Magazyn - Nasz Swiat
23
N, lipiec

Podziękowanie

Października dwudziestego drugiego

roku dwa tysiące trzynastego

ostatni raz czcimy błogosławionego

Karola – Jana Pawła drugiego,

bo od roku następnego

wielbić Go będziemy jako świętego.

 

Dziękujmy więc Bogu wszechmogącemu

że wskazał kościołowi swojemu

drogę szybkiej kanonizacji.

 

Dziękujmy Bogu, że święto Miłosierdzia Bożego

ustanowione przez Jana Pawła drugiego

będzie dniem wyniesienia postaci Jego

na wszystkie ołtarze kościoła powszechnego.

 

Dziękujmy  Bogu również za to,

że już po dziewięciu latach spełniło się to:

Santo Subito!

 

Październik 2013 rok

 Włodek

Z przyjemnością publikujemy kolejną część wspomnień, nadesłanych przez panią Annę Marię Jagodzińską, nauczycielkę z wykształcenia, przedszkolankę z powołania, z wieloletnim doświadczeniem w pracy z dziećmi zarówno w Polsce, jak i we Włoszech. Wcześniej wydane fragmenty opowieści autorki znajdują się tutaj: link.

Miałam pracę,  dobrą pensję i mieszkałam w Rzymie. Wtedy  uważałam to naprawdę za „pełnię szczęścia”. Mieszkałam sama z 2babcią Clelią” , więc  w porównaniu z obowiązkami jakim musiałam podołać w „białej willi”- nie przemęczałam się. Rodzina była  w miarę życzliwa, dyskretna, nie mogłam narzekać. Wprawdzie  „moja babcia” to była osoba 80-letnia,  która straciła pamięć, ale w sumie była „nieszkodliwa” i całkowicie samodzielna.

Rozmawiałam z wieloma  Polkami pracującymi jako badante - słyszałam opowieści o przypadkach naprawdę ciężkich, smutnych,  a co gorsza opowiadano mi często o rodzinach, które bardzo źle traktowały osoby pracujące jako pomoce domowe. Ja takich problemów na szczęście nie miałam. Zaczęłam nawet dostrzegać pozytywne strony sytuacji.  Przede wszystkim skończyły się problemy finansowe. 21 lat temu w  Italii  pensja wypłacana w lirach - pozwala na odłożenie miesięcznie całkiem przyzwoitej sumki, tudzież pomoc pozostałym w kraju członkom rodziny. Ja w tamtych czasach nie miałam jeszcze własnej rodziny - pomagałam rodzicom oraz odkładałam na remont i urządzenie mojego M-3.

Mimo rozłąki z krajem, braku przyjaciół, samotności - czułam się w jakimś sensie wolna, nie  byłam  stłamszona, zaczynałam  żyć. Nie miałam własnej rodziny, a przekroczyłam 30-tkę . W Polsce, w tamtych  latach (jak wiele w mentalności i obyczajowości  Polaków zmieniło się przez te 20 lat !!!) przylepiono by mi etykietkę  „stara panna” . 

Termin, który dzisiaj w ogóle wyszedł z użycia. Nikt tak już nie nazwie kobiety niezamężnej, prawda? Ktoś sie może roześmieje na samą myśl. Ale wtedy ?!Może nie we wszystkich  rodzinach, ale w ogromnej   większości taka „niezamężna po 30” to był dopust boży , wstyd dla rodziny, troska dla wszystkich ciotek , ciotecznych babek, prawdziwych babć i sąsiadek. Nawet najbliższe koleżanki bądź kuzynki, szczęśliwe (częsciej nieszczęśliwe) mężatki urywały kontakty towarzyskie w obawie, że taka „samotna” wykształcona i z mieszkaniem - może być zagrożeniem.

Takimi kategoriami się myślało wcale nie 200 lat temu, a całkiem niedawno!! Wyobraźcie więc sobie moje zaskoczenie, kiedy odkryłam, że we Włoszech podchodzono do problemu na wielkim luzie. To znaczy tu w ogóle nie było problemu!

C.D.N
Anna Maria Jagodzińska

Cz. 2. Proces-farsa

Jest czerwiec 2012 roku. Dwaj obywatele polscy zostają osaczeni we włoskim więzieniu. Choć postawione im zarzuty są całkiem bezpodstawne spędzają za kratkami długich 182 dni. Niczym bohater „Procesu” Kafki przypadkowo zostają wciągnięci w bezlitosne tryby bezmyślnej machiny urzędniczej. Przez sześć długich miesięcy nikt z nimi nie rozmawia, nie otrzymują nawet możliwości skontaktowania się z polską placówką dyplomatyczną. Po sześciu miesiącach zostają całkowicie uniewinnieni. Wyrok sądu jest jednoznaczny: nie popełniono żadnego przestępstwa, nie ma więc ani podejrzanych, ani tym bardziej winnych!  Czy kiedykolwiek otrzymają jakiekolwiek zadośćuczynienie za poniesione straty i zrujnowane życie od państwa włoskiego – zadają sobie dziś pytanie. Publikujemy drugą część wspomnień, o  piekle, jakie przeżyli na ziemi włoskiej.


Rozprawie przewodniczyła sędzia Giovanna Mastroianni. Ponadto wzięli w niej udział: prokurator Antonietta Corapi, nasz Adwokat Giampaolo Catricala oraz tłumacz Angelika Michniewicz.
Jako pierwszy, a zarazem wnoszący dowody wypowiadał się dowódca patrolu, który dokonywał zatrzymania. Wszystko, co on mówił na bieżąco mieliśmy tłumaczone.

Byliśmy zszokowani, słysząc kłamstwa, które mówi. Ja byłem podwójnie poirytowany. Usłyszałem bowiem takie rewelacje jak ta, że nasze zatrzymanie było wynikiem pracy operacyjnej,  przeprowadzonej po otrzymaniu telefonu od osób, które poinformowały go, że po okolicznych miejscowościach jeżdżą nieznani mężczyźni, a do domu mojej siostry regularnie przejeżdżają samochody na obcych numerach rejestracyjnych, wskazujące na to, że dzieje się tam coś podejrzanego.

Sędzia zapytała, gdzie są dowody zatrzymane. Karabinier odpowiedział, że w placówce. Sędzia poprosiła, aby  je ktoś przywiózł, na co otrzymała krótką odpowiedź, iż nie jest to możliwe, gdyż na posterunku nie ma w tej chwili nikogo. Sędzia zapytała również o przedstawienie zabezpieczenia dowodów w postaci zdjęć fotograficznych, czy nagrania wideo. Tutaj również odpowiedź była krótka: „zapomnieliśmy aparatu fotograficznego”.

Było  to kolejnym wielkim kłamstwem, ponieważ momencie naszego zatrzymania do domu została wniesiona walizka, tzw. techniczna z pełnym wyposażeniem tj. rękawiczki jednorazowe, woreczki do zabezpieczenia dowodów, metryczki do opisu śladów, druki i wzory dokumentów do wypełnienia.

Cz. 1 : NIE WSZYSCY są wobec prawa równi…

Jest czerwiec 2012 roku. Dwaj obywatele polscy zostają osaczeni we włoskim więzieniu. Choć postawione im zarzuty są całkiem bezpodstawne spędzają za kratkami długich 182 dni. Niczym bohater „Procesu” Kafki przypadkowo zostają wciągnięci w bezlitosne tryby bezmyślnej machiny urzędniczej. Przez sześć długich miesięcy nikt z nimi nie rozmawia, nie otrzymują nawet możliwości skontaktowania się z polską placówką dyplomatyczną. Po sześciu miesiącach zostają całkowicie uniewinnieni. Wyrok sądu jest jednoznaczny: nie popełniono żadnego przestępstwa, nie ma więc ani podejrzanych, ani tym bardziej winnych!  Czy kiedykolwiek otrzymają jakiekolwiek zadośćuczynienie za poniesione straty i zrujnowane życie od państwa włoskiego – zadają sobie dziś pytani. O piekle, jakie przeżyli na ziemi włoskiej postanowili opowiedzieć czytelnikom „Naszego Świata”.

W dniu 31 maja 2012 roku razem z kolegą udaliśmy się do Włoch w celu uczestnictwa w Pierwszej Komunii Świętej, do której przystąpił mój siostrzeniec. Uroczystość odbyła się w dniu 3 czerwca 2012 roku w miejscowości Magisano, gdzie mieszka moja rodzina.
Wyjazd do Polski mieliśmy zaplanowany na dzień 06.06.2012r., w godzinach popołudniowych. Na wakacje do dziadków miałem przywieźć Lorenca, syna mojej siostry. W międzyczasie dużo jeździliśmy po okolicy podziwiając miejscowości, przepiękne krajobrazy robiąc przy tym całe mnóstwo zdjęć. Pojechaliśmy w góry, gdzie jest przepiękne miejsce z małym jeziorkiem, z którego helikoptery czerpią wodę w czasie pożarów. Jest to miejsce przygotowane do odpoczynku - są tam ławeczki, wyznaczone miejsca do palenia ogniska i grillowania.

