Magazyn - Nasz Swiat
23
N, lipiec

Kaled robi pierwszy krok, a Turek nie odpowiada na list. Coraz większe problemy ze zdrowiem Giuliany.

19.03.2001 – poniedziałek
Co się ze mną dzieje? Przecież moja młodość już nie wróci. Już nie będzie sprężystych, małych piersi, gładkiego ciała bez fałdki tłuszczu i bez zmarszczek… Już nie będzie!
Kaled mnie pragnie, a ja zapominam się przy nim coraz bardziej. Nie chciałam go nawet dotknąć, ale to pragnienie spełnienia jest ode mnie silniejsze...
Czekał na mnie, a ja podeszłam i z całej siły przytuliłam się do jego piersi.
- Dobrze samej? - spytał.
- Nie, niedobrze - powiedziałam.
Bierze moją rękę i prowadzi tam... Czuję w dłoni jego twardą męskość...
- Nie! Nie! Nie!- krzyknęłam i odepchnęłam go od siebie.
Wychodzi z mieszkania smutny, z pochyloną głową.
- Zobaczymy się pojutrze - powiedział.
No i po co mi to? Jednak i tak stanie się tylko to, co stać się musi.


20.03.2001 – wtorek
Przed chwilą wrzuciłam list do skrzynki. Diego dostanie go jutro. Podałam mu adres Giuliany i numer telefonu domowego. Co będzie? Napisze do mnie? Znowu wkładam swój los w dłonie przeznaczenia. Już nic więcej nie mogę zrobić.

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny. Jest tak cieplutko, rozwijają się już pierwsze, zielone listeczki na drzewach... a w przydomowych ogródkach rozpostarły się różnokolorowe dywany kwitnących tulipanów i żonkili... Co mi przyniesiesz w darze, piękna dziewico?
Z moją podopieczną mam coraz większe kłopoty. Teraz nie chce wstawać z łóżka i stać, kiedy zmieniam jej pannolini (pieluchy). Przewraca się, a ja nie mam siły jej dźwigać, bo jest bardzo ciężka mimo, że chuda i niska. Prawie nic nie je. Bolą mnie plecy, ramiona i jestem zmęczona.

Dałam sobie słowo, że będę unikać Kaleda. To, co się stało... właściwie nic się nie stało… nie daje mi  „zielonego światła” na to, by iść z nim do łóżka. Nie chcę i nie pójdę! Znam siebie! Nie zaangażuję się w związek bez przyszłości i nie chcę cierpieć. Stop! Dla miłości, dla płaczu, dla cierpienia… Stop! Nie pragnę seksu, bo nauczyłam się żyć bez tej wielkiej przyjemności całe wieki temu. Dobrze mi jest i dobrze mi tak!

21.03.2001 - środa
Wszystko toczy się tak, jak myślałam. Nici z Kaleda, nici z Diego. Ten pierwszy szybko zrobił opatrunki i wybiegł, cmokając mnie w policzek. Ten drugi nie dzwoni, nie odzywa się, chociaż na pewno już dostał mój list. No cóż, ciągle mam pod górkę. Widać samotność jest dla mnie najlepszym, najkorzystniejszym z rozwiązań. Czyżby? Czuję wewnętrzną  pustkę. Żałuję, że wysłałam list do tego Turka, bo znowu  będę czekać i cierpieć, czekać i cierpieć... Jestem głupia! Mleko już dawno się rozlało, a ja wciąż usiłuję je zebrać. Ach ty, naiwna istoto! No cóż, przynajmniej spróbowałam.

23.03.2001 – piątek
Zaraz po wejściu do mieszkania złapał mnie wpół, przyciągnął do siebie i zaczął całować! Wyrwałam się. Nic z tego, Kaled! Nic z tego! Później stał i czekał na mnie przy drzwiach, ale ja do niego nie  podeszłam. Dotrzymuję danego samej sobie słowa.

