi II. Jego wizerunek - obok ojca Pio - spotkać można przecież w co drugiej pizzerii. Włosi, owszem, cenią papieża - Polaka, jednak rodacy JPII nie mają większych szans na wybicie się - mężczyźni od lat pracują w sektorze budowlanym, kobiety najczęściej sprzątają włoskie domy, nawet wtedy, gdy biegle posługują się językiem włoskim i angielskim. - Inna sprawa, że czasem jest to kwestia pójścia na łatwiznę - mówi Ewa Hadzik, która pracuje w bardzo dobrym hotelu w Rzymie. Ewa nawet gdy przez pół roku nie miała pracy, to nie poszła sprzątać i ciężki czas przetrwała dzięki tłumaczeniom i dodatkowej pomocy rodziców z Polski.

Według raportu Caritas średni zarobek emigranta wynosi 1000 euro, co niewiele znaczy w tak drogim mieście, jakim jest Rzym, gdzie za wynajęcie mieszkania o powierzchni ok. 60 metrów kwadratowych trzeba zapłacić 800 - 1000 euro. Polacy, podobnie jak inni, często mieszkają więc w wynajętych pokojach za ok. 400 euro. I to jest komfort, bywa bowiem gorzej, kiedy kilka rodzin gnieździ się w jednym mieszkaniu.

Emigranci są potrzebni Włochom, jako tania siła robocza pracująca na emerytury Włochów - w 2009 roku urodziło się w Italii ponad 77 tys. dzieci emigrantów. Z drugiej strony Italia jest potrzebna emigrantom, którzy często nie widzą przyszłości we własnych krajach. Pocieszające jest to, że Włosi i cudzoziemcy znajdują porozumienie na poziomie ludzkich, prywatnych kontaktów. Włosi coraz częściej, właśnie wśród obcokrajowców znajdują swoich życiowych partnerów, codziennie zawieranych jest 70 mieszanych małżeństw. I liczba ta będzie rosnąć, bo przeciętny Włoch zaczyna otwierać się na innych.

Beata Zaremba-Żarski

To, co za chwilę tu przeczytacie, u wielu wywoła niechęć i opór. „To niemożliwe!” – zawyrokują jedni, „jak zwykle demonizuje!” – z przekąsem stwierdzą drudzy, „odrażające!” – skrzywią się jeszcze inni.

I wszyscy będą mieli rację. Na swoją obronę mam tylko jeden, przede wszystkim dla mnie samego kłopotliwy fakt – wszystko, co opisane poniżej, zdarzyło się naprawdę. Czytaj więcej

Piotr Millati

Źródło: BLIZA – Gdyński Kwartalnik Artystyczny


Przedruk za zgodą redakcji

Ślub kościelny Polaków zamieszkujących we Włoszech lub przyjeżdżających z Polski lub innych krajów jest możliwy przy spełnieniu niektórych podstawowych warunków.

Dla Polaków mieszkających na stałe we Włoszech istnieje możliwość zawarcia związku małżeńskiego konkordatowego (tzn. ze skutkami cywilno-kościelnymi według procedur prawa włoskiego, opiszemy to w przyszłych artykułach), natomiast dla obywateli polskich przyjeżdżających z ojczyzny lub innego kraju, najłatwiejszym sposobem jest wcześniejsze zawarcie ślubu cywilnego w Polsce lub w polskim konsulacie, a następnie wzięcie ślubu „tylko” kościelnego w polskim kościele w Wiecznym Mieście.
Różnica ta wynika z długotrwałych procedur dokumentacyjnych w przypadku ślubów konkordatowych oraz potrzeby osobistej wizyty we włoskim Urzędzie Stanu Cywilnego.
Organizując tylko ślub kościelny możemy to zrobić na odległość pozostając w bezpośrednim kontakcie telefonicznym lub e-mail z polskim księdzem we Włoszech.

Wymagania do ślubu kościelnego ustanawia Vicariato di Roma, gdzie na każdy ślub osobno trzeba uzyskać pozwolenie w Ufficio Matrimoni. Zgodę na ślub załatwia ksiądz z parafii, dlatego też należy osobiście się skontaktować z księdzem w celu ustalenia szczegółów. Formalności do ślubu wraz z rezerwacja terminu, rozpoczynaja się na 3/4 miesiące przed planowaną datą uroczystości.

Do ślubu wymagane są następujące dokumenty:
- polski dokument stwierdzający tożsamość, paszport lub dowód osobisty,
- zaświadczenie z Polskiego Urzędu Stany Cywilnego jeśli ślub miał miejsce w Polsce lub konsulatu polskiego jeśli młodzi zawarli związek cywilny przed Konsulem.
- licencja na zawarcie sakramentu małżeństwa, wystawiona na wybrany kościół, gdzie się ma odbyć ceremonia zaślubin.

