Magazyn - Nasz Swiat
17
Cz, październik

Udało się! Konrad, Ewa, Karol, Giulia, Hubert i Alicja, pochodzących kolejno z Kozienic, Radomia, Warszawy i Iławy szczęśliwie wrócili do domów z wielce ciekawej ekspedycji.

Ta nieustraszona grupa polskich studentów, miłośników podróżowania przemierzyła w ciągu 35 dni ponad 9,5 tys. kilometrów na pokładzie 24-letniego Volkswagena T3. Warto przy tym podkreślić, że nikt  załogi nie ma kompletnie pojęcia o mechanice, po drodze spotkało ich wiele przygód, miłych i mniej sympatycznych (jak pożar w aucie i kłopoty z ruszaniem) jednak solidarność grupy, ich wiara i nadzieja na powodzenie ekspedycji oraz porządnie opracowany plan podroży oraz duuuuży talent do radzenia sobie z trudnymi sytuacjami spowodował, że szczęśliwie wrócili do domu.  Wzbogacili się o masę niezapomnianych wrażeń i ciekawych znajomości. Ich Eurobusik spisał się wspaniale, problemy techniczne okazały się ostatecznie błahostkami toteż  z entuzjazmem planują już kolejną podroż.

Publikujemy relację z  podroży szóstki zdobywców sporej części naszego kontynentu.

Czytaj także: Podroż dookoła Europy – przygotowania do podróży

Ruszamy!
18 lipca 2011 wystartowaliśmy z Polski naszym 24-letnim Volkswagenem T3. Nikt z naszej załogi nie miła pojęcia o mechanice samochodowej, ale mając pełny bak wiary i nadziei oraz porządnie opracowany plan podróży uznaliśmy, że nasza ekspedycję ma szansę powodzenia. I powiodła się!

Rezultat ekspedycji
Podróż trwała 35 dni (od 18 lipca do 22 sierpnia). Kolejno byliśmy w Niemczech, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Gibraltarze, Monaco, Włoszech, Austrii, Czechach i Polsce. Pokonaliśmy ok. 9,5 tysiąca km. Około dlatego, że wielokrotnie błądziliśmy w dużych miastach, często pokonywaliśmy dany odcinek trasy niekoniecznie za pomocą GPS oraz sugerowaliśmy się opiniami mieszkańców, w które regiony warto się udać.

Jeżeli chodzi o powszechnie znane miasta to na naszej mapie znalazły się kolejno Warszawa, Poznań, Berlin, Amsterdam, Rotterdam, Paryż, Bayonne, Porto, Lizbona, Lagos, Gibraltar, Sevilla, Malaga, Valencia, Lloret de Mar, Barcelona, Saint – Tropez, Monaco, Cannes, Nicea, Wiedeń, Venecja. Po drodze mijaliśmy mnóstwo urokliwych miast, miasteczek oraz wiosek.

Czas w podróży

Wbrew pozorom nie nudziliśmy się wogóle. Kolejne godziny w trasie uciekało nam bardzo szybko. Graliśmy w gry, bardzo dużo rozmawialiśmy, pisaliśmy notatki, przeglądaliśmy zdjęcia i filmy. Z racji tego, że podróżowaliśmy głównie w nocy, aby w dzień jak najwięcej zobaczyć  nie odczuwało się kolejnych kilometrów.

Wybierając się do Polski na wakacje, zabraliśmy ze sobą cząstkę Włoch.

Mieliśmy tylko miesiąc na przygotowania, aby dać posmakować Polakom specjałów kuchni włoskiej.

Wszystko to stało sie możliwe dzięki nawiązaniu współpracy z Klubem Rotary Jelenia Góra. Z grupą przyjaciół (członków Rotary) nawiązaliśmy współpracę z klubami Rotary z Cento (Fe) oraz Vignola, Bazzano, Castelfranco Emilia, które pomogły nam w zorganizowaniu loterii fantowej na bazie produktów pochodzących z regionu  Emilia-Romania: wina (Lambrusco, Pignoletto) ocet balsamiczny z Modeny oraz makaronu Andalini, przekazanego osobiście przez producenta.

Otrzymanego makaronu wystarczyło nam nie tylko na przygotowanie kolacji, ale również na loterie fantową. Właściciele Smażalni Ryb w Podgorzynie  udostępnili nam nieodpłatnie lokal, a Pani Ani, która wzięła na siebie ciężar organizacji należą się szczególne podziękowania. W sierpniu, gdy większość osób przebywa na urlopach, udało się jej zgromadzić 60 osób zainteresowanych degustacją kuchni włoskiej. Daniem, które cieszyło się największym zainteresowaniem były rosette con prosiutto.

Pod koniec kolacji słyszeliśmy zapytania „Kiedy możemy się znów spotkać?”

Nadmieńmy tylko, że była to kolacja charytatywna, mająca na celu zdobycie funduszy na pokrycie kosztów operacji dziecka z rozszczepem podniebienia.
Podniebienia obecnych Polaków miały możliwość skosztowania włoskich specjałów, a nam udało się połączyć miłe z pożytecznym.

Dorota Wiśniewska /Anna Pankowska

Fortepian Jakuba

W sobotę wieczorem 10 września 2011 Teatr Parafialny w Campiglia dei Berici stał się świadkiem niezapomnianego wydarzenia kulturalnego. Na scenie był ustawiony czarny fortepian marki Jacolini i cierpliwie czekał na eksploatację. Nie  przywykliśmy do widoku takiego instrumentu w innych miejscach,  niż sala koncertowa czy filharmonia. Patrząc na scenę w oczekiwaniu na koncert   przypomniały mi się strofy wiersza C.K. Norwida „Fortepian Szopena” i od razu nasunęło się analogiczne porównanie, tylko bardziej współczesne: fortepian Jakuba. A dlaczego? Bo przygotowano go dla młodego, zdolnego pianisty Jakuba Tchorzewskiego. To on  miał być bohaterem  sobotniego wieczoru. Mimo, że nie mogłam oklaskiwać go 20 listopada ub. roku w Cesenie, miałam okazję poznać artystę w Wenecji, na koncercie Krzysztofa Jabłońskiego.

Zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i zrobiłam wszystko, by zjawić się w Campiglia  po blisko dwugodzinnej podróży. Sala powoli zaczęła się zapełniać. Ku mojemu zdziwieniu, a także mego męża zauważyliśmy obecność młodych ludzi oraz rodzin z małymi dziećmi. Nic dziwnego - w Campiglia działa prężnie polska ludoteka rodzinna i aby ją wspomóc zorganizowano koncert z polskimi akcentami: polskim pianistą muzyką Chopina i Paderewskiego. A na dodatek w foyer teatru można było podziwiać obrazy polskiej artystki. Na koncercie oprócz organizatorów byli obecni sponsorzy, władze miasta oraz Pani Konsul Ewa Słaby z Konsulatu Generalnego RP w Mediolanie.  Po  części oficjalnej (powitania i podziękowania) pojawił się Jakub Tchorzewski witany oklaskami. Zasiadł na taborecie i dotknął klawiatury. Zabrzmiały pierwsze akordy Poloneza A-Dur Fryderyka Chopina. Wszyscy  obecni na sali zostali zelektryzowani. Pierwsza część  koncertu poświęconą Chopinowi zakończyła Etiuda c-moll op.10 n.2 „Rewolucyjna”. Na drugą część złożyły się utwory Ignacego Jana Paderewskiego: menuet, nokturn, legenda. W trzeciej części znowu tryumfował  Chopin : ballada, cztery mazurki a na  zakończenie Polonez As-Dur op.53. Doskonale dobrany repertuar, mistrzowskie wykonanie.

To niebywała uczta duchowa dla tych,  co przyszli na ten sobotni koncert. Nic więc dziwnego, że Jakub Tchorzewski został nagrodzony gromkimi brawami i na bis zagrał raz jeszcze Etiudę Rewolucyjną. Publiczność spisała się na medal. Dzieci siedziały cicho jak trusie i słuchały z zapartym tchem, przebierając palcami po niewidzialnej klawiaturze (imitowały artystę), a dorośli mieli wyłączone telefony komórkowe. Nikt z obecnych, mimo późnej pory nie zachrapał( nawet mój mąż, który na koncercie prof. Morskiego niestety przysypiał).

Jakub Tchórzewski otrzymał bukiet kwiatów od małej blondyneczki z warkoczykami, ubranej na tę okazję w strój ludowy. Był szczerze wzruszony. Pamiętajmy, że zmysł estetyczny i zamiłowanie do sztuki trzeba rozwijać u dzieci od najmłodszych lat. To naprawdę wielkie wezwanie dla rodziców i wychowawców, by rozwijać wrażliwość dziecka. Psychologowie to potwierdzą. A dla polskich rodziców to jeszcze jedno bojowe zadanie: rozbudzanie w swych dzieciach polskości. A cóż lepiej, niż polska muzyka Chopina, Paderewskiego, Moniuszki może być w tym pomocna. Gdyby  Justyna Szopenowa nie zezwalała małemu  Fryckowi na słuchanie  melodii ludowych, o ile uboższa byłaby jego twórczość, pozbawiona polskiego ducha. Nie trzeba mieć  tytułów uniwersyteckich, by stwierdzić, że to, co polubimy za młodu, będziemy lubić  i w późnej starości przekazując nasze pasje młodszym generacjom. Wszak znane jest wszystkim polskie ludowe przysłowie: CZYM SKORUPKA ZA MŁODU NASIĄKNIE, TYM NA STAROŚĆ TRĄCI.

Anna Pankowska

Stowarzyszenie POLONIA (Cesena)

 

Pytanie to wydaje się zasadne, gdyż w kraju działają sądy pracy i ubezpieczeń społecznych oraz inspekcja pracy. Czym zatem mają się zajmować związki zawodowe?

Łatwo zauważyć, że działania związków zawodowych oparte są na umarłej ideologii, która zakładała istnienie konfliktu interesów pracowników i pracodawców. O tym, że rzeczywistość się zmieniła może świadczyć fakt, iż w Polsce tylko 15% zatrudnionych należy do związków zawodowych. Skoro sami pracownicy nie czują potrzeby przynależności do organizacji związkowej to oczywistym jest pytanie o celowość jej istnienia.

Znaczenie związków zawodowych zaczęło spadać, gdy w gospodarce zaczęły się zmiany strukturalne polegające na tym, że wielkie molochy zostały zastępowane przez mniejsze spółki.

Paradoks polegający na tym, że przywódcy organizacji związkowych są zatrudnieni na dobrze płatnych etatach w przedsiębiorstwach sprawia, że w trosce o swoje interesy występują przeciw racjonalizacji organizacji przedsiębiorstwa, a przede wszystkim jego prywatyzacji.
Gdy wobec braku zamówień „padały”: Ursus, FSO czy stocznie, pracownicy byli zwalniani, a działacze związkowi do końca brali swoje wynagrodzenia, bo związkowca nie można zwolnić w okresie pełnienia przez niego statutowej funkcji.

Jeżeli rolą związków zawodowych jest troska o warunki życiowe pracowników, to należy zapytać co związki zrobiły bądź robią, aby zmniejszyć bezrobocie?

”Człowiek jest tyle wart ile dobra i miłości pozostawi po sobie”.

W tym roku  obchodzę  jubileusz  30 – letniej  działalności  dobroczynnej  na rzecz  dzieci  skrzywdzonych przez los. Przez te 30 lat ani na moment nie zwątpiłem  w  swoją  jakże  szlachetną  misję. Pomimo, iż  życie nie zawsze  było, dla mnie łaskawe, że straciłem pracę, że przeżyłem olbrzymią  „traumę” związaną  z  przykrym  zdarzeniem  mojego  syna, który  tylko dzięki opatrzności  Bożej  uszedł  z życiem, że  w konsekwencji  tego wszystkiego  przeszedłem  stan przedzawałowy!  Niektórzy  moi znajomi mówili  wprost; Ryszardzie po co ci to wszystko? Co ci daje ta twoja dobroczynność ? Pomagasz  innym, a  sam  masz tyle różnych  życiowych problemów!  Odpowiadam  im krótko, spróbujcie  to czynić, a szybko znajdziecie odpowiedź. Bo  kto tylko raz  zetknie się  z wolontariatem to przeważnie  pozostaje z nim już  na zawsze, taka jest  prawda! Odkryłem ją  30 lat temu.

Dla mnie jest to droga wskazująca  prawdziwy sens życia. Muszę  jednak  szczerze  wyznać  że  moja  wrażliwość  kształtowała  się już od dzieciństwa, pamiętam, że np. w szkole zawsze broniłem  słabszych i potrafiłem podzielić się „ostatnią kromką chleba”. Mój pierwszy „bakcyl” w  wolontariacie  datowany  jest od 15 stycznia 1981 roku, pamiętam,  że był  to na pewno  karnawał  i  że podczas  jego trwania organizowane  były  różne  zabawy, bale itp. Tak zresztą jest do  dziś.  W latach  80 –tych  prowadziłem w  Warszawie  dużą, piękną  restaurację  „ASTORIA”,  w  której  to  w  okresie  karnawału  działo się zawsze  bardzo  wiele… Któregoś  dnia  w moim  lokalu  bawili się dziennikarze  ówczesnego „Kuriera  Polskiego”, lokal nasz bardzo im się spodobał, wkrótce zaproponowali  zorganizowanie  balu dobroczynnego  na  rzecz  dzieci  niewidomych  i  ich  ośrodka  w Laskach  pod  Warszawą. Propozycję  przyjąłem  bez wahania.  Redakcja  „Kuriera  Polskiego” przejęła  patronat  medialny  nad  tą  imprezą, ja  natomiast  przygotowałem  oprawę  artystyczną  z  uwzględnieniem  aukcji  obrazów  i  loterii  fantowej.  Bal spotkał  się z bardzo dużym  zainteresowaniem, lokal pękał  w szwach, niestety dla wszystkich chętnych zabrakło  miejsc!  Impreza  była bardzo udana, przy  świetnej zabawie, aukcji  i  loterii  zebrano  dość  dużo  pieniędzy, które to  następnego   dnia  zawieziono do  Ośrodka  w  Laskach. Z dziećmi  niewidomymi  spotkali się przedstawiciele  red. „Kuriera  Polskiego” i  moja skromna osoba. Było  to  bardzo  wzruszające  spotkanie, które  zapamiętam do końca  życia !...bowiem  widok  dzieci  niewidzących może rozerwać  niejedno  serce.

Wiele osób wyjeżdża na emigrację bez ukończenia szkoły w Polsce. Znajdują się nagle w obcym kraju, często bez znajomości języka. Bardziej niż o nauce myślą o pracy, by móc się utrzymać. Czy jest jakaś alternatywa dla osób, które jednak chciałyby zdobyć średnie wykształcenie?

W Polsce w ostatnich latach powstało wiele szkół, które oferują naukę przez Internet. Nauka w takiej szkole daje takie same możliwości jak w tradycyjnej. W trakcie uczęszczania do niej można uzyskać wszelkie zaświadczenia i ulgi przysługujące w szkole państwowej gdyż posiada ona uprawnienia szkoły publicznej. Po jej ukończeniu otrzymujemy świadectwo ukończenia szkoły średniej i zdajemy maturę.

Sama edukacja jest dosyć prosta - wysyła się prace zaliczeniowe, bierze się udział w forach i czatach z innymi uczniami oraz nauczycielami. Na koniec każdego semestru odbywa się egzamin. Dla wielu osób to jedyna szansa na zdobycie matury. Dla innych rozwiązanie problemu nieśmiałości, stresu czy też pokonanie bariery niepełnosprawności.

Alicja mieszka w Polsce, ale nie chciała uczyć się w tradycyjnej szkole. - Stres, strata czasu na dojazdy do Warszawy. Poza tym czasem mogę popracować. To powody dla których uczę się przez Internet – opowiada nasza rozmówczyni.

Magda mieszkająca poza granicami Polski bardzo chwali sobie naukę w jednej z takich szkół mieszczącej się w Warszawie. - Szkołę online wybrałam właśnie dlatego, że jest prowadzona w wygodnym trybie. Dzięki niej można zdobyć średnie wykształcenie, nie uczęszczając codziennie na zajęcia.

Mieszkając za granicą, jest to bardzo idealne rozwiązanie. Jestem bardzo zadowolona, że to właśnie tą szkołę wybrałam – powiedziała uczennica. Podobne zdanie ma Konrad, który także pracuje poza granicami naszego kraju. Przyznaje, że ma też to swoje minusy ale dzięki pomocy grona pedagogicznego i dobrze działającego sekretariatu potrafi je zaakceptować.

Jestem spokojnym, normalnym chłopakiem, który chce mieć szanse normalnie żyć bez pomocy innych. Zwracam się osobiście z gorącą prośbą o choćby drobną pomoc finansową. Szukam osób, firm którzy nie są obojętni na ludzkie cierpienie.

Mam na imię Adam i mam 25 lat. Jestem osobą niepełnosprawną, poruszam się na wózku inwalidzkim, ponieważ cierpię na porażenie mózgowe cztero-kończynowe. Środki z Waszej pomocy przeznaczę na rehabilitację, zakup sprzętu rehabilitacyjnego, na turnusy rehabilitacyjne (koszt jednego wyjazdu na turnus to 3.500 zł, a PFRON refunduje go raz na 2 lata i to w 50%) .

Bardzo potrzebuję nowego wózka inwalidzkiego, który znacznie poprawi mi samodzielne funkcjonowanie na co dzień. Koszt takiego wózka elektrycznego z pionizacją to wydatek ponad 50 tysięcy złotych. Zapewnia on duży komfort w poruszania się w pozycji stojącej jak i siedzącej. W momencie pionizacji koła jezdne rozsuwają się na boki co zapewnia dużą stabilność wózka oraz łatwiejsze pokonywanie progów i krawężników. Umożliwia to swobodne poruszanie się nawet w plenerze. Wzmocnione koła zapewniają amortyzację w czasie jazdy po nierównościach poza domem. Mając taki wózek mogę pionizować się kilka razy dziennie. Mógłbym w ciągu dnia poleżeć w wózku i być nareszcie bardziej samodzielny. Pionizacja czyli stanie w takim wózku poprawia znacznie krążenie w nogach, zmniejsza się przez to bolesny ucisk kręgosłupa spowodowany siedzeniem.

Marzę, aby świat oglądać na stojąco, tak jak robić to może każdy zdrowy człowiek. Wierzę, że poprzez środki zebrane dzięki Waszej pomocy uda mi się to osiągnąć.

Więcej informacji na: www.adam.osobie.net oraz www.dzieciom.pl/11770