Magazyn - Nasz Swiat
17
Cz, październik

Z pamiętnika emigrantki

Będąc polską małżonką lat dziewięćdziesiątych, musiałam wypracować zasady gry: synowa, syn i teściowa. O teściu nie wspominam, bo to człowiek zainteresowany fotelem, telewizją, klaserem i....płaceniem przed terminem wszelkich rachunków.

Prowadzenie domu i relacje międzyludzkie to specjalność teściowej. Wróciwszy z podróży poślubnej z ziemi polskiej do włoskiej, zastaliśmy gniazdeczko w idealnym porządku, łóżeczko zaścielone prezentem ślubnym od byłej właścicielki domu, w którym mieszkali moi teściowie zaraz po ślubie.  A w lodówce niespodzianka, RAGU BOLOGNESE. Ten specjał zrobiła mamusia dla swojego pierworodnego synka, wiedząc doskonale, że w Polsce nikt takiego sosu zrobić nie potrafi, zwłaszcza nowo upieczona synowa. Pierwszy wieczór w gniazdeczku zaczął się pechowo. Podczas okazywania sobie uczuć, ja i mój mąż znaleźliśmy się z wielkim hukiem na podłodze. Zawaliło się pod nami duże małżeńskie łoże. Po pobieżnych oględzinach okazało się, że było ono wadliwie zmontowane. Partacze widać jasno, że nie tylko żyją w kraju nad Wisłą, ale także nad Tybrem. O tak późnej porze trzeba było sobie radzić samemu. W domu męża mego było zawsze w bród książek i użyliśmy niektóre z nich by podeprzeć felerne łoże. Aż do momentu przeprowadzki do nowego mieszkania spaliśmy na książkach. Kto ma popłatny zawód śpi na pieniądzach, a jak widać na przytoczonym przykładzie, nauczyciel śpi na książkach. Ponoć śpiąc na książce można się więcej nauczyć, tak twierdzą studenci, na ostatnią noc przed egzaminem.

Włoskie śniadanie jest bardzo proste: kawa z mlekiem i kilka herbatników. Każdy mężczyzna potrafi je sobie przygotować sam. Każdy rasowy Włoch jest w stanie ugotować sobie spaghetti czy inny typ makaronu. Od najmłodszych lat mój mąż obserwował swoją matkę krzątająca się po kuchni i przygotowującą specjały kuchni śródziemnomorskiej. No cóż, polska żona miała tylko okazje obserwować wiejskie gospodynie szatkujące na stolnicy domowy makaron i wciągać zapach gotującej się kury na piecu węglowym. Włoska teściowa po kostkę masła pójdzie do pobliskiego sklepu, polska synowa z prawdziwej wiejskiej śmietany potrafi utrząść osełkę masła i odlać dobrą zdrową maślankę. Ale gdzie we Włoszech można znaleźć taką dobrą kwaśną nieunijną śmietanę? Marzenie ściętej głowy, a tym bardziej synowej z dalekiego kraju Papieża Polaka. Mąż potrafi ugotować makaron, sos od teściowej, więc małżonkę czeka przygotowanie kolacji. Specjałem każdej polskiej gospodyni są naleśniki z serem. Ale w krajach unijnych wyłania się ten sam problem. Gdzie zdobyć prawdziwy dobry twaróg? Można tylko się oblizać na wspomnienie naleśników nawet takich z baru szybkiej obsługi.

Młoda żonka nie mogła się doczekać wieczora, by móc się pochwalić swym popisowym daniem zwanym w Italii z francuskiego: LE CRÊPES. Ubrawszy fartuszek, uzbroiwszy się w trzepaczkę (nie potrafiła obsługiwać kuchennego robota, taki to w Polsce był tylko w domach wyższych sfer oraz instrukcja obsługi w języku włoskim była dla niej za trudna) młoda gosposia w mig przygotowała ciasto. Podgrzała patelnię i rozgrzała ciasto i ........ ciasto przywarło do patelni. Trudno się mówi i sięga się po następną patelnię. Rytuał się powtarza. I taki sam efekt finalny. Polskie przysłowie mówi DO TRZECH RAZY SZTUKA, pomna tę mądrość ludową, początkująca gospodyni próbuje po raz trzeci. Tym razem wszystko przeszło najśmielsze oczekiwania. Ciasto na patelni nie tylko przywarło, ale się przypaliło. Trzeba było otworzyć okno, bo kuchnia napełniła się dymem. Spalenizna i jej charakterystyczny zapach zwabił młodego wygłodniałego małżonka do kuchni. Ujrzał obraz nędzy i rozpaczy. Pełno dymu i trzy przypalone patelnie namoczone w zlewie, a żoneczka zalana łzami. Trudno się mówi i żyje się dalej. Wobec powyższych faktów pierwsza kolacja przypaliła się i trzeba było pójść z pustym żołądkiem spać, bo nic innego w domu nie było. Pomny ewangelicznych słów, nie samym chlebem żyje człowiek, młody żonkoś wstrzymał się od urządzania karczemnej awantury w imię miłości przez wielkie M. Wszak Hanka Ordonówna śpiewała w latach trzydziestych: MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY, nawet brak kolacji i trzy przypalone patelnie. Tylko jak to się ma z polskim przysłowiem: PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA?
Wszystkim początkującym gospodyniom polecam kolację zamówioną przez telefon...

Anna Pankowska

Z pamiętnika emigrantki.

