Magazyn - Nasz Swiat
21
Cz, wrzesień

Caterina GattaiŻyciem rządzi przypadek. Rodzimy się przez przypadek, piszemy przez przypadek, przez przypadek się zakochujemy, tworzymy rodziny. Całe nasze życie podporządkowane jest „niepojętemu przypadkowi”, jakby to ujęła nasza ironicznie wysublimowana noblistka Szymborska, bądź co bądź, ekspertka od zdziwienia przypadkiem, a więc... ludzkim bytem.

Pracując w zeszłym roku nad polskim przekładem dramatu dwóch młodych rzymskich autorów, Marca Di Bartolomei i Emiliana Crialesi, „Po stronie wilka”(„Dalla Parte del lupo”), nie mogłam przecież przewidzieć, iż kilka miesięcy później, podczas rzymskiej premiery sztuki w Teatro Nuovo Colosseo (początki października 2011) podam rękę i pogratuluję wspaniałej postmodernistycznej reżyserii tak trudnej sztuki samemu Danilo Gattai, potomkowi jednej z włoskich kochanek-aktorek polskiego krόla Stanisława Augusta Poniatowskiego!

Kto z nas nie uczył się w szkole o Teatrze Stanisławowskim i jego roli w epoce oświecenia (pierwsza stała polska scena, Teatr Narodowy i Bogusławski, międzynarodowa wymiana tekstów z Francji i Włoch, współpraca z teatrem największych umysłów epoki takich jak: Ignacy Krasicki, Franciszek Karpiński, Franciszek Zabłocki, Franciszek Dionizy Kniaźnin, Adam Kazimierz Czartoryski)!

Takie spotkanie robi wrażenie, szczególnie na filologu opętanym widmem przeszłości kulturalnej Europy. Po 300 latach włosko-polska historia oświeceniowa powraca na języki, zatacza koło, jak mawiał Nietzsche. Przez Przypadek.

Po raz drugi, mam nadzieję nie ostatni, po 365 dniach spotykam Danilo Gattai w Antico Caffé Greco, via Condotti, Roma. I to też jest nie bez znaczenia. Gest symboliczny, podwójnie historyczny (tam krόl Stanisław, tu wieszcz Mickiewicz). Symbol w rękach artysty staje się potężnym narzędziem, wypowiada to, czego zwykły język nie potrafi opisać. W naszym przypadku podkreśla atmosferę, przenosi nas - nolens volens - w opary polsko-włoskiej przeszłości teatralnej.  

Danilo, jak milo cię znów widzieć! Minął równy rok od rzymskiej premiery „Dalla parte del lupo”. Co od tego czasu w twoim życiu się zmieniło? Nad czym teraz Danilo Gattaipracujesz?
Moim największym projektem na teraz jestem ja sam w nowej odsłonie, już nie reżyser, ale artysta figuratywny, który rysuje, maluje i wyraża niewyrażalne za pomocą formy i koloru.

Wracając do tekstu Marca Di Bartolomei i Emilano Crialesi i do twojej reżyserii z poprzedniego roku, chciałam ci tylko powiedzieć, iż byłeś FENOMENALNY. Tłumacząc niniejszą sztukę (o władzy, seksie, przemocy i finansowych machlojkach) zdawałam sobie dobrze sprawę z trudności, jakie może ona sprawić przy wystawieniu jej na deskach teatru. Ty sobie z nią wspaniale poradziłeś! Rozwiązałeś w pewnym stopniu złożony rebus przestrzeni i ‘ciemnych’ monologów, nie wspominając mocnych scen przemocy. Rozwiązałeś go za pomocą... sześcianów...
Sześciany są formą zapożyczoną z mojego dzieciństwa. Gdy byłem mały, pewien olbrzymich kształtów stolarz, przypominający dobrego orka, przynosił mi w prezencie pozostałości jego pracy: właśnie kwadratowe sześcienne kostki z pachnącego świeżego drewna. To z nich układałem mój świat. Natomiast w tym przedstawieniu te same ‘kostki’ były symbolem życia, które burzy i buduje, przygotowuje i unicestwia, generuje i niszczy. Oto dlaczego te sześciany były przenoszone przez aktorów z miejsca na miejsce lub układane jeden na drugim, tworząc mury, ławki, następnie burzone przemieniały się w zwykłą dekorację przestrzeni.

Jak opisałbyś twoją obsadę i współpracę z Vannim Corbellinim i Giovannim Scifonim, wielkimi aktorami, tu w rolach głównych?
Vanni: elegancki i przystojny, Giovanni: sceniczne zwierzę. I pozostali, Giorgia Fanari: świeża i młoda, Elisa Panfili: krwista i głęboka, Carla di Pardo: świadoma i delikatna, Danilo Zuliani: z pasją, intensywny, Davide Cortese: pełen sprintu i miłości.

Właśnie, mówiąc o aktorach i sztuce interpretacji… Jesteś potomkiem Cateriny Gattai, wybitnej aktorki i piosenkarki, kochanki króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego i żony Carla Tomatisa (komik wenecki), przybyłej z Włoch do stolicy Polski w XVIII wieku. To wszystko prawda? Potwierdzasz?
Tak, moja praciotka czuwa zawsze nade mną.

Opowiedz nam lepiej jej historię.
Najbardziej fascynującym i romantycznym aspektem jej życia było to, iż będąc gwiazdą florenckiego teatru La Pergola wybrała miłosną pasję do Poniatowskiego, który to zabrał ją ze sobą do Polski. Miłość do teatru i do mężczyzny stała się siłą napędową jej egzystencji. Bycie aktorką w XVIII wieku nie było łatwe dla kobiety. Piękna i lekkomyślna była ta moja cioteczka, choć  ja mogę ją bardzo dobrze zrozumieć.

Jak dowiedziałeś się o tej historii? Odkryłeś ją sam, czy może obraz Katarzyny Gattai-Tomatis, jak ten wykonany przez Bacciarelliego [wystawa „Bacciarelli i inni. Królewska kolekcja obrazów Stanisława Augusta” do 28 kwietnia 2013 dostępna w Muzeum Łazienek Królewskich] zachował się w zbiorowej pamięci rodzinnej?
Tak, mój ojciec opowiadał mi kiedyś o tej historii. Kilka lat temu spotkałem pewnego uczonego, Alberto Macchi, z ktόrym nawet zrealizowałem jeden spektakl. Jako współpracownik muzeów włoskich i ekspert od starych dokumentów teatralnych, Macchi w swoim eseju o malarce Irene Parenti cytował właśnie historię współczesnej jej Cateriny Gattai. Poznanie mnie wywarło na nim duże wrażenie, to on wyjawił mi pewne szczegóły z życia mojej dalekiej krewnej, które wcześniej ignorowałem.

Byłeś już w Warszawie?
Po tym wywiadzie czekam na zaproszenia z międzynarodowych instytucji! (Żartuję!)

Wiesz, gdzie znajdujemy się w tym momencie?
Na ulicy Condotti. Uwielbiam  ją szczególnie o poranku, gdyż jest wtedy przeludniona i mam wrażenie, jakby całe miasto  należało do mnie. A Antico Caffé Greco jest jej perełką.

To również miejsce, gdzie po raz kolejny kultura polska spotyka się z włoską. Pomyśl, to miejsce, tak jak nasza historia Cateriny i Poniatowskiego rodzi się w XVIII wieku! Jest to najbardziej znana kawiarnia literacka w Rzymie uczęszczana przez wielu artystów międzynarodowych od trzech wieków. Gościł tu wielki polski poeta Mickiewicz (i wielu innych), D’Annunzio, Leopardi, filozof Shopenhauer, muzyk Wagner, czy w końcu malarz  Guttuso, który nawet kawiarnię sportretował w jednym ze swych słynniejszych dzieł. Spośród wymienionych artystów kogo zaprosiłbyś na kawę?
Leopardi nauczył mnie kochać życie. W dialogu Mody ze Śmiercią mówi, iż ta pierwsza jest siostrą tej drugiej... Pisze też o cierpieniu, pozwala nam przywiązywać się do rzeczy pięknych, krótkich i intensywnych. Guttuso, którego wystawę widziałem w ostatnich dniach w Vittoriano, jest pełen energii. Zatem, poszedłbym na kawę o poranku z tym pierwszym, a po obiedzie z tym drugim.

Pytałam się już ciebie o przeszłość i teraźniejszość, a nie zapytałam jeszcze o przyszłość. Jakie są twoje programy na 2013 rok?
Moja droga, przyszłość jest teraz! Moim programem jest ciągła zmiana programów, gdyż tylko w ruchu wyraża się życie i wszelkie poszukiwanie.

Dziękuję ci za uroczą rozmowę...
Dziękuję.

wywiad przeprowadziła Joanna Longawa

Nie miałam zbyt wiele czasu, by przygotować się, jak należy, do tej podróży, a nawet gdybym miała, to chyba i tak nie do końca zdawałabym sobie sprawę z tego, jak naprawdę wygląda ten zakątek świata.

Po pożegnaniu weselnych gości udaliśmy się w podróż poślubną na Madagaskar. Wybraliśmy to miejsce, bo słyszałam kiedyś, że ktoś tam był, wrócił zadowolony i chętnie znów by się wybrał. Było to już dość dawno i nie pamiętam, dlaczego tak mu się tam podobało...

Lot samolotem z Milano trwa 9 godzin. Dość długo, a mnie dopadła grypa, więc troszkę cierpię. Mam zapchany nos, a w samolocie zapychają mi się w dodatku uszy. Katastrofa. Nie mogę się już doczekać, by być na miejscu, bo spanie na siedząco to dla mnie rzecz nie do zrealizowania, więc słucham radia, oglądam filmy, byleby zabić tę długą noc.

Lądujemy w  Nosy Be. Kiedy wychodzimy z samolotu, uderza w nas ciepło i teraz już tylko pragnę zrzucić z siebie wszystko i uciąć choć małą drzemkę. W każdym razie 50-minutową podróż busem z otwartymi oknami odbywam w podkoszulce. Nasz przewodnik oznajmia, że od teraz wszystko będziemy robić mora (mora – powoli), powoli. Myślę sobie: to zawsze lepsze od maniana.

Nie narzekaj! – mówią koleżanki z Polski - niejeden ci zazdrości i chciałby być na twoim miejscu…

IzaMoże i tak, ale wcale nie jest tu tak pięknie i kolorowo, jak na ślicznych pocztówkach i zazwyczaj „udekorowanych” fotkach na tle cudownych krajobrazów Toskanii.

Minęło 6 lat, odkąd mój 2 miesięczny urlop przemienił się niespodziewanie w codzienne życie. Przyjechałam do Italii jako młoda, niezależna dziewczyna, bez żadnych zobowiązań. A teraz... proszę - nawet nie mogę uwierzyć, że mam przy sobie taką gromadkę, uroczych urwisów i cudownego męża - Polaka.

Od początku nie było łatwo, brak pracy, brak znajomości języka, tęsknota za rodziną, znajomymi, Ojczyzną. Coś jednak w głębi serca podpowiadało - zostań, nie poddawaj się, dasz radę, tu masz większe szanse niż w Polsce, lepszy start dla siebie, a przede wszystkim dzieci.

Zostałam i chwilami tak naprawdę nie wiem, czy to był właściwy wybór. Gdybym zdecydowała się na powrót do Kraju zapewne nie miałabym mojej wspaniałej rodzinki, zapewne nigdy nie udałoby mi się zrealizować jednego z moich największych pragnień, a mianowicie zorganizowanie pokazu zaprojektowanych i uszytych przeze mnie ciuszków, zapewne moje losy potoczyłyby się inaczej. Dlatego też dochodzę do wniosku, że to był właściwy wybór, tylko teraz pojawia się pytanie – CO DALEJ?

Gdyby wszystko było takie proste, gdybyśmy wszystko potrafili z łatwością przewidzieć – zapewne wtedy życie wydawałoby się nam szare i nudne, mało zaskakujące, mało ekscytujące.

DLATEGO TEŻ JESTEM, ŻYJĘ TU I TERAZ… i staram się zbyt daleko nie wybiegać w przyszłość i nie zadręczać się niepotrzebnie. Nie znaczy to wcale, że nic kompletnie nie myślę o przyszłości, że jestem bierna i nic nie robię tylko zwyczajnie JESTEM. Wręcz przeciwnie, myślę, ciągle myślę co mogłabym jeszcze zrobić w swoim życiu, aby było bardziej satysfakcjonujące, aby dawało więcej radości, aby przy okazji polepszyć sytuację finansową rodziny i nie martwić się jak wyżyć z jednej wypłaty od pierwszego do pierwszego.
Wiem, że mam wiele talentów i możliwości, tylko nie bardzo wiem co z nimi zrobić, jak wydobyć je na światło dzienne aby dawały także korzyści nie tylko mnie samej, ale i innym. Coraz częściej mam wrażenie, że tak naprawdę nie pielęgnuję wystarczająco swoich talentów, zaniedbuje je, a może i marnuję. O niektórych zapewne zapomniałam i gdzieś tam cichutko drzemią.

Każdy z nas ma w sobie jakieś talenty, często ukryte, uśpione, o których nie mamy czasami pojęcia, wystarczy tylko na chwilę zatrzymać się, zajrzeć wewnątrz siebie i obudzić je.
No tak, rozmarzyłam się... i znów bujam w obłokach..., a szkoda, było tak pięknie! Pora wskoczyć w nieco gorsze ciuszki, zacisnąć zęby i powalczyć z miotłą, ścierką i brudnymi łazienkami w mieszkaniach starszych pań, które już same nie mają wystarczająco tyle sił, by utrzymać porządek w swoich mieszkaniach. Czasami trzeba odkurzyć, umyć samochód, który wydaje się, iż od wyjścia z salonu „nie widział” odkurzacza, wyprać brudne siedzenia, które czasami na sam widok wywołują u mnie mdłości.

Niestety taka jest rzeczywistość, nie zawsze udaje się nam robić akurat to, co chcemy, co jest naszą życiową pasją, co daje nam radość i przy tym jest źródłem dochodu. Większość z nas – obcokrajowców, wykonuje tutaj swoją pracę z konieczności, bo sytuacja tego wymaga, bo łapiemy się czegokolwiek aby tylko zarobić, spłacić długi lub też zwyczajnie, godnie żyć.

Wiele kobiet opiekuje się tutaj osobami chorymi, starszymi, niepełnosprawnymi i z tego co wiem, nie należy to do łatwych i przyjemnych czynności, wymaga od nich wiele samozaparcia, wyrzeczeń i silnej woli.  Podobnie ja, decyduje się czasami na niezbyt przyjemną pracę i mimo to jestem wdzięczna losowi, że daje mi szansę zarobienia parę groszy.
Mając dwójkę dzieci i żadnej bliższej rodziny w pobliżu (babcie, ciocie, itd.) jest mi ciężko znaleźć jakąkolwiek pracę, chociażby ze względu na dziwny dla mnie włoski system pracy z przerwą obiadową. Dysponuję wolnym czasem jedynie do południa lub też do 16.00  i to nie zawsze z uwagi na częste strajki w szkołach i przedszkolach, kiedy niestety trzeba być wtedy w domu z dziećmi - bo cóż innego z nimi zrobić, gdy jest się zdanym tylko i wyłącznie na siebie?!  Model z kolekcji Izy

Cieszę się, kiedy mam możliwość zarobienia przysłowiowych „paru groszy”, chociaż gdzieś w głębi serca czuję smutek, żal i okropną bezradność, bo nie tak wyobrażałam sobie to wszystko.

Od dawna marzyłam o swojej działalności o jakimś swoim malutkim biznesie, a dokładnie o projektowaniu i szyciu ciuszków - bo to kocham najbardziej. Niestety moja działalność kończy się tylko na marzeniach, planach i wciąż powtarzam jak mantrę… „kiedyś na pewno coś zrobię w tym kierunku, być może na większą skalę, jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment, itp.”.

Tymczasem, jak już wspomniałam, jestem mamą dwóch urwisów (3 i 6 lat) i w związku z tym na brak zajęcia nie mogę absolutnie narzekać. Obaj są tak pełni życia i energii, iż chwilami mam wrażenie, że eksplodują, albo oni, albo ja – ze złości.
W wolnych chwilach (których niestety nie mam zbyt wiele) staram się pielęgnować swoje talenty, rozwijać swoje pasje, odkrywać nowe. Jak wspomniałam wcześniej - uwielbiam realizować swoje projekty, szyć ubrania, głównie dla siebie, czasami dla innych, dla dzieci, a także do „szuflady”, z nadzieją, że być może ktoś się kiedyś nimi zainteresuje.

Do dziś mam w szafie niewielki kuferek, w którym trzymam (niczym drogocenne klejnoty) ciuszki ze swojego pierwszego pokazu, który udało mi się zorganizować z pomocą życzliwych osób kilka lat temu. Pamiętam to wspaniałe uczucie, kiedy po skończonym pokazie, mąż wyprowadzał mnie na scenę, nogi trzęsły mi się z wrażenia, a w piersiach brakowało tchu. Nie mogłam uwierzyć, że kiedykolwiek uda mi się coś takiego przeżyć na własnej skórze. Nie sądziłam, że ktokolwiek się tym zainteresuje, że komukolwiek się spodoba to, co robię. Dzięki uprzejmości moich drogich znajomych, fragment z tego pokazu i wywiad ukazał się w TV regionalnej, co tym bardziej było dla mnie wielkim przeżyciem.

Długo będę pamiętać tamte chwile, chociaż w sumie nie było to nic wielkiego. Dla mnie jednak tamten czas i tamte wydarzenia długo pozostaną w pamięci. Wiem, że spełniło się jedno z moich marzeń i wciąż mam nadzieję, że na tym się nie skończy i że jeszcze kiedyś poczuję ten sam dreszczyk emocji.

Nie poddaję się, wierzę, że nigdy nie jest za późno na realizację swoich marzeń, planów życiowych i ważne jest, aby czuć się spełnionym w życiu i być zadowolonym z tego, co się robi - bo to podstawa. Wiem, że przeszłam wiele trudnych dróg i wiem, że zapewne jeszcze wiele zakrętów przede mną, ale mimo to, nie poddam się!

Myślę, analizuję, planuję i czasami przygnębia mnie moja bezradność, bo chciałabym zrobić wiele, a w sumie nie robię nic, wciąż odkładam na „jutro”, na „odpowiedni moment”, tłumacząc, że jeszcze dzieci małe, że jeszcze troszeczkę…, itp. Najważniejsze jest to, że tak do końca nie poddaje się, nie tracę wiary w siebie i swoje możliwości, jestem świadoma, że mogę wiele, trzeba tylko tupnąć nogą, podwinąć rękawy i do dzieła!

Kiedy tylko mam natchnienie i czas mi na to pozwala (a także dzieci) wyjmuję z szafy materiał i tworzę, czasami sama nie bardzo wiem co z tego wyjdzie, ale przeważnie jest to coś ciekawego. Uwielbiam awangardę, zdecydowane odważne cięcia, kolory i lubię eksperymentować, nie lubię szarości, monotonii i nudy.

Praca z aerografemZabawa z aerografem

Ostatnio wróciłam do swojego dawnego zajęcia, a mianowicie do pracy z aerografem, który jest swego rodzaju miniaturowym pistoletem przeznaczonym do precyzyjnego malowania. Tym świetnym narzędziem można robić naprawdę cudeńka. Kupiłam więc farby przeznaczone do malowania tkanin i zaczęłam „przyozdabiać” moje ubrania w przeróżne wzory, śmieszne rysunki, itp.

Wraz z mężem (który lakieruje też samochody) „przyozdobiliśmy” nasz samochodzik nieco odważnym rysunkiem i widać, że wzbudza spore zainteresowanie, choć oczywiste jest, że nie każdemu się to podoba. Aerograf spodobał się także naszemu starszemu synkowi i postanowił namalować dzieło na koszulce swojej i braciszka. Wyszło super, wszyscy się zachwycali, a ja przy okazji mam pomocnika!. Może w przyszłości będzie znanym malarzem, projektantem, stylistą, a może fryzjerem lub też mechanikiem jak tata, czy kierowcą rajdowym jak nasz znany Robert Kubica.

"Życie to coś, co upływa, kiedy jesteśmy zajęci snuciem planów na przyszłość." ( John Lennon).
Żyję z dnia na dzień z głową w chmurach, przepełnioną wielkimi marzeniami, mnóstwem pomysłów do zrealizowania, ogromnymi zapasami pozytywnej energii do działania. Żyję z dnia na dzień zadając sobie wciąż te same pytania:  co dalej?… jak żyć?… co robić?... od czego zacząć?... kiedy? jak?

Chwilami jestem właścicielką pracowni artystycznej, ekskluzywnego butiku odzieżowego, w którym wiszą tylko moje, unikatowe ciuchy, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne… Chwilami nie nadążam z zamówieniami i szyję coraz więcej i więcej. Innym razem jestem zwariowaną malarką i maluję zwariowane obrazy, tkaniny, odzież… A może by tak połączyć to wszystko w zależności od dnia, natchnienia, zapotrzebowania… projektantka, krawcowa, malarka, stylistka, fryzjerka… Tak, właśnie – fryzjerka - to mój kolejny zawód, który posiadam jednak nie darzę go tak wielką sympatią, jak poprzedni (technik technologii odzieży).

Helooooo!!! Iza!!!! …Pora się obudzić, zejść na ziemię!!!
TU i TERAZ siedzę i piszę „co mi leży na sercu” – to także jedna z moich pasji. Wyrzucam z siebie wszystkie emocje, te pozytywne i negatywne. Piszę Wam o części mojego życia, dzielę się moimi przemyśleniami, przeżyciami, doświadczeniami. Być może wśród Czytelników znajdzie się ktoś podobny do mnie, z podobnymi pasjami, marzeniami i będziemy mogli razem pomarzyć. Możliwe też, że uda nam się razem stworzyć coś wspaniałego, wymienić się doświadczeniami. Być może też uda mi się przekonać niektórych, że NIE NALEŻY REZYGNOWAĆ ZE SWOICH MARZEŃ, NIE WOLNO SIĘ PODDAWAĆ bo tylko wielkie osiągnięcia i sukcesy rodzą się w bólu i cierpieniu. Jak mówił Victor  Hugo:  "Marzenia to niczym nie zmącona rozkosz, a oczekiwanie aż się spełnią to prawdziwe życie. Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię - niemożliwe, dla nieśmiałych - nieznane, dla myślących i walczących - ideał."  Bądźmy więc tymi myślącymi i walczącymi!

Na koniec chciałabym życzyć wszystkim jak i sobie samej, powodzenia, wytrwałości, ogromnej siły przebicia i wielu sukcesów w każdej dziedzinie naszego życia. Żyjmy tak, aby to nasze życie tutaj na obczyźnie było piękne, kolorowe i dawało nam wiele radości, abyśmy cieszyli się każdym dniem i czerpali z niego jak najwięcej!

A WIĘC… DO DZIEŁA!!!!!
Pozdrawiam
Iza

Boję się uczucia do Kaleda. Dziwne telefony od nieznajomego adoratora. Dręczą mnie wciąż dziwne sny.

18.04.2001 – środa
Kaled wpadł do mieszkania jak burza!
- Dzień dobry! Jak się macie? – krzyczy.
Nie patrzy na mnie, od razu biegnie do Babki. Widać, że się spieszy, albo może tak tylko udaje?
Nie odzywam się, a gdy zaczyna robić opatrunki wchodzę na górę, do łazienki i wyżymam pranie. Nagle słyszę:
- Co ty tam robisz? Chodź tutaj – znowu pokrzykuje.
Schodzę z góry.
- Przepraszam, ale przygotowuję się do podróży. Wyjeżdżam! – odpowiadam.
Ki diabeł mnie podkusił, by to powiedzieć!? Kaled patrzy na mnie szeroko otwartymi oczyma. Zamurowało go!
- Gdzie jedziesz? Do L.? – pyta z niedowierzaniem.
- Nie. Jadę do domu, do Polski.
- Naprawdę?
- Tak.
- Nie wierzę!
Łapie mnie i chce posadzić sobie na kolanach... Babka! Pokazuję mu głową, że patrzy na nas. Puszcza mnie...
- Wrócisz? – pyta smutnym głosem.
- Nie, już tu nie wrócę - stwierdzam.
Co za licho każe mi brnąć dalej w te kłamstwa!
- Kiedy wyjeżdżasz? – dopytuje.
- Dzisiaj - odpowiadam.
Stoi i patrzy na mnie wzrokiem pełnym łez i niepokoju... I co ja robię? Jeszcze mogę się z tego wycofać... Nie! Idę za nim do wyjścia. Przytula mnie mocno.
- Będę pojutrze - mówi.
Wtula głowę w moje ramię i całuje w szyję .
- Pozdrowienia dla twojej rodziny, dla mamy, córek - mówi.
- Dziękuję. Ty też pozdrów ode mnie swoją żonę. Bądź szczęśliwy - odpowiadam.
- Ty także. Szczęśliwej podróży - mówi.
Całkiem jak w filmie - myślę. Czuję jak bardzo mnie pragnie, ale nie robi nic na siłę i jest taki delikatny... Znowu wtula się w moje ramiona, a ja obejmuję dłońmi jego głowę. Twarz ma mokrą?  Płacze!
- Ciao – mówię.
Otwiera drzwi. Powoli idę za nim. Już na mnie nie patrzy. Wyszedł i drzwi zostawił otwarte. Wychodzę na schody i patrzę za nim. Już się nie obejrzał. I co ja mu powiem w piątek? Jak oczywiście przyjedzie do Babki, bo coś mi mówi, że więcej się tu nie pokaże.

20.04.2001 - piątek
Kaleda nie ma. Może przyjedzie jutro? Nie chcę go więcej widzieć i to by było mi na rękę, bo właśnie na jutro umówiłam się z Wandą w L. Przy Babce zastąpi mnie Martina. Boję się tylko tego, że oboje będą ze sobą rozmawiać i wszystko się wyda, a więc muszę wyznać Martinie całą prawdę.  Ale nawarzyłam sobie bigosu! Już po 22.00, a ja wciąż nie wiem – zdradzić Martinie mój sekret, czy nie?

Przeczytaj poprzednie odcinki Pamiętnika

21.04.2001 - sobota
- Powiedziałaś? – pyta mnie Martina.
- Powiedziałam – odpowiadam - nawarzyłam piwa, a więc muszę je teraz wypić.
Martina z początku nie mogła zrozumieć, o co mi chodzi, ale potem załapała. Nawet zaproponowała, że sama z nim poważnie porozmawia, ale ja się przestraszyłam.
- W żadnym wypadku ci na to nie pozwalam - mówię zdesperowana - jeśli Kaled przyjedzie nic nie mów, chyba że sam o mnie zapyta.
- I co, był u Giuliany? - pyta Martina.
- Był. Jednak przyjechał i pytał o mnie. Będzie znowu w poniedziałek – odpowiadam.
- Co wtedy zrobisz? – pyta ponownie-
- Nie mam zielonego pojęcia. Pewnie w ogóle nie będę z nim rozmawiać. Udam głupią i tak będzie najlepiej – odrzekam.
Martina radzi, bym o wszystkim opowiedziała jej bratu Pepè, a on już sobie „porozmawia po męsku” z Kaledem. Ale czy ja bym mogła skarżyć się na tego dobrego chłopaka, który mnie nie napastuje i nie robi mi żadnej krzywdy? Nie chcę go widywać i tyle, bo jak będzie nadal tu przyjeżdżał, to w końcu „pęknę”  i pójdę z nim do łóżka
No cóż, co się stało to się nie odstanie, ale jest mi głupio. Jeśli się na mnie obrazi, to tym lepiej dla nas obojga, bo przyjedzie i pojedzie, i nie będzie mnie więcej obejmował, i nie będzie patrzył na mnie cielęcym wzrokiem.

Dzisiaj  miałam jakieś senne koszmary, zapamiętałam błoto, doły, brud i to, że mi się ruszał ułamany ząb...
- Sen – mara, Bóg – wiara. Jak było w L.?
- Nie mogę tam jeździć. Widziałam Diego. Patrzyłam na niego tylko przez krótką chwilkę i myślałam: On jest mój, on należy do mnie, dlaczego więc  nie jesteśmy razem, dlaczego jesteśmy sobie tak obcy i tak od siebie oddaleni, dlaczego nie potrafimy się porozumieć!

22.04.2001 – niedziela
Siedzimy z Babką w domu. Powiedziałam Martinie, że to za moją wolną sobotę. Nie chcę już jeździć do L. Giuliana też najlepiej czuje się w domu, ze mną. Wczoraj, gdy wróciłam ze spotkania z Wandą, tak bardzo się cieszyła! Od dawna nie widziałam tak promiennego uśmiechu na jej twarzy.
A w moim łbie siedzi tylko Diego! Mam dość! Jestem zmęczona tą miłością!

Późnym popołudniem dzwoni telefon domowy. To jakiś mężczyzna. Nie przedstawił się. Coś mówi, ale wygląda mi na to, że pomylił numer. Tłumaczę, że to mieszkanie Giuliany C.
- Pani się nią opiekuje? - pyta facet - Jak się czuje Giuliana? Ja mieszkam w pobliżu... i pyk, rozłączył się.

O 21.30 znowu telefon: Bardzo miły, męski głos mówi:
- Buona sera /dobry wieczór/. Odpowiadam tak samo i... cisza!
- Pronto - mówię. Nic, żadnej odpowiedzi.
Znowu - Pronto. Chi sei? /kim jesteś?/ - pytam. Cisza, ani słowa. Ten ktoś się nie rozłącza, bo słyszę...  pyk, pyk, pyk... jakby wykręcanie numerów telefonu. Odłożyłam słuchawkę. Czyżby to był Diego? Nie jestem pewna, już niczego nie jestem pewna.

23.04.2001 - poniedziałek
Bałam się bardzo dzisiejszego dnia, ale Kaled nie przyjechał.

Telefon! Tuż po 14.00. Dzwoni ten sam mężczyzna, co wczoraj, bo poznałam jego głos. Pyta o numer telefonu domowego Babki, bo niby boi się pomyłki. Pyta o Mario, a ja odpowiadam, że  Mario nie mieszka w SF., tylko w L. W końcu on mówi tak:
- Słuchaj, masz taki ładny głos, jesteś bardzo sympatyczna. Zakochałem się w tobie. Może się spotkamy? Zapraszam cię na kawę.
- Nie, dziękuję. Ja nigdzie nie wychodzę - odpowiadam.
- To ja przyjadę do ciebie - naciska.
- Absolutnie nie! Czy ja cię znam? – pytam.
- Oczywiście, że mnie znasz! – mówi.
- A gdzie się poznaliśmy? – pytam zdziwiona.
- W L. stałaś na Corso z koleżankami.
- A jak mam na imię? – dociekam.
- Alicja.
- Nie jestem Alicja. A jak ty masz na imię?
Chwilę się zastanawia, jąka, w końcu mówi: - Iwan.
- Słuchaj, Iwan. Nie znamy się, nigdy się nie spotkaliśmy. Ja jestem zamężna, mam wnuki.
A on na to bardzo poważnym głosem: - Kocham cię! Ile masz lat?
- Dużo, bardzo dużo. Kobietom nie zadaje się nigdy takich pytań.
- Kocham cię! Kocham babkę! Denerwujesz się, że dzwonię?
- Nie. Dlaczego mam się denerwować?
- Bo jesteś nerwowa.
- Co? Ja zawsze jestem spokojna.
- Tak, wiem coś o tym. Ty jesteś spokojna, ja jestem brutalny. Nieźle znasz włoski, można już z tobą porozmawiać. Ile jeszcze tu będziesz?
- Nie wiem. Może miesiąc, a może dłużej... To ty dzwoniłeś wczoraj wieczorem?
- Tak, to ja.
- Dlaczego nic nie mówiłeś?
- A po co miałem mówić cokolwiek? Teraz mówię - kocham cię.
- Parole, parole, parole... /słowa, słowa, słowa/ – zaśpiewałam mu do słuchawki.
- Więcej nie będę dzwonił.
- No to nie dzwoń. Ciao.
To był On, ale dlaczego nie powiedział: „Pupa, to ja, Diego!”. Jestem na niego wściekła. Takie zabawy w ciuciubabkę już mnie nie bawią.

24.04.2001 - wtorek
Sen: To jakieś wesele. Mnóstwo gości za stołami, ustrojona sala i tańce. Z bardzo wysokim mężczyzną wywijam jive, aż tu nagle podbiega do nas niski facet i mnie odbija. Teraz tańczę z nim! Gruby gość stoi na krześle i ściąga z sufitu różnokolorowe pasy bibuły. Wszystko opada na mnie, a ja, tańcząc, owijam się cała w tą dekorację. Na stole pełno różnego rodzaju ciasta, które wygląda bardzo apetycznie Nie mogę się zdecydować i w końcu biorę dwa małe ciasteczka.

Przyjechał Kaled. Zachowywał się tak, jakby nie było między nami żadnej rozmowy o moim wyjeździe do Polski. Może Martina mu powiedziała, że jestem, bo telefonowała do niego zaniepokojona, że nie przyjechał wczoraj do Babki. Cmoknął mnie w policzek.
- Cieszę się, że jesteś! - mówi.
A potem długo, długo mnie całował... Zupełnie inaczej niż zwykle, jakoś tak miękko, czule i bardzo delikatnie. „Coś” wisi w powietrzu! Czuję, że Kaled odejdzie stąd już niedługo.

Telefon o 13.30! Głuchy, ale domyślam się, że to Diego - Iwan. Słyszę: pyk, pyk, pyk... Nie rozłącza się, a ja mówię:
- Pronto, pronto - i w końcu odkładam słuchawkę.

O 19.30 znowu telefon:
- Dobry wieczór! – mówi głos w słuchawce.
Poznaję po głosie - to On!  Diego-Iwan!
- Co robisz? Przygotowujesz kolację? - pyta.
- Nie! – odpowiadam.
- Oglądasz telewizję? – pyta znowu.
- Nie!
- Znowu jesteś nerwowa?
- A tak! Jestem nerwowa i zła.
- Dlaczego? Dzisiaj jest taki piękny dzień, świeciło nawet słońce...
- Nie dla mnie.
A on coś mi tam plecie, że jestem dla niego kimś wyjątkowym, że mnie potrzebuje... Wsłuchuję się uważnie w jego głos... Nie, to nie jest Diego!
- Jak masz naprawdę na imię? – pytam.
- No... Iwan jestem! Mów coś do mnie – prosi.
- Ja mam mówić? Przecież to ty do mnie dzwonisz. Słuchaj... Iwan... Iwan? Tak?
- Tak.
- No więc, Iwan, nie dzwoń  do mnie więcej, dobrze? – proszę.
- Dobrze - mówi bardzo, bardzo spokojnym głosem... - Ciao!

28.04.2001 - sobota
Sen: Jestem w swoim rodzinnym domu, w sieni. Słyszę czyjeś głosy... Zaciekawiona otwieram
drzwi do dużego pokoju, staję w progu i widzę oświetlone, jakby blaskiem księżyca, biało zaścielone łóżko i leżącą na nim, moją dawno temu zmarłą Babcię Agnieszkę. Obok łóżka stoi ksiądz ubrany w białą komżę, ze stułą owiniętą wokół szyi, a za nim kilka osób. Nikogo nie rozpoznaję, bo w pokoju jest ciemno i tylko łóżko, Babcia i ksiądz są oświetlone.
Dlaczego wezwali najpierw księdza, zamiast pogotowie? myślę. Obok mnie staje Diego. Pragnę, by mnie przytulił, a on wyciąga rękę i obejmuje mnie nią przez plecy. - Ale jesteś chuda, sama skóra
i kości – mówi do mnie. - Przecież cię nie trzymam, możesz odejść - odpowiadam.

Sen: Jest noc, a ja próbuję włamać się do jakiegoś budynku. W żaden sposób nie potrafię otworzyć mocno zaryglowanych drzwi. Patrzę w niebo... Jest pokryte jasnymi chmurami, które układają się w różne, bardzo dziwne, figury. Raz jeszcze, po raz ostatni, próbuję otworzyć drzwi, ale moje wysiłki są bezskuteczne. Pochylam się, patrzę do wnętrza  tego budynku przez dziurkę od klucza i znowu widzę niebo...Chmury rozstępują się, a w utworzonej przez nie szczelinie jaśnieje tęcza. Kolorowa, przecudna tęcza!

Jest 06.45 - dzwonek do drzwi. To Kaled! Pobrał Babce krew, zrobił opatrunki i wybiegł z mieszkania w pośpiechu. Trzymam się od niego na daleki dystans.
Ja to chyba sama nie wiem, czego chcę. Starość mi „wali na dekiel”, bo raz nienawidzę Diego, to znowu tęsknię za nim i wydaje mi się, że mi serce pęknie.
Nie mogę jeździć do L., bo wszystko mi go przypomina... Droga do T., drzewa, drogowskazy, chodniki, mury domów, wszystko na co patrzy on, kiedy prowadzi auto... Znowu chowam się w swoją skorupę  raka, bo tutaj czuję się najbezpieczniej.

4.05.2001 – piątek
Sen: Diego! Smutny, przygnębiony, rozmawia ze mną z przymusu. Bierzemy ślub – ja w białej sukni, w welonie, a on w eleganckim, czarnym garniturze, białej koszuli i czarnej muszce. Oboje siedzimy na krzesłach i pozujemy do fotografii. Diego mocno trzyma mnie za ręce, przytula się do mojej twarzy i szeroko uśmiecha...

6.05.2001 - niedziela
Po obiedzie wyciągnęłam Martinę na spacer po L. Najpierw weszłyśmy do parku obejrzeć zamek warowny. Po drodze Martina spotkała swoją koleżankę. Stoimy, one rozmawiają, a ja nagle spostrzegam spacerujące, znajome Polki i podchodzę do nich...
- Och, nie poznałyśmy ciebie! Jeszcze tu jesteś? Ale jesteś opalona! Świetnie wyglądasz! – mówią.
- Bo mnie jest tutaj bardzo dobrze – odpowiadam.
- Jedyna, która mówi, że jej tu dobrze!
- Bo to prawda. Nie narzekajcie, bo nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej. Co słychać u Teresy z T.? Jest tam jeszcze?
- Jest, ale dzisiaj nie przyjechała do L. Coś się chyba musiało stać, bo co niedzielę jest tutaj obowiązkowo. Co tu robisz?
- Jestem na spacerze z córką mojej Babki. Idziemy obejrzeć zamek.
A one mają takie „zdumione” miny! Są „spięte” i dziwnie na mnie patrzą. Myślę, że będą miały o czym rozmawiać. Teresa na pewno mnie nie oszczędzała i musiała dobrze o mnie napaplać.
Razem z Martiną obejrzałyśmy zamek i poszłyśmy spacerkiem na Corso. Wzrokiem szukam Diego... Przecież już powinien tu być, bo jest zawsze... Nie ma go nigdzie!

9.05.2001 – środa
Kaled znowu przyjechał z żoną, która będzie rodzić już za miesiąc. W tych ostatnich dniach bardzo się zmienił. Jest smutny, oschły, patrzy na mnie „zezem” i prawie się nie odzywa. Lękam się czegoś. Boję się, że wszystko to, co wyznałam Martinie, obróci się teraz przeciwko temu chłopakowi. Boję się, że ona podjęła już jakieś działania u jego przełożonych w szpitalu, by on więcej tu nie przyjeżdżał. Teraz wiem, że nie powinnam była zdradzać nikomu swojej tajemnicy, a starać się samej rozwiązać problem z Kaledem. No cóż, co się stało, to się już nie odstanie!
- Usta głupiego są dla niego zgubą, moja droga Pupo! – mówi mój zdrowy rozsądek.

13.05.2001-niedziela
Sen: Idę razem z Teresą polną, jasną drogą, w kierunku T.  Teresa idzie tam na obiad. - Wiesz - mówi do mnie – Diego wrócił z L. i powiedział mi, że już koniec z wami. Jest bardzo przygnębiony, rozpacza. Patrzę na nią i nic nie mówię. Teresa nie wie, że ja idę do T. tylko po to, by zostać tam już na zawsze.

Nie pojechałam do L. Opalałam się, a później poszłam na spacer, daleko, polnymi drogami. Jest przepięknie, ciepło, pachnie świeżym sianem, jak w Polsce. Nazbierałam całe naręcze polnych kwiatów, a w podołek szerokiej sukienki... szczawiu. Szczawiowa! Szczawiowa z jajkiem na twardo będzie jutro na obiad! Ale pycha! Tęskni mi się jeszcze bardzo za czerwonym barszczem
z botwinki, takim z młodymi kartofelkami, polanymi smażoną słoninką wymieszaną ze śmietaną,
posypanymi koperkiem...za porządnym schabowym z młodą kapustą...za bigosem...
Ojojoj! Aż mi ślinka cieknie...
Ten pobyt na świeżym powietrzu bardzo mi pomógł, wyciszył i uspokoił.

CDN

14-letni Kamil Kukliński od kilku lat mieszka we Włoszech, gdzie pracują jego rodzice. Kiedy miał 6 lat zmarł dziadek, z którym bardzo był związany. W ósmą rocznicę jego śmierci postanowił uczcić Jego pamięć wierszem, który sam napisał.

Le mie lacrime non si fermano mai.
Quando te ne sei andato Nonno
il mondo è diventato nero e noioso,
poi mi spiegarono che il nonno era volato nel cielo,
e se n'era andato,.
Io mi misi a ridere
perchè non ci credevo
ma poi capii che non era un scherzo.
Sai nonno vorrei anche io morire per venire da te!
Mi manchi e ti prego ritorna.
In fondo quando sei morto c'era un lato positivo:
non avresti più sofferto
ma il lato negativo
è he te ne sei andato per sempre
per diventare un angelo per proteggerci.
Quando penso che tu sei vicino a me
anche se non ti vedo sono felice.
Nonno so che mi stai guardando e sono veramente tanto felice.
TI AMO Nonno sei il mio tesoro che vale più dell'oro.

Kamil

Kaled mnie pragnie, ale ja myślę nadal o Diego. Boję się mego większego zaangażowania i cierpienia, bo przecież kiedyś do rozstania dojść musi. Nie chcę już więcej znać tego okropnego bólu. Nie chcę już za nikim tęsknić. Giuliana podsłuchała moją rozmowę z Laurą i boi się, że odejdę z pracy.

7.04.2001 - sobota
Już myślałam, że Kaled zrezygnował ze mnie.... ale on nie zrezygnował! Przez cały czas jego dzisiejszej wizyty zachowywaliśmy się oboje jak gdyby nigdy nic... dopiero potem...
Już ubrany wstrzymuje się z wyjściem, mówi „do widzenia” i wraca, i znowu „-ciao” i wraca... W końcu wyciąga ręce, obejmuje mnie i przytula, a ja kładę głowę na jego ramieniu. Tak jakoś dziwnie czuję się w jego ramionach... Chcę Diego!
- To po co garniesz się do Kaleda? Całujesz go, a myślisz o Diego. Idiotka! – mówi mój zdrowy rozsądek.
- Cóż, na bezrybiu i rak ryba... Dobrze jest wiedzieć, że jednak nie jestem sama, że jest ktoś, kto o mnie myśli, pragnie i tęskni. To mi pomaga i jest mi troszkę lżej na sercu. Nie mam już Diego
i nie wiem, czy jeszcze o mnie pamięta, a Kaled, jak na razie, jest zawsze – odpowiadam sobie sama.

8.04.2001 – niedziela
Dzisiaj mija 4 miesiące mojej pracy w SF. To kolejne tygodnie, dni i godziny mojej tęsknoty za Diego. Sekundy ciągłej udręki, niepokoju, szarpaniny – kocha nie kocha, wróci nie wróci.
Dzisiaj myślę, że nie kocha i nie wróci. Minęło sporo czasu, w ogóle się nie widujemy, a taka stagnacja pomaga zapomnieć.
- Ty nie zapomniałaś! – znowu odzywa się zdrowy rozsądek.
- Nie zapomniałam i nie zapomnę. Wciąż czuję, że on należy tylko do mnie - mówię.
- No więc czekaj na niego. Znowu się rozczarujesz – stwierdza szyderczo.
- Zawsze lubiłam czekać. Pamiętam, jak w latach szkolnych uwielbiałam czekać na „wyjazdówki” do domu na święta, na wakacje. Dwa tygodnie przed podróżą byłam w „amoku” czekania i sam pobyt w domu nie cieszył mnie już tak, jak to wyczekiwanie – odpowiadam.

Wszystko wydaje mi się snem. Nic nie jest rzeczywiste, nawet ten stół, przy którym siedzę. Żyję marzeniami, siedzę na obłokach i stawiam zamki z piasku. Realia nie docierają do mnie, bo jestem jak szafa pancerna, a później… Lepiej nie mówić... To dlatego nigdy nie będę szczęśliwa.

Przeczytaj poprzednie odcinki Pamiętnika

11.04.2001 – środa
Kaled! On mnie pragnie każdym swoim nerwem. Nie może mi się oprzeć, choć ja nie prowokuję go do niczego. Czy zdołam powstrzymać się przed jego natarczywością? Staram się z całych sił, ale on nie ustaje... Całuje mnie tak namiętnie, tak mocno tuli do siebie, że... I co mam zrobić? Mam wciąż przed oczami jego ciężarna żonę i Diego... Wiem, że muszę z tym skończyć!
- Powinnaś. On nie jest dla ciebie, ma przecież rodzinę – stwierdza stanowczo zdrowy rozsądek.
- To po co lezie do mnie? – odpowiadam.
- Lezie, jak każdy chłop łasy na okazję. Wszystko mu sprzyja – jesteś sama, żadnych przeszkód. Wykorzysta cię i rzuci, bo wróci do żony. Zresztą wraca do niej zawsze po skończonej pracy. Chyba nie myślisz, że będzie z tobą? – kontynuuje.
- Pewnie, że tak nie myślę. Może nas łączyć tylko seks, jeśli oczywiście do niego dojdzie - odpyskuję.

14.04.2001 – sobota
To już Wielkanoc! Bardzo tęsknię za domem, za moimi dziewczynkami.  Czuję żal, skruchę i złość na siebie samą, że nie potrafię ułożyć sobie życia, że wszystko mi się wali i gdzie się nie obrócę, to zawsze i tak mam dupę  z tyłu.

Wczoraj, około 22.00 usłyszałam straszliwy łoskot na ulicy. Wybiegłam zaciekawiona - to chłopiec chodził z drewnianą kołatką i obracał ją w ręku. A później, około 23.00 usłyszałam głośny śpiew. Ulicą szła procesja. Mężczyźni, idąc tanecznym krokiem marynarzy i szurając butami po kamieniach, nieśli na ramionach mary, a na nich figurę Pana Jezusa. Tuż za nimi następna grupa mężczyzn niosła, ubraną na czarno, figurę Matki Boskiej. Cały ten kondukt oświetlały latarnie, również niesione tylko przez mężczyzn.

Sypie gęsty śnieg, a w nocy lał deszcz. Kwiecień plecień... Usypało zaspy, jak w czasie ciężkiej zimy. Jutro jedziemy z Babką do Martiny na świąteczny obiad. Ugotowałam czerwony barszczyk i teraz smażę naleśniki na paszteciki. Zawiozę to jutro do L., niech spróbują jedzenia po polsku.
W gardle rośnie mi coś na kształt guli z łez...

17.04.2001 - wtorek
Sen: Diego mówi, że muszę wyjechać. Żegna się ze mną, ale nie podchodzi blisko. Wiem, że muszę jechać, ale nie wiem gdzie i nie wiem skąd. Pakuję swoje rzeczy, układam je w jednej walizce i w jednej, jakby drewnianej skrzyni. To chyba kufer. Jak ja to wszystko zabiorę, jest tego tak dużo. Muszę jeszcze tu zostać, bo wszystkie ubrania są lekko przybrudzone i trzeba najpierw zrobić pranie, poza tym nie mieszczą mi się jakieś papiery, zeszyty, książki... Wszystko to upycham w róg szafy, mówiąc: „Niech zostaną, ja tu wrócę!”.

Święta, święta i po świętach... W niedzielę byłyśmy w domu Martiny. Dziwnie, bo zwyczajnie jak w niedzielę, przebiegł ten uroczysty dzień. Gdyby nie moje jajko z solą i pieprzem, i życzenia po polsku, nie wiedziałabym, że to Wielkanoc. Barszcz im nie smakował, za to paszteciki tak. Nie wychodziłam na miasto. Całe popołudnie siedziałam w domu i razem z Martiną oglądałam zdjęcia.

W poniedziałek rano, tuż po 10.00, dzwonek do drzwi. Otwieram – to Kaled?!
- Ty? Dlaczego? Przecież dzisiaj święto! - pytam zdziwiona.
- Chorzy nie mogą czekać. Ty też pracujesz - odpowiada.
Robi opatrunki powoli. Nie rozmawiamy, ale  on  ukradkiem spogląda w moją stronę. Pomaga mi przy Babce we wszystkim i jak tu go nie lubić, nie cmoknąć, nie podziękować?
- Giuliana, zobacz, jaki dobry jest Kaled. Jest bardzo dobry – mówię.
Dotykam go, chcę pocałować w policzek, ale on znowu szuka moich ust i nie obchodzi go, że Babka wszystko widzi.
Już ubrany do wyjścia staje blisko i mówi: - Podejdź do mnie.
- Nie - myślę - nie wolno mi, nie mogę...
Nie ruszam się z miejsca, a on żebrze wzrokiem... Pochylam się  i lekko całuję jego usta. Stoi jak słup soli, czeka że się przytulę, czeka na mnie, na moje przyzwolenie... Nie, nie mogę!
- Ciao! – mówię.
- Będę pojutrze - odpowiada i wychodzi.

Jak to się skończy?
Przypuszczam, że jest też o mnie zazdrosny! Chciałam, by spisał mi wszystkie, potrzebne Giulianie, lekarstwa.
- Przywiezie je Mario- mówię.
- Kto to jest? - pyta od razu z jakimś „nerwem” w ruchach i we wzroku.
- To mąż Martiny - odpowiadam.
A on od razu złagodniał, jakby mu spadł z pleców jakiś ciężar. Boję się tego wszystkiego. Boję się mego większego zaangażowania i cierpienia, bo przecież kiedyś do rozstania dojść musi. Nie chcę już więcej znać tego okropnego bólu. Nie chcę już za nikim tęsknić.
Jak szybko zmienia się mój nastrój, moje spojrzenie na świat. Teraz jest ono pogodniejsze, jakby zza chmur wyjrzało słońce. Na pewno znowu się tam schowa, ale teraz świeci!
Przed chwila odjechała Laura – fizjoterapeutka Babki. Jest młodą, roztrzepaną, pełną energii i optymizmu dziewczyną. Zapytała mnie przed wyjściem, ile tutaj zarabiam.
- 1.200.000 lirów - mówię.
- Co tak mało! - woła Laura - dziewczyny zarabiają 1.500.000, mają wolne czwartkowe popołudnia i całe niedziele, prócz tego płacą im za to, że  w niedziele zostają w domu. Chcesz zmienić pracę? 
- Jasne, że chcę!- odpowiadam całkowicie zaskoczona.
- Załatwię ci taką robotę, że będziesz mieć nawet pozwolenie na pobyt i legalny kontrakt – zapewnia Laura.
Ciekawe, czy cokolwiek mi załatwi. Nie mogę znowu marzyć i planować, bo na pewno i tak nic z tego nie wyjdzie, a pozostanie gorycz rozczarowania. Rzeczywiście chcę stąd odejść, bo Martina mnie wykorzystuje jak tylko może i chcę jej pokazać, że ona nie jest moją jedyną deską ratunku, że są jeszcze inni, lepsi od niej, którzy chcą mi pomóc, którzy docenią moją pracę i moją ofiarność.

Ale heca! Babka słyszała naszą rozmowę. Obrażona, robi mi wymówki, ale też wyczuwam, że boi się tego, że naprawdę mogę stąd odejść. Wiem, że mnie lubi, ale nigdy tego nie okazywała, zawsze robiła mi na przekór, a czasami bywała nawet złośliwa. No tak, przecież ona wszystko rozumie, tylko udaje głupią! Wykorzystuję sytuację i mówię do niej tak:
- Odejdę, jeśli nie będziesz jeść i nie będziesz mi pomagać – mówię stanowczym głosem.
Przymyka oczy.
- Będziesz jeść? – pytam.
- Tak! – odpowiada.
- Będziesz mi pomagać? – pytam ponownie.
- Tak! – odrzeka.
- Teraz mnie pocałuj. Ja zawsze cię całuję i przytulam, a ty mnie nigdy. No, pocałuj mnie w policzek - proszę.
Przytulam się do niej, a ona nic!... Siedzi bez ruchu, nie odpycha mnie, ale też nie całuje.
- Lubisz mnie trochę? - pytam znowu.
- Tak! – odpowiada.
- Czekam więc na całusa! – powtarzam ostrym głosem.
Cmok!  Nie do wiary! Ale się musiała wystraszyć. Lubi mnie chyba więcej, niż myślę. Przez cały wieczór rozmawia ze mną całkiem przytomnie.
- Będziesz jeść kolację? – pytam.
- Nie! – odpowiada - przygotuj mi łóżko, chcę iść spać.
- Już się robi! – mówię i natychmiast wstaję.
Pomaga mi zmienić (pieluchę), porusza się  lekko, jakby jej ubyło ze 100 kg.
- Po co zakładasz mi tę poręcz na łóżko? - pyta.
- Żebyś nie spadła na podłogę. Boję się o ciebie. Tak trzeba! – zapewniam.
Taka  korzystna zmiana! Aż trudno mi jest w to wszystko uwierzyć. Jak długo potrwa?

CDN