Magazyn - Nasz Swiat
15
Pn, lipiec

Znacie Arry’ego Pottera lub amburgera? Nie? To musicie pojechać do Włoch, a zrozumiecie, że znacie bardzo dobrze.

Włosi nie wymawiają literki h zgodnie z zasadami języka włoskiego, co przekładają także na język angielski. Dodatkowym utrudnieniem w zrozumieniu “angielskiego po włosku” jest ich specyficzny akcent. Mimo to, odkąd zaczęłam pracę we Włoszech nie miałam większych problemów z porozumiewaniem się.

Nadmorski domek letniskowy, w którym mieszkam i pracuję jest miejscem wypoczynku włoskiej rodzinki z Rzymu. Przyjechałam tu z przeświadczeniem, że mogę liczyć tylko na moją podstawową znajomość języka włoskiego. Jednak już pierwszego dnia pracy okazało się, że mogę swobodnie rozmawiać z panem domu wykorzystując mój znacznie lepszy angielski. Reszta rodzinki nie zna języków obcych, lecz także wielu z sąsiadów mojego pracodawcy mówi dobrze po angielsku, a nawet biegle. Tyczy się to głównie osób w wieku 20-40 lat. Wśród starszych obywateli znajomość języków obcych zdarza się rzadko. Mimo to, w trudnych sytuacjach idzie się dogadać, bo Włosi są mistrzami świata w języku migowym.

Prawdą jednak jest, że przy sprzątaniu i gotowaniu dla mojej włoskiej rodzinki nie muszę używać języka. Dowodem na to jest fakt, że wcześniej mój pracodawca zatrudnił Rumunkę bez jakiejkolwiek znajomości języka włoskiego czy angielskiego. Mimo to, dziewczyna pracowała dwa lata opiekując się ich domem i dzieckiem, zaraz od momentu porodu. Ponoć już po półtora roku Rumunka mówiła całkiem płynnie po włosku.

Do doświadczeń mojej włoskiej familii w zatrudnianiu na czarno można jeszcze dopisać drugą Polkę, która tak jak ja zajmowała się ich domkiem letniskowym tylko przez okres wakacji, oraz Bułgarkę, która pomagała im także w domu, w Rzymie.

Z badań prowadzonych przez specjalistów wynika, że istnieje możliwość powstania fal tsunami na Bałtyku. Do takich zjawisk, o czym mało kto wie, dochodziło już w przeszłości. Dowodem na to, są „geologiczne” zapisy w kronikach.

Najbardziej niszczycielskie tsunami w historii Polski wystąpiło w 1497 roku w Darłowie.

Im wcześniej zacznę pracę, tym wcześniej ją skończę? Błąd. W moim przypadku ta reguła się nie sprawdza, bo pracuję we Włoszech bez uregulowanych godzin. Oznacza to, że jeśli wysprzątam dom, zrobię obiad i pranie, to i tak w każdej chwili może mi zostać zlecona dodatkowa robota. Nie mam podpisanej umowy o pracę, więc moje obowiązki nie zostały dokładnie sprecyzowane. Jest to najbardziej uciążliwy aspekt mojej pracy w Santa Severa, gdzie mieszkam i pracuję w domku letniskowym jednej z włoskich rodzin.

Z drugiej strony praca na takich warunkach pozwala na zaplanowanie dnia według własnego rytmu. Mogę robić przerwy kiedy zechcę i pracować także popołudniami. Domek znajduje się bezpośrednio przy plaży, więc zawsze znajdzie się chwila na kąpiel w morzu.