Będąc polską małżonką nowego tysiąclecia i rozumiejąc ciężkie powiązania rodzinne pomiędzy teściową a synalkiem, starałam się jak najszybciej wyprowadzić z domu teściów, choć olbrzymiego z własnym podwórkiem, do małego własnościowego mieszkanka w bloku.
Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, że urządzenie takiego gniazdka all’italiana, wymaga nie tylko precyzyjnych pomysłów, ale także jeżdżenia po okolicznych sklepach i błagania, aby meble pojawiły się jak najszybciej, bo podobnie jak wszyscy cudzoziemcy we Włoszech, aby mieć miejsce zamieszkania w urzędzie miasta, musiałam pokazać gdzie mieszkam i na czym śpię.
Niestety mentalność Włochów to nie tylko wesołość, pizza, wspaniałe zabytkii czy cudowne morze, to też sjesta popołudniowa, mozolność i biurokracja urzędnicza. Wszystko ma swój zwolniony rytm uderzających fal Morza Śródziemnego.
Przyzwyczajona do rytmu polki czy krakowiaka przyprawiało mnie o zawrót głowy szereg mozolnych procedur pomiędzy sklepem a fabryką a majstrami od mebli, którzy je montowali powoli i wciąż im czegoś brakowało. Tak było ze wszystkim, począwszy od malarzy, hydrauliku, elektryku, skończywszy na zasłonach, które według Włochów nie są potrzebne, dla mnie dodawały przytulności w domu. Firaneczki, zasłonki, obrusiki, kwiatki w doniczkach… dla mojej włoskiej rodziny wszystkiego było przesyt, a mi najbardziej brakowało książek, które są drogie i potrzeba ich posiadani do dziś dla moich teściów jest niezrozumiała. Oni książki, nawet te szkolne, używali jako makulatury na podpałkę w piecu, dla mnie było to prawie świętokradztwo.

Gdzie Włoch nie może, tam Polaka pośle

Najciekawsza była instalacja internetu. Pan informatyk przy zakładaniu upierał się, by był obecny również mój mąż. Starałam się wytłumaczyć mu, że mój mąż całe życie wykonywał inną pracę i na komputerze to znam się ja, bo całe życie tak pracuje. Niestety to nie skutkowało, ponieważ dla informatyka, polska małżonka nie ma pojęcia o internecie.
Pan Technik, zasiadłszy do komputera stwierdził, że brakuje istotnego połączenia komputerowego jakim jest specjalna ikona na pulpicie, bez której ani rusz! Spocił się z wrażenia w swojej eleganckiej marynarce z butiku i wołał na pomoc mojego mężulka, który tylko mrugał oczami i błagalnym wzrokiem prosił mnie o pomoc. Po dłuższej chwili zrezygnowany technik zadzwonił do światowego znawcy, który pracował w wielu firmach informatycznych na świecie i nawet w słynnym CERN w Szwajcarii, dając nam do zrozumienia, że będzie musiał zrewanżować się tej światłej osobie za przysługę.
Pan ŁOJTEK (Wojtek), bo tak nazywała się ta osobistość, w pięć minut wytłumaczył jak ściągnąć problematyczną ikonę i problem rozwiązany. Spytałam później czy takowy pan Łojtek nie jest przypadkiem Polakiem, informatyk wymijająco odpowiedział że tak, ale że od dawna nie mieszka w Polsce i mówi perfekt wieloma językami, to mnie tylko podbudowało. Czego to Polak nie potrafi, pomyślałam, nawet wytłumaczyć informatykowi włoskiemu jak się instaluje Internet.

Przez słodkości do serc Włochów
Ogrom różnic, kulturowych dał się znać od początku. W szczególności w kuchni. Teściowa, jak większość Włoszek ubiegłego stulecia, jest świetną kucharką dań z regionu Emilia Romania. Starała się jak mogła przygotowywać pierożki mięsne z cukinią, lasagne, pyszne ciastka budyniowe, itd. Po jakimś czasie odczułam dziwny brak warzyw, zup i nawet ziemniaków, więc dopuszczona do kuchni zaczęłam pichcić polskie drugie dania. Kiedy przygotowałam bigos z grzybami i przywiezioną z kraju wiejską kiełbaską, teściowie uśmiechali się życzliwie, ale próbowali jeść po tym jak kosztował małżonek. Mój dzielny mężczyzna wciskał w siebie ciężkie potrawy polskie, ale po pewnym czasie zmniejszał porcje i dojadał przysmakami mamusiowymi.
Rozumiejąc, że wspaniała rodzinka nigdy się nie przerzuci na moje jedzenie, stanie przy garach i gotowanie tylko dla siebie znudziło mi się, więc zabrałam się za wypieki. I tu trafiłam, bo choć brak naszego sera, aby zrobić polski serniczek, z włoskiego sera też wyszedł pyszny serniczek, który wszystkim bardzo smakował! Do dziś moje wypieki są chętnie jadane przez całą rodzinkę włoską.

Emigranci zmienili Włochów, ale czy na pewno?