Licencję wystawia ksiądz proboszcz narzeczonego badź narzeczonej. To u niego trzeba złożyć wszystkie dokumenty do ślubu kościelnego. W licencji oprócz standartowych danych powinny być dopisane daty bierzmowania wymagane we Włoszech. Licencja powinna być podstemplowana w Kurii Diecezjalnej, do której powinno być dopisane udzielenie “nihil obstat”, wymaganie przez Vicariato di Roma.

Opłata za udzielenie ślubu (ofiara na kosciół) jeśli Młoda Para nie należy do Parafii, gdzie jest udzielany ślub we wszystkich kościołach na terenie Vicariato di Roma nie powinna przekroczyć maksymalnie 270 euro, jest to maksymalna stawka ustalona przez Vicariato di Roma.

W przypadku Młodych Par przyjeżdżajacych z Polski po udzieleniu ślubu polski kościół w Rzymie wystawia certyfikat, który należy przedstawić w Polsce w parafi zamieszkania w celu adnotacji i rejestracji ślubu w księdze parafii.

źródło: Parafia Kościoła św. Stanisława B. M. w Rzymie oraz Vicariato di Roma

Barbara Sandra Pawlukiewicz
www.slubwrzymie.com

Ucieczka od polskich tradycji, czy nowy trend w modzie ślubnej?

Coraz więcej Młodych Par decyduje się na ślub za granicą. Zawieranie małżeństwa za granicą stało się trendem w modzie ślubnej nie tylko wśród Polaków, ale także innych narodowości.

Przygotowanie wesela w Polsce wiąże się z dużymi kosztami, których nie zawsze są w stanie wziąć na siebie nowożeńcy lub rodzice Młodej Pary. Dlatego rozwiązaniem może być zorganizowanie ślubu za granicą,  np. w Rzymie, połączone razem z podróżą poślubną.


Przyczyny ślubu za granicą są różne. Większość par ucieka od zgiełku tradycyjnych wesel, gdzie są zobowiązani zaprosić wszystkich, nawet nie zawsze chcianych gości, ciotek, wujków, itp. Inni decydują się żeby ich uroczystość była inna, kameralna, bez gości i znajomych, nawet rodziny. Brzmi to egoistycznie, ale ma to być przecież wydarzenie tylko dla samych nowożeńców, tym bardziej w przypadkach osób, które poprzednio były już w związkach. Najczęściej ich pierwsze śluby był tradycyjne, w kościele, z przyjęciem i masą gości. Nie można powiedzieć że były złe, ale często ma się wrażenie, że były bardziej zorganizowane dla zaproszonych gości niż samej Młodej Pary. Do Rzymu przyjeżdżają także młode pary które chcą, żeby ich ślub był wyjątkowy i niezapomniany.

 

Czytaj także: Fotografia ślubna z pasją

Włochy to jedno z najbardziej romantycznych miejsc na świecie, znane ze swojej historii, sztuki i przepięknego krajobrazu. Tradycja, dobre wina i specjały kulinarne kuszą swoich turystów. Magiczna atmosfera miasta, historia i nowoczesność łączy się w idealną całość, pozwala odkryć nieznany dotąd styl życia i przeżyć tak szczególne niezapomniane chwile zawarcia związku małżeńskiego.

Magia miasta jest ukryta w samej nazwie ROMA (czytając od tyłu) – AMOR (miłość), Miasto Wiecznej Miłości, dlatego warto zastanowić się, czy zamiast tradycyjnego hucznego wesela, nie lepiej po cichej ceremonii pójść z ukochaną osobą na romantyczna kolację z rzymskim tłem, a później - bez oczepin i weselnych przyśpiewek wybrać się na romantyczny nocny spacer.

Istnieją trzy kategorie polskich Młodych Par, które decydują się na ślub w Rzymie.
1.    Pary przyjeżdżające najczęściej same lub tylko ze świadkami i najbliższą rodziną.
2.    Polacy mieszkający już poza granicami, np. w Irlandii lub Wielkiej Brytanii, którzy decydują się na ślub w innym miejscu, bardziej romantycznym.
3.    Polacy regularnie mieszkający we Włoszech, którzy decydują się na szybkie i łatwe wzięcie ślub w konsulacie, pomijając włoski USC.

Formy zawarcia związku małżeńskiego na terenie Rzymu:
1.    Ślub cywilny przed Konsulem Polskim w Rzymie.
2.    Ślub cywilny przed Włoskim Urzędnikiem Stanu Cywilnego.
3.    Ślub kościelny w Polskim Kościele w Rzymie.
4.    Ślub konkordatowy we Włoskim Kościele.

Barbara Pawlukiewicz
www.slubwrzymie.com