Przeczytaj poprzednie odcinki Pamiętnika

24.03.2001 – sobota
Jest 1:50 w nocy, a ja nie śpię. Przed chwilą byłam u Giuliany. Jest cała mokra, chociaż okryłam ją tylko cienkim kocem. Szkoda mi jej, bo bardzo cierpi. Głaskałam ją po głowie tak długo, aż usnęła. Za oknem budzą się ptaki i cudownie śpiewają. Lubię to miejsce tak bardzo, że aż chce mi się płakać na samą myśl o tym, że kiedyś będę musiała stąd odejść.

Zadzwoniła Asia. Powiedziała, że w Polsce zima, sypie gęsty śnieg, zaspy... A tu jest ze 30 C° w słońcu. Wiosna!

Przyszła rehabilitantka do Babki i prawdopodobnie będzie jej robić gimnastykę. Nareszcie! Zobaczyła, jak muszę się męczyć z  jej ubieraniem, myciem, karmieniem i aż kręciła głową z niedowierzaniem, że daję sobie radę, że Giuliana czysta, a w domu porządek. - Ależ twarde ma mięśnie - mówiła, gdy nie mogła postawić jej w pionie.
Dzisiaj wieczorem poproszę Martinę, by Babka jutro została w domu i nie jechała na obiad do L., bo taki wyjazd jest dla niej zbyt męczący.

25.03.2001 – niedziela
Zostałyśmy z Giulianą w domu. Mam coraz większe trudności z jej ubieraniem. Chyba w ogóle mam pecha! W chwili, gdy zmieniałam jej panolini, a ona stała na nogach trzymając się kaloryfera, ktoś zadzwonił do drzwi. - Stój! - powiedziałam i czym prędzej pobiegłam otworzyć.
To dzieci roznosiły święte obrazki. W chwili, gdy zamykałam drzwi, usłyszałam straszny huk! To Babka puściła się kaloryfera i z wielkim grzmotem wpadła w miednicę z wodą. Wystraszyłam się nie na żarty! Płakałyśmy obie. Giuliana z bólu, bo rąbnęła głową w żelazną poręcz łóżka, a ja ze strachu i zarazem z radości, że ten upadek nie skończył się ani złamaniem, ani też czymś znacznie gorszym. Wieczorem przyjechała Martina i sama zobaczyła, jak ciężko muszę pracować. Współczuje mi, ale co mi po tym? Siły mi to nie doda, zapału też nie.

26.03.2001- poniedziałek
Czuję się jakoś tak nieswojo i głupio mi jest, bo zachowałam się dzisiaj nieładnie wobec Kaleda. Rano wyszłam z domu wynieść śmieci, a on w tym czasie przyjechał. Wracam i już z daleka spostrzegam, że zaniepokojony pyta o coś sąsiadkę, a ta ręką pokazuje mu, że już idę. Widzę ulgę i złość na jego twarzy. Patrzy na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy.
- Byłam na spacerze - zakomunikowałam. Nie przeprosiłam go, a przecież powinnam.
- Bałem się - odparł Kaled.
Nie odpowiedziałam nic. Nie rozmawialiśmy ze sobą w czasie, gdy robił opatrunki. Nawet na mnie nie spojrzał. Długo mył ręce, a ja nie wychodziłam z saloniku. W końcu przecież musiałam, gdy brał torbę i powiedział „Arrivederci”. Zatrzymał się wówczas i zapytał: – Jak sobie radzisz?
- Nie radzę sobie, wciąż jestem zmęczona. Jeśli rehabilitacja nie pomoże, zrezygnuję z tej pracy.
Próbował mnie pocieszyć, a w jego zachowaniu wyczułam, że chciał mnie przytulić, bo podszedł do mnie blisko. Ja, pamiętając to, co zaszło kilka dni wcześniej, wzięłam go za rękę i poprowadziłam do drzwi. 
- Ciao - powiedziałam.
Wyszedł bez słowa. Brzydko postąpiłam. Nie powinnam wciągać go w swoje sprawy i… przecież nic złego nie zrobił mi ten chłopak, który przecież nie jest ślepy, widzi moją samotność i moją męczarnię z  Giulianą.

Nici z rehabilitacji Babki. Wieczorem dzwoniła Martina i powiadomiła mnie, że doktor nie chce wypisać zlecenia. Dlaczego żałują pieniędzy na prywatną rehabilitantkę? – pomyślałam zdumiona - Oszczędzają na mnie 200 tysięcy lirów miesięcznie (zarabiam mniej, niż Dominika) i tyle chyba by wystarczyło na jej opłacenie. Mój Boże, co to będzie? Ciągle bolą mnie ramiona i krzyż od jej dźwigania. Jak ja sobie poradzę?

28.03.2001 – środa
Późno, bo po 13.00, przyjechał Kaled. 
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Tak. Jest coraz lepiej - odpowiedziałam.
Nie patrzył na mnie, nie odzywał się już więcej. Gdy wypełniał formularz, podeszłam do niego, objęłam w pasie i przytuliłam się do jego pleców...
- Przepraszam – powiedziałam ściszonym głosem.
- Za co? – spytał.
- Ja wiem i ty wiesz, przepraszam - odparłam.
- Naprawdę nie wiem o co ci chodzi – odpowiedział zdziwiony.
Mocno pocałowałam go w policzki, ale zauważyłam w tym momencie, że on nie garnie się do mnie, nie dotyka.
- Raz jeszcze przepraszam – powiedziałam i poszłam w stronę saloniku.
Kaled już był ubrany do wyjścia, ale wszedł do pokoju za mną.
- Wkrótce pojedziesz do Polski, do rodziny, do mamy – powiedział cichym głosem.
- Tak – odpowiedziałam krótko.
- Ciao! – odrzekł i odszedł. Nie poszłam za nim, sam zamknął drzwi.

30.03.2001- piątek
Martwię się o Babkę coraz bardziej, bo nic nie chce jeść. Schudła bardzo, nie ma w ogóle siły, w niczym mi nie pomaga, przez co jest niemrawa i ciężka jak dwa worki kartofli.
Kaled nie przyjechał dzisiaj. Przyznaję, że na niego czekałam. Durna jestem i już! Wciąż na kogoś, albo na coś, czekam. Swędzi mnie raz prawa, raz lewa ręka, piecze lewe ucho, a na języku wyskoczył mi pypeć! Ktoś mi obrabia d..., ktoś o mnie musi gadać, czuję to.

Siedzę, czekam i myślę o tym, że… wszystko w moim życiu ma jakiś cel, wszystko jest ważne, nawet to, że spotkałam na swej drodze Kaleda, dużo młodszego mężczyznę, któremu po prostu się  podobam. Właściwie to nigdy nie lubiłam siebie i nie akceptowałam swego ciała. Wciąż mi się wydawało, że inne są ode mnie ładniejsze, zgrabniejsze, mądrzejsze i nie wierzyłam w to, że mogę być w czyimś typie, że mogę się podobać... A  Kaled... jest zesłanym mi przez los lekarstwem na niespełnioną miłość do Diego. Jest balsamem na moje zranione serce i urażoną ambicję. Czy ja naprawdę kocham Diego? W dalszym ciągu nie jestem pewna, czy to czasami nie jest po prostu chęć odegrania się za to, że tak podle ze mną postąpił. Świadomie chcę, by wrócił do mnie na kolanach, a ja wtedy mu powiem „Won! Paszoł won!”. Ale on do mnie nie wróci. Zbyt wiele miałam wyobrażeń, marzeń i projektów z nim związanych i jestem zła, rozczarowana tym, że się one nigdy nie spełnią.Miłość nie może być ślepa, a ja chyba jednak mam „kurzą ślepotę” i nie mam krzty ambicji. Przypuśćmy, że  wrócił i jesteśmy razem ….. I co ja bym z nim robiła?

31.03.2001 - sobota
Już po 11.00, a Kaleda nie ma. Co się stało? Zaczynam się niepokoić, bo może zrezygnował i już nie będzie przyjeżdżał do Giuliany z mojej winy? Zawsze punktualny, obowiązkowy, systematyczny... Przyjechał! Zauważył, że odetchnęłam z ulgą.
- Co się stało? – spytał.
- Bałam się... – odpowiedziałam.
- Czego? – odrzekł.
- O ciebie! – krzyknęłam.
- Przecież zawsze przyjeżdżam, nie musisz się bać – uspokoił mnie.

Zachowujemy się teraz tak, jakby nigdy nic się między nami nie zdarzyło, a przecież, tak naprawdę, oboje siebie pragniemy. Nie patrzymy sobie w oczy.  Spięci i sztuczni nie jesteśmy sobą.

Przywieźli dla Babki specjalne łóżko. Całe popołudnie miałam kupę roboty, pranie, sprzątanie, robiłam wszystko naraz! Lubię mieć konkretne zajęcia, bo wtedy nie przychodzą mi do głowy kudłate myśli.

1.04.2001 - niedziela
Dzisiejszej nocy śniła mi się wojna. Dobrze pamiętam jedynie zestrzelony samolot i siedzącego w nim pilota. Spadali na ziemię, samolot był w ogniu i ciągnął za sobą smugę czarnego dymu.

Wszystko wydaje mi się snem! Dziwna ta niedziela, taka zimna i obca. Wyszłam trochę na dwór pooddychać świeżym powietrzem. Długo patrzyłam na T. i znowu wróciły wspomnienia i znowu tęsknię za Diego. Nie chcę tego, ale wewnątrz słyszę jakieś nawoływania, by o nim myśleć. Pytam  siebie samą dlaczego nie tęsknię tak bardzo za rodziną, za domem, tylko właśnie za  Diego i za T.?  Pokręcona romantyczka jestem i tyle!
Jest już po 22.00. Wyniosłam śmieci i znowu długo patrzyłam  na T. i znowu, jak w T. liczyłam światła na autostradzie – zawsze było ich 13 i 8. Nie będę się oszukiwać – kocham tego Turka. Co mnie tak ciągnie do niego? Teraz wiem, że nikt nie jest w stanie mi go zastąpić, nawet o wiele, wiele ładniejszy i przystojniejszy od niego Kaled.

4.04.2001 - środa
Kaled przyjechał z żoną! W pierwszej chwili jej nie poznałam myśląc, że to fizjoterapeutka do Babki. Po co ona z nim jeździ ? Pilnuje go, czy co? A może Kaled jej wszystko opowiedział? Nie, to chyba niemożliwe, by świadomie krzywdził swoją małżonkę, która jest w ciąży! Jak to dobrze, że do niczego między nami nie doszło, bo mogłam szczerze patrzeć w oczy tej kobiecie. Kaled robił opatrunki, a my sobie rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.

Za długo siedzę w domu. Już od miesiąca nigdzie nie wychodziłam. Nawet ja, taka ciężka domatorka, mam już dość tej ciągłej samotności. Moje myśli o Diego są dzisiaj obsesyjnie natarczywe. Coś, wewnątrz, wręcz nakazuje mi ciągle o nim myśleć. Prześladuje mnie pewność, że wróci do mnie, że za mną tęskni. Może to chwilowe, może jutro zmieni zdanie, ale dzisiaj... dzisiaj chce, bym była przy nim.

6.042001 - piątek
Załatwili jednak fizjoterapeutkę i dzisiaj miałyśmy jej pierwszą wizytę. Babka nie chce chodzić i ma niesamowicie twarde mięśnie. Jest mi tak ciężko, że z trudem tutaj wytrzymuję. Ni krzty pociechy, ni krzty radości. W tą niedzielę pewnie znowu zostaniemy w domu, bo nie je i po co jej ten rodzinny obiad w L.? Leży teraz w łóżku z głową zadartą do góry, tak ją dziwnie wykrzywiło. Boję się!

CDN

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.

1.03.2001- czwartek
Znowu, w środku nocy, budzi mnie swoim krzykiem babka. Z trudem ją uspokajam, ale sama już chyba nie usnę. „Wyśniłam sobie” swoją przyszłość u boku mężczyzny, który  mnie kocha naprawdę, tylko dla mnie samej. Śniłam, że jest ze mną zawsze, że wciąż o mnie myśli i bardzo za mną tęskni  nawet wtedy, gdy goli się w łazience. Śniłam, że jest bardzo czuły, że troszczy się o mnie i wciąż zabiega o moją miłość, chociaż wcale nie musi, bo ja i tak bardzo go kocham. Śniłam o takiej miłości lecz nigdy jej naprawdę nie doświadczyłam na jawie, bo nigdy nie byłam kochana. A czy ja kogokolwiek kochałam? Myślę, że nie. A może tak, tylko że te uczucia trwały bardzo krótko i zwykle kończyły się albo przyjaźnią, albo nienawiścią.

Miałam powodzenie, byłam niebrzydka, oczytana, dobrze tańczyłam. Kręciło się wokół mnie mnóstwo chłopaków. „Chodziłam” z wieloma. Byli dobrzy i źli, ale na męża wybrałam sobie najgorszego z możliwych. Nie byłam szczęśliwa w małżeństwie. Niby byliśmy razem, ale zawsze osobno, bo nic nas nie łączyło, ani dzieci, ani łóżko, ani wspólne śniadania... Już od samego początku rozdzielił nas alkohol, a ja wciąż miałam nadzieję, że swoją troskliwością, oddaniem, stworzeniem prawdziwego domu zdołam nas uratować.
Nie udało mi się to wówczas, ale może teraz uda mi się coś zmienić w tym moim smutnym bytowaniu? Może jest jeszcze trochę czasu na zmiany, może nie jest za późno? Tylko ten ciągły strach, paraliżujący strach przed kolejnym, surowym odepchnięciem. Boję się i cierpię.

„... Nikt nie cierpi ot, tak sobie. Aby cierpieć, trzeba mieć ku temu powód. Szczęśliwym można
być bez powodu, ale do cierpienia jest on niezbędny...” (cytat z książki Leszka Żądło „Pamięć poprzednich wcieleń”).

2.03.2001 – piątek
W tej chwili odnoszę wrażenie, że całe moje życie jest totalną porażką. To tak, jakbym z wielkim mozołem wspinała się po wysokiej drabinie i, stojąc już na najwyższym szczeblu stwierdziła, że jest ona oparta o niewłaściwą ścianę!

8.03.2001 - czwartek
Sen: To mój stary, rodzinny dom. W kuchni stoi kilka pustych, zaścielonych łóżek. Siedzę na jednym z nich, wtulona w jego kąt, odwrócona twarzą do ściany.  Podchodzi  Diego, siada za mną, obejmuje  ramionami i mówi: „ Zastanów się, masz jeszcze czas by do mnie wrócić. Masz jeszcze czas”.

Dzisiaj „Dzień Kobiet”. W Polsce Panie świętują. Nie wiem, jaki zwyczaj panuje tutaj w tym dniu ale widzę, że dzieci sąsiadów grają w piłkę na dworze i nie słyszę warkotu samochodów, czyli szkoły i zakłady pracy są zamknięte.
Życzenia złożył mi tylko Kaled. A myślałam, że może Diego zadzwoni?
Nic dobrego nie spotkało mnie tego dnia. Nuda, w koło Macieju te same obowiązki. Mam chyba coś z głową z braku kontaktu z ludźmi.

13.03.2001 - wtorek
Pierwsza wiosenna burza. Grzmi i pada deszcz. Dowiedziałam się od mojej Asi, że Wanda jest we Włoszech. To właśnie dzięki niej trafiłam do T. na to nieszczęsne zastępstwo. Zadzwoniłam do niej, bo wróciła na starą pracę. Pogadałyśmy sobie, że hej! Zapytała mnie, czy utrzymuję kontakt z Teresą z T.
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam.
- To bardzo dobrze, bo to świnia i wyzyskiwaczka – mówi Wanda.