Po wielu latach bycia tu, rytm mozolności Włocha, wraz z napływem emigrantów europejskich i nie tylko, musiał się zmienić. Kto chciał przeżyć, musiał wywalczyć z czasem jakość szwajcarską i szybkość chińską, reszta podupadła i poddała się inwazji. Nawet małe miasteczko, w którym mieszkam, poddało się rytmom obcokrajowców, którzy w pogoni za pieniądzem są szybsi i chętniejsi do pracy. To powoduje u ludzi starszych, jak moi teściowie, wzrost niechęci a nawet wspomnienia faszyzmu i Hitlera. Moj teść, choć osoba niedowidząca i w podeszłym wieku śpi z dubeltówkami w obawie przed okupacją najeźdźców... europejskich i orientalnych. To zamiast przybliżać z czasem nasze stosunki, niestety je oddala, bo przecież Polak to też najeźdźca.
Drogi małżonek, pracując w firmie teściów jest już u kresu wytrzymałości pomiędzy - ogniem i  mieczem, ale na szczęście miłość zwycięża wszystko i tak w nadziei na zmianę lub zrozumienie każdy je swoje obiadki, ja barszczyk czerwony mój mąż makaronik, on się zajada serem a ja mięskiem z ziemniaczkami. Tylko niedziela jest dniem pomostowym, gdzie razem jemy rosół z makaronem i mięsko z jarzynkami i oczywiście na koniec smakowity tort alla „Pol-Italian”.

Sabina Grońska

Via delle Botteghe Oscure, 15. Wielu Polaków przyjeżdżających do Rzymu w poszukiwaniu pracy kieruje pierwsze swoje kroki właśnie pod ten adres. Dlaczego? Otóż znajduje się tam polski kościół, gdzie co niedzielę spotyka się Polonia. Jest tu okazja, aby zdobyć cenne kontakty i dowiedzieć się czy ktoś może nam pomóc w znalezieniu pracy. Poza informacjami z pierwszej ręki można liczyć także na ogłoszenia po polsku zamieszczane niedaleko drzwi kościoła. Małe karteczki byle jak poprzyklejane taśmą klejącą do ściany jednego z budynków łatwo przeoczyć. Sama miałam problemy z ich znalezieniem, gdy pewnej niedzieli, wykorzystując mój dzień wolny od pracy na zwiedzanie Rzymu, podeszłam tam z ciekawości. W większości były to informacje o wolnych pokojach do wynajęcia oraz numery telefonów osób poszukujących pracy. Niestety brakowało jakichkolwiek ogłoszeń z ofertami pracy.

Tymczasem, na początku września przeprowadziłam się z moją włoską rodzinką do ich mieszkania w Rzymie. Przez całe wakacje przebywaliśmy w ich letniskowym domku nad morzem w Santa Severa, więc po tak długiej nieobecności rzymskie lokum potrzebowało gruntownego posprzątania. Okazało się jednak, że już po trzech dniach latania ze ścierką w ręku zaczęłam się nudzić. Mieszkanie powierzchniowo było większe niż w Santa Severa, lecz miałam mniej obowiązków. Niestety nie mogłam wykorzystać tego czasu wolnego na zwiedzanie, ponieważ moja pracodawczyni nie miała dodatkowego klucza od mieszkania, którego bym mogła używać.

Synowie mojej pracodawczyni rozpoczęli już nowy rok szkolny. Codziennie spędzają 8 godzin na zajęciach, więc wracają do domu dopiero około godz. 16-stej. Obiadu już nie musiałam im gotować, bo dostają posiłek w szkole. Ciekawe, że we wszystkich szkolnych stołówkach w Rzymie jest jedno i to samo menu danego dnia. Moja pracodawczyni ma cały plan tych obiadów na zimowy semestr i zawsze wypytuje chłopaków co zjedli, aby sprawdzić czy dostali cały zestaw.

Po sześciu dniach pobytu w Rzymie, w połowie września, nadszedł czas opuścić włoską ziemię i powrócić do Polski. Lot linią Ryanair wykupiłam miesiąc przed wylotem za 26 euro. Aby zdążyć na samolot musiałam wstać o trzeciej w nocy i podjechać miejskim autobusem na stację Termini, za co zapłaciłam 1 euro (bilet BIT). Na stacji czekała mnie przesiadka do innego autobusu, firmy Terravision, który za 4 euro zawiózł mnie pod samo lotnisko Ciampino.

Odprawa na lotnisku była odbyła się „po włosku”. Szczególnie dało się to zauważyć, gdy kazano mi położyć bagaż podręczny na wadze i mimo, że mój plecak ważył 11kg, a przepisowo dopuszcza się tylko 10kg, to przepuścili mnie bez problemów.

Czy warto było opuszczać Polskę i rodzinę na całe wakacje? Na początku byłam niezadowolona, że pracuję daleko od Rzymu, w małym mieście. Jednak okazało się, że trafiłam lepiej niż planowałam. Pracując jako kelnerka zarobiłabym co najmniej dwukrotnie więcej, lecz wydała dużo na mieszkanie, a nie nauczyłabym się tylu włoskich zwrotów i nie zajadałabym się domową kuchnią włoską. Poza tym, w Santa Severa zyskałam wielu przyjaciół i zawsze chętnie tam wrócę.

Ola Wilkowicka

Karta pobytowa (attestato di soggiorno) dla maluszka.  Przemeldowanie rodziny z jej nowym członkiem. Problemy z pazurkami – aiuto! Szczepić czy nie szczepić - oto jest pytanie.

Drogie Mamusie,

Nie znoszę biurokracji, toteż odwlekam w czasie załatwienie niektórych spraw, aż do momentu, kiedy pozyskanie danego „papierka” okazuje się naprawdę niezbędne. Korzystając z kilku dni urlopu w okresie post-świątecznym wybrałam się wreszcie do urzędu dzielnicowego (municipio) w celu przemeldowania (cambio residenza) mojej rodziny na właściwy adres, pod którym mieszkamy. Ponieważ zmieniliśmy miejsce zamieszkania w obrębie tego samego miasta, więc praktyka związana z przemeldowaniem jest dość prosta, nosi nazwę „cambio abitazione” i sprowadza się do wypełnienia dwóch formularzy: z wnioskiem o zmianę stałego adresu i uaktualnienia danych na prawie jazdy (w przypadku posiadania włoskiego patente). Tzw. tagliando, czyli nalepka na prawo jazdy z nowym adresem po zmianie meldunku  przesyłana jest do domu pocztą.

Jak się okazało, do przemeldowania dziecka potrzebne jest zaświadczenie pobytu, czyli attesstato di soggiorno (odpowiednik permesso di soggiorno dla obywateli UE).  Wcześniej nikt mnie o ten dokument nie prosił, ani kiedy meldowałam Jasia zaraz po urodzeniu, ani kiedy wybierałam dla niego pediatrę. Przyznam, że po gehennie jaką przeszłam we Włoszech, a związaną z wyrabianiem dokumentów pobytowych (najpierw permesso, a poźniej po wejściu Polski do UE attestato di soggiorno)  przeraziłam się, że zmarnuje cały urlop na staniu w kolejkach w różnych urzędach.

Każde dziecko cudzoziemców, którego przynajmniej jedno z rodziców legalnie przebywa we Włoszech, otrzymuje samodzielne attestato di soggiorno. W moim rejonowym municipio wyrabianie tego dokumentu trwało trzy dni. Wypełniłam specjalny formularz, który złożyłam  jak polecono w biurze protokółow (protoccollo) w poniedziałek. W czwartek, jak obiecano dokument był gotowy. Do wniosku o zaświadczenie pobytu  dla dziecka poproszono mnie o załączenie następujących dokumentów: kserokopię mojego attestato di soggiorno, kserokopie paszportów mojego i Jasia, zaświadczenie o zarobkach z ostatniego miesiąca (busta paga),  dwa znaczki skarbowe za 14,92 euro (marche da bollo da 14.92 euro) kupione w tabbacchi  i dwa znaczki skarbowe Comune di Roma za 0,52 euro kupione w kasie Urzędu Dzielnicowego (Municipio). Urzędniczka prosiła mnie również o okazanie karty zdrowia Jasia (mały druczek wydawany przez ASL w momencie dokonywania wyboru pediatry), ale ponieważ gdzieś go zapodziałam obyło się bez tego druczku, gdyż na szczęście wszystkie fiskalne i meldunkowe dane naszej rodziny znajdują się  w komputerowym rejestrze ewidencji ludności.

Oboje z Jasiem jesteśmy właścicielami bezterminowego pozwolenia na pobyt (attestato di soggiorno permanentne), z tym, że mój synek ma wpisany nowy adres zamieszkania, a ja stary. Zmartwiłam się, że z tego powodu będziemy mieć w przyszłości problemy. Urzędniczka wyjaśniła jednak, że attestato di soggiorno permanete jest dokumentem wydawanym na całe życie i nie ma większego znaczenia jaki adres zamieszkania jest na nim wpisany, nie trzeba go uaktualniać. Podobnie jak się dowiedziałam, po zmianie meldunku nie trzeba uaktualniać  włoskiego dowodu osobistego (carta d’identità). Bezwzględnie natomiast należy uaktualnić dane związane z meldunkiem na patente i do czasu, kiedy nie otrzyma się naklejki z uaktualnionym adresem trzeba wozić przy sobie zaświadczenie o zmianie adresu (cambio abitazione lub residenza) wydane przez urząd miasta.
Przyznam, że byłam mile zaskoczona, że dzisiejsze wyrabianie i aktualizowanie dokumentów pobytowych jest takie proste. A pamiętacie jak było lata temu z permesso di soggiorno? Ile się tedy trzeba było nachodzić i nastać w kolejkach?  Koszmar!!!

***
Jaś za kilka dni skończy roczek. Myślę, że również za bardzo niedługo postawi swój pierwszy samodzielny krok. Nie będę Wam pisała jaki jest teraz Jaś, bo jak większość matek mam fioła na punkcie własnego dziecka, więc wiadomo, że bym Wam napisała, że mój synek  jest „naj” pod każdym względem. Za to ja nie jestem naj jako mama, o czym świadczą jego krzyki chociażby podczas obcinania paznokci. Naprawdę nie jestem sadystką i stosuje wszystkie zalecenia speców od dzidziusiów, mimo to nie jestem w stanie obciąć mojemu Skarbeńkowi pazurków, tak żeby nie histeryzował. Prosiłam już o pomoc w obcinaniu pazurków babcie i ciocie, niestety choć mają na swoim koncie większe ode mnie doświadczenia macierzyńskie skutek był taki sam: Jaś wyrywał się i krzyczał wniebogłosy. A jak Wy radzicie sobie z obcinacie paznokietków Waszych dzieciaczków?

***
Szczepić czy nie szczepić – oto jest pytanie. We Włoszech szczepienia obowiązkowe (vaccini obligatori)  rozpoczynają się w trzecim miesiącu życia dziecka. Jaś bardzo źle zniósł pierwszą dozę szczepionek, wystąpiła u niego reakcja alergiczna i obie z Rudą (pediatrą Jasia) najadłyby się sporo strachu. Ruda zaleciła szereg badań i wizytę u neurologa  mających na celu ustalenie przyczyn wystąpienia tej reakcji. Lekarze specjaliści (rozmaici) nie zdiagnozowali u Jasia żadnej patologii nie mniej, za namową zaprzyjaźnionych rodziców i cichym przyzwoleniem Rudej nie śpieszymy się ze stawieniem na kolejne szczepienie.

Z tymi szczepionkami jak się okazuje jest sporo problemów we Włoszech. Wielu rodziców boi się szczepionek jak ognia i chyba nie bez powodu – osobiście znam jedną mamę, której synek po szczepionce stał się autystyczny. Chociaż ministerstwo zdrowia i wielu lekarzy twierdzi, że nie wykazano, aby vaccini powodowały autyzm fakt jest taki, że są dzieci, które przed szczepionką były zdrowe, a po - stały się inwalidami. W żłobku, w klasie Jasia połowa dzieci nie była jeszcze szczepiona, bo rodzice boją się tego zabiegu i ewentualnych groźnych powikłań, o których rozpisują się włoscy rodzice na forach internetowych.

Nie miałam pojęcia o tej antyszczpionkowej psychozie dopóki Jaś źle się nie poczuł. Teraz i ja mam psychozę – podwójną.

Nie wiem, jak jest w innych miastach włoskich, ale w Rzymie ambulatoria szczepionkowe wyglądają nieciekawie. W każdym razie to, w którym szczepiono Jasia jest wielce nieciekawie. Na szczepienie kazano nam się stawić skoro świt, najlepiej jeszcze przed otwarciem przychodni i zaklepać sobie miejsce  w kolejce (wydawane są numerki). Niestety nie można umówić się na konkretną godzinę.  Dzieci szczepiono taśmowo. Wizyta lekarska Jasia sprowadziła się właściwie do wywiadu ze mną i do standardowych pytań jak się przebiegał poród i czy dziecko jest nosicielem jakiejś choroby.

Potem kłucie i na odchodne arrivederci plus kartka z datą, kiedy stawić się na drugą dozę szczepionki.
Wcześniej w kolejce od mam, które przyprowadziły dzieci na kolejne szczepienie dowiedziałam się, że dziecko może się po zabiegu źle czuć, dostać gorączki, może mu mocno spuchnąć miejsce po nakłuciu i że najlepiej o wszystkich niepokojących reakcjach poinformować pediatrę.

Osobiście, kiedy u Jasia wystąpiły pierwsze powikłania omal nie osiwiałam z przerażenia, na szczęście nasza Pani doktor jest zawsze „w zasięgu” i wszystko skończyło się dobrze, bo od razu Jasia zbadała i podała niezbędne leki.

Z rozmowy ze żłobkowymi mamami dowiedziałam się, że nie szczepią, bo się boją. Dzisiaj rozmawiałam też z redakcyjnym kolegą, który dopiero teraz przymierza się do zaszczepienia po raz pierwszy swojej dwuletniej już córeczki.
W całej tej sprawie ze szczepieniami we Włoszech zadziwia mnie fakt,  że przecież szczepienia są obowiązkowe i nie wywiązywanie się z tego obowiązku jest teoretycznie karalne. Z rozmów z włoskimi rodzicami wywnioskowałam jednak, że niektórzy prywatni pediatrzy są przeciwni niektórym szczepionkom i szczepią tylko przeciw niektórym chorobom z listy obowiązkowej.
Oczywiście karta szczepień potrzebna jest do przyjęcia dziecka do żłobka lub przedszkola. Bez niej ani rusz, ale jak się okazuje prywatne placówki honorują i zaświadczenia lekarskie stwierdzające niemożność zaszczepienia dziecka ze względu na np. na zły stan zdrowia, a także samozaświadczenia rodziców o tym, że dziecko nie może lub nie chcą by było szczepione w okresie niemowlęcym.


Jaś w związku z powikłaniami po pierwszym kłuciu ostatecznie będzie szczepiony w szpitalu i zostanie na wszelki wypadek dzień na obserwacji. Tak zdecydowali specjaliści. Wkrótce umówię się na szczepienie i dam Wam znać jak to wszystko funkcjonuje.

Danuta Wojtaszczyk

Fot. Jaś i jego autko

Święta tuż, tuż a ja, jak co roku nie jestem w ogóle gotowa, tzn. do świąt jestem gotowa: choinka ubrana, mieszkanie wypucowane, o menu myśli mój mąż, ale zostaje najgorsze, które odkładam zawsze na ostatnią chwilę... prezenty.

Dobrze wybrane, to ogromne wyzwanie, ponieważ chcę zadowolić moich bliskich. W przedświątecznej gorączce brakuje mi czasu, by dobrze przemyśleć zakupy. "Warto już teraz zacząć buszować po sklepach" – czytam codziennie od połowy listopada w gazetach. Ale ja nigdy nie wiem wcześniej, co mam kupić, a jak już wreszcie wybiorę się około 10-15 grudnia na poszukiwania, centra handlowe przeobrażają się w mrowiska, ludzie chodzą po sobie, wyrywają towary z rąk, kilometrowe kolejki do kas, wszędzie wrzask i krzyk zmęczonych dzieci... to dla mnie za dużo, więc zaczynam się stresować i przez to nie mogę nic znaleźć.

Każdego roku obiecuję sobie, że zacznę kupować prezenty, by w spokoju dotrzeć do Bożego Narodzenia, już od końca września. Niestety na obietnicach się kończy, zawsze o tym zapominam. Dopiero kiedy Mikołaj wjeżdża tirem z Coca Colą na mój ekran telewizora (co roku mniej więcej od grudnia, emitowana jest świąteczna reklama Coca Coli, na której Mikołaj, wielką ciężarówką rozwozi do ludzi ten cudowny napój), przypominam sobie, że mało czasu mi zostało i rzucam się w wir zakupowego szaleństwa. Rzucam to za dużo powiedziane, zaczynam myśleć kiedy rozpocznę moją “drogę przez mękę”.

Kilka dni temu przeczytałam, w trąbiących do mnie o świętach gazetach, że nie tylko ja przeżywam piekło w tym okresie. Okazuje się, że 67% Włochów stresuje się podobnie jak ja, a 7 na 10 poszukiwaczy prezentów, którzy na łowy udają się np. z “dolce metà” przeważnie wraca ze sklepów po kłótni.

Co radzą eksperci? Przeglądając internet natknęłam się na złote rady ekspertów, którzy zapewniają, że jeżeli dostosuje się do ich rad, czas przedświąteczny zmieni się w idyllę.

Niektórzy radzą, by dokładnie zaplanować wyjście do sklepu, np. podzielić się obowiązkami, jeżeli wychodzimy na łowy we dwoje. Koniecznie musimy też kontrolować czas, jaki tracimy w jednym ze sklepów. Okazuje się, że my kobiety możemy spędzić w jednym z nich nawet ponad godzinę, kręcąc się w kółko.

Na stronie dla Polaków w Wielkiej Brytanii emito.net radzą natomiast, by kupować z głową. Powinniśmy starać się ograniczyć ilość sklepów, w których dokonujemy zakupów świątecznych, ponieważ nie ma sensu jeździć od sklepu do sklepu, stać w korkach, biegać po zatłoczonym sklepie i stać w kilometrowych kolejkach. “Kupuj wtedy, kiedy jest mało ludzi. Bierz pod uwagę, że przed świętami tłumy ludzi zaczynają chodzić po sklepach. Aby ich uniknąć wybieraj te dni i godziny, kiedy ludzi jest najmniej” - radzi autor. Niestety we Włoszech jest to raczej niemożliwe, ponieważ okres przedświąteczny, kojarzy się tutaj z tłumem i kolejkami przez cały dzień.

Psycholog Dorota Mącik, autorka książki „Między przyjemnością a uzależnieniem. Psychologia zakupów nieplanowanych” radzi w rozmowie „Dziennikiem”, aby „przed pójściem do sklepu chwilę się zastanowić, co chcemy kupić i zrobić szczegółową listę. A przy prezentach dobrze zapytać najpierw, co by ktoś chciał, albo dowiedzieć się od innych, z czego ta osoba by się ucieszyła”. Drugą ważną rzeczą jest natomiast „odpowiednie nastawienie. Od razu trzeba się przygotować psychicznie, że na pewno będą korki, na pewno będzie ścisk, bo wtedy można się uzbroić w cierpliwość”.
W tym samym wywiadzie psycholog przyznaje jednak, że korki, tłum, pośpiech i stres mają „coś z uroku świąt”. Dla mnie nie!

Nie możemy zapomnieć o zaplanowaniu wydatków, ponieważ święta to okres, kiedy bardzo łatwo wydajemy pieniądze. Wcześniejsze planowanie wydatków pozwoli uniknąć nam późniejszego zapożyczania się. Niestety wszyscy wiemy, że w praktyce jest to bardzo trudne do osiągnięcia, ale jak mówią eksperci w tej dziedzinie, nie zaszkodzi spróbować.

Niestety nie znalazłam złotego środka na przeskoczenie świątecznego zawirowania, dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak dobrowolnie rzucić się na pożarcie zakupowym lwom.

Anna Malczewska

Pieluszki tetrowe, flanelki i gruszki, czyli co jeszcze warto kupić w Polsce. Pies-żartowniś i mój zarysowany zderzak. Znaczki S i D wypisane czarnym flamastrem na rękach – ściąga przez którą omal nie oblałam egzaminu na prawo jady. Ile kosztuje zrobienie „prawka” w Italii – motoryzacyjne rady i perypetie Andrzeja z San Vito.

Drogie Mamusie,

Pewna miła mama dwóch córeczek, z czego jednej urodzonej w Polsce, a drugiej w Italii przypomniała mi o pożytku wynikającym z posiadania naszych starych, poczciwych pieluszek tetrowych.

Pieluszki tetrowe przydają się dosłownie do wszystkiego: do wycierania  rozlewających się fontann mleka, do robienia kompresu na brzuszek czy uszko, do przykrywania maluszka  w upały i do wielu, wielu innych rzeczy. Osobiście nie wyobrażam sobie życia macierzyńskiego bez tych wyjątkowo miłych dla skóry dzieciątka „szmatek”.

W moim rodzinnym mieście nie znalazłam sklepu z pieluszkami tetrowymi. Zaopatrzyłam się w nie w internecie (na allegro.pl). Sztuka kosztuje 1,5-2 zł. Warto kupić  kilka białych i kilka z nadrukiem, które ładniej będą wyglądać, jeśli będzie trzeba je wyciągnąć  na spacerze.
Ponadto polecam Wam „flanelki”, czyli pieluszki flanelowe. Jedną flanelkę zawsze mam w torbie przy wózku - przydaje się podczas wizyty u pediatry, kiedy trzeba rozebrane maleństwo położyć na kozetce. Flanelka z powodzeniem zastępuje też przewijak w kryzysowych sytuacjach poza domem.  Flanelki, tak jak pieluszki terowe kosztują w Polsce grosze i największy wybór znajdziecie na allegro.pl.

Z Polski przywiozłam ponadto gruszkę do nosa, która bardzo przydaje się do czyszczenia wiecznie zapchanego noska Jasia.
Zaraz po urodzeniu czyściłam nosek mojemu Cudeńkowi wodą fizjologiczną (soluzione fisiologica), którą aplikowałam za pomocą małej strzykawki (bez igły rzecz jasna!), jak to robiły położne w szpitalu. Istnieją wprawdzie gotowe spreje do noska dla niemowląt, ale osobiście Wam je odradzam – wstrzykiwanie czegokolwiek pod dużym ciśnieniem do nosa bardzo stresuje maleństwo.

„Ruda”, czyli osławiona pediatra Jasia, poleciła mi też używanie aspiratore nasale, czyli pompki do nosa, ze specjalnym ustnikiem.
Jaś, od kiedy  skończył sześć miesięcy bardzo się złościł, za każdym razem, kiedy trzeba było przeprowadzić operację czyszczenia noska za pomocą tego wynalazku. Przerzuciłam się więc na gruszkę, powszechnie znaną i używaną przez mamy w Polsce, która mniej go denerwuje i jest poręczniejsza w podroży i na spacerze.

***
Zarysowałam zderzak. A wszystko przez psa-żartownisia, który ma manię wskakiwania pod koła kierowcom. Żartowniś, brązowy kundelek średniej wielkości, kiedy samochody stoją na światłach idzie grzecznie chodnikiem, ledwie jednak ruszają - wyskakuje na jezdnię i trzeba go omijać slalomem.
Mnie też wyciął taki numer, wyskoczył mi pod koła i miałam do wyboru: albo porysować nowiutkie BMW pewnego groźnie wyglądającego młodzieńca, jadącego równoległym pasem, albo poświęcić własny zderzak i  „przytulić się” do muru wzdłuż drogi.  Psa rzecz jasna nie miałam zamiaru rozjeżdżać.
Oprócz tego małego wypadku, jak na świeżo upieczonego kierowcę, nieźle sobie radzę w miejskiej dżungli w stolicy Włoch.

Jaś uwielbia jazdę samochodem. Nie zapomnę, kiedy pierwszy raz wsadziłam go do auta. Oniemiał z wrażenia. Samochodowe kołysanie okazało się doskonałym sposobem na zasypianie. Nawet w dni, kiedy ząbkuje, przez co robi się bardzo marudny, w samochodzie natychmiast zapada w błogi sen.

Jak już wiecie, po wielu perypetiach udało mi się (wreszcie) zrobić prawo jazdy  - w Italii. Było to kilka lat temu i w owych czasach  "foglio rosa" dostawało się zaraz po zapisaniu się na kurs, a egzamin teoretyczny cudzoziemcy mogli zdawać ustnie. Dla nie wtajemniczonych śpieszę z wyjaśnieniem, że "foglio rosa", czyli różowa karta, to dokument uprawniający kursanta do poruszania się po drogach prywatnym autem, a więc bez instruktora, za to pod nadzorem innego kierowcy, który posiada prawo jazdy od co najmniej 10 lat.
Obecnie dokument ten wydawany jest kursantom, którzy zdali egzamin teoretyczny.

Wynalazek różowej karty pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy, wszakże zamiast wykupywać kilkanaście lub kilkadziesiąt lekcji (za średnio 40 euro/h) można się ćwiczyć w jeździe pod okiem znajomego, wytrawnego kierowcy.

Ustny egzamin teoretyczny na prawo jazdy był naprawdę łatwy. Egzaminator zadawał wprawdzie wyłącznie trudne i podchwytliwe pytania, ale na wszystkie byłam przygotowana dzięki lekcjom w szkole jazdy.

Niestety dzisiaj również cudzoziemcy muszą zdawać teorie pisemnie. Do egzaminu trzeba zatem wykuć na pamięć cały podręcznik + wszystkie quizy, które są naprawdę trudne, bo specjalnie tak sformułowane, żeby nie tylko cudzoziemiec, ale i Włoch się na nich wyłożył.

O perypetiach motoryzacyjnych neokierowcy lubię porozmawiać od czasu do czasu z Andrzejem z San Vito, nieocenionym czytelnikiem „Naszego Świata”, który jest w stałym kontakcie z redakcją i często podsuwa nam ciekawe tematy. Andrzej zrobił prawo jazdy we wrześniu  i tak jak ja, do niedawna bardzo się stresował podczas pierwszych samodzielnych wypraw samochodem.

Wyjaśnił mi jak obecnie wygląda kurs i egzamin na prawo jazdy. Wszystkie te cenne informacje wklejam poniżej, z myślą o mamusiach, które zdecydowały się zrobić ten milowy krok i postanowiły zapisać się na kurs prawa jazdy.

Cytat z rozmowy z Andrzejem z San Vito:
Nareszcie zdecydowałem się,  robie prawo jazdy we Włoszech. A więc postanowione:  poszedłem do szkoły i dostarczyłem wszystkie  wymagane dokumenty, tj. zdjęcia i wypełniony kwestionariusz. Na  moje szczęście szkoła, do której się zapisałem ma  specjalny tok nauczania dla obcokrajowców -  trwa  dłużej, ale wykładowca wyjaśnia bardzo dokładnie, wszystko co zostało opisane w podręczniku. Zajęcia odbywają się 3 razy w tygodniu rano lub wieczorem, co ułatwia bardzo osobą, które pracują.

Koszty:
Teoria z wydaniem foglia rosa to 500 euro plus opłata za lekarza i opłaty wpisowe (bollo),  czyli razem  +/- 600 euro. W cenę jest też wliczony egzamin z teorii. Co do  nauki jazdy, to tu, gdzie mieszkam, jedna godzina z instruktorem kosztuje 40 euro. We Włoszech nie ma wymaganej  liczby odbytych godzin jazdy z instruktorem. Jeżeli umiesz jeździć, możesz wykupić sobie tylko 2-3  godziny.