Przekonałam się jednak, że czas wolny mogę spożytkować także w bardziej praktyczny sposób. Otóż, nie minął nawet tydzień mojego pobytu w Santa Severa, a wieść o moim przyjeździe dotarła do pobliskich domów. Efektem tego była wizyta jednej z sąsiadek i oferta pracy dodatkowej w soboty. Kobieta ma około 80 lat i mieszka z mężem, byłym wojskowym. Oboje przyjeżdżają tu tylko na okres wakacji i szukają osoby, która by co tydzień przychodziła i posprzątała mieszkanie. Moja pracodawczyni nie miała nic przeciwko, bo według naszej umowy niedziele oraz sobotnie popołudnia mam wolne i mogę je wykorzystać jak chcę. Mi również nic nie przeszkadzało, więc od następnego tygodnia zaczęłam moją drugą pracę na czarno.

Stawka została ustalona na 8 euro/godz. Mieszkanie nie było sprzątane od zeszłych wakacji, a włoska babcia mimo swoich lat widziała wszystkie plamy. Pierwszego dnia przepracowałam 4 godziny. Tym razem babcia zamiast dziadka wcieliła się w rolę wojskowego i nie spuszczała ze mnie wzroku. Moja dokładność i jej ścisła kontrola zaowocowały zaufaniem z jej strony i w następną sobotę pozostawiła już mi nadzór nad czystością. Mimo, że w drugą sobotę było już zdecydowanie mniej do sprzątania i uwinęłam się w dwie godziny, to otrzymałam 20 euro zapłaty. Później 20 euro stało się normą, choć weszłam we wprawę i kończyłam sprzątać po 1,5godz.

Oprócz mnie, utrzymującej czystość w dwóch domkach, także do najbliższej sąsiadki mojej pracodawczyni dochodzą pracownicy. Sprzątaczka przychodzi do niej raz w tygodniu, a ogrodnik – trzy razy. Oboje pracują po ok. 4 godz.

Przez te kilka tygodni, odkąd pracuję we Włoszech, nikt się mnie nie pytał czy posiadam permesso di soggiorno, czyli pozwolenie na pobyt, czy też codice fiscale (włoski NIP). Moja pracodawczyni płaci mi 500euro do ręki, o czym wiedzą wszyscy poznani przeze mnie znajomi rodziny. Praca na czarno wydaje się być tu oczywista, a załatwianie wszystkiego legalnie – stratą czasu. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się na zdobycie potrzebnych dokumentów, to po pierwsze musi mieć podpisaną umowę o pracę. Następnie z tą umową należy się zgłosić do kwestury w celu uzyskania prawa pobytu (permesso di soggiorno per motivi di lavoro). Ostatnim miejscem, do którego trzeba się skierować to Agenzia delle Entrare, gdzie przyznają codice fiscale.

Ola Wilkowicka

Przedruk artykułu opublikowanego w dwutygodniku Praca i Nauka za Granicą za zgodą redakcji.

Czytaj także: Moje włoskie wakacje, cz.I.

19,6 kg – tyle przytyłam w ciąży. Kooooszmar!  Jak schudnąć po ciąży nie rezygnując z karmienia piersią. Rozstępy – dobry sposób, aby ich zapobiec.

Przytyłam dużo za dużo już w pierwszym trymestrze ciąży. Moja wspaniała pani ginekolog zaleciła mi wprawdzie stosowanie diety dla kobiet w stanie błogosławionym, dostarczającej odpowiednią ilość kalorii i wszystkich niezbędnych dla zdrowego rozwoju dziecka składników, ale nie bardzo udawało mi się trzymać wskazanego  jadłospisu.  Rozbijało się o to, że przepisana dieta składała się z mikroskopijnych, jak na moje dotychczasowe przyzwyczajenie,  porcji.

Zanim zaszłam w ciąże prowadziłam bardzo aktywny tryb życia i pewnie dlatego nigdy nie miałam problemów z utrzymaniem szczupłej sylwetki, a jadłam zawsze raczej sporo jak na kobietę i raczej kalorycznie.