14.03.2001 – środa
W nocy przyjechała Anna z Bari. Lubię ją, ale dzisiaj jej towarzystwo było mi nie na rękę. Z babką nie jest dobrze, nie chce chodzić i wczoraj wieczorem miałam wielki ambaras z prowadzeniem jej po schodach. Siadła na stopniu, zaparła się i ani rusz! Musiałam ją ciągnąć na siłę, w wyniku czego otworzyły się jej rany na siedzeniu. Jest strasznie twarda i ma siłę pięciu chłopa! Jestem wdzięczna Kaledowi, bo nie powiedział przy Annie - doktorce, że z ran cieknie krew. A przecież już wszystko prawie się zagoiło.
Naprawdę, bardzo się martwię i szczerze… mam już dość tej pracy, bo jest mi zbyt ciężko. Jeśli ten Parkinson będzie miał nadal takie objawy i nic nie będzie lepiej, to ja się tutaj szybko wykończę. Ciągle jestem zmęczona i mokra z wysiłku.
Giuliana śpi teraz na dole, w saloniku, bo ja nie mam już siły ciągnąć jej po schodach na górę. Po obiedzie Anna – doktorka, poprosiła mnie o zrobienie kawy. Wyciągnęłam więc z kredensu zaśniedziałą już kafeterkę i najpierw porządnie ją wyszorowałam, a dla siebie nastawiłam w garnuszku wodę i dwie łyżeczki kawy wsypałam do szklanki.
- Co ty robisz? - zapytała Anna widząc, jak  zalewam wrzątkiem swoją kawę.
- Jak to co? To kawa po polsku - odpowiedziałam.
- To  jest kawa? - ona na to - po polsku? Obrzydlistwo! Naucz się pić naszą kawę...

No tak, może Anna ma rację twierdząc, że kawa po włosku jest najlepsza na świecie, ale ja jej nie lubię, bo gorzka i potrzebuje dużo cukru, poza tym ja tę swoją, w szklance, piję powoli i wystarcza mi na pół dnia...

Przeczytaj poprzednie odcinki Pamiętnika

16.03.2001 - piątek
- Oj, Pupa! Dzisiaj trochę przesadziłaś. Nie sądziłam, że stać cię będzie na coś takiego! Jednak „klin klinem” – mówi mi mój zdrowy rozsądek.
- Sama nie wiem, jak to się stało. Niby było takie nieoczekiwane, a przecież od dawna wisiało w powietrzu - odpowiadam.
- To prawda, że aż iskrzy między tobą a Kaledem, ale po co ci to potrzebne? On przecież mógłby być twoim synem. Jest taki młody! Ma małą córeczkę! Ma młodą i bardzo ładną żonę! W ubiegły poniedziałek przywiózł ją nawet ze sobą do tego domu. Oj, uważaj, uważaj!       
- Przecież uważam. Na razie nic się nie stało, ale stać się może. Rzeczywiście byłam zdziwiona wizytą żony Kaleda i odniosłam wrażenie, że ona chce mnie poznać. Kaled mówił jej o mnie, że dbam o dom, że smacznie gotuję (profumo!), bo sama mi o tym powiedziała. Rozmawiałyśmy dość długo i stwierdzam, że to bardzo sympatyczna kobieta.
- No właśnie! Dlaczego więc chcesz ją skrzywdzić?
- Nie chcę nikogo krzywdzić i na pewno tego nie zrobię. To nie tak!
- A jak?
- Od samego początku naszej znajomości czułam, że podobam się Kaledowi. Czułam i czuję nadal, że on sam, coraz bardziej, angażuje się w jakiś „związek” ze mną. A w ogóle to on mnie pragnie, pragnie uczucia, ciepła, troskliwości, tak jakby nie miał tego u boku żony. Patrzy zawsze tak dziwnie, obserwuje, analizuje, rozbiera mnie na czynniki pierwsze. Odnoszę wrażenie, że chciałby być w tym domu, ze mną. Kiedy zmienia opatrunki babce prawie nie rozmawiamy, no bo i o czym, jednak zawsze znajdzie okazję by mnie dotknąć, by być jak najbliżej i mną „pooddychać”. Dzisiaj ja sama podeszłam do niego, by podziękować za to, że poparł mnie u Anny - doktorki w sprawie zakupu specjalnego łóżka i by Giuliana nie chodziła spać na górę. Chciałam pocałować go w policzek, ale zręcznie odwrócił głowę i pocałował mnie w usta. Wcale mnie to nie zdziwiło, jednak byłam zaskoczona sytuacją, w jakiej się to stało. Później, gdy już ubrany wychodził z mieszkania i otworzył drzwi – nagle wrócił. Stałam przy kuchni i kroiłam cebulę. Podszedł do mnie i powiedział: „To nie twoja wina, że Giuliana nie chce chodzić po schodach na górę”.
- Dziękuję ci za wszystko, Kaled. Ciao! – odpowiedziałam.
A on w tym momencie złapał mnie w pasie, przyciągnął do siebie i  mocno przytulił i wyszeptał: „Potrzebujesz uczucia!”.
- A ty nie potrzebujesz? - spytałam w odpowiedzi.
- Tak! Potrzebuję ciebie - odpowiedział.

Odruchowo zarzuciłam mu ręce na szyję, a on garnął się do mnie jak dziecko pragnące ciepła i czułości. Przytulał mnie coraz mocniej, aż brakowało mi tchu. Całował mnie w szyję i pełną garścią złapał za włosy… O mamma mia!
- Arrivederci! – odpowiedziałam ochrypłym głosem, a on w ogóle mi nie odpowiedział i po prostu uciekł. Zwyczajnie zwiał i to tak szybko, jakby go ktoś gonił. Mój Boże, co to będzie w poniedziałek, jak znów przyjedzie robić babce opatrunki?

CDN

Nei primi giorni di giugno presso l’"Hotel Perla" nella bellissima città di Lecce si è svolta la finale del concorso Miss International Model 2012. Tra le 36 candidate per il titolo di Miss ha vinto 26enne polacca - Marika Lalik di Cracovia.

- Tre mesi fa, mia madre Meri Lalik a mia insaputa, ha inviato la mia candidatura alla partecipazione nel concorso internazionale di Miss International Model 2012 - racconta alla redazione „Nasz Świat” la giovane polacca - sono rimasta molto sorpresa quando mia madre mi ha chiamato tre giorno prima della finale, con la notizia che sono stata selezionata e che aveva già prenotato per me il biglietto d’aereo per l’Italia.

- Fino ad ora ho lavorato come modella solo occasionalmente, partecipando alle sfilate, sessioni fotografiche, spot pubblicitari e video musicali, registrazioni televisive, tra cui il programma „Tak to leciało” („Cosi voló”) - continua Marika – a questo concorso ho partecipato senza conoscere nemmeno una parola d’italiano, è stata per me una grande sfida.

Partecipazione al concorso Miss International Model 2012 per Marika era appeso ad un filo fino all'ultimo minuto, perché mancavano i soldi per coprire tutte le spese del concorso.

- Ad un certo punto mi sono arresa, ma mia madre, che ha aperto da poco a Roma agenzia di modelle „MERI – ELITE MODEL AGENCY”, non mollava, credeva di trovare uno sponsor e all’ultimo momento ce la fatt, una societa’ italiana - dice.

La finale del Miss International Model 2012 si è svolta a Lecce nel sud Italia.
Durante le preparazioni tutte le candidate hanno dovuto ad imparare a camminare in passerella, le pose, ma quello che è stato più’ difficile per Marika Lalik – era presentarsi in italiano di fronte alla giuria.