Obchodząc jeziorko i patrząc na widoczne pływające rybki przy jednej z ławeczek kolega znalazł zawiniątko, które wyglądało jak mąka. Obaj jesteśmy wędkarzami, dlatego pomyśleliśmy, że z tego proszku po rozrobieniu go z wodą formowane jest ciasto, na które łowi się ryby.  Sami łowimy na różnego rodzaju ciasta, które wykonuje się z substancji sypkich, zawierających przeróżne aromaty, łącznie ze środkami farmakologicznymi, ponieważ to woń wabi rybę.

Z przyjemnością publikujemy kolejną część wspomnień, nadesłanych przez panią Annę Marię Jagodzińską,
nauczycielkę z wykształcenia, przedszkolankę z powołania, z wieloletnim doświadczeniem w pracy z dziećmi
zarówno w Polsce, jak i we Włoszech. Wcześniej wydane fragmenty opowieści autorki znajdują się tutaj: link

Dokończenie cz. 3

(…) Trafiłam do 4-osobowej rodziny jako "donna di servizio". Oczywiście nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Upał prawie mnie zabijał. Absolutnie nie dawałam sobie rady z codziennym szorowaniem białych podłóg, myciem schodów i tarasów w 3-piętrowej wilii. Na szczęście rozumiałam co do mnie mówiono, ale to nie była wystarczająca umiejetność do bycia "domestica". Po 3 tygodniach zmagania się z przerażającymi ilościami odzieży do prasowania, bezowocnych próbach opanowania sztuki błyskawicznego sprzątania, mycia okien i prania - niezadowolona "Signora" zawiadomiła agencję, że rezygnuje z moich usług. Wyświadczyła mi jednak ogromną przysługę: podpowiedziała mi, że nie widzi mnie absolutnie jako "donna di servizio", ale widząc moje podejście do jej dzieci (7 i 10 lat), widzi mnie jako dobrą "baby-sitter".

Nie mogę więc powiedzieć, że to była "okropna, wymagająca nie wiadomo czego baba". Gdybym ją spotała dzisiaj - podziękowałabym, bo tak naprawdę - bardzo mi pomogła.
Następny telefon do agencji wykonałyśmy razem,  a potem "signora" zapakowała mnie do pociągu do Palmi, gdzie czekała na mnie młoda rodzina z 3-tygodniowym Stefano!
W Palmi zostałam do jesieni, tzn.  tyle, na ile pozawalała umowa. 30 sierpnia zadzwoniłam do Polski z prośbą o urlop bezplatny, a 30 września do  agencji z informacją, że nie wracam z nimi do kraju. Argument był nie do przebicia. W ciągu tygodnia zarabialam tyle, ile w Polsce przez miesiąc.
Pożegnałam się serdecznie z niezwykle miłą rodziną z Palmi, odpłakałam Stefanka do którego byłam szczerze przywiązana i wsiadłam w autobus do Rzymu. W mojej walizce nie przybylo ciuchów, ale napewno przybylo marzeń.
     
CZ.IV PIECZĄTKA W PASZPORCIE
Jak już wspomniałam,  z Kalabrii do Rzymu przyjechałam na własną odpowiedzialność. Nie było już agencji, która w razie kłopotów czuła się odpowiedzialna i starała się pomóc, tak jak w przypadku natychmiastowego zanalezienia pracy jako  "baby sitter" u przemiłej zresztą rodziny. Na sczczęście z poprzednich turystycznych wojaży miałam adres zaprzyjaźnionej włoskiej rodziny, która udzieliła mi gościny do momentu znalezienia sobie pracy. Dysponowałam też numerem telefonu  dziewczyny z  mojego miasta,"koleżanki kolegi."  Ewa przyjechała do Włoch pół roku wcześniej i pracowała  jako "badante". Biorąc za dewizę życiową stwierdzenie "do odważnych świat należy" zadzwoniłam do  nieznajomej Ewy. Pomogła. Bardzo szybko znalazła pracę dla mnie. Wtedy we Włoszech było bardzo łatwo o pracę.Właściwie byłyśmy tylko my - Polki i Filipinki, czasami , ale raczej sporadycznie, spotykałam kogoś z Ameryki Południowej.

Oczywiście to  była praca jako "badante", ale mając w kieszeniach i w walizce praktycznie tylko marzenia i niewiele zasobów na utrzymanie się (jak zresztą większość rodaków w tamtych czasach) uważałam, że wygrałam los na loterii.

Pozostawał jednak problem jakiegoś zalegalizowania  pobytu. Mineły przepisowe 3 miesiące, pieczątka w paszporcie straciła ważność, byłam praktycznie "clandestina". I  znów - kierowana młodzieńczą fantazją - wymyśliłam, jak zdobyć nieszczęsną pieczątkę w paszporcie. (Wyobrażam sobie, że to co piszę w tej chwili zrozumiałe jest jedynie dla pokolenia, które przyjechało do Włoch w tym czasie co ja, albo wcześniej - kiedy istniały granice i obowiązywały paszporty). Wymyśliłam, że wystarczy wsiąść w pociąg, pojechać do Austrii (czyli przekroczyć granicę), następnie wrócić do Włoch i stępel w paszporcie bedzie. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Starsza Pani którą miałam się opiekować - dała mi nawet pieniądze na podróż. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego - pogody. To był październik. Rzymski październik. Ciepły i słoneczny. Więc wsiadłam w pociąg do Insbruku ubrana tak, jak chodziłam po Rzymie, w lekkiej spódnicy i kurteczce... W Insbruku padał snieg... Kiedy wysiadłam na peronie i zesztywniałam z zimna - przyglądali mi sie wszyscy, biorąc oczywiście za istotę niespełna rozumu. Okutani w czapki, szaliki i kurtki puchowe Austriacy omijali mnie lekkim łukiem. Jakimś "łamanym włoskim" udało mi się zamówić w   barze szklankę gorącej herbaty i sama nie wiem jak udało mi się doczekać do pociagu jadącego do Rzymu. W barze oczywiscie wszyscy patrzyli na mnie z dwuznacznym uśmieszkiem i wybierali miejsca możliwie jak najdalej ode mnie.

Po wejściu do pociągu zainteresowano się  mną natychmiast. Zaraz po przekroczeniu granicy, na pierwszej stacji, włoski konduktor wyrzucił mnie z pociagu i zaprowadzil na posterunek. Odebrano mi paszport i bardzo długo wypytywano, gdzie i po co jadę. Powłując sie na znajomą wloską rodzinę plotłam coś o włoskim narzeczonym  i teściu – carabiniere ( gdyby oni to słyszeli!!). W końcu jakiś urzędas zajrzał
do mojego paszportu i zaczął pracowicie coś pisać, zapewne  "verbale".

Oczami wyobraźni widziałam się już we włoskim areszcie. W pewnym momencie urzędas , dobrnąwszy do połowy mojego nazwiska, zapytał "jak się to wymawia". Powtórzyłam kilka razy, a on wygladał jeszcze głupiej niż ja w swoim lekkim ubranku. Rzucił ze złością, a może także ze znużeniem mój paszport, i poprosił carabiniera, który cały czas stał za moimi plecami, żeby jednak odprowadził mnie do pociagu. To co zrzędził pod nosem brzmiało mniej wiecej "niech jedzie w diabły gdzie chce, tylko niech stąd zniknie! "Wbito mi  wreszcie do paszportu tę nieszczęsną pieczątkę od któtej zależało moje "być albo nie być", i pozwolono wsiąść do pociągu. Dojechałam szcześliwie do Rzymu. I miałam stępel w paszporcie! Mogłam wreszcie zacząć "nowe życie". A po kilku dniach moja starsza pania zmarła.
Droga redakcjo, szanowni czytelnicy, nie  myślcie proszę, że ja to wymyśliłam .  To jest najprawdziwsza historia przez życie napisana. Ewa mieszka we  Włoszech do dziś, zostałyśmy przyjaciółkami.

Rodzina zmarłej babci nie zostawiła mnie samej sobie. Bardzo szybko zanleziono mi inną pracę. Potem już bylo tylko lepiej.

C.D. N.
Anna Maria  Jagodzińska

Z przyjemnością publikujemy kolejną część wspomnień, nadesłanych przez panią Annę Marię Jagodzińską,
nauczycielkę z wykształcenia, przedszkolankę z powołania, z wieloletnim doświadczeniem w pracy z dziećmi
zarówno w Polsce, jak i we Włoszech. Wcześniej wydane fragmenty opowieści autorki znajdują się tutaj: link


(...) Wciąż też wymagano od nas doszkalania.  Już nie wystarczał sam dyplom, należało uczęszczać na różnego rodzaju  kursy dokształcające.
Wtedy nie istniał jeszcze  „nauczyciel wspomagający”. Dla dzieci z opóźnieniami lub trudnościami w nauce organizowane były „zajęcia wyrównawcze”, prowadzone przez tego  samego nauczyciela. „Maestra” musiała być niemalże wszechstronna i dobrze przygotowana. Zaleta tamtego systemu? „Maestra” to było „punto di riferimento”:
Ale doceniam tez dobrodziejstwo  jakim niewątpliwie jest   dzisiaj  „insegnante di sostegno” i jestem jak najbardziej „ZA”.

Mam bardzo mile wspomnienie z tamtego okresu. Wspólne chodzenie na łyżwy. W  3 klasie, w czwartki, ostatnia lekcja to było chyba wychowanie fizyczne, a może godzina wychowawcza, nie pamiętam zresztą, nieważne.  W Polsce praktycznie łyżwy mieliśmy wszyscy.

Umawialiśmy się więc, że w czwartki, na ostatnia lekcje, chodzimy na łyżwy.  Sztuczne lodowisko było obok szkoły. Wierzcie mi rodzice, TO BYŁO TO. Jeśli dobrze pamiętam, w tym dniu nie było „NOTY”  w zeszycie, nie było dwój, na czwartek się czekało, to mobilizowało do „dobrego zachowania”. Nikomu nic się nie stało, chociaż wiadomo, na lodowisku nie brakowało upadków i siniaków. Rodzice jakoś mnie nie zlinczowali, że narażałam ich dzieci na „niebezpieczeństwo”. Wręcz przeciwnie, jeśli jakiś rodzic  pracował na drugą zmianę chętnie przychodził popatrzeć na nasze sportowe wyczyny. Czasami zapominaliśmy, że  „czas dawno się skończył” i należało wracać do domu.
A potem dzieci  z 3 klasy zdały do 4 i zmienił się nauczyciel. Nie było już jednej „maestry”. Wychowawstwo objął ktoś inny, każdego przedmiotu uczył inny nauczyciel.
Ja zaczęłam uczyć  w klasach  5-8 jez. rosyjskiego. A na początku lat 90. dokładnie  w 1992 roku, jak wielu  naszych rodaków, przyjechałam do Włoch, ponieważ niestety , wtedy, w Polsce ,z nauczycielskiej pensji, absolutnie nie dało się żyć.

Cz. III
Walizka pełna marzeń


Lipiec, rok 1992. Jak wielu wówczas  Polaków, znalazłam  się we Włoszech.

Przybywaliśmy  tutaj różnymi drogami. Moja włoska przygoda  zaczęła się bardzo  zabawnie. Znajomi poinformowali mnie,  że bardzo blisko mojego domu znajduje się agencja, która organizowała pracę dla studentów na  trzy letnie miesiące w Italii. Oczywiście w 1992 roku od dawna nie byłam już być studentką, ale pomyślałam, „kto pyta nie błądzi”.

Z przyjemnością publikujemy drugą część wspomnień, nadesłanych przez panią Annę Marię Jagodzińską, nauczycielkę z wykształcenia, przedszkolankę z powołania,  z wieloletnim doświadczeniem w pracy z dziećmi zarówno w Polsce,  jak i we Włoszech.

Jak już wspomniałam, przedszkole to była moja pierwsza praca po studiach, trudne lata 80-te. Minęło sporo lat i być może moje wspomnienia - jak wszystkie wspomnienia - zachowały momenty najprzyjemniejsze. Ale zasady były i są zawsze te same.  Staraliśmy się  dzieci kochać, ale też i wychowywać . Przedszkole nie mogło być jedynie „przechowalnią”.  Maleńkimi kroczkami, na miarę trzylatków, uczyliśmy, że zabaweczki po skończonej zabawie wędrują na swoje miejsce.

Wspomnienia byłej "Maestry". Cz. 1 – Polska

Papierek, który upadł na podłogę - trzeba podnieść i wyrzucić do kosza.
Przy stole tez staramy się jeść jak najlepiej. A przynajmniej próbować siedzieć grzecznie  i trafić łyżeczką do buzi.

Wymagało to czasu i cierpliwości, to były 3-latki, ale w końcu od czego byliśmy? To co, piszę powyżej penie wielu osobom wyda się banalne i oczywiste. A przynajmniej, każdemu, kto zetknął się z polskimi przedszkolami. W mojej  „drugiej ojczyźnie” wiele z tych spraw nie było to już ani tak  prostymi, ani naturalnymi.
Moja „przygoda” z przedszkolem trwała 2 lata. Ku rozpaczy  moich rodziców, zwłaszcza mojej matki. Nie wiem dlaczego, w pojęciu mojej mamy bycie „przedszkolanką” było czymś gorszym, niż np. nauczycielką w szkole podstawowej. Nie przekonywały ją nawet takie argumenty, że ja tę prace po prostu bardzo lubiłam, było mi tam dobrze   i myślę, że dzieciom dobrze było ze mną.