Instynkt macierzyński nakazał mi już na samym początku ciąży zrezygnować z tzw. niezdrowych pokarmów i wszelkich używek. Bez trudu przyszło mi rozstanie z kawą, herbatą i cała masą pustych pod względem wartości odżywczych smakołyków.  Jednak za żadne skarby świata nie byłam w stanie przestawić się na głodowe porcje przewidziane w jadłospisie otrzymanym od pani ginekolog.

Zaczęłam więc mnożyć praktycznie wszystkie zalecone ilości pokarmów  razy dwa. Tym sposobem już na początku drugiego trymestru byłam o 7 kilogramów „do przodu”.
Nie specjalnie jednak przejmowałam się tym, że tyję za dużo i za szybko, bo tak się złożyło , że akurat w tamtym okresie  jak nigdy byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Włosy mi zgęstniały, skóra się wygładziła i co najważniejsze wypiękniał mi „dekolt”.  Nareszcie mogłam poszaleć w sklepach z bielizną i wyrzucić do kosza staniki w znienawidzonym rozmiarze „1”.
Mniej zaczęłam się sobie podobać dopiero w 8-ym miesiącu, kiedy okazało się że przytyłam ponad 15 kilogramów.  Zaczęłam się też martwić tym, że z powodu tej nadwagi będę miała ciężki poród.

Ostatecznie w dniu parto ważyłam o 19,6 kg w stosunku do wagi „wyjściowej”. Czułam się i wyglądałam jak wieloryb i co gorsza, jak się miało wkrótce okazać stan ten był jedynie zapowiedzią nadchodzącej  kompletnej dekadencji mojej „urody”.

Życie na emigracji kojarzy się nam z przygodą i z czymś nowym, oryginalnym. Jednak życie w obcym kraju, to nie tylko fajna przygoda, ale i niezła szkoła życia. Nowe środowisko, nowi ludzie, nierzadko obcy język, nieznane obyczaje i dziwna mentalność.

Jak sobie z tym wszystkim poradzić? Jak to wszystko unieść i po prostu odnaleźć się w tym nowym, emigracyjnym życiu? Niektórym osobom przestawienie się na życie w innym kraju przychodzi łatwo, innym z dużym trudem. Ci pierwsi od euforii i zachłyśnięcia się szczęściem z przebywania w Bella Italia, przechodzą w stabilną, pogodną normalność. Ci drudzy, walczą bez ustanku jak z wiatrakami, z tym co nowe, niezrozumiałe i inne. Walczą z piętrzącymi się trudnościami i często niepotrzebnie się buntują przed nieuniknionymi problemami życia codziennego każdego emigranta we Włoszech.

Bella Italia?
Włochy to taki kraj, który kusi i łudzi, a potem powoli odkrywa swoje prawdziwe oblicze. Jak kobieta, która nęci i kokietuje, a potem powoli odkrywa swoje drugie ja.
Piękne krajobrazy, śpiewny język, sympatyczni ludzie i zapierające dech w piersiach widoki, z czasem przeobrażają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki we włoskie realia życia codziennego. Ta transformacja jest o tyle zaskakująca, że ktoś kto był we Włoszech tylko na wakacjach, z pewnością nie zrozumie osoby, która miała okazję zamieszkać na Półwyspie Apenińskim chociaż przez kilka miesięcy.

Po jakimś czasie odkrywa się tzw. drugą stronę medalu. Włoskie życie wcale nie jest takie różowe, ludzie tacy szczerzy i sympatyczni jakby się wydawało, a brud i dezorganizacja mogą przykryć nawet najbardziej atrakcyjne włoskie zabytki. To przykre, ale prawdziwe!

Jak sobie pomóc?

Wiadomo, że jak już się zdecydowało podjąć walkę i wytrwać w życiu na emigracji, nie ma sensu wystawiać na piedestałach dalekiej Ojczyzny i oczerniać bez ustanku kraj nas goszczący. Po tzw. "kryzysie emigranckim", należy niektóre kwestie przyjąć za nieodwracalne, no bo w końcu nie da się zmienić biegu Wisły. Na niektóre problemy przymknąć oko, a z innymi aspektami życia codziennego we Włoszech nauczyć się żyć, nie szkodząc samemu sobie.

Generalizowanie, że wszystko jest czarne albo białe, też się nie sprawdza w praktyce. Jednak z pewnością pomaga próba zrozumienia włoskiej mentalności, sposobu myślenia i zachowania się Włochów w różnych sytuacjach. Poza tym, im większa aklimatyzacja, tym łatwiejsze życie we Włoszech.
Jak stwierdził pewien znajomy Włoch, należy wziąć to, co dobre z polskiej mentalności i połączyć z tym, co dobre we włoskiej. Wtedy otrzyma się mieszankę idealną, a osoba która posiadła to co najlepsze z tych dwóch kultur, stanie się szczęśliwsza i mądrzejsza. Kto wie, czy miał rację i czy komuś udało się dojść do takiej perfekcji?

Język
Znajomość języka we Włoszech jest podstawą w tym, aby poczuć się w Bella Italia prawie jak w domu. Wiąże się to z tym, iż Włosi nie są specjalnie utalentowani językowo, a niestety kluczem do konwersacji jest przynajmniej podstawowa znajomość języka włoskiego. Na szczęście Włosi są bardzo wyrozumiali i mają dar do motywowania rozmówcy, do nauki ich ojczystego języka. Toteż nauka języka włoskiego we Włoszech, z reguły naszym rodakom przychodzi stosunkowo łatwo i szybko. Poza tym, nie znając języka włoskiego trudno się przecież zaaklimatyzować, zrozumieć włoską mentalność, no i w ogóle normalnie funkcjonować. W końcu każdy Włoch powie: „Jak przyjechałeś do mojego kraju, to ucz się mojego języka!”.

Praca
Sporą rolę w życiu każdego emigranta odgrywa też i praca. Znalezienie pracy we Włoszech, co może okazać się nie lada wyczynem, też może ułatwić szybszą aklimatyzację w nowym kraju. Wiadomo, każdy z nas chce poczuć się użytecznym i niezależnym finansowo. Nowe środowisko, nowi ludzie sprawią, że będziesz miał większą motywację do działania, a może i nowe otoczenie zaowocuje nowymi przyjaźniami?
A co jak nie nowe znajomości, szczególnie z autochtonami nie sprawią, że człowiekowi lżej na duszy w obcym kraju? Do tego taki lokalny przyjaciel jak przewodnik, może nas wciągnąć w meandry włoskich realiów, a tym samym bezboleśnie pomóc zrozumieć niektóre aspekty życia we Włoszech.

Polskie i niepolskie przyjaźnie
Włoscy i Polscy znajomi na nowej ziemi też mogą pomóc w aklimatyzacji we Włoszech.
Polskie organizacje, stowarzyszenia, oraz fora internetowe, mogą nam również w tym pomóc. Chodzi tu głównie o znalezienie innej bratniej duszy, która ma podobne spostrzeżenia na temat życia we Włoszech. W końcu, kto jak nie inny Polak zrozumie nasze rozterki i bolączki na włoskiej ziemi?

Fakt, z polskimi przyjaźniami bywa różnie. Czasem zdarzają się niezrozumiałe rywalizacje, zazdrość i podkładanie kłód pod nogi, a szkoda. Jednak bywa i tak, że taki przyjaciel prosto z Polski, ukoi nasze stęsknione serce za tym co polskie, pocieszy i pomoże w trudnościach życia emigranckiego we Włoszech.

Wprawdzie przyjaźnie w życiu dorosłym to nie to samo, co stare znajomości sprzed kilkunastu lat, ale niestety do prawdziwej przyjaźni potrzeba dużo cierpliwości. Poza tym, mądre przysłowie mówi, że "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie". W związku z tym, przy odrobinie cierpliwości, kapce trudności i kilku latach wytrwałości, można znaleźć polską, bratnią duszę we Włoszech.

