Magazyn - Nasz Swiat
18
So, listopad

Gregorio ma 22 lata, mieszka w Rzymie, studiuje hotelarstwo, dorywczo pracuje jako przewodnik wycieczek zagranicznych po Wiecznym Mieście. Agnieszkę poznał w pracy.

Nie od razu się w sobie zakochali. Polka przyjechała do Włoch na wycieczkę objazdową. Jej grupa w Rzymie trafiła właśnie na Gregorio jako przewodnika. 25 – letnia dziewczyna stwierdziła, że chłopak jest za młody by cokolwiek wiedzieć na temat miasta, od razu była do niego uprzedzona. Jako, że sama bardzo interesowała się historią Italii była dla niego złośliwa wytykając mu każdą, nawet najmniejszą pomyłkę. On zaś nie zwracał na nią w ogóle uwagi jako na kobietę, ponieważ, jak to młodzi Włosi, nie myślał na poważnie o związkach.

Kiedy po męczącym dniu przewodnik zaprosił grupę na kolację, Agnieszka nie była zachwycona, jednak głód wziął górę i poszła ze wszystkimi. Czekając na posiłek zaczęła rozmawiać z Gregorio i ku jej zaskoczeniu, rozmawiało im się całkiem nieźle. Kiedy przyszedł czas powrotu do hotelu zostawiła mu na serwetce swój numer i odeszła.

Gdyby nie przypadek, pewnie nigdy więcej by się nie spotkali. Gregorio nie miał zamiaru dzwonić do dziewczyny, jednak po kilku miesiącach znalazł serwetkę z numerem, nie było jednak żadnego imienia, a on już dawno zapomniał Agnieszkę i pogawędkę w restauracji. Postanowił zadzwonić. Dziewczyna akurat wybierała się do Włoch, ale już bez wycieczki. Gregorio zaproponował, że pokaże jej miejsca w Rzymie, których nie pokazuje zwykłym turystom. Zgodziła się i tak spotkali się znowu.

Agnieszka nie chciała się zatrzymać u niego w mieszkaniu, więc spała w hotelu. Ale i tak całe dnie spędzali razem włócząc się po uliczkach Rzymu, oglądając zabytki, smakując włoskie potrawy. Ostatniego dnia pobytu dziewczyny w Italii wydarzyła się rzecz niezwykła… Agnieszka i jej „prywatny przewodnik” jak zwykle spacerowali po Wiecznym Mieście. Zatrzymali się przy Placu Weneckim by zrobić wspólne zdjęcie. Po zrobieniu fotografii Gregorio uklęknął przed dziewczyną i… oświadczył jej się. Zaskoczona Agnieszka zamilkła, nie wiedziała co zrobić. Jednak po chwili powiedziała: tak. Zebrani wokół ludzie zaczęli klaskać, a para zaczęła się całować.

Niestety na drugi dzień Polka musiała wracać do kraju. Pożegnanie na lotnisku trwało do ostatniej chwili przed odlotem. Agnieszka od razu po wylądowaniu zadzwoniła do ukochanego i rozmawiała dotąd, aż skończyły jej się pieniądze na koncie.

Kilka dni po rozstaniu zakochani znów byli razem. Gregorio w tajemnicy przed narzeczoną kupił bilet na weekend do Warszawy. Spędzili razem te 3 dni, nie rozstając się nawet na chwilę. Tym razem Agnieszka występowała w roli przewodnika.

Od tamtej pory minęło kilka lat. Para przez cały ten czas widywała się praktycznie co tydzień. Raz ona jeździła do Włoch, innym razem on do Polski. Nie był to dla nich problem, ani brak pieniędzy, ani brak czasu im nie przeszkadzał. Najważniejsza była dla nich miłość, bez granic.

Historię tę opowiedziała redakcji przyjaciółka zakochanych, która była świadkiem na ich pięknym ślubie.

"Agnieszka i Gregorio – to miłość, która nie zna granic, nie widzi przeszkód, jest nieskończona. Oni z każdym dniem kochają się coraz bardziej. To wszystko brzmi jak film, ale zapewniam, że znam ich osobiście. Czy się kłócą? Oczywiście, ale nie potrafią się na siebie długo gniewać. Teraz planują dzieci. Więc niedługo zostanę ciocią. Nie trzeba za nich trzymać kciuków, bo ich uczucie według mnie nigdy nie wygaśnie" mówi koleżanka. (jr)

Panie Jezu – synu Boga Wszechmogącego, tuż po narodzeniu przez Heroda na śmierć zostałeś skazany, a przez ucieczkę do Egiptu od egzekucji tej uratowany.

Uchroń mnie Panie od przedwczesnej śmierci i napełnij siłą, abym krzyż swój niósł z godnością, a to czym mnie obdarzasz przyjmował z ufnością.

Stacja pierwsza.

Jezus na śmierć krzyżową skazany.

Piłat przewinienia Twego się nie dopatrzył. Na znak Twej niewinności umył ręce, jednak pod presją tłumu wydał Cię na śmierć przez ukrzyżowanie.

Panie Jezu - umacniaj moją wiarę tak, abym nie poddawał się presji otoczenia i nie ulegał pokusom życia codziennego, które by Twój Majestat na śmierć skazywały.

Jezu Chryste – dziękuję, żeś przez śmierć i zmartwychwstanie swoje otworzył mi bramę do życia wiecznego.

Stacja druga.

Na barki Jezusa nałożono krzyż.

Oprawcy na Twe ramiona krzyż nałożyli, abyś wniósł go na Golgotę – miejsce śmierci Twojej.

Panie Jezu – spraw, aby Anioł Stróż strzegł postępowania mego, aby moje myśli, słowa, uczynki i zaniedbania nie zwiększały ciężaru krzyż Twego.

Wychodzę z domu do szkoły jak zwykle niechętnie, ponieważ jej wybór podyktowany był jedynie tym, że kilka lat wcześniej uczęszczał do niej mój brat. Stoję na przystanku w oczekiwaniu na tramwaj, środek transportu miejskiego, który zawsze mnie przerażał. Tłum ludzi, smutne twarze, szare ubiory i oczy podróżnych skierowane w moją stronę. Nic dziwnego, przecież wyglądałem odkąd pamiętam nietuzinkowo, a patrząc z perspektywy czasu, to naprawdę się wyróżniałem ubiorem, fryzurą, itp.

Wysiadam z tramwaju, od przystanku do szkoły mam około 500 m na nogach. Po drodze jak zwykle dołączają znajomi (sami faceci, w końcu to technikum kolejowe w Krakowie i na całą szkołę przypadają może cztery niewiasty, nie licząc oczywiście grona pedagogicznego, które z pewnością pamięta mnie do dnia dzisiejszego, ale bardziej mojego brata po tym, jak toaleta szkolna “niechcący“ wysadziła się w powietrze).

100 metrów od mojej szkoły mieściło się technikum melioracyjne, nic specjalnego, lecz 2 lata później przenieśli tam z centrum Krakowa szkołę fryzjerską. Po trwającej dość długo męczarni w “kolejówce”, gdzie kształciłem się na technika urządzeń sterowania ruchem kolejowym postanowiłem przenieść się do szkoły fryzjerskiej.

Już pierwszy dzień w nowej szkole był zupełnie inny. Same kobiety i czterech chłopców takich jak ja. Będąc dość bystrym jak na mój młody wiek zauważyłem od razu, że dziewczyny były jakby nad rozwinięte. Krótkie, bardzo krótkie spódniczki, opięte na pupach spodnie, z makijażem jak na wybieg, no i bluzki, hmmm może lepiej to nazwać delikatne zakrycie biustu.

Skończyła się nuda. Na lekcjach byłem tak pochłonięty tematem włosów, skóry głowy, chorobami i chemią, że na początku nie dostrzegałem, iż kilka dziewczyn z klasy nadmiernie zwraca na mnie uwagę i często zaczepia mnie ni stąd ni zowąd. Bardzo mi to pasowało, ponieważ przez kolejne 2 lata pisały za mnie w zeszytach (w końcu były one prowadzone schludnie i moglem się doczytać). Jeżeli chodzi o samą szkołę, jeszcze do tego wrócę i nie pominę tematu, że nauczyciele traktowali mnie chyba indywidualnie, nie mówiąc o tym, że już jako uczeń 1 klasy robiłem im fryzury. Może dlatego traktowali mnie bardzo ulgowo.

Praktyki
Powróćmy do dnia z życia fryzjera. Zacznę od praktyk w salonie, a miałem dwie praktyki, pierwsza u znanej fryzjerki w Krakowie u pani M., wspólniczki pani K. F. Mój pierwszy dzień minął spokojnie, lecz już następnego, jedna z pracownic, pani Ziuta, wylała wiadro wody na podłogę i kazała ją szorować na kolanach.

Popatrzyłem na nią z niedowierzaniem, potem na moją kurtkę i z uśmiechem na twarzy wyszedłem, mówiąc tylko, że się nie nadaję. Dzwonili do mnie i do mamy kilkakrotnie próbując przekonać, że taka sytuacja już się nigdy nie powtórzy. Ja jednak w międzyczasie znalazłem inny salon. zakład fryzjerski “Loczek”. Teraz, po latach, mogę powiedzieć, że właśnie tam właściciele: Henryk Andruchowicz i Andrzej Gajewski nauczyli mnie fachu.

Jako nastolatek byłem bardzo niesforny
W jeden zimowy poranek ojciec powiedział: “Piotrek wyrzuć śmieci”. Pamiętam, że wyszedłem z domu tylko w sweterku i kapciach. Na parkingu pod domem spotkałem moich kolegów, którzy z uśmiechem na twarzach powiedzieli: Fryzjer , zostaw kosz na śmieci pod drzwiami, bo jedziemy do Osieczan, gdzie wynajęliśmy domek , będą fajne dziewczyny, na jednego z nas przyapada aż dwie. Muszę wspomnieć, że moi koledzy byli starsi ode mnie minimum o 10 lat, więc impreza była dla dorosłych, a ja bylem ich pupilkiem i to fryzjerem, dlatego też damy zawsze miały ze mną o czym rozmawiać.

Na mej nastoletniej twarzy od razu zagościł szeroki uśmiech z delikatnym rumieńcem z zimna. Później okazało się, że oprócz dziewczyn, koledzy załatwili też haszysz i marihuanę i do tego jeszcze alkohol.

Zajechaliśmy do wynajętego domku, ja tak jak stałem, bez telefonu. W środku – nie kłamali – mnóstwo ładnych dziewczyn. Po ładnych kilku dniach wróciłem do domu i okazało się, że oprócz rodziny także policja mnie szukała.

Zakończenie szkoły
Do egzaminu czeladniczego podchodziłem 3 razy. Za pierwszym razem przyjechałem prosto z imprezy i jeszcze wstawiony i odurzony dziwnymi środkami i jedyne co byłem w stanie powiedzieć, to to, że “nie dam rady, mam kaca, ale weźcie państwo pod uwagę, że mimo hucznej zabawy zjawiłem się. Kolejny raz był podobny. Zapomniałem ze sobą wziąć narzędzi potrzebnych do egzaminu. Za trzecim podejściem poszło wzorowo, co więcej, byłem najlepszy ze wszystkich, lecz oceny obniżono mi o 2 stopnie z racji mej młodzieńczej niesforności . Ah, z jaką nostalgią wspominam tę szkołę i ludzi. Chciałbym się cofnąć w czasie i przeżyć to wszystko jeszcze raz, ale jeśli cofnął bym się o kolejnych kilka lat, to był bym teraz zapewne politykiem lub księdzem.

Londyn
Nie cofajmy się. Idźmy zawsze do przodu i nie żałujmy podjętych decyzji, w końcu one nas uczą… Pominę króciutkie wątki pracy w polskich salonach. Przejdę od razu do Londynu.

Początki za granicą naszego wspaniałego kraju uważam za “do porzygania”. Rano praca w salonie ze znajomością języka angielskiego na poziomie szkoły, czyli żadną, ponieważ tak naprawdę języka kraju osiedlenia uczysz się dopiero na miejscu. My emigranci dobrze o tym wiemy. Po południu szkoła, później praca w restauracji przy Portobello Road, pierwsze mieszkanie z Polakami. Pamiętam, że "na flacie" mieszkałem z parami i co niektóre ukradkiem, gdy partner wychodził do pracy, zabawiały się z innymi mieszkańcami domu, a potem wieczorem wszyscy jak jedna rodzina. Mieszkałem w tym chorym świecie na szczęście nie zbyt długo. Moją decyzję o zmianie lokum przyspieszyła niemiła niespodzianka. Pewnego dnia wracając z pracy z kurczakiem w siatce, odkryłem, że ktoś po prostu nasrał do mojego garnka, który następnie odstawił na miejsce. Okazało się, że zrobiono to tylko dlatego, że nie dałem “na kreskę” papierosów, które dość często i sprytnie przemycałem z Polski -  musiałem przecież żyć na pewnym poziomie.

Przeprowadzka popłaciła, ponieważ od tego momentu słysząc język polski na ulicy nie otwierałem ust. Po pewnym czasie oddaliła się ode mnie ta “polonijna trauma” i powróciłem znowu do społeczeństwa. Potem przyszedł czas na akademię Vidal Sassoon oraz Toni&Guy.

W Londynie klienci są bardziej zwariowani, otwarci na nowości. Dzięki temu, to, co przychodziło mi do głowy wykonywałem na głowach mych muz. Bardzo często zdarzało mi się, że  zaprzyjaźniałem się z nimi, nawet chodziliśmy razem na różne imprezy, które były dla mnie ciekawym doświadczeniem: alkohol, dragi, rozpusta, Sodoma i Gomora.

W pracy
Jak wiadomo klienci są różni. Pewnego dnia przyszła klientka, włosy cieniutkie w ilości do policzenia okiem. Wymagania miała bardzo duże. No i weź i dogódź jej, jak przekroczyła próg salonu z kwaśną miną – niezadowolona z dnia lub ogólnie z życia.

Chcesz dowiedzieć się co stało się dalej? Wystarczy kliknąć MI PIACE, ponieważ właśnie to zmotywuje mnie do dalszego pisania…

Piotr Wywiał
TRINITY hair cut & colour by Peter W
Via dei Delfini 18, Rzym
06 69940639

Boże Ojcze – stwórco świata całego
i dawco życia wszelkiego,
Ty dla zbawienia ludzkiego
zesłałeś na ziemię Syna swojego.

Nie zstąpił z nieba Syn Człowieczy,
lecz według ludzkich kolei rzeczy
z mocy Ducha Świętego
w dziewiczym łonie kobiety
poczęło się życie Jego.
Bóg Ojciec wskazał ludzkości,
że dostatek jest zbędny dla świętości
i dla tego na Syna swego rodzicielkę
wybrał ludu ubogiego przedstawicielkę.

W ubóstwie betlejemskiej stajenki
przyszedł na świat Syn Wielki –
grzechów naszych odkupiciel –

ludzkości całej Zbawiciel.

Rokiem wiary jest rok dwa tysiące trzynasty,

tak zdecydował Papież Benedykt szesnasty,

bo z rozwojem cywilizacji

narasta proces laicyzacji.

Upowszechnia się pogląd wśród ludzkości,

że wiara to ograniczenie wolności.

Czy można odrzucić wierzenie

w boskie świata stworzenie?

Tak nie jest nigdy nie było,

aby się samo z siebie coś zdarzyło.

To niepojęta sprawcza siła

wszechświat cały stworzyła.

 Bóg dla podobieństwa swego

stworzył człowieka wolnego

i dał mu rozum do tego,

by zgłębiał tajniki świata całego,

a w dekalogu zawarł wskazania

do godnego w życiu postępowania.

Potrzeba wiele mądrości,

 by zgłębiać świata zawiłości

i umysłu jeszcze większego

dla zrozumienia dzieła bożego.

Dla wiary w Boga upowszechnienia

konieczna jest nauka modlenia.

Pacierz, to nie tylko Boga błaganie,

ale również głosu jego słuchanie,

 a dekalog to zbiór etycznych wartości,

które nie ograniczają ludzkiej wolności.

Spraw Boże – Stwórco świata całego

by rosło rozumienia dzieła Twego. Amen

Włodek , styczeń 2013 rok

2 lata temu zmarł w Rzymie Giuseppe Bellini, wielki przyjaciel Polski, działacz społeczny, dzięki któremu powstała „Mała Italia” w gminach województwa mazowieckiego i „Mała Polska” w okolicach Monte Cassino.

W niestrudzonych staraniach o połączenie więzami partnerstwa włoskich i polskich miast towarzyszyła mu żona, Elżbieta Kapuścińska.

Czytaj także:Giuseppe Bellini: Niezapomniany Ambasador Polski

A mogłoby być jeszcze tak dobrze…

Mój ukochany  Beppe odszedł, zostawił po sobie pustkę, ogromny smutek, ale też i mnóstwo wspaniałych wspomnień ze wspólnie spędzonych lat.

Poznaliśmy się 14 lat temu na lotnisku w Warszawie – ja występowałam   w charakterze tłumaczki,  a Beppe stał na czele delegacji włoskich administratorów – obydwoje mieliśmy tabliczki z nazwiskami, ale   nie zwróciliśmy  na nie  uwagi.  On po prostu dostrzegł mnie w tłumie oczekujących, podszedł i, jakby nigdy nic, pocałował   w policzek. I tak się zaczęło…..

Oprócz ogromnego uczucia,  jakie nas połączyło, mieliśmy wiele wspólnych zainteresowań i celów. Kiedyś niewinnie powiedziałam, że chciałabym coś zrobić dla mojego kraju… Zapalił się do tej działalności.  W  efekcie  mamy „na sumieniu” kilkanaście miast polskich i włoskich, które ze sobą  zawarły  ze sobą umowy o współpracy partnerskiej (miasta bliźniacze),  organizację kilku ważnych seminariów międzynarodowych na aktualne tematy,  pod patronatem Unii Europejskiej.

Od lewej: Giuseppe Gili, Zbigniew Pacelt - szef misji Torino 2006, Kazimierz Marcinkiewicz, Piotr NurowskiPoczątki
Minęło już wiele lat od kiedy poznałam młodego i przystojnego Włocha, który stał się moją muzą w 1975 roku. Pamiętny dzień skromnego ślubu w Katowicach, a potem wyjazd w nieznane, do nowego domu we Włoszech koło Turynu.

Wiele się wówczas działo, nastąpiło mnóstwo zdarzeń nieprzewidzianych i smutnych, chociażby lęk o rodzinę w Polsce podczas wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku. Trudna sytuacja lat 80. zeszłego stulecia w Kraju spowodowała, że moja rodzina opuściła Polskę i wyjechała na stałe do Niemiec, skąd pochodziła moja babcia ze strony mamy.

Początki w Italii nie były łatwe. Inny świat, inna kultura, wszystko było inne. Ale miłość jaka nas łączyła pozwoliła mi to wszystko przetrwać. Mocno wierzyłam, że się przyzwyczaję i że z każdym dniem będzie lepiej. I tak właśnie było. Zaczęłam kochać ten kraj pełen słońca, zamieszkały przez radosnych i serdecznych ludzi. Tak, w Italii chce się żyć. Los się do mnie uśmiechnął – myślałam wtedy - muszę się jedynie postarać, aby się zintegrować z nowym otoczeniem i dać z siebie wszystko, aby nasz związek utrzymać pomimo dzielących nas różnic. Bo to właśnie tak jest, na początku tyle spraw dzieli, a po latach tyle łączy. Nawet nie wiem, czy po 37 wspólnie spędzonych latach mój mąż stał się Polakiem, czy też ja stałam się Włoszką?

Moja rodzinaReprezentacja polskich skoczków na spotkaniu w domu rodziny Gili w 2005 r. Pierwszy z prawej: Adam Małysz
Mój mąż Giuseppe (dla nas Józiu) nie tylko pokochał polską kuchnię, kulturę i obyczaje, ale nauczył się też świetnie władać językiem polskim. Podobnie i nasze dzieci: Elisa, lat 28, już niedługo magister studiów turystycznych, włada językiem polskim lepiej, niż wielu naszych rodaków, przebywających zaledwie od paru lat zagranicą. Pomimo tego, że Elisa jest niepełnosprawna, przykuta do wózka inwalidzkiego, jest inteligentną i mądrą dziewczyną. Nasz syn Marco, lat 24, o urodzie typowego nordyka, student turystyki, który w Polsce był zaledwie parę razy, swobodnie włada językiem polskim jak i włoskim oprócz angielskiego, niemieckiego francuskiego i hiszpańskiego.

W naszym domu królują polskie zwyczaje i tradycja. Na Wielkanoc malujemy jajka, zdobimy stoły i idziemy z koszyczkiem do kościoła, a Wigilia to wprost rytuał, najważniejszy dzień w roku. Spotykamy się wtedy całą rodziną, łamiemy opłatkiem, na stole jest karp smażony, zupa grzybowa i potrawy rybne.

Problemy, które nas wzmocniły
Tyle lat minęło, ja we Włoszech, siostry i mama w Niemczech, chowałam Polskę jeszcze w sercu, ale do starego kraju już nie jeździłam. Nikogo tam już nie miałam z bliskiej rodziny, aby Polskę wybierać za cel wakacyjnych wojaży. Poza tym Elisa wymagała leczenia, opieki specjalistów i całe lata schodziły nam na szukaniu lekarzy i rehabilitantów, aby jak najlepiej leczyć córkę. W końcu przyszła depresja i rozczarowanie, smutek i złość, czułam się bezradna i nieszczęśliwa. Niełatwo borykać się z takimi problemami, zwłaszcza będąc daleko od rodziny. Świat wali się człowiekowi na głowę, wiele w życiu przewidziałam, ale że los wystawi nas na tak ciężką próbę, tego nie spodziewałam się ani ja, ani mąż. Dzięki chorobie Elisy nasza więź wzmocniła się jeszcze bardziej, ale były chwile, że chciałam uciec, wszystko rzucić, to było straszne... Na szczęście i to minęło, przeżyłam, wytrwałam.

Kolacja w gronie Polaków. Od prawej: Elisa, Giuseppe Gili oraz goście z Polski (2006 r.)Przełomowy rok
Dzieci rosły, mąż się starzał, a ja z nim, i myślałam, że nasze życie nigdy się już nie zmieni. A tu nagle przychodzi rok 2005 roku i nasze życie zaczęło się raptownie zmieniać. Każdy zapyta – dlaczego, co się stało? Oto w Turynie rozpoczęły się przygotowania do olimpiady zimowej w następnym roku i mój mąż, wówczas już emeryt, postanowił zgłosić się jako wolontariusz, dzieci również, bo była to jedyna okazja wzięcia udziału w tak wspaniałym wydarzeniu, odbywającym się tak blisko nas, dać coś z siebie dla innych.

I tak, dzięki znajomości języka polskiego mąż stał się koordynatorem wolontariuszy dla ekipy polskiej. Giuseppe współpracował z szefem polskiej misji Zbigniewem Paceltem, córka trafiła do grupy organizującej transport dla obcokrajowców (Elisa włada 5 językami), a syn pomagał w kiosku serwującym ciepłe napoje pod skocznią w Pragelato. Ja zaś, nie mogąc się angażować poza domem, wspomagałam ekipę polską na różne sposoby, w wielu drobnych acz ważnych sprawach. Pomagałam dziennikarzom, rodzinom zawodników, a przede wszystkim wspaniałej reprezentacji naszych skoczków z Adamem Małyszem na czele.

Poznaliśmy wtedy mnóstwo ludzi, z którymi spotykaliśmy się też na prywatnym gruncie, aby się rozluźnić i wesprzeć. Cała nasza rodzina robiła co mogła dla polskiej ekipy. Byli to wspaniali ludzie, otwarci i szczerzy, dużo sobie opowiadaliśmy i zaczęłam coraz częściej wspominać lata spędzone w Polsce. Nagle poczułam dumę, że jestem Polką i po wielu latach odnowiłam polski paszport, który leżał zapomniany w szufladzie.

Powrót do korzeniKolacja w domu rodziny Gili z rodzicami Justyny Kowalczyk oraz z grupą ludzi z Mszany, Olimpiada 2006
Olimpiada się skończyła, pożegnaliśmy się z naszymi gośćmi z Polski, dziękując za wspólnie przeżyte dni, których nigdy tego nie zapomnimy.

Minęło trochę czasu, kontakt z wieloma osobami z polskiego komitetu olimpijskiego i z zawodnikami, zwłaszcza skoczkami (który utrzymujemy do dzisiaj) spowodował, że postanowiliśmy z mężem kupić sobie mieszkanko. Gdzie? Właśnie w Polsce, na Pomorzu Zachodnim, gdzie się urodziłam i spędziłam młodość. Tak długo nie jeździłam do Polski, bo nie miałam do kogo, a teraz każdą wolną chwilę spędzam nad Bałtykiem. Dzieci i mąż są zakochani w tamtych stronach, chociaż Wisła też im się bardzo podoba.

Kończąc, mogę tylko wyrazić wdzięczność Polakom, którzy rozpalili w moim sercu miłość do Ojczyzny i chęć powrotu do korzeni. Nie da się ani opisać, ani opowiedzieć, jak wiele zmian nastąpiło w moim życiu dzięki Olimpiadzie Zimowej w Turynie w roku 2006.

Danuta Ligenza–Gili, polska Włoszka, czy może włoska Polka, już sama nie wiem…