Sama  nauka znaków nie  jest  trudna -  gorzej  ze zrozumieniem pytań  w testach. Myślałem, że  jeżeli nauczę się całego materiału z książki,  to testy będę rozwiązywał bez problemu -  nic bardziej mylnego .
Pytania testowe okazały się bardzo podchwytliwe. Musiałem niektóre tłumaczyć sobie na język polski, a i tak nie byłem pewny czy dobrze je sobie przetłumaczyłem. Quizy są tak sformułowane, żeby  wprowadzić kursanta w błąd .
Po czterech miesiącach kursu nadszedł czas egzaminu z teorii, który zdawałem w Pordenone. Test egzaminacyjny rozwiązuję się za pomocą komputera z dotykowym monitorem. Nie używa się  myszki ani klawiatury, więc nie sprawia to dużego problemu. Po wejściu do auli trzeba było podejść do egzaminatora wraz z carta identità. Po sprawdzeniu mojej tożsamości wręczono mi specjalną kartę potrzebną do zalogowania się w komputerze. Potem nastąpiło krótkie wyjaśnienie jak wypełnić test i start: 10 pytań po 3 odpowiedzi. Maksymalnie dopuszczalna liczba błędów to 4. Czas na rozwiązanie zadań - 30 minut.  Udało mi się rozwiązać wszystkie zadania testowe w 10 minut. Po skończeniu  pozostało mi tylko czekać, aż inni skończą pisać i zostaną podane wyniki.
…  i udało się!
Zrobiłem tylko jeden błąd. Nareszcie pierwszy etap za mną, teraz jazda z instruktorem.  

Potrafiłem  jeździć, ponieważ gdy zostało mi wydane foglio rosa, uczyłem się pod okiem znajomego kierowcy.
Jednak jazda z instruktorem to zupełnie inna rzecz. We Włoszech nie ma tzw. placu manewrowego, ponadto na egzaminie z jazdy nie wymaga się od kursanta wykonywania skomplikowanych parkowań. Trzeba się nauczyć przede wszystkim parkowania tyłem i umiejętności zawrócenia na drodze. Na egzaminie z jazdy oczywiście nie można popełnić żadnego poważnego błędu, zwłaszcza związanego z ustępowaniem pierwszeństwa.

Egzamin praktyczny zdawałem w mojej miejscowości. Egzaminator przyjeżdża do szkoły jazdy i praktycznie jeździ się  tą samą trasę, którą ćwiczyło się  z instruktorem. Podczas egzaminu obok Ciebie siedzi twój instruktor, a egzaminator siedzi z tyłu i obserwuje.

Na moje szczęście egzaminatorem okazała się przemiła starsza Pani, która widząc, iż jestem trochę zestresowany, co chyba jest oczywiste, próbowała rozluźnić stres rozmową ze mną. Ostatecznie rozmowa ta okazała się monologiem  Pani egzaminator i moim przytakiwaniem: si/no.
Po 15 minutach usłyszałem: „Może Pan wracać do szkoły jazdy”.
Na początku myślałem, iż zrobiłem coś źle i oblałem.  Na szczecie po przyjeździe do szkoły okazało się, iż mam podpisać protokół egzaminacyjny i od ręki wydano mi upragnione prawo jazdy.


***
Ja również bardzo dobrze wspominam mój egzamin z jazdy. Trasa była dość trudna, bo po drodze miałam mnóstwo górek, z których trzeba umieć ruszyć, za to wszystkie pozostałe manewry były bardzo łatwe.
Tylko raz mi się krew w żyłach zmroziła, kiedy Pani egzaminator (mnie również egzaminowała kobieta) surowym głosem zażądała, abym pokazała, co mam powypisywane na palcach wskazujących prawej i lewej ręki.
A miałam napisane czarnym flamastrem D i S…

Nie wiem czy to typowa przypadłość kobieca czy tylko moja „odmienność” – fakt jest taki, że mylę kierunki. I to we wszystkich językach, które znam. Nie chodzi bynajmniej o to, że nie wiem gdzie jest prawo, a gdzie lewo, tylko o to, że mi się te nazwy mylą… Na egzaminie oczywiście nie chciałam się pomylić, dlatego zrobiłam sobie ściągę. Jak Pani egzaminator mówiła: „al semaforo gira a sinistra” spoglądałam na paluszek i skręcałam w tę stronę, która znajdowała się po stronie ręki z literką S.

Ta moja ściąga bardzo rozśmieszyła i egzaminatorkę, i mojego instruktora. Przepisy na szczęście nie zakazują używania  tego typu podpowiadacza.
Egzamin zdałam za pierwszym razem.

W noc po egzaminie śniłam piękny sen o pierwszej, samodzielnej przejażdżce samochodem. I na śnie się skończyło.
Następnego bowiem dnia pewien znajomy i (nie) życzliwy kierowca omal nie wysadził mnie z auta (swojego) na środku skrzyżowania. Krzyczał, że tylko ślepiec mógł mi prawo jazdy wydać i że jestem beznadziejna jako kierowca.

Tak się tymi słowami przejęłam, ze przez 7 lat bałam się wsiąść za kółko. Po latach zrozumiałam, że osoba ta krzyczała tak na mnie z czystej zazdrości, bo pewnie od samego początku było wiadomo, że będę jeździć lepiej od niej.

Wyleczyłam się z lęku przed jazdą dopiero dzięki Jasiowi.

Ciąg dalszy moich macierzyńskich perypetii,  nie tylko motoryzacyjnych, nastąpi.

Danuta Wojtaszczyk