Podsumowując, kiedy na początku emigranckiej drogi dopada nas strach i rezygnacja, trzeba pamiętać, że nie my pierwsi i nieostatni przez to wszystko przechodziliśmy. Co nas nie zabije to nas wzmocni! A może gdzieś za rogiem, też jest ktoś taki, który czeka na pomoc i pocieszenie, może warto przejść razem przez troski i trudności życia we Włoszech, by z czasem poczuć się szczęśliwym w swej drugiej ojczyźnie?

M. Zakrzewska

W pierwszą niedzielę sierpnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przyjaźni. Jest to doskonała okazja do tego, aby zastanowić się nad tym czym jest przyjaźń i jak bardzo jest nam potrzebna we współczesnym świecie.

Na temat przyjaźni powstało wiele utworów, wierszów, anegdot. Temat ten był poruszany praktycznie od zawsze. Już w starożytności Arystoteles wypowiadał się na temat przyjaźni. Rozróżniał jej dwa rodzaje: przyjaźń idealną, która jest wartością samą w sobie oraz  przyjaźń, która ma spełniać jakiś cel na przykład przyjemność lub użyteczność.

Autor: Piotr Millati

Kiedy Miłosz otrzymał w 1980 roku Nagrodę Nobla, miałem trzynaście lat. Nie czytałem wówczas poezji, szczerze mówiąc, nie czytałem nie tylko poezji. Perypetie i napięcia właściwe dla mojego wieku wypełniały bez reszty moje wzrastające istnienie. Rok później Miłosz przyjechał do Polski. Pod wieloma względami jego objazd po kraju przypominał mającą miejsce dwa lata wcześniej pielgrzymkę papieża – wszędzie ta sama, jedyna w swoim rodzaju, atmosfera entuzjazmu i niemal świętego uniesienia. Tłumy wiernych uczestniczących w nabożeństwach i tłumy czytelników pragnących wziąć udział w spotkaniach z poetą. I choć skala uczestnictwa w tych zdarzeniach była rzecz jasna nieporównywalna, to na pewno pod względem wielkich emocji, które budziły, były sobie one równe.

Miłosza dość często pokazywała telewizja, która w tym krótkim okresie częściowego przyzwolenia na wolność słowa mogła pozwolić sobie na rzeczy wcześniej nie do pomyślenia. To za jej pośrednictwem po raz pierwszy ujrzałem jego twarz. Wizerunek poety, który najsilniej wrył się wówczas w moją pamięć, tkwi w niej po dziś dzień niczym głęboko wbita drzazga. Zdarzyło się to na samym początku jednego ze spotkań, na którym poeta czytał swoje wiersze. Aula, gdzie się to odbywało, pękała w szwach. Ci, dla których zabrakło miejsca, stali stłoczeni na parapetach, z trudem starając się utrzymać równowagę. Miłosz siedział przy stoliku na podium, pod którym tłoczyły się dziesiątki fotoreporterów. Pomieszczenie rozświetlała nieustanna kanonada fleszy. Miłosz zaczyna czytać – jego głos jest monotonny, jednostajny, pozbawiony aktorskiej kokieterii i efekciarstwa. W pewnym momencie przerywa w pół słowa. Jak dziś widzę jego gniewną, przeoraną bruzdami twarz, która przypominała swą surowością ożywiony granit. Nie starając się ukryć, czy choćby złagodzić swej irytacji, krzyczy: „Przecież prosiłem, żeby mi nie robić zdjęć, jak zacznę czytać!!!” Na reporterów działa to jak pomruk szykującego się do ataku litewskiego niedźwiedzia – popłoch, przerażenie i trusiowata potulność. Szczerze mówiąc, wówczas także i ja nieźle się wystraszyłem i smagnięcie tego lęku czuję do dziś... Czytaj dalej

Źródło: