Magazyn - Nasz Swiat
16
Wt, lipiec

Ich głosy i muzyka przyprawiają o gęsią skórkę. Fantastyczna płyta i w dodatku częściowo też o nas, emigrantach.


"Nives" taki tytuł nosi album duetu Primaluce, który niedawno ukazał się na włoskim rynku muzycznym.

„Nives” to pięć utworów rock, intensywnych dźwiękowo i refleksyjnych.

Primaluce śpiewają o samotności, strachu, o  miłości, ale co ciekawe też o życiu imigrantów. Nadzwyczajne efekty dźwiękowe osiągnęli poprzez wprowadzenie sekcji orkiestrowych z instrumentami smyczkowymi i dętymi.

Posłuchaj piosenek on line

PRIMALUCE

Duet PRIMALUCE Stefano Camilloni i Andrea Rocchi rozpoczyna swoją działalność artystyczną w 1993 roku.


W latach 1993 i 1998 zespół nagrywa kilka utworów rock progressive, zebranych w 1999 roku w albumie „Tokyo Dance”,  autowydanym.


W latach 1995-2003 koncertują w całych Włoszech i biorą udział w kilkunastu festiwalach.


Od  2003 do 2009 Stefano Camilloni i Andrea Rocchi pracują nad wieloma projektami, równolegle do ich pracy jako duetu. Andrea zaczyna intensywnie studiować włoski pop lat 60-tych i 70-tych oraz  launeddas. Gra też  jazz z Carlo Marianim. W tym samym czasie Stefano komponuje utwory instrumentalne dla filmów krótkometrażowych i spektakli teatralnych.


W 2010 roku duet rozpoczyna współpracę z Marco Adami, pisząc słowa  piosenek  i komponując muzykę dla artystów włoskich i międzynarodowych.

W październiku 2010 roku duet rozpoczyna nagrywanie albumu „NIVES” w Kafer Studio. Płyta ukazuje się na rynku muzycznym 14 kwietnia 2011 firmowana przez  Kafer Records.

PRIMALUCE - "Nives"
Il giorno che vivrei
Sulle ali del mare
Nives
L'ultimo pensiero
Il Re

Muzyka skompowana przez:
Stefano Camilloni i Andrea Rocchi
Producent: Marco Adami
Teksty piosenek: Stefano Camilloni, Andrea Rocchi, Marco Adami
Tekst  "L'ultimo pensiero": Stefano Camilloni, Andrea Rocchi, Marco Adami i Paolo Gentile

Muzycy:
Stefano Camilloni - Piano & Voce
Andrea Rocchi - Chitarre & Voce
Fabrizio De Melis - Viola, Violino
Giuseppe Tortora - Violoncello
Massimiliano "Mr Fuzz" Diotallevi - Sax
Marco Adami - Basso & synth programming

Oficjalna strona internetowa Primaluce


Danuta Wojtaszczyk

Jan Paweł II we wspomnieniach Primo Maresciallo Alberto Chiarenza,  z zespołu odpowiedzialnego za bezpieczeństwo przeciwpożarowe helikoptera Ojca Świętego.

- Pozostanie na zawsze w moim sercu – mówi PM Alberto Chiarenza, pełniący służbę w Quartier Generale del Comando Squadra Aerea di Roma (dowództwie rzymskiej  eskadry lotniczej), w zespole odpowiedzialnym  za bezpieczeństwo  przeciwpożarowe helikoptera Ojca Świętego.

Ze wzruszeniem wspomina polskiego papieża, który zawsze znajdował chwilę, aby podejść do członków ich ekipy, uścisnąć im rękę, zamienić kilka słów i podziękować za służbę, którą z wielkim oddaniem pełnią również dla Stolicy Apostolskiej.

- W ciągu wielu lat pracy w okresie pontyfikatu Jana Pawła II miało miejsce wiele sympatycznych sytuacji, ale to co najbardziej nas zawsze zaskakiwało, to fakt, że Jan Paweł II zawsze znajdował dla nas choćby minutę, mimo, że przecież nie byliśmy nikim ważnym a ON najważniejszą osobistością na świecie – opowiada Alberto Chiarenza.

- Pamiętam Jego spojrzenie -  ciepłe i odzwierciedlające  wielki wewnętrzny spokój oraz duchowość – dodaje.

- Każde spotkanie z Papieżem jest zawsze wzruszające, a zwłaszcza wtedy kiedy widzisz Ojca Świętego zmierzającego w Twoją stronę, aby podać Ci rękę i zapytać „jak leci”?

- Wiele razy zastanawiałem się, ilu ludzi chciałoby być na moim miejscu, aby  móc uścisnąć dłoń osobie tak wyjątkowej i nadzwyczajnej jaką On był. Jan Paweł II na zawsze pozostanie w moim sercu – dodaje Alberto Chiarenza.

wysłuchała
Danuta  Wojtaszczyk


Ogromna jest grupa Polaków, która wyemigrowała z ojczyzny i osiedliła się na stałe lub na czas nieokreślony w innych krajach. Nie jest też rzadkim zjawiskiem, że Polacy, ci na emigracji, zawiązują stałe związki, biorą ślub, tworzą rodziny, w których rodzą się dzieci.

Dzieci te mają cudowną możliwość dorastania w otoczeniu dwóch kultur – tej, w której się urodziły i w której żyją na co dzień, jak i tej, którą otrzymują “w spadku” po polskich przodkach (polskiej mamie lub tacie, albo obojgu polskich rodziców) i którą „w oryginale” mają okazję poznać jedynie podczas wakacyjnych czy świątecznych wyjazdów do Polski.

Wielokulturowość wzbogaca, poszerza horyzonty, w dosłownym znaczeniu „otwiera oczy na świat”. Dwujęzyczność takich dzieci to jeszcze jedna cudowna konsekwencja tego, że żyją w wielokulturowości. Mając możliwość słyszenia i obcowania jednocześnie z dwoma językami – przyswajają je w jednakowy sposób. Umysł dziecka jest otwarty i chłonny niczym gąbka – nauka dwóch lub większej ilości języków nie sprawia im żadnej trudności i co ważne uczą się ich bez obcych akcentów, w sposób perfekcyjny. Nauka przychodzi im w naturalny sposób i jakby mimochodem.  Tak, jak dziecko mieszkające w kraju przodków uczy się ich języka, tak samo dziecko mieszkające w nowym kraju, przyswaja równocześnie dwa języki – język kraju w jakim mieszka i język przodków.

Aby dziecko mogło stać się dwujęzyczne w naturalny sposób muszą być jednak spełnione pewne warunki. Różnią się one w zależności od tego, czy oboje, czy tylko jedno z rodziców jest Polakiem.

DZIECI, KTÓRYCH OBOJE RODZICE SĄ POLAKAMI
Dzieci z polskich rodzin, mieszkające poza granicami Polski mają ułatwione zadanie bycia dwujęzycznymi. Język polski słyszą na co dzień w domu rodzinnym, bowiem posługują się nim oboje rodzice. Drugiego języka perfekcyjnie uczą się zazwyczaj po pójściu do przedszkola, w wieku około 3 lat. Przez pierwsze lata życia dominuje język polski, następnie sytuacja się wyrównuje.

UWAGA! Nie należy absolutnie obawiać się, że dziecko nie nauczy się języka kraju w jakim mieszka! Dzieci uczą się błyskawicznie i perfekcyjnie. Lepiej w domu pielęgnować język polski, niż starać „uczyć” dziecko języka obcego, co może mieć taki skutek, że w późniejszym wieku dziecko nie będzie chciało mówić po polsku, bo łatwiej mu będzie wyrażać się w języku „obcym”.
Dzieci takie kreują sobie swoisty podział językowy, wiedzą, że dom to język polski, a to co poza nim to język kraju, w którym żyją.

DZIECI, KTÓRYCH TYLKO JEDNO Z RODZICÓW JEST POLSKIEGO POCHODZENIA
Dzieci te mają utrudnioną sytuację do stania się dwujęzycznym, bowiem języka polskiego mogą nauczyć się tylko od jednego z rodziców. W zdecydowanej większości tym rodzicem jest mama i to stawia jednak naukę języka polskiego w lepszym świetle. Z reguły
mama spędza więcej czasu z dziećmi, szczególnie w pierwszych latach ich życia i może wykorzystać ten okres do wpajania języka polskiego. A po drugie jak wyrazić najlepiej uczucia do dziecka, zaśpiewać mu kołysanki czy poczytać bajeczki, jak nie w ojczystym języku?