- E’ stato molto difficile per me, senza la conoscenza della  lingua italiana capire  il nostro coreografo ed altre persone che ci insegnavano tutto, ma per fortuna mi accompagnava sempre mia madre in questa avventura incredibile, che era il mio traduttore - ricorda con un sorriso la 26enne.

Per il titolo di Miss International Model 2012 hanno gareggiato 36 ragazze sia dall’ Italia, Ucraina, Moldova e Polonia.

- Ho ottenuto il titolo di Miss International Model 2012, e la partecipazione al concorso mi ha dato la possibilità di vivere tanti bei momenti ed incontrare delle persone fantastiche.

Auguriamo a Marika e a sua madre tanti successi e di raggiungere i loro obbiettivi, sia in Polonia che in Italia.

redazione

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.
16.02.2001- piątek

Rozmowa ze zdrowym rozsądkiem cd.

16.02.2001 piątek

- Dzwoniłaś? I jak poszło?
- Tak jak w niedzielę. Wyłączył telefon. Jego głos, gdy mówił „Pronto”, był gruby, zimny, oschły. Nie powiedział ani słowa, gdy zapytałam: „Ancora sei cattivo?”(jeszcze jesteś zły?), zapadła tylko głucha cisza i pyk, po rozmowie.
- No i wyszło na moje! Och ty naiwne, głupiutkie serduszko. Jak długo jeszcze będziesz się
zadręczać? Zobacz tylko, co zrobiła z ciebie ta miłość. Jesteś już wrakiem, sama skóra i kości,
bez przerwy jedziesz na lekach uspakajających!
- Nie chce mi się już nic! Jakoś nie mam szczęścia ani w miłości, ani w pieniądzach. Boże! Jak ja będę żyć bez Diego?
- Nie lamentuj! Znowu płaczesz? Przecież ten facet wciąż cię tylko ranił. To egoista, miłośnik własnego spokoju. Jeśli kocha, oddaje się całkowicie, jeśli nie – wycofuje się bez troski o cierpienie, które może zadawać. Jest wówczas twardy, nieugięty i władczy. Możesz do niego wydzwaniać nawet do końca świata – i tak do ciebie nie wróci. On dla ciebie umarł.
- Ale... może on...
- Żadne „może”! Koniec! Uwielbiasz być wciąż dręczona?
- Po prostu chcę być szczęśliwa, ale nawet miłość sprawia mi ból.
- Z nim nie byłabyś szczęśliwa. Pamiętasz, jak katował cię psychicznie? I to wtedy, gdy tak bardzo miał cię niby kochać. Nawet nie zapytał co ci dolega, gdy byłaś chora. On myśli tylko o sobie. A teraz? Wydzwaniał i nie powiedział  ani słowa chcąc pewnie, żebyś domyśliła się, że to on! Szukał cię po L. i co? ...Tak sobie spokojnie odszedł po twoim „co chcesz?”. Co to za dziwny typ?
- Prawdziwy „Turek”!

Przeczytaj poprzednie części "Pamiętnika"

17.02.2000 - sobota
Tę noc przespałam spokojnie. Czuję się dziwnie „wyciszona”. To chyba dlatego, że mam dzisiaj konkretne zajęcia, a na dworze jest tak cudownie.... cieplutko, świeci słoneczko, a ptaki swym świergotem zagłuszają moje przykre myśli. Czyżby już wiosna? Czuję ją w powietrzu. Muszę częściej wychodzić, a nie siedzieć w zamknięciu. Nie będę się grzebać za życia. Dość tego!
- Wiesz, znowu rozłożyłam tarota. Karty radzą mi działać ostrożnie, z rozwagą i wszystko będzie dobrze, będę szczęśliwa z Diego. Co ty na to?
- Co ja na to?? Wierzysz w te bzdury? Wy z Diego minęliście się już dawno... Nie mogę patrzeć, jak cierpisz!
- Wiesz, co pisze Faustyna Kowalska w swoim „Dzