Magazyn - Nasz Swiat
21
Cz, wrzesień

Na przełomie lutego i marca, jak co roku w Mediolanie, podczas Tygodnia Mody, ważyły się losy naszej zimowej garderoby.
My dopiero co odnajdujemy się w nowej, wiosennej, ubraniowej rzeczywistości, wymyślając nową siebie, przeglądając pisma i buszując w pojawiających się nieśmiało w sklepach nowych kolekcjach, a świat mody już o naszej wiośnie zapomniał. Teraz wielcy tego świata decydują co będzie in, a co out, podczas jesieni i zimy 2010.

Mediolański tydzień mody zaczął się od skandalu: Anna Wintour, głównodowodząca Vogue i śmiem rzec całym modowym środowiskiem, zapowiedziała, że przyjeżdża tylko na 3 dni, czyli od 26 do 28 lutego, a tydzień trwa dni 7, co prawda w tym roku został skrócony do 6 (24.02-01.03), ale na pewno nie do 3 dni!
Projektanci oburzyli się i poczuli urażeni brakiem szacunku, zwłaszcza, że Wintour zaczęła ingerować w plan pokazów chcąc przesunąć interesujących ją projektantów właśnie na „swoje” 3 dni. Następnie oni zaczęli walczyć o terminy w trakcie tych 3 dni, aby zaprezentować swoje kolekcje pod czujnym, choć przykrytym wielkimi okularami okiem żelaznej Anny.
Wyjątek stanowili: Prada (no cóż i tak wszyscy wiemy, że diabeł ubiera się u Prady) i Armani – on też nie musi bić się o miejsce w kalendarzu Wintour.

Tydzień Mody wszedł bardzo mocno w mediolański krajobraz i aż trudno uwierzyć, że pierwszy raz odbył się w Nowym Jorku w 1943 roku, w celu promowania lokalnych, amerykańskich projektantów, gdyż z racji II Wojny Światowej amerykańskie modnisie straciły dostęp do kreacji prosto z Paryża i do mody francuskiej.
Mediolan zaludnił się żyrafowymi modelkami, które krążyły po mieście i można je było spotkać w tramwajach czy metrze (tak, sprawiają, że normalna, mierząca 176 cm i ważąca 66 kilo kobieta czuje się jak skrzyżowanie zawodnika sumo z szafą gdańską) lub były przewożone busikami opisanymi Camera Nazionale della Moda zaznaczając, że miasto przygotowuje się na modową burzę.

Trendy tłum ludzi z branży, obwieszony markowymi torbami, przemierzał ulice stolicy mody, oczywiście te ulice, które należy przemierzać, czyli Monte Napoleone, a zwykli zjadacze chleba szturmowali kasy Zary i H&M.
Również dla zwykłych „zjadaczy Zary”, na Piazza Duomo, na maksi ekranie były wyświetlane pokazy z Tygodnia Mody Wiosna/Lato 2010 i rację ma Armani, który stwierdził, że nie ma najmniejszego sensu prezentowanie kolekcji zimowych u progu „bella stagione” czyli wiosny.
Znajoma z branży hotelarskiej, pracująca w jednym z 5 gwiazdkowych hoteli z uśmiechem przyznaje, że Mediolański Tydzień Mody to dla nich gorący, szalony okres.
Pewna nowa recepcjonistka nie została uprzedzona, że zanim przywita pewną znaną osobistość, koniecznie musi zamienić parę miłych słów z pieskiem tejże osoby i katastrofa gotowa, bo obrazy pieska nie wybacza się tak szybko.
Podobno to właśnie to odbywające się 2 razy do roku „Boże Narodzenie” świata mody zainspirowało Armaniego do stworzenia ARMANI HOTEL, bo jak sam stwierdził: „po co płacić obcym jak można samemu zarobić.”
A co nam przyniósł ten tydzień? Jakie będziemy następnej zimy?
Według Armaniego: eleganckie, wyrafinowane, kobiece, zainspirowane latami 20., ubrane w szlachetne aksamity, brokaty, niestety futra, butelkowe zielenie, czernie… powiedziałabym klasyczna elegancja z domieszką stylu retro.
Będziemy też ostre, seksowne, wyjęte jak z lat 80-tych, pomalowane i uczesane, a właściwie ulizane na młodą Korę z Mannam, czy dziewczyny ze słynnego teledysku Palmera. Mocne pomidorowo-czerwone usta, drapieżne kocie oczy, czarne obcisłe skórzane kostiumy i sukienki bez ramion, pióra. Ubierzemy też lateksowe, czerwone legginsy, niebotyczne koturny, czy mikroskopijne skórzane rękawiczki w alternatywie długaśne. Będziemy ostre, zimne, silne, czarno-czerwone, seksowne, tak nas widzą Dean and Dan, czyli bliźniacy tworzący duet DISQUARED.
Alternatywą dla ostrej dziewczyny DISQUARED jest słodka Lolita BLUGIRL ubrana w szarości, kremy, beże, pudrowe róże, naciągnięte podkolanówki i dzianinowe puszyste swetro - futerka, które przyznaję, są ciekawą alternatywą dla prawdziwych futer. Nawet zwierzęce motywy mają tu słodką i dziewczęcą oprawę.
Gdy Lolita dorośnie może przeobrazi się w kobietę według GUCCI - biało-szaro-srebrzystą, jej wizytówka to nowoczesna klasyka, ubiera się z tą prostą, niewymuszoną elegancją w szlachetne, miękkie wełny, zamsze, skóry i niestety znów futra…
JOHN RICHMOND widzi nas czarno, rockowo z domieszką klasycznej elegancji, na wybiegu dżinsy zestawiane z oryginalnymi marynarkami, mini, mix szlachetności z codziennością, całkiem smaczny koktajl!
I PRADA, kolekcja dla dobrze ułożonych dziewcząt, bardzo bon ton, skromnie, dziewczęco i delikatnie, trochę lat 50, grzecznie, czego nie można powiedzieć o kolekcji Dolce&Gabbana. Gorsety, koronki, zwierzęce wzory, wąskie spódnice, czyli śródziemnomorska piękność-kusicielka w pełnej krasie.
Pokazano 200 kolekcji i można powiedzieć, że Jesień-Zima 2010/2011 będzie pełna sprzeczności – mocno trzyma się wizerunek ostrej rockowej dziewczyny z lat 80, ale znajduje ona konkurencję w eleganckiej, zmysłowej, spowitej w miękkie płaszcze i dzianiny, pastelowej damie. Wspólny mianownik to MEGA KOBIECOŚĆ
Ja już zdecydowałam –  zaopatrzę się w długie skórzane rękawiczki oraz skórzane spodnie,  coś z butelkowej zieleni w stylu Armani, ale na pewno Richmondowska klasyka z dodatkiem seksu i rocka oraz styl Gucci - nowoczesny, elegancki i prosty. To będę ja, ale na razie odkurzam moje balerinki i prasuję zwiewne sukienki z myślą o pierwszych, ciepłych, wiosennych dniach!

Magdalena Negrusz


W poprzednim numerze „Naszego Świata” rozpoczęliśmy cykl felietonów młodego mężczyzny, który przybył do Rzymu kilka miesięcy temu. Treści przedstawiają napotkanych przez niego ludzi. Dziś część druga.

W tym tygodniu pragnę opowiedzieć o kolejnym z grupy „leserów”. Jest nim Artur, mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy kontakt miałem z nim podczas poszukiwania mieszkania. W tej sprawie udałem się oczywiście pod polski kościół, niedzielne miejsce spotkań Polaków. Rozmowę rozpoczęliśmy przypadkiem, podczas gdy wertowałem ogłoszenia. Powiedziałem mu, że w trybie pilnym potrzebuje chociaż pokoju. Dał mi namiary na swojego znajomego, którym podobno miał coś wolnego. Zadzwoniłem i powołałem się na Artura. W końcu umówiłem się na oglądanie. Pokój nie przypadł mi do gustu. Postanowiłem ponownie poprosić o pomoc poznanego pod kościołem mężczyznę. Okazało się, że jego współlokatorka się wyprowadziła i właścicielka mieszkania szuka spokojnej osoby. Po oględzinach zapłaciłem kaucję i wprowadziłem się kilka dni później. Tak o to zamieszkałem pod jednym dachem z Arturem (i z kilkoma innymi osobami). Przyjechał on do Italii około rok temu. Na miejscu poznał dziewczynę z którą mieszka. Według mnie był to jej najgorszy błąd w życiu. Ale nie o niej tutaj mowa, może w jednym z kolejnych artykułów. Na początku nasze relacje były w porządku. Później wychodziła prawdziwa natura Artura. Nie zapomnę jak ciągle wypytywał się o moją pracę. Nie lubiłem jej, więc nie chciałem o niej rozmawiać. No ale cóż, z grzeczności trzeba było odpowiadać. Natomiast on przechwalał się, że jego praca jest lepsza (to co, że robiliśmy to samo, prawda?), że ma lepszego szefa, że więcej zarabia, że ma lepszy dojazd, i tak dalej, i tak dalej... Do znudzenia... Dopiero potem zauważyłem jaki jest fałszywy. Gdy nadeszły ciężkie miesiące dla budowlańców i był zastój w pracy, oboje siedzieliśmy w domu. Gdy pytał się dlaczego nie pracuję odpowiadałem jasno: jest grudzień, mamy zastój, szef szuka czegoś nowego. Natomiast jego odpowiedź brzmiała: „Ja z szefem troszkę chorujemy. Dopadł nas wirus i postanowiliśmy poleżeć w łóżkach”... po czym udał się zwiedzać miasto... Gdy jego „choroba się przedłużyła” do kilkunastu dni usłyszałem, że z jego szefem nie ma żadnego kontaktu. Z dnia na dzień przepadł. Dopiero po nowym roku wrócił z urlopu w Polsce. Artur zmyślał mi różne bajeczki próbując wytłumaczyć mi brak pracy. Gdy udało mi się zalegalizować pobyt we Włoszech, widziałem na jego twarzy zazdrość. Oczywiście próbował ją ukryć. Wypytywał się o różne rzeczy, czy święta mam płatne, czy dostanę trzynastkę? Gdy mu powiedziałem, że nawet czternastkę to w nim aż się zagotowało. Po kilku tygodniach na mieszkaniu zaczęły powstawać drobne sprzeczki, które po pewnym czasie przerodziły się w wielkie awantury. Głównym powodem było to, że każdy za dużo konsumuje gazu, prądu, że za długo siedzi w łazience, kuchni itp. Artur chciał być przywódcą i chciał rozwiązać każdy spór. Problem w tym, że jego propozycje były tylko z korzyścią dla niego, wszystko robił pod siebie nie patrząc na innych lokatorów. Żeby tego było mało on non stop kłócił się ze swoją dziewczyną, co było nie do wytrzymania także dla innych lokatorów. Za mieszkanie zaczęli płacić oddzielnie. Nie ma dnia, żeby się nie kłócili. Doszło nawet do tego, że na oczach wszystkich domowników uderzył swoją partnerkę. Całkowicie ją sobie podporządkował ponieważ... ona go przepraszała, że musiał ją uderzyć! Po tym incydencie prawie w ogóle nie wychodzi z pokoju. Czeka aż wróci jego partnerka i przyniesie mu kolację. Zacząłem się śmiać, że on już nawet nie wydala albo czeka aż wszyscy  pójdą spać. Nigdy nie widziałem go, żeby pozmywał albo posprzątał. Jego dyżury na mieszkaniu przejmuje oczywiście dziewczyna. Nawet nie wyniesie śmieci kiedy jest jego kolej. A gdy zwróci mu się grzecznie uwagę to rozpoczyna awanturę.
Mimo, że Artur pracuje ciężko na budowie (wiem coś o tym), to jest według mnie leserem. Bo ta jego praca, to jedyne co w życiu robi, całą resztę wykonuje za niego dziewczyna, on traktuje ją jak służącą, a ona się na to godzi. Przykre, ale prawdziwe. Ciąg dalszy nastąpi...

* Imiona przedstawionych osób zostały celowo zmienione.

Obserwator

Ludzie bez ambicji, wykorzystywanie pracowników oraz dorobkiewicze, czyli seria felietonów młodego mężczyzny opowiadającego o Polakach, których napotkał na swojej rzymskiej drodze.

Przyjechałem do Rzymu kilka miesięcy temu. Jestem młodym mężczyzną, który po zakończeniu nauki musiał rozpocząć dorosłe życie. Miałem dwie możliwości, zaczynać od zera w Polsce lub rzucić się na głęboką wodę i wyjechać zagranicę. Wybrałem tą drugą opcję. Już wiem, że postąpiłem właściwie. Pomimo krótkiego pobytu w Italii pragnę się podzielić własnymi spostrzeżeniami na temat ludzi – Polaków, których tutaj poznałem. Z niektórymi miałem okazję pracować, z innymi mieszkać. W moich felietonach przedstawię szczegółowo różne osoby dzieląc ich na grupy. Pierwsza z nich to „leserzy” . Leser to według Słownika slangu i mowy potocznej: leń, obibok, nierób. Na emigracji takich ludzi jest wielu…

Łukasz

Łukasz, to mężczyzna na pierwszy rzut oka przed trzydziestką. Przyjechał do Italii prawie trzy lata temu. Poznałem go pod polskim kościołem, kiedy na początku mojego życia na emigracji szukałem pracy. Przyczepiałem właśnie ogłoszenie na murze, kiedy zapytał się czy nie chcę pracować razem z nim. Zgodziłem się bez zastanowienia, ponieważ to była jak na razie jedyna propozycja. Umówiliśmy się na drugi dzień, na dworcu, aby razem jechać „na robotę”. O nowej pracy wiedziałem tylko tyle, że będę pomocnikiem przy remontowaniu apartamentów. W metrze zagadałem nowo poznanego kolegę o jego życie na obczyźnie. Przyjechał do pracy „tylko” na dwa miesiące, na wakacje. Miał zapewnioną pracę u znajomego. Został bo ujrzał wizję zarobienia pieniędzy większych niż w Polsce. Przez cały czas robił na czarno. Pierwsze wrażenie po poznaniu go było pozytywne. Śmieszyła mnie tylko jego wada wymowy, której stanowczo się wypierał. Podczas przerw sporo rozmawialiśmy. Z każdym kolejnym dniem zmieniałem o nim zdanie. Szybko zauważyłem, że to człowiek pozbawiony ambicji. Mówił, że zawsze będzie tyrał na budowie, bo na nic innego go nie stać, nic nie potrafi. Twierdził, że taki sam los czeka mnie. Nawet nie wie jak bardzo się mylił...  Snuł plany, że wróci do Polski i będzie remontował na własną rękę, że nie będzie od nikogo zależny w tym co robi. Skarżył się także na szefa, że wykorzystuje pracowników. Za ciężką pracę jest małe wynagrodzenie. Zazdrościł innym większej dniówki. Za każdym razem wmawiał mi, że życie we Włoszech nie ma sensu. Mówił, że Włosi to „faszyści” i nie szanują Polaków. Dlaczego więc tu przyjechał, po co tyle czasu tu jest? Ale jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno są to pieniądze. Lubił sobie też wypić. Wręcz chwalił się swoimi niechlubnymi rekordami. Niemal wszystkie zarobione pieniądze, które miał wysyłać rodzinie w Polsce, przepijał lub przeznaczał na kupno papierosów, a palił aż dwie paczki dziennie! Przez cały swój pobyt w Rzymie nie dorobił się niczego. Wynajmował ciągle pokoje, które zmieniał jak rękawiczki. Tłumaczył to zawsze tak samo: właściciele to ludzie chorzy psychicznie. Przez trzy lata był niemal odcięty od świata. Nie udało mu się kupić komputera, a nawet telewizora. Jedyne w co się zaopatrzył to aparat cyfrowy, którym miał zrobić zdjęcia dla rodziny. Nie miał znajomych, nigdzie nie wychodził, stworzył sobie swoje pojedyncze getto. Jego życie to prosty schemat: praca – dom. Przez trzy lata nie nauczył się nawet najprostszych słów po włosku. Jak więc chciał tu żyć? Pamiętam, jak w drodze z pracy poprosił mnie, bym kupił mu bilety do metra. Powiedział, że się boi, bo zawsze kupował je w maszynce i nie wie jak to zrobić w kiosku. Złapałem się za głowę. Oczywiście kupiłem mu te bilety, ale długo byłem w szoku. Przecież nawet bez znajomości języka można to zrobić. A jednak jest tu 3 lata, więc chyba już słowo „bilet” powinien znać…
Pewnego dnia przyszedł do pracy pijany. Gdy szef zobaczył w jakim jest stanie, z miejsca go zwolnił. Przez prawie tydzień zamęczał pracodawcę, aby ten zmienił zdanie i z powrotem go zatrudnił. Obiecywał zmianę swojej postawy i abstynencję. Szef uległ, a „pijaczyna” znów pracował. Przebąkiwał, że chcę wrócić w końcu do Polski. Jednak zbliżała się zima, więc w kraju nie mógł liczyć na pracę. Postanowił, że wyjedzie na święta Bożego Narodzenia na kilka dni. Mówił mi, że wraca 9 stycznia. Jednak tego dnia, jaki i później, jego telefon milczał, był niedostępny. Polski numer natomiast miał sygnał, ale on nie odbierał. Nie wiem czy wrócił na Półwysep Apeniński. Nie miałem z nim więcej kontaktu.

Obserwator

* Imiona przedstawionych postaci zostały zmienione.

W Mediolanie, na via Montenapoleone, będącej zbiorem najdroższych butików w mieście, najczęściej jest tłum, bynajmniej nie zakupowiczów a turystów, którzy trzaskają fotki na tle tego pożyczonego luksusu. Wielka moda to także wielkie ceny. Para sandałków Dior - 500 euro, torebka - 1.500 euro, mikroskopijny portfelik od Louis Vuitton - 300 euro, torebka Chanel - 2.000 euro, okulary 350 euro… aż boli głowa i portfel, bo zwykłych śmiertelników nie stać na mały „shopping” na via Montenapoleone, co nie oznacza, że zwykli śmiertelnicy nie lubią metek i marek.

Wręcz przeciwnie, lubimy i polujemy na nie w outletach i tu nasuwa się pytanie czy outlet to zawsze wielka moda za małe ceny czy też czasem wielkie oszustwo?

Na pewno duże, firmowe outlety, na wzór centrów handlowych jak Fox Town w szwajcarskim Mendrisio, Vicolungo czy Fidenza Village, są miejscem udanych łowów i prawdziwym rajem zakupoholików. W mojej szafie dumnie leżą jeansy Guess upolowane za 19 euro, sweterek Burberry za 30 euro, okulary Fendi za 70 euro.

Modelka Karolina Malinowska chwali się torebką Gucci upolowaną za 20 euro, a ja nadal nie mogę przeboleć szpilek od Armaniego w zdecydowanie pasującej mi cenie 90 euro i nie pasującym rozmiarze czy płaszcza Yves Saint Laurent za 300 euro, podczas gdy w Zarze, płaszczyk z nowej kolekcji kosztował 220 euro…
Tak, to dużo, ale jak na jednej szali położymy Zarę z „zarową” jakością, a na drugiej wysokie krawiectwo francuskie plus 80 euro, to jest się nad czym zastanowić.
W jednym z outletów znaleźć można elegancką Furlę za 60 euro czy płaszcz Polo Sport za 200 euro (patrz Zara).
Potrzebne jest jedynie samozaparcie, trochę cierpliwości i właściwa ocena czasu i sytuacji, czyli na przykład wyprzedaże i możemy ozdobić naszą szafę jakimś Ciuchem przez duże C.

A jak wygląda sprawa z małymi butikami/outletami?
Mam swój ulubiony, który na pierwszy rzut oka wygląda nieciekawie, ale jak się dobrze poszpera to można wyłowić sukienkę Calvina Kleina, lniane spodnie Ralpha Lourena czy bluzkę Penny Black. Są to pojedyncze sztuki, zawsze z kompletem oryginalnych metek, przygotowane jako egzemplarze pokazowe do Showroomów.

Niestety nie zawsze tak jest. Znajoma poleca mi, jak to określa, fantastyczny outlet, gdzie jest „morze” koszul czy swetrów z najwyższej półki.
Wchodzę i moją uwagę przykuwa regał ze swetrami Burberry, za jedyne 80 euro. Na pierwszy rzut oka interesujące, w dotyku zdradzają podejrzanie niską jakość, oglądam metkę i odkrywam, że jest wypełniana ręcznie, niebieskim długopisem, koślawym charakterem pisma jest napisany rozmiar…hm…Burberry? Niestety raczej nie. Dwie roześmiane dziewczyny biorą po sweterku zadowolone z okazji, a ja krążę wśród wieszaków i wpadam na pasek „GUCCI” z oddali pachnący sztuczną skórą, czyli tak zwaną ekologiczną i jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że Gucci robi plastikowe paski, znam ten model i w oryginale jest zrobiony ze szlachetnej brązowej skórki.
- Musisz uważać, co kupujesz w małych outletach - przyznaje Marco, który służbowo jeździ do Chin, ojczyzny podróbek, raz na 3 miesiące.
- Nawet nie wiesz ile razy mój znajomy, właściciel pewnego outletu, naciskał, żebym przywiózł mu na próbę trochę podrabianych koszulek, koszul, czy sweterków lub znalazł fabrykę, która produkuje dla tej czy innej marki i wynegocjował dostawę „na lewo”. I tak wszyscy szyją w Chinach - dodaje na koniec.

No niby tak, ale co innego świadomie kupować podróbkę za godną podróbki cenę, a co innego przepłacać myśląc, że kupujemy sobie kawałek luksusu.
I podobno nie markowa szata zdobi człowieka, ale zdecydowanie sprawia przyjemność. Życzę udanych łowów i zachowania zdrowego rozsądku, bo gdy coś jest zbyt piękne żeby było prawdziwe, to najczęściej jest podrobione…
Magdalena Negrusz