Nawet znając perfekcyjnie język obcy – ten nasz ojczysty zostanie zawsze na pierwszym miejscu w wyrażaniu uczuć. Bardzo ważne jest więc, aby polski rodzic mówił do dziecka TYLKO w języku polskim, a drugi rodzic w języku kraju, w którym mieszka rodzina. Dla dziecka ważny jest podział: mama to język polski, a tata język włoski (angielski, itp.) i na odwrót.

Dziecko utożsamia jezyk z osobą. Nie wolno więc mieszać ze sobą języków i raz zwracać sie do dziecka w jednym, a za drugim razem w drugim języku. Dzieci szybko orientują się, że mama też zna język włoski (angielski, itp.), a że jest on dla dziecka łatwiejszy do nauczenia z tego względu, że słyszy go wszędzie i na każdym kroku – woli przez zwykłe, ludzkie „pójście na łatwiznę” nim się posługiwać. Należy więc konsekwentnie mówić do dziecka po polsku.

Dzieci dwu lub wielojęzyczne z reguły trochę później od swoich rowieśników zaczynają mówić (nie dotyczy to zwykle dzieci, których oboje rodzice są Polakami). Ale gdy zaczynają mówić dzieje sie to od razu w dwóch językach, na początku mieszając je ze sobą nawet
w jednym zdaniu, a czasem nawet tworząc nowe, polskowłoskie słowa. Mały przykład: mój synek połączył ze sobą włoskie „qui” i polskie “tu”, tworząc zabawne nowe słowo - “tui”.

W wieku około 3 lat dziecko zaczyna rozróżniać języki i osoby nimi się posługujące. Po polsku zwraca się do Polaków, po włosku do Włochów.

Nauce polskiego, który bądź co bądź jest na słabszej językowej pozycji może pomóc:
- wakacje u rodziny w Polsce,
- kontakt z Polakami i dziećmi mówiącymi po polsku,
- oglądanie polskiej telewizji, bajek na DVD,
- czytanie po polsku.

Zalety bycia dwujęzycznym:
- łatwiejsza nauka innych języków obcych,
- otwartość,
- tolerancja,
- kreatywność.

W powyższym tekście przedstawiłam tylko niektóre aspekty dwujęzyczności – jest to temat ciekawy i warto bardziej się w nim zagłębić dla dobra naszych dzieci.
Szczerze polecam książkę Elisabeth Deshays przetłumaczonej na wiele jezyków pt. „Come favorire il bilinguismo dei bambini. Tutti i vantaggi dei bambini che parlano due o più lingue”.

Anna Łyczko Borghi

Nazywam się Andrzej, mam 35 lat, od 7 mieszkam we Włoszech.
Dlaczego wybrałem Włochy? Hmm... Powód jest może prozaiczny: po prostu poznałem tu osobę, którą pokochałem i chciałem spędzić z nią resztę życia. Ponieważ nie wierzę w związki na odległość, zdecydowałem się zmienić pracę i całe swoje dotychczasowe życie.

Początkowo trochę się bałem tych wszystkich zmian, tym bardziej ze nie znałem w ogóle języka włoskiego. Mimo to zdecydowałem się zaryzykować.
Pamiętam dokładnie, że przyjechałem do Włoch 13 lutego. W Polsce była jeszcze zima, a tu nie było nawet śladu po śniegu. Jadąc do Italii zdawałem sobie sprawę, że bez znajomości języka i tzw. „załatwionej” pracy będzie mi bardzo trudno. Szukałem zatrudnienia przez prawie 5 miesięcy. Na szczęście miałem gdzie mieszkać i za co się utrzymać, ale doskwierał mi brak przyjaciół, brak dostępu do polskiej telewizji i prasy, kontaktu z krajem.

Pod koniec sierpnia br., wreszcie znalazłem pracę. Najwięcej trudności związanych z poszukiwaniem zatrudnienia wiązało się z faktem, że nie miałem pozwolenia na pobyt, a nie łatwo było wtedy znaleźć pracodawcę, który zgodziłby się zatrudnić bez dokumentów.
Znalazłem prace w restauracji jako pomocnik kucharza. Zawsze uwielbiałem gotować. W Polsce też pracowałem jako kucharz, więc czułem się w swoim żywiole. Była to mała restauracja, a ja nie znając kuchni włoskiej musiałem nauczyć się podstawowych dań. Na szczęście nie miałem z tym większych problemów. Mój pracodawca z początku obiecał, że zrobi mi kontrakt. Nie bardzo się jednak w rzeczywistości do tego kwapił, bo w końcu minął rok, a ja nadal nie miałem umowy o pracę.
Płaca też była raczej symboliczna: 150 euro tygodniowo za 6 dni pracy. Cóż, nie mając innych możliwości musiałem trzymać się tego zajęcia. Tak naprawdę to mój pracodawca nie był zły, tylko mało płacił i nie chciał mnie legalnie zatrudnić.

Pod koniec lipca 2004, kiedy we Włoszech weszła zmiana dotycząca pozwoleń o pracę, zdecydowałem się odejść z restauracji i poszukać pracy przez agencję. Agencja pośrednictwa pracy znalazła mi zatrudnienie w ciągu 10 dni.

Obecnie pracuję w fabryce produkującej meble kuchenne. Mam też plany na przyszłość: chciałbym otworzyć polską restaurację. Nie wiem czy i kiedy uda mi się ten plan zrealizować, ale i tak jestem szczęśliwy, gdyż nareszcie moje marzenia zaczynają się spełniać.

Po ponad półtora roku pobytu we Włoszech odebrałem kartę pobytową, co oznaczało, że nareszcie mogłem mieszkać i pracować tu legalnie.

Zawsze marzyłem, by pracować i żyć gdzieś tam w Europie. Może ktoś powie, a Polska to nie Europa? Hmm... Cóż jak patrzę na poczynania naszego rządu i przepisy jakie mamy w naszym kraju, to naprawdę zastanawiam się czy Polska to Europa...

Andrzej

Włamania, rabunki, pobicia, wyłudzenia… oto, czym może się skończyć zawieranie znajomości na polonijnych portalach randkowych…

Portale społecznościowe nie wszystkim użytkownikom służą do szlachetnych celów. Są bowiem i tacy, którzy wykorzystują je do działalności przestępczej. Zjawisko to pleni się głównie na portalach randkowych, w tym - co interesuje nas szczególnie - polonijnych, a ofiarami padają głównie mężczyźni w wieku „seniorskim”.

Marek T. emerytowany inżynier, mieszka we własnym domu na Putney w londynie. Miał sporo czasu i umierał z nudów, więc założył sobie internet, żeby ową nudę zabić. Znalazł w nim całe mnóstwo samotnych kobiet - do wyboru, do koloru. Któregoś dnia, wśród ofert wypatrzył młodą kobietę, wieku 29 lat (przynajmniej taki wiek podawała w swoim profilu). Uroda nie rzucająca na kolana - jak stwierdził pan Marek - ale twarz miła, budząca zaufanie.

Większość pań, użytkowniczek takich portali pisząc o sobie, informuje co lubi, czego nie lubi, jakiego mężczyzny szuka, czego oczekuje, ile waży, ile mierzy, czy ma dzieci, czy nie i takie tam. Pan Marek pewnie by pominął taką „młódkę”, która na dobrą sprawę mogłaby być jego wnuczką, ale zwrócił uwagę na fakt, że owa kobieta zamiast wychwalać swoje zalety napisała, że jest w okropnej sytuacji materialnej i desperacko poszukuje pracy, wręcz błaga. Pan Marek przypomniał sobie, że już gdzieś tę twarz widział. Pogrzebał w pamięci i już wiedział - ta kobieta pojawiła się na portalu jakieś pół roku temu. Zapamiętał ją właśnie dlatego, że jej anons nie zawierał żadnego opisu, tylko prośbę o pracę. Tyle, że nie tak dramatyczną, jak późniejsza. Zdziwiło go też, że szuka ona pracy tu, a nie na portalach do tego przeznaczonych. Już miał kliknąć na następną fotkę, kiedy rozejrzał się wokoło i uznał, że w jego domu jednak brakuje kobiecej ręki, bo on sprzątania przecież nienawidzi. Napisał do niej, podał numer telefonu. Oddzwoniła już po chwili. Powiedział jej, co i jak, zaprosił do siebie, ale rozmówczyni poinformowała go, że nie ma nawet na bilet. Pan T. zwątpił, ale kobieta  powiedziała, że się postara gdzieś zdobyć pięć funtów. Zdobyła. Sprawiała wrażenie wystraszonej. T. poczęstował ją kawą z ciastkami, a później pani wzięła się do pracy.

„Średnio jej to szło. Ale i tak lepiej niż mnie” - mówi pan Marek. Po miesiącu nabrał zaufania i pokazał jej, jak koduje się alarm, tak żeby mogła pracować pod jego nieobecność. Przez kolejne dwa tygodnie było wszystko jak trzeba, ale później już nie. To się stało w dniu, w którym pojechał do dentysty. Nie był pewien, czy wróci w ciągu dwóch godzin, więc wypłacił kobiecie dniówkę. Wrócił po trzech. Kobiety już nie było, ale nie tylko jej. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to brak plazmy, którą kupił specjalnie po to, żeby obejrzeć beatyfikację. Zniknął też wysokiej jakości sprzęt audio. Z pokoju obok wyparował komputer, monitor (wraz z „dizajnerskim” biurkiem), laptop, dwa aparaty fotograficzne, w tym droga lustrzanka, kamera cyfrowa, zegarek, który pan T. dostał z firmy, jak odchodził na emeryturę. Policja oczywiście była i pobrała nawet jakieś odciski. Sąsiedzi nie widzieli prawie nic, poza białym „dostawczakiem”, do którego, dwaj mężczyźni coś wnosili. O dokładne rysopisy trudno było się doprosić, bo mieli kaptury na głowach. Nikogo to nie zastanowiło, bo kapturki są modne i zakłada się je, czy słońce, czy deszcz. Pan Marek musiał przynieść z garażu stary komputer. Odpalił, podłączył, napisał wiadomość do administratora portalu, o tym, co go spotkało. Rozesłał, też informacje do kilkunastu użytkowników - panów mniej więcej w swoim wieku. Zgłosiło się trzech, ci przekazali innym i okazało się, że takich jak on jest czternastu. Z tego dziewięciu załatwiła ta sama kobieta, a pięciu pani z innego portalu.

Okradziono i ich w podobny sposób, a było łatwiej, bo nie mieli alarmu. Jeden z randkowiczów został nawet podbity we własnym mieszkaniu, w którym miał nie być - wybierał się w odwiedziny do córki, ale ta odwołała zaproszenie w ostatniej chwili.
Pan Marek, ani pozostali seniorzy, choć o swoich przygodach poinformowali policję, nie mają raczej co liczyć na odzyskanie mienia i ukaranie sprawców. Od policjantów wiedzą, że do takich przestępstw w skali tylko jednego roku, w samej tylko Wielkiej Brytanii jest kilkadziesiąt tysięcy. To tylko szacunki, bo wiele osób nie zgłasza, że padło ofiarą „randkowych gangów”. Jedyną bronią pozostaje więc zdrowy rozsądek.

Janusz Młynarski

(www.thepolishobserver.co.uk)

Con occhi di bambina", a właściwie "Oczami dziewczynki", to tytuł książki autorstwa Anny Golędzinowskiej - polskiej modelki, show girl i aktorki, która robi karierę we Włoszech.

Książka jest swego rodzaju biografią, a nawet rzec można spowiedzią autorki o jej niełatwym życiu. Opowiada w niej, jak sam podtytuł wskazuje, "o poszukiwanich utraconej niewinności".

Anna Golędzinowska pisze o swoim trudnym dzieciństwie w Polsce, jej skomplikowanych relacjach rodzinnych i podróży w nieznane do Włoch. Jest to podróż do obcego kraju "mlekiem i miodem płynącym", który ma dać jej szanse na normalne życie i może karierę modelki.

Po krótkim czasie okazuje się, że wyjazd do Bella Italia dla niepełnoletniej wówczas Ani staje się gehenną. Jej życie zmienia się w kryminał, a nawet i momentami w horror.  Dom publiczny do którego trafia, utracona niewinność i ucieczka przed kryminalistami, to tylko jeden z wątków tej powieści.

Mrożące krew w żyłach komunikaty napływające z  Japonii, każą nam się zastanowić, czy Europa, Wyspy, Polska są bezpieczne, czy w bliższej lub dalszej przyszłości nie grozi nam kataklizm podobny do tego, którego doświadczył Kraj Kwitnącej Wiśni…

Zacznijmy od Polski. Nasz kraj leży w Europie Środkowej, a ta część kontynentu, podobnie jak północna są terenami o niewielkiej aktywności sejsmicznej. Niewielkiej, ale jednak, o czym świadczy fakt, że 16 grudnia 2008 roku doszło do trzęsienia ziemi w Szwecji, co było zresztą sporym zaskoczeniem nie tylko dla jej mieszkańców, lecz również dla specjalistów od sejsmologii. Wstrząsy miały siłę 4,5 - 5 stopni w Skali Richtera. Strat w ludziach, ani też materialnych nie spowodowały, ale napędziły sporo strachu. Owe wstrząsy odczuli też mieszkańcy Pomorza i Podlasia, bo i do nas dotarła fala sejsmiczna - ich siła miała 2,4 stopnia w Skali Richtera. Jeszcze większym zaskoczeniem dla sejsmologów były wstrząsy w okolicach Kaliningradu o sile 5,4. Odczuła je cała północno-wschodnia Polska. Wróćmy jednak na nasz teren, bo przez Polskę nie tylko przechodziły fale sejsmiczne, lecz również mieliśmy epicentra. I tak np. trzęsienie ziemi o sile 4,9 stopnia nawiedziło 30 listopada 2004 roku południową Polskę. Według Obserwatorium Sejsmologicznego w Ojcowie pod Krakowem, epicentrum trzęsienia znajdowało się w rejonie Czarnego Dunajca na Podhalu, 93 km pod powierzchnią ziemi i około 10 km na północny-zachód od Zakopanego. Wstrząs był odczuwalny dla ludzi maksymalnie przez kilka sekund w promieniu ponad 100 km od epicentrum. Sejsmografy rejestrowały drgania skorupy ziemskiej znacznie dłużej, niż czuli je mieszkańcy regionu. Ten sam wstrząs został zarejestrowany przez wiele obserwatoriów sejsmologicznych w Polsce i za granicą. Na podstawie raportów z kilkudziesięciu obserwatoriów podano, że wstrząs miał w epicentrum siłę 4,9 w Skali Richtera. Sejsmolodzy z ojcowskiego obserwatorium powiedzieli, że placówki jeszcze przez wiele godzin rejestrowały wstrząsy wtórne. Od godziny 19:15 we wtorek do 8 rano w środę było ich w sumie jedenaście i miały siłę od 2 do 2,2 stopnia, a więc nie były wyczuwalne dla ludzi. W samym Zakopanem i w okolicznych miejscowościach zatrzęsły się budynki, w mieszkaniach przesuwały się meble, a z okien spadały doniczki. Wiele ludzi w niepokoju wyszło ze swoich domów.

Skutki trzęsienia w powiecie nowotarskim na Podhalu to popękane ściany, okna, kominy w kilku szkołach i budynkach użyteczności publicznej oraz w co najmniej kilkunastu domach. Z powodu uszkodzeń budynków w dwóch szkołach podstawowych i gimnazjach nie odbyły się zajęcia - w Skrzypnem i w Czarnym Dunajcu. W wyniku trzęsienia ziemi nikt nie ucierpiał. W szkole w Skrzypnem popękały ściany, szczeliny widoczne były wewnątrz i na zewnątrz, na parterze i na piętrze budynku. W kościele w Skrzypnem popękały witraże, a w remizie ściany. W szkole w Szaflarach oraz w Bańskiej Niżnej także zarysowały się ściany. W szkole podstawowej w Czarnym Dunajcu stwierdzono pęknięcia ścian. W jednym z zakładów garbarskich w okolicach Czarnego Dunajca popękały ściany, sufit, schody i poodpadały tynki. W kilkunastu budynkach mieszkalnych w powiecie stwierdzono popękanie ścian, nadproży i uszkodzenia kominów. Sprawdzono obiekty przemysłowe przechowujące toksyczne chemikalia i paliwa oraz zaporę wodną w Niedzicy, ale nie stwierdzono tam uszkodzeń. Zanotowano także trzy przypadki lekkiego uszkodzenia budynków - w dwóch domach jednorodzinnych i w jednym hotelu stwierdzono zarysowania ścian. Powołana w tym powiecie komisja skontrolowała wyższe budowle użyteczności publicznej, m.in. wieże kościelne, ale nie stwierdzono żadnych uszkodzeń.

Na terenach Polski trzęsienie ziemi to bardzo rzadkie zjawisko mimo to jednak w ostatnich kilku miesiącach dotknęło ono Polskę aż dwukrotnie. W przeszłości trzęsienie o sile 5,0 stopnia nawiedziło Podhale w 1994 roku. Dane te udostępnione przez Centrum Badań Sejsmicznych, świadczą o tym, że nie do końca jesteśmy bezpieczni.

Janusz Młynarski (www.thepolishobserver.co.uk)