Magazyn - Nasz Swiat
16
Wt, lipiec

Poduchowaty banan albo wąż dla mamy i dziecka. Krzesełka do jedzenia, które „rosną” razem z dzieckiem. Ustrojstwa „połykacze pieniędzy”, na które nie dajcie się nabrać. Polska mama za kierownicą na włoskich drogach.

Drogie Mamusie,

Zacznę od odrabiania zaległości. W poprzednim odcinku obiecałam, że dokończę czarną i białą listę rzeczy dla mamy i dziecka.
Gorąco polecam Wam poduchy wielofunkcyjne, które przypominają trochę grubaśnego węża albo gigantycznego banana, które sprzedawane są jako podpórka pod obolałe plecy dla ciężarnych, ale z powodzeniem będziecie jej mogły używać podczas karmienia piersią, a później również jako „para colpi” dla zaczynającego rozrabiać w łóżeczku maluszka. Ceny takich poduszek wahają się we Włoszech w granicach 20-50 euro. To naprawdę świetny, prosty wynalazek. Poduchy wypchane są jakimś osobliwym rodzajem trocinowatej waty, która świetnie się układa przy ciele i zawsze przybiera formę, której w danym momencie pożadacie.
Jaś skończył 10 miesięcy, od 4 tygodni raczkuje, próbuje się wspinać i ten genialny wynalazek służy mi ostatnio jako dodatkowe zabezpieczenie przed urazami w drewnianym łóżeczku.
Jeśli Wasze maleństwo zaczyna już siedzieć, to pora, żebyście zaczęły się rozglądać za „seggiolone”, czyli specjalnym krzesełkiem do jedzenia dla waszego Skarba. Jaś dostał swoje krzesełko w prezencie z okazji Chrztu Św. od mądrej cioci, mamy dwojga dzieci, która wybrała model, który „rośnie” razem z dzieckiem.
Krzesełko jest tak skonstruowane, że można w nim sadzać malucha, który dopiero uczy się siedzieć (specjalna wkładka), ma zdejmowany blacik, regulowaną wysokość i pozycję nachylenia oparcia, więc z powodzeniem może też służyć jako leżaczek rekreacyjny.  Jaś uwielbia siedzieć w swoim krzesełku, jeść w nim, układać sobie zabawki na blaciku i ucinać sobie drzemki.
Nie polecam Wam za to ustrojstwa zwanego połykaczem brudnych pieluch (mangia pannolini), a w rzeczywistości będącym głównie połykaczem pieniędzy. To rodzaj rzekomo hermetycznego pojemnika na brudne pieluchy. Ustrojstwo kosztuje majątek, wkłady do niego również kosztują fortunę i rzecz jasna ów wynalazek  nie spełnia swojego zdania, bo wbrew temu co pisze producent,  nie jest w stanie „połknąć” „zapachu” kupek z całego miesiąca.
Dziwię się, że w ogóle to ustrojstwo dopuszczono do sprzedaży ze względu na jego mało higieniczne zastosowanie.
Szczęśliwie w amoku zakupowym nie kupiłam tego pojemnika, ale znajome mamy, które dały się nabrać reklamie,  prosiły mnie, abym Was w ich imieniu przestrzegła przed tym „pożeraczem pieniędzy”.
Z doświadczenia też radzę, abyście nie robiły zbyt dużych „zapasów” ubranek, środków do pielęgnacji ciała maleństwa, mleka modyfikowanego, itp. Jeżeli Wasze dziecko, tak jak mój Jaś będzie rosło niezgodnie z tabelami podręcznikowymi, nakupionych na zapas ubranek nigdy mu nie założycie, bo okażą się za małe albo z duże, kiedy nadejdzie na nie sezon. Skóra małych dzieci   jest podatna na uczulenia, także mydełko do ciała,  które było dobre w 3 miesiącu życia maluszka w czwartym może się okazać silnym alergenem.
To samo dotyczy żywności.
Jeśli chcecie zaoszczędzić, nie róbcie wielkich zapasów, tylko śledźcie na bieżąco promocje w różnych sklepach i po prostu kupujcie tam, gdzie w danym momencie potrzebny Wam produkt jest najtańszy.

***
A wracając do tematu motoryzacyjnego, czyli moich perypetii związanych z nauką jazdy samochodem  zacznę od skierowania prośby do tych z Was, które tak jak ja, zostały w przeszłości zestresowane przez „życzliwych”, doświadczonych kierowców, żebyście wysłały ich na księżyc i zapisały się jak najszybciej na kurs prawa jazdy, albo na same lekcje jazdy, jeśli „prawko” macie, ale nigdy nie jeździłyście.
Prawdą jest, że samochód to wydatek, że na jego utrzymanie trzeba łożyć przez 365 dni w roku, przez co może Wam się wydawać mieniem zbytecznym, jeśli nie macie potrzeby jeżdżenia codziennie.
Jest jednak sposób na to, żeby utrzymanie auta we Włoszech nie kosztowało fortuny (o czym za chwilę). Jeżeli do tej pory wmawiano Wam, że jesteście antytalentem jako kierowca, najlepiej będzie jeśli sprawicie sobie auto, najlepiej używane, małe i zgrabne, którym nie będziecie się bały jeździć.
Są sytuacje, w których samochód naprawdę jest niezbędny. Kiedy maluszek zachoruje i trzeba go zawieść do pediatry, albo do szpitala, a tatuś akurat nie może się szybko wyrwać z pracy, za oknem leje, albo strajkuje cała komunikacja miejska, albo trzeba zrobić mega zakupy, albo odstawić Waszego Skarba do żłobka , babci czy niani, albo z jakiegokolwiek innego powodu same musicie wymyślić jak się szybko z Waszym maleństwem gdzieś przemieścić.
Jeżeli tak jak ja wcześniej nie jeździłyście, jak najszybciej zapiszcie się na kurs jazdy i zacznijcie rozglądać za  samochodzikiem, który wydaje się, że byłby w stanie z Wami współpracować.

Mieć auto
i nie zbankrutować
We Włoszech, a zwłaszcza w dużych włoskich miastach OC, czyli obowiązkowe ubezpieczenie kosztuje majątek (o dodatkowym pakiecie ubezpieczeniowym nie wspomnę). Kosztowne jest tu utrzymanie nawet motorynki. W Polsce za to ubezpieczenie w przeliczeniu na euro kosztuje parę centów.
Teoretycznie, kto mieszka na stałe w Italii ma obowiązek jeżdżenia na włoskich tablicach rejestracyjnych. Jest jednak sposób, żeby skorzystać z przywileju jakim jest posiadanie auta na polskich „blachach” i z tanim ubezpieczeniem: wystarczy, że współwłaścicielem Waszej „macchiny” będzie osoba zamieszkała na stałe w Polsce (członek rodziny, albo po prostu znajomy).
Używany samochód w bardzo dobrym stanie technicznym możecie kupić spokojnie za pieniądze, których udało Wam się nie wyrzucić na zbędne rzeczy dla mamy i dziecka. Jeśli natomiast Wasze doświadczenia macierzyńskie są zbliżone do moich – możecie je nabyć za pożyczkę przyznawaną w ramach „Fondo Nuovi Nati”, o którym pisałam kilka tygodni temu.
Pożyczka wystarczy Wam na zakup auta, wykupienie ubezpieczenia na cały rok, fotelika dla dziecka, a nawet na kurs prawa jazdy, jeśli zrobicie zakupy „z głową”.

***
Po doświadczeniach z Polski, zrobienie prawa jazdy we Włoszech było dla mnie pestką.  Ponadto kierowcy są tu na tyle przyzwyczajeni do osobliwych kierowców (stulatkόw, dzieci, blondynek, itp.), że nie zamiast utrudniać im życie i stresować na drodze po prostu ze stoickim spokojem wymijają ich szerokim łukiem.

***
Kilka dni temu gawędziłam na skypie z naszym stałym czytelnikiem, Andrzejem z San Vito, który w tym roku robił prawo jazdy we Włoszech i poinformował mnie o wszystkich nowinkach, których nie było za czasów, kiedy ja robiłam tu kurs. Wszystkimi się z Wami podzielę – w następnym odcinku.

Danuta Wojtaszczyk

Niedokończona czarna lista będzie dokończona w następnym odcinku. Trzy priorytetowe rzeczy dla maluszka, które warto ściągnąć z Polski. Pierwsza odsłona moich perypetii samochodowych.

Drogie Mamusie,

W poprzednim odcinku zamieściłam czarną listę rzeczy dla mam i dziecka. Czarną, bo moim zdaniem zakup wymienionych artykułów to wyrzucenie pieniędzy. Lista jest niedokończona, jednak ponieważ zbliża się Boże Narodzenie i w tym właśnie okresie z największą częstotliwością podróżują  paczki pomiędzy Polską a Włochami, napiszę Wam, co warto kazać sobie wysłać od nas z Kraju.

Magiczna maść
Chociaż na rynku włoskim jest mnóstwo różnego rodzaju mazideł dla niemowląt chroniących przed odparzeniami pieluszkowi żadne nie może równać się z ***, który odkryłam dzięki mamie Sary i Patryka. Maść jest nie tylko świetną ochroną na pupę maluszka, ale leczy też inne dokuczliwe, skórne dolegliwości dzieci i dorosłych. Pomaga na odleżyny, otarcia, pryszcze, „zimno”, a nawet na krosty ospne.
Wypróbowałam wiele kremów dla niemowląt i przyznam, że większość z nich oceniłam jako dobre lub bardzo dobre, mimo to, dzisiaj nie zamieniłam bym *** na żaden z nich. Przede wszystkim dlatego, że pomógł mi pozbyć się wszystkich Jasiowych i własnych dolegliwości skórnych.

Jaś © fot. Grzegorz ButowskiTrzy miesiące po porodzie złapałam ospę wietrzną (Jaś cudem się nie zaraził). Paskudne, ropne wykwity miałam również na twarzy i przyznam, że poważnie obawiałam się, iż zostaną mi po nich nieusuwalne blizny. Początkowo obsypywałam się talkiem mentolowym, jak polecił mi lekarz. Po obsypaniu się tym białym proszkiem krosty faktycznie mniej swędziały, ale jakoś nie specjalnie się goiły. Za to po użyciu *** efekt był natychmiastowy.  W Polsce krem ten można kupić w większych drogeriach lub aptekach.
W miejsce nazwy owego magicznego kremu dałam powyżej gwiazdki (***), gdyż musiałam się poważnie zastanowić czy mogę na łamach gazety podać Wam nazwę owego magicznego specyfiku. Ktoś przecież mógłby posądzić mnie o uprawianie kryptoreklamy. Biorąc pod uwagę jednak fakt, że moje dla Was pisanie ma charakter strictum personalny i nie reprezentuje żadnej formy dziennikarskiej, będąc osobistymi opisami moich macierzyńskich doświadczeń zbiorę się na odwagę i napiszę wreszcie, że owa maść nosi nazwę Sudocrem.

Rożki do spania
Jak wiecie, Jaś urodził się w styczniu. Sprawiłam mu super ciepły kocyk z materiału, ktόry określiłabym jako szlachetny rodzaj polaru. Z podręcznika dla świeżo upieczonych rodziców nauczyłam się jak zawijać maluszka do snu w rożek.
To prawda, że w takim kokonie maleństwa śpią jak aniołki, bo nie tylko mają ciepło, ale też zaspokajają swoją tęsknotę za pobytem w łonie mamy.
Niestety za późno przypomniało mi się, że w Polsce można kupić gotowe rożki do spania – kocykowe lub kołderkowe, zapinane na wygodne rzepy, zatrzaski, guziki lub sznurowane. Taki gotowy rożek to rewelacyjny wynalazek! Widziałam go u koleżanki i szczerze żałowałam, że go nie posiadam. Nota bene te nasze ojczyste rożki sprawdzają się lepiej od włoskich „riduttori”, czyli jakby foremek/koszyczków dla niemowląt, które wkłada się do łóżeczka, aby stworzyć im przytulne warunki do spania – na miarę kilkudniowego człowieczka.

Czapki-uszatki
Wszystkie dzieci moich bliższych i dalszych krewnych, przyjaciół i znajomych wychowały się w czapkach-uszatkach.
Przyznam, że znajome włoskie mamy dziwiły się, że zakładam Jasiowi lekką, bawełnianą czapeczkę nawet w domu i że w kółko marudzę, że trzeba uważać na przeciągi. Może to i fakt, że i to narzekanie, i to maniakalne okrywanie główki i uszek,  to nasza rodzima tradycja. Kto, wie może, gdybym wyemigrowała gdzieś w tropiki, to bym i od tej tradycji odstąpiła, ale jako że w Wiecznym Mieście bywa i wietrznie, i zimno  to mu tych uszatek (we Włoszech praktycznie nie do zdobycia)  sprowadziłam z Polski kilkanaście. I wiecie co, jestem przekonana, że właśnie dzięki nim Jaś mało choruje (Bogu dziękować i odpukać w niemalowane) i nie odstają mu uszy…
Te trzy, powyżej wymienione rzeczy, są priorytetowe, jako że na rynku włoskim praktycznie nieobecne. W pozostałym odcinku dokończę Wam czarną listę i napiszę, co jeszcze, made in Poland,  warto sobie do Italii ściągnąć  - przede wszystkim dlatego, że na zakupach w Polsce uda Wam się zaoszczędzić sporo €.

Jak już Wam uprzednio napomknęłam celem mojego oszczędzania były lekcje jazdy…
Zanim zostałam mamą wmawiałam sobie, że prawo jazdy i samochód są mi do niczego niepotrzebne. Wszakże po Rzymie wygodniej i taniej jest poruszać się komunikacją miejską, a sporadyczne wyprawy w miejsca, gdzie żaden środek transportu publicznego nie dociera, można się przecież odbyć w towarzystwie kogoś zmotoryzowanego. Prawda jednak jest taka, że tak mnie we wczesnej młodości zestresowano na pierwszym i niedokończonym kursie jazdy, że panicznie bałam się wsiąść za kierownicę.
Po porodzie, z każdym dniem życia Jasieńka zdawałam sobie sprawę, że niestety w dzisiejszych czasach, będąc mamą, nie obędę się bez samochodu.
Bariery architektoniczne to zmora nie tylko osób niepełnosprawnych, ale też mam z wózkiem. Do niektórych autobusów czasem w ogóle nie udawało mi się wsiąść. O przeprawach przez liczące nieskończoną liczbę schodów zejściach do metra nie wspomnę.
Termin upływu urlopu macierzyńskiego zbliżał się w zastraszająco szybkim tempie, i jak już wiecie, oznaczało to, że Jaś pójdzie do żłobka. „Pójdzie” to oczywiście termin umowny. Tak naprawdę było z góry wiadomo, że do tego żłobka trzeba będzie go wozić. A jako, że żłobek wybraliśmy tuż pod moim miejscem pracy,  stało się oczywiste, że będę się musiała sprężyć i nauczyć jeździć.

***
Na ostatnią lekcję jazdy poszłam z Jasiem, oczywiście wsadzonym do specjalnego fotelika. Tak się bowiem złożyło, że nie miałam go z kim zostawić. Instruktor był trochę zszokowany, ale jakby nie było, nie byłam zwykłą kursantką, ale dumną posiadaczką Prawa Jazdy uczącą się jeździć, więc ostatecznie pozwolił mi odbyć tę lekcje razem z synkiem.

***
Pierwszy raz zapisałam się na prawo jazdy po maturze, w Polsce. Od pierwszej lekcji wiedziałam, że kurs ten będzie koszmarem powracającym w snach pewnie do końca życia. Quizowe rebusy z podręcznika do teorii były dla mnie równie zrozumiałe jak fizyka kwantowa.
Instruktor zmienił akurat samochód kursancki na nowy i może dlatego z byle powodu krzyczał na mnie. Szczęśliwie prawie na samym początku kursu orzekł, że jako kierowca jestem antytalentem, dzięki czemu z czystym sumieniem mogłam zatrzasnąć za sobą na kilka lat drzwi znienawidzonej szkoły jazdy.

***
Drugi raz na kurs prawa jazdy zapisałam się już we Włoszech. Było to kilka lat temu. Na pierwszej lekcji zamiast podręcznika z karkołomnymi rebusami-quizami pokazano nam plansze z czerwonymi znakami drogowymi. Instruktor powiedział, że cała teoria jest dziecinnie prosta, jeśli zapamiętamy, że owe czerwone znaki mówią „stój” albo „tu nie możesz wjechać”, a bezkolizyjnie przebrniemy przez wszystkie skrzyżowania ustępując pierwszeństwa nadjeżdżającym z prawej. (sic!)
Ponadto powiedział, że aby zostać kierowcą wcale nie trzeba się urodzić z żadnym specjalnym talentem - jego zdaniem z jazdą samochodem jest jak z chodzeniem, każdy człowiek na początku  potrzebuje „chodzika”, a później z dnia na dzień zaczyna samodzielnie śmigać…

W następnym odcinku napiszę Wam jak wygląda kurs Prawa jazdy we Włoszech oraz jak udało mi się zdać teorię i jazdę za pierwszym razem i jak to się stało, że mimo zdanego prawa jazdy, po urodzeniu Jasia musiałam na nowo uczyć się jeździć…

Danuta Wojtaszczyk

Poprzednie odcinki znajdziesz tutaj.

Sposób na cyckoholika. Sztuczki żłobkowe na usypianie. Od Pana Doktora Zakręconego do Rudej. Dobry pediatra to skarb, ale nie łatwo go upolować.


Drogie Mamusie doszłe i niedoszłe,

W poprzednim odcinku skończyłam na tym, że Jaś zaczął histeryzować w żłobku, kiedy zachciało mu się spać. Problem polega na tym, że nie znosi smoczków, a wcześniej usypiał zawsze przy cycusiu albo na spacerze (po piątym kilometrze). Przyznam się uczciwie, że jestem za miękka, żeby zastosować metodę „zostaw niech płacze, aż się zmęczy i zaśnie”.
Kapituluję po kilku minutach. Musiałabym mieć serce z kamienia, żeby nie reagować na rozdzierający szloch mojego maleństwa i dopuścić do tego, żeby ochrypł albo dostał zapaści.

Poszperałam w internecie i znalazłam kilka rad na to jak radzić sobie z cyckoholikiem. Ponieważ jednak wszystkie okazały się bezskuteczne nie ma sensu, żebym je Wam przytaczała. Po upływie trzech kolejnych dni „inserimento” było jasne, że stoimy w miejscu. Po mniej więcej dwóch godzinach po przyprowadzeniu go do żłobka, z poczekalni wywoływał mnie głos woźnego z prośbą o odebranie płaczącego dziecka. Stwierdziłam, że w tej sytuacji, albo Ruda coś wymyśli, albo będę musiała rzucić pracę.
Ruda to pediatra Jasia. Nie myślcie sobie przypadkiem, że to obraźliwa ksywka. To pieszczotliwy przydomek dla tej świętej i mądrej kobiety  z burzą pomarańczowych loków na głowie.
Nasza Pani Doktor jest matką dwudziestoletnich dzisiaj chłopaków i choć jest czystej krwi Włoszką podejście do życia i do macierzyństwa ma niczym  wzorcowa Matka-Polka. Zawsze powtarza, że nie ma się co nad sobą użalać, bo użalanie się doprowadza do zguby rodzinę i świat, tylko zakasać rękawy i robić swoje, bo inaczej połowa gatunku ludzkiego zginie z głodu i brudu.
Ruda cierpliwie wysłuchała opowieści o naszych perypetiach żłobkowych, chwilę pomyślała, skrupulatnie zbadała Jasia,  zważyła go i zmierzyła, po czym orzekła, że wielkie z niego chłopisko i najlepiej będzie jak przestanę go karmić piersią.  Przepisała mleko zmodyfikowane z dodatkiem biszkoptów i zapewniła, że po tej kuracji odwykowej mój kochany cyckoholik nauczy się zasypiać sam.
Jak przepowiedziała, tak się stało.
Jeszcze tego samego dnia Jaś po wypiciu tej magicznej mikstury usnął w ciągu 10 minut przytulając nosek do poduszki, a nie moje piersi.
Następnego dnia, po sytym śniadaniu butelkowy kleiły mu się już oczy, kiedy po przedarciu się przez zakorkowane Wieczne Miasto dotarliśmy do żłobka.
Miłe Panie przedszkolanki i tajemniczym głosem oznajmiły mi, że chyba wymyśliły coś, co może pomoże Jasiowi zasnąć w żłobku.
Dochodziła godzina obiadu  a żaden głos nie wywoływał mnie ze żłobkowej poczekalni. To znak, że Jaś spał! Cyckoholik był wyleczony. Okazało się też, że tajemniczą sztuczką pań przedszkolanek na zasypianie był miś z pozytywką, który „śpiewa” kołysankę do uszka i wielkie, mięciutkie poduchy, zastępujące znienawidzone przez mojego skarba, żłobkowe łóżeczko.

Dobry pediatra to skarb
Wybór pediatry we Włoszech nie jest skomplikowaną sprawą z formalnego punktu widzenia. Trzeba tylko zaczekać, aż Agenzia delle Entrate prześle do domu codice fiscale dziecka. Codice fiscale, będące jednocześnie kartą zdrowia (tessera sanitaria) wysyłane jest automatycznie do domu w przeciągu mniej więcej miesiąca od momentu zgłoszenia urodzenia dziecka.
Rodzice będący rezydentami w Włoszech (mający stały adres zamieszkania) mogą zarejestrować dziecko w szpitalu (anagrafe). Ci, którzy mają niezalegalizowany pobyt w Italii muszą natomiast udać się do głównego biura ewidencji ludności. Mając już akt urodzenia w ręku (atto di nascita lub dichiarazione di nascita) można też udać się osobiście do Agenzia delel’Entrate, gdzie od ręki zostanie wydane codice fiscale.

Pierwszą wizytę kontrolną dziecko powinno odbyć tydzień po urodzeniu. Jeżeli do tego czasu nie otrzymaliście codice fiscale i w związku z tym nie macie jeszcze przypisanego pediatry  możecie udać się i bez książeczki zdrowia do lekarza. Oczywiście najlepiej tego, do którego macie zamiar zapisać dziecko, po uprzednim telefonicznym umówieniu się na wizytę i poinformowaniu go o tym, że nie posiadacie karty zdrowia.

Wymarzony pediatra powinien mieć gabinet blisko domu, podejście do dzieci, chęć do pracy i komórkę, na którą będziecie go mogli łapać poza godzinami przyjęć. Szkopuł w tym, że ciężko go upolować, a pierwsze strzały bywają strzałem kulą w płot.

Pierwszego Jasiowego pediatrę znalazłam przez stronę internetową służby zdrowia. W sekcji „wybór pediatry on-line”  znajduje się lista lekarzy prowadzących gabinety w poszczególnych dzielnicach Rzymu. Znalazłam na niej imiennika Jasia, który nie miał jeszcze kompletu pacjentów i na dodatek przyjmował kilkaset metrów od naszego domu.

Pan Doktor okazał się miłym wąsaczem po pięćdziesiątce.  Od razu jednak poczułam, że i mi, i Jasiowi ciężko będzie złapać z nim kontakt.
Na większość moich pytań, o to czy mój siedmiodniowy maluszek zdrowo się rozwija, odpowiadał pantomimicznymi gestami, a na koniec orzekł, że instynkt matki podpowie mi jak radzić sobie z drobnymi problemami.
Po pierwsze zapchany nosek,  ulewanie się po każdym karmieniu i kłopoty z pielęgnacją pępka wcale nie wydawały mi się drobnymi problemami, a po drugie mój instynkt macierzyński podpowiadał mi, żeby nie stosować na dziecku żadnych znachorskich trików tylko zaufać radą tylko w razie  problemów zaufać zaleceniom specjaliście w dziedzinie medycyny.

Po tej pierwszej wizycie u Pana Doktora Giovanniego Zakręconego postanowiłam, że więcej moja,  a tym bardziej Jasia noga,  nie stanie w jego gabinecie. Z determinacją zabrałam się za poszukiwania pediatry z prawdziwego zdarzenia.

Ruda trafiła nam się jak ślepej kurze ziarno. Jest świetna jako lekarz i jako człowiek.  Ma kilka medycznych specjalizacji i złote serce. W kryzysowych sytuacjach, nawet jak jest na kongresie odpowie sms-em z instrukcjami,  co robić. Nic, więc dziwnego, że ustawiają się do niej bardzo długie kolejki.  Jak ją upolowałam dowiecie się w następnym odcinku.

C.D.N.

Danuta Wojtaszczyk

foto: Autorka tekstu z Jasiem / © Grzegorz Butowski

Straciłam pracę. Byłam jedną z ostatnio przyjętych osób, a więc kiedy powiało kryzysem, zrobił się duży przeciąg w firmie no i mnie po prostu „wywiało”.
Nagle cała moja życiowa kolorowanka wyblakła i stała się szara.
Popłakałam sobie, obwiniłam najpierw własną osobę, potem cały świat, a następnie spakowałam walizki.
Pojechałam naładować przysłowiowe baterie do Polski. Nigdzie  indziej nie nabieram takiej energii i siły do działania, jak w rodzinnym domu. Zaraz po powrocie do Italii ostro wzięłam się do dzieła. Szukałam ofert pracy w sieci (mój komputer już dawno nie cieszył się takim powodzeniem), osobiście składałam moje C.V., dzwoniłam do miejsc, w których chciałabym być zatrudniona, zaglądałam do lokalnej gazety, pytałam znajomych... Mocno wierzyłam w to, iż prędzej czy później muszę coś znaleźć, że jeśli będę konsekwentna w pukaniu, to w końcu ktoś mi otworzy.
Budżet przeznaczony na codzienne funkcjonowanie zrobił się chudszy, więc i tutaj trzeba było wprowadzić pewne zmiany.
Wizyty na siłowni zamieniłam na rower. Codziennie ok. 10 km. pedałowania to dla mnie wystarczająco. Zamiast zabiegów w gabinecie kosmetycznym, wyszukałam, wyczytałam i sama nauczyłam się robić domowymi, wcale nie gorszymi, sposobami maseczki na twarz i ciało.
Księgarnie i kupno książek odeszło w niepamięć, bo w końcu zdecydowałam się zapisać do biblioteki.
Co do kuchni... postawiłam na mąkę. Wystarczy dodać do niej co nie co, a udaje się wyczarować tyle kolorowych dań, tych mniej i bardziej znanych.
Po dwóch miesiącach dzielnego poszukiwania mam pracę. Znalazłam. Zaczynam od jutra. Szczęściu memu nie ma granic.
Kiedy tylko otrzymam pierwsze wynagrodzenie, wyskoczę do miasta i w końcu zamiast tylko popatrzeć na wystawę sklepową, wejdę i kupię sobie coś nowego, ale nie zrezygnuje tak łatwo z pewnych nabytych przyzwyczajeń. Lepiej mieć  się zawsze na baczności, bo kto wie ile jeszcze potrwa ten niepewny, kryzysowy czas...
Silvia

Detektyw w akcji, czyli rzecz o tym jak wytropić dobrego pediatrę i nie dać go sobie sprzątnąć sprzed nosa. Mądry Polak po szkodzie, czyli 101 rzeczy, których nie warto kupować w ciąży.

Drogie Mamusie,

W ostatnim odcinku obiecałam Wam opowiedzieć, jak trafiliśmy z Jasiem do Rudej, czyli wspaniałej Pani doktor, na której pomoc możemy liczyć o każdej porze dnia i nocy.

Jak już wcześniej pisałam, po spotkaniu z Panem doktorem Giovannim Zakręconym stwierdziłam, że będzie jednak lepiej, jeśli przepiszemy się do pediatry „z polecenia”.
Jako, że bliscy,  dzieciaci znajomi naszej rodziny mieszkają na drugim końcu miasta postanowiłam popytać sąsiadek do jakiego lekarza prowadzają dzieci i czy są z niego zadowolone. Ponadto, o lekarzy godnych polecenia pytałam też  mamy poznane w parku podczas naszych popołudniowych spacerów. Miłe Panie poleciły mi kilku pediatrów i dały wiele cennych wskazówek, na to jak takiego wymarzonego lekarza upolować.

Ostatecznie, na podstawie przeprowadzonego „dochodzenia”, wyłoniłam z listy nazwiska dwóch lekarzy (w tym Rudej), cieszących się powszechnym szacunkiem i opinią wspaniałych specjalistów.
Jak się jednak okazało, obie Panie doktor miały komplet małych pacjentów, co w tej sytuacji oznaczało, że nie ma szans zapisać do żadnej z nich Jasia.
Za radą poznanej w parku  Barbary, mamy 5-miesięcznej Alessi,  udałam się mimo wszystko do gabinetu Rudej.
Miła Pani sekretarka oznajmiła mi, że w kolejce do osławionej za dobroć i profesjonalizm doktor Claudii stoją ze dwa następne pokolenia dzieci. Porozumiewawczym gestem dała mi jednak do zrozumienia, że podpowie mi, co zrobić, żeby pani Doktor nie dać sobie sprzątać sprzed nosa.

Jak wiadomo, we Włoszech można zapisać malucha tylko do lekarza, który ma wolne miejsca. A te zwalniają się u pediatry, kiedy rodzice któregoś z dzieci przepiszą go do innego doktora lub… kiedy pacjent ukończy 16 lat, bo wówczas zgodnie z przepisami musi zostać przepisany do lekarza rodzinnego dla dorosłych.
Pani sekretarka przejrzała komputerową kartotekę i ku mojej radości oznajmiła, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni trzech pacjentów ukończy 16 rok życia, zwalniając tym samym miejsca młodszym pacjentom.
Poradziła, abym codziennie sprawdzała na stronie internetowej służby zdrowia Regione Lazio, kiedy efektywnie zrobi się wolne miejsce i w dniu, kiedy na ekranie komputera przy nazwisku doktor Claudii wyświetli się upragnione „posto libero”, udała się niezwłocznie do rejonowej przechodni i zarejestrowała do niej Jasia.

Polowanie na sławetne „posto libero” trwało 10 niekończących się dni. Sprawdzałam stronę „sanità” kilka razy dziennie. Zielone światło, pojawiło się wreszcie dziesiątego dnia oczekiwania rano, więc natychmiast zabrałam potrzebne dokumenty i pobiegłam do ASL-u.
Wolne miejsce u Rudej czekało najwyraźniej na Jasia. Szczęśliwie udało nam się dołączyć do grona jej pacjentów.

***

Kilka dni temu na Facebooku miła Polka, która niedługo zostanie mamą, poprosiła mnie o garść rad,  co warto kupić dla siebie i maluszka.

Lista rzeczy, których moim zdaniem NIE WARTO kupować okazała się zdecydowanie dłuższa od tej, z rzeczami wartymi zakupu. Przy okazji obliczyłam, że nakupiłam zbędnych przedmiotów za co najmniej półtorej pensji.  Niektórych z nich nie użyłam ani razu!
Podzielę się z Wami moją listą nieudanych zakupów z nadzieją, że tym sposobem uchronię Was przed niepotrzebnymi wydatkami.


Oto czego na pewno bym już nie kupiła, gdybym miała jeszcze raz chodzić w ciąży i rodzić:

Rzeczy dla mamy:
Koszula do porodu – kupiona w specjalnym sklepie, zapakowana w specjalne pudełko z napisem „camcia per il parto” -  kosztowała 25 euro, które poszły do kosza jeszcze przed wyjściem z sali porodowej. Z doświadczenia zapewniam, że do rodzenia doskonale nadaje się jakakolwiek rozpinana góra od piżamy albo zwykła, krótka koszula nocna.

„Fascia dopo parto”, czyli elastyczny pas polecany przez ekspedientki w sklepach typu „wszystko dla mamy i dziecka”. Pas rzekomo pomaga odzyskać płaski brzuch po porodzie. W szpitalu jednak położne uświadomiły mi, że zdecydowanie szybciej odzyskują zgrabna sylwetkę mamy, które go nie używają i poradziły, żebym schowała go na samo dno szafy. Nabywając ten pas wyrzuciłam w błoto kolejne 25 euro.

Staniki do karmienia – kupiłam ich zdecydowanie za dużo i w nieodpowiednim momencie ciąży (początek 8 miesiąca). W dniu porodu okazały się ciasnawe i w dodatku o wiele mniej praktyczne od zwykłych staników bez fiszbin. Chodzi o to, że wcale niełatwo jest rozpiąć to ustrojstwo jedną ręką (drugą, jak wiadomo ma się zajętą, bo trzyma się maluszka). Na dodatek po rozpięciu miseczki wkładka laktacyjna zazwyczaj ląduje na ziemi. Dużo wygodniejsze okazały się dla mnie zwykłe, nieusztywniane biustonosze, które nota bene wyglądają dużo estetyczniej i nie kosztują fortuny.

Sterylizator, czyli specjalne urządzenie do wyparzania butelek i  smoczków. Ponieważ karmiłam praktycznie tylko piersią zupełnie mi się nie przydało. Dla jednej butelki nie było sensu podłączać całej tej aparatury i czekać grubo ponad kwadrans, aż butelka się wyparzy.  Kupiłam w  aptece specjalny płyn do sterylizacji, który wlewa sie do garnka z wrzątkiem i tym starym, dobrym sposobem miałam wszystko, co potrzebne wysterylizowane w pół minuty.


Rzeczy dla dziecka:
Wózek typu trio, czyli gondolka, fotelik samochodowy i spacerówka w jednym (wł. navicella, ovetto i passeggino). Zwykło twierdzić się, że „jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego” - i wiecie co -  po przygodach z tym wózkiem przekonałam się, że naprawdę dużo prawdy jest w tym powiedzeniu.
Zakup wózka to poważna i kosztowna inwestycja. Wybrałam dla Jasia śliczne, zgrabne i bardzo łatwe w obsłudze trio renomowanej marki. Świetne pod każdym względem, szkoda tylko, że w 4 miesiącu życia Jasieńka nadawało się już tylko do tego, żeby wynieść je do piwnicy. Mój Cudeniek rósł jak na drożdżach i gondolka szybko okazała się dla niego za krótka i za ciasna.
Był za malutki na spacerówkę, więc za zgodą pediatry przesadziłam go do ovetto. Ale i z tego w 6 miesiącu życia wyrósł. Spacerówki w triach nie są najlepszej jakości i nie mają wielu praktycznych funkcji jak passeggini, które kupuje się oddzielnie. Tak więc, po pół roku kupiłam nowy wózek – spacerówkę dostosowaną do potrzeb bardzo małego dziecka, która rozkłada się zupełnie na płasko i dziecko może w niej spać tak samo wygodnie jak w gondolce. Trio ostatecznie sprzedałam przez internet, za mniej niż połowę ceny rynkowej.
Co zaś się tyczy ovetto, to przyznam, że nie miałam do niego przekonania jeśli chodzi o bezpieczeństwo jazdy w samochodzie. O wiele lepiej sprawdził się fotelik, kupiony za grosze, dwufunkcyjny, przystosowany do przewozu niemowląt i większych dzieci.

Gdybym mogła cofnąć czas, owego pamiętnego dnia, kiedy zostawiłam pół pensji w sklepie z wózkami, nabyłabym tylko porządny fotelik samochodowy i  spacerówkę dla dzieci w wieku od 1 miesiąca do 3 lat. Gondolkę, która jest bardzo wygodna w pierwszych tygodniach życia maluszka kupiłabym zaś używaną,  wszakże można je nabyć w bardzo dobrym stanie, a wszystkie elementy materiałowe dodatkowo zdjąć i wyprać w pralce.
Mądrzejsza dzięki przeżytym doświadczeniom dziś większą sumę zainwestowałbym zamiast w trio w kurs prawa jazdy…


W kolejnym odcinku dowiecie się o moich perypetiach samochodowo-komunikacyjnych oraz czego jeszcze nie warto kupować, a co (zwłaszcza made in Poland) musicie mieć koniecznie.

Danuta Wojtaszczyk

C.D.N.

foto: Autorka tekstu z Jasiem / © Grzegorz Butowski

http://www.naszswiat.net/moje-trzy-grosze/912-chodzi-w-ciy-i-by-mampo-wosku.html
http://www.naszswiat.net/moje-trzy-grosze/942-chodzi-w-ciy-i-by-mampo-wosku-2.html

Cz.1.

Melduję, że wróciłam. Odmieniona, choć już nie w odmiennym stanie. Ponieważ chodziłam w ciąży i rodziłam w Italii, a teraz od 8 miesięcy staram się wychować mojego synka na porządnego Polaka w naszym włoskim domu, więc z doświadczenia wiem, że wcale nie jest łatwo być rodzicem, a zwłaszcza tu na emigracji. Podzielę się z Wami opowieściach o moich ciążowo-macierzyńskich perypetiach, w nadziei, że wyciągnięcie wnioski z moich błędów i skorzystacie z rad.

Drogie Czytelniczki.

 

W styczniu bieżącego roku zostałam mamą i z tego powodu byłam nieobecna w redakcji przez kilka miesięcy. Macierzyństwo zmieniło moje spojrzenie na bardzo wiele spraw, na dziennikarzowanie również. Nigdy dotąd w ciągu tak bardzo krótkiego okresu nie musiałam wychodzić i wypraszać tylu spraw. Bywały dni, że chciało mi się płakać z bezsilności. Nie mając nikogo, komu mogłaby powierzyć opiekę nad dzieckiem w ciągu dnia, zmuszona byłam ciągać moje, kilkutygodniowe wówczas maleństwo po różnych urzędach. Jak biurokracja potrafi uprzykrzyć człowiekowi życie, pewnie same doskonale wiecie.

Postanowiłam podzielić się z Wami wszystkimi radami, które przyjdą mi do głowy, w nadziei, że okażą się Wam pomocne i pomogą zaoszczędzić zbędnego tracenia czasu.

Będzie trochę niechronologicznie. Bo nie tylko o perypetiach związanych z przedzieraniem się przez gąszcz przepisów prawnych będę pisała, ale w ogóle o tym, jak to jest, gdy się chodzi w ciąży i wychowuje dzieci we Włoszech. Stąd tytuł cyklu.

Zacznę od opowiedzenia o tym, czym obecnie żyje moja rodzina, czyli perypetiami związanymi z posłaniem Jasia do żłobka i moim powrotem do pracy.

 

Może nie taki żłobek straszny jak go malują?

Decyzja zapadła jeszcze przed wakacjami. Opcje do wyboru ostatecznie były dwie: albo rzucę pracę, albo poślemy naszego synka do żłobka. Oczywiście wolałabym, gdyby moim skarbem zajęła się babcia albo niania z prawdziwego zdarzenia, ale niestety w naszym przypadku, pomoc babć nie wchodzi w rachubę, a na opiekunkę nas nie stać. Po przeanalizowaniu wszystkich „za" i „przeciw" postanowiliśmy spróbować ze żłobkiem. Może nie taki on straszny jak go malują?

Tuż po Wielkanocy złożyłam podanie o przyjęcie Jasia do żłobka państwowego, tj. finansowanego ze środków miasta (asilo nido comunale). W Wiecznym Mieście, statystycznie przyjmowane jest jedno dziecko na dziesięć – wiadomo chętnych jest wielu, a placówek mało.

W zależności od sytuacji rodzinnej, zawodowej i finansowej rodziców otrzymuje się mniejszą lub większą liczbę punktów. Im więcej punktów na podaniu, tym większe szanse, że maluch zostanie przyjęty. Pierwszeństwo w przyjęciu do asilo nido comunale mają dzieci niepełnosprawne, rodziców samotnie wychowujących oraz dzieci z rodzin znajdujących się w bardzo trudnej sytuacji życiowej (pod warunkiem, że jest to udokumentowane przez opiekę społeczną lub sądownie). W następnej kolejności przyjmowane są dzieci z rodzin, w których oboje rodzice pracują i to za przeciętne zupełnie pieniądze. Teoretycznie (ale to zupełnie teoretycznie!) w tym drugim przypadku, skrupulatni urzędnicy weryfikujący podania, powinni przyznać rodzinie 40 zwycięskich punktów - zwycięskich, bo dających szansę na dostanie się do żłobka. Specjalnie wyszkoleni biurokraci często i gęsto przyznają ich jednak mniej, bo muszą w końcu mają za zadanie tak to wszystko rozegrać, żeby tych dziewięcioro statystycznych maluchów do żłobka się nie dostało.

Nam odjęto chyba punkty, za to, że mamy elastyczny czas pracy i chyba za to, że choć skromnie, ale jednak pod dachem (choć wynajętym), a nie pod mostem mieszkamy. Ku mojemu zdziwieniu do żłobka nie przyjęto nie tylko mojego Jasieńka, ale też dzieci: m.in. koleżanki - samotnej matki i przyjaciół, którzy harują po 12 godzin i mogliby to udokumentować. Spotkaliśmy się, zgadaliśmy że to nie fair, skoro tyle podatków z nas zdzierają i postanowiliśmy napisać odwołania. Ślęczeliśmy kilka dni nad normatywą, napisaliśmy rzeczowo i przekonywująco... i na nic się to zdało, bo nawet z dodatkowym jednym punktem (chyba za złożenie zażalenia?) nie osiągnęliśmy magicznej, punktowej czterdziestki.

 

Kto płaci ten wymaga....

Potrzeba mi było trzech bitych tygodni, na zwiedzenie kilku prywatnych placówek i wybranie tej „najodpowiedniejszej". Przyznaję, jako nadopiekuńcza matka jestem chyba trochę paranoiczką. Niektóre żłobki od razu zdeklasyfikowałam, bo uśmiechnięte przedszkolanki wydawały mi się sadystkami w kamuflażu, a woźny w jednym z miejsc przypominał pedofila, którego kiedyś pokazali w dzienniku. Stwierdziłam, że skoro już trzeba będzie słono za ten żłobek zapłacić, to chcę żeby spełniał wszystkie moje oczekiwania. W połowie czerwca udało mi się wreszcie trafić na wzbudzającą zaufanie placówkę, w dodatku znajdującym się w bardzo dogodnym miejscu – kilkaset metrów od siedziby redakcji.

Na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, tj. żłobkowego nie mogłam spać, bolał mnie z nerwów żołądek. Natomiast mój synek, który wdał się w tatusia, więc nie panikuje z byle powodu, już pierwszego dnia dał mi do zrozumienia, że podoba mu się nowa forma opieki. W żłobku jest kolorowo, przedszkolanki są miłe i cały czas skoncentrowane na dzieciach i na dodatek maluchy mogą dowoli kulać się po puchatych wykładzinach, a tak się składa, że uprawianie tej formy ruchu należy obecnie do ulubionych zajęć mojego skarba.

 

Inserimento

„Inserimento", czyli okres przyzwyczajania malucha do nowego otoczenia w „naszym" żłobku wygląda w ten sposób, że maluszek pierwszego dnia zostaje z opiekunkami na pół godziny. Kolejnego dnia na godzinę, następnego o poł godziny dłużej ... i tak dzień po dniu okres pobytu w żłobku się wydłuża, aż do momentu osiągnięcia czasu wybranego przez rodziców.

W większości włoskich żłobków i przedszkolach można zostawić dziecko na pół dnia (zazwyczaj do 14.30) lub na cały dzień (tzw. „tempo pieno"), czyli co najmniej do 16.00, a w wielu miejscach nawet do 19.00. W czasie trwania „inserimento" rodzic/-e czekają w poczekalni. Muszą być blisko, na wypadek, gdyby maluszek płakał. Wyżej opisaną metodę stosuję się w Jasiowym żłobku, ale wiem też, że w niektórych rzymskich przedszkolach pozwala się mamom wchodzić z dzieckiem do sali zabaw, a następnie po upływie określonego czasu prosi się je o oddalenie. Myślę, że obie metody pozwalają maluszkom na beztresowe przyzwyczajenie się do nowego otoczenia.

Nasze inserimento było bezsteresowe. Przez pierwsze cztery dni. A później zaczęły się schody. Bo Jasiowi chciało się spać lub jeść, a mamusia z cycusiem była poza zasięgiem...

C.D.N.

 

Danuta Wojtaszczyk

Fot. Autorka tekstu z Jasiem © Grzegorz Butowski

Modi to po francusku przeklęty...
Pierwszy raz zobaczyłam obraz Modiglianiego jeszcze w szkole podstawowej. Z burych kart wysłużonego podręcznika do plastyki spoglądała na mnie migdałowymi oczami kobieta o łabędziej szyi. Poruszyło mnie wszystko – ciepła, śródziemnomorska kolorystyka, klimat obrazu, łagodność, prostota i geometryczność twarzy i zakochałam się… zakochałam się w Modiglianim, w jego sposobie widzenia kobiet.
Potem odkryłam, że choć tak delikatnie portretował swoje modelki, wcale delikatny dla nich nie był. Kapryśny, histeryczny, brutalny często pijany lub odurzony środkami zawierającymi całą tablicę Mendelejewa, typowy przedstawiciel bohemy paryskiej, ale bynajmniej nietypowy talent i choć w knajpach i knajpkach płacił za kieliszek wina naprędce naszkicowanymi portretami gości, to jego obraz, Akt leżący, w przyszłości sprzedał się za 26,9 milionów dolarów.
Student Akademii Aktu we Florencji oraz Wenecji, znajomy Picassa, Diego Rivery, Guillauma Apollinaira i innych przedstawicieli artystycznej awangardy niestety oprócz nieprzeciętnego talentu obdarzony był także słabym zdrowiem, które to wprowadziło go na drogę artystyczną, podobno majacząc w gorączce wyznał matce, że zostanie artystą, ale też przyczyniło się do jego upadku i przedwczesnej śmierci w wieku 36 lat.
I oto staję przed wielkim plakatem. Leniwie, rozkosznie przeciągająca się naga modelka, otulona ciepłymi kolorami Toskanii i już wiem co będę robić w tą sobotę.
MODI w Muzeum MAGA!
Szalony, porywczy, birbant, kobieciarz, alkoholik, uzależniony od opium mega talent, artysta przez duże A, malarz, rzeźbiarz urodzony o 20 lat za wcześnie pod nieszczęśliwą gwiazdą w Livorno, w Toskanii MODI zawitał do świeżo otworzonego w Gallarate Muzeum Sztuki MAGA.
Wystawę jego prac możemy oglądać od 20 marca do 19 czerwca, to inauguracyjny prezent od nowego Muzeum MAGA dla wszystkich fanów nowoczesnej sztuki.
Obrazy, rysunki, dokumenty pochodzące z najważniejszych muzeów i kolekcji prywatnych takich jak Pinacoteca Giovanni i Marella Agnelli z Turynu, GNAM z Rzymu, Pinacoteca di Brera i Mediolańskiego Musei Civici, Muzeum w Jeruzalem, nowojorskiej kolekcji prywatnej, londyńskiej Estorick Collection.
Wystawa za pomocą talentu scenografa Maurizio Sabatiniego, który współpracował wraz z Tornatore przy filmie Baaria, przenosi nas powoli w świat Modiglianiego. Towarzyszymy mu od narodzin – oglądając jego akt urodzenia poprzez młodość, patrząc na jego szkolne i rodzinne zdjęcia, poznajemy jego oceny oglądając jego świadectwo, aż do czasów Paryża. Dowiadujemy się jakie spodnie zamówił u krawca, bo na rachunku nakreślił szkic, z portretów patrzą na nas dziwnymi, jakby pustymi oczyma jego przyjaciele oraz Jeanne, jego miłość i żona-nie żona, muza i towarzyszka życia, której obietnica małżeństwa została złożona przez Modiego na piśmie oraz podpisana i który to dokument też możemy zobaczyć. Towarzyszymy mu na paryskich spacerach oraz na balach i licznych imprezach, w pracowniach kolegów artystów. Poznajemy jego modelki i paryska bohemę, czytamy pocztówki, które wysyłał.
Wystawione szkice i obrazy przeprowadzają nas przez życie artystyczne Modiglianiego i  pokazują, jak kształtował się jego styl, jak powoli rzucał pejzaże na rzecz studiowania ciała ludzkiego i portretów, jak fascynował się sztuką prymitywną.
Przechodzimy od pejzażu przedstawiającego toskańską drogę namalowanego w Livorno, w 1889 roku obok portretów Paula Guillaume’a, Leopolda Zborowskiego, Mose Kislinga, Jeanne Hebuterne powstałych w Paryżu, w latach 1915-1919, obok znakomitych aktów i szkiców kariatyd.
Brakuje mi rzeźb i tutaj przypomina mi się żart spłatany przez 3 studentów z Livorno w 1984 roku.
Legenda lokalna głosi, że w 1909 roku rozwścieczony Modigliani wpadł jak burza na wystawę swoich prac i przez okno do fosy zaczął wyrzucać swoje rzeźby. Minęły lata i podczas wystawy prac Modiglianiego w Livorno, w 1984 roku, postanowiono sprawdzić ile w tej legendzie prawdy…i…oczom zdumionych badaczy ukazały się wydobyte z dna fosy 3 rzeźby, twarze o wydłużonych rysach uznane przez autorytety za autentyki, świat sztuki zamarł i obudził się parę dni później, gdy 3 studentów i rzeźbiarz, Angelo Froglia przyznali się do  prowokacji i wyznali, że są autorami powyższych dzieł. Ich projekt miał wykazać jak daleko ludzie, krytycy i media wierzą w legendy. Jak widać wierzą... Obecnie mieszkańcy Livorno na samo wspomnienie się uśmiechają, a krytycy oblewają zimnym potem…
Apetyt rośnie w miarę jedzenia i z wystawy wychodzę głodna, głodna Modiglianiego, obrazów w ciepłych śródziemnomorskich kolorach przedstawiających długoszyje modelki, głodna Toskanii, ale też ze świadomością, że poznałam artystę nie tylko poprzez jego prace, ale też poprzez jego uchwycone w obiektywie życie, poprzez zdjęcia…świadków jego codzienności.

Magdalena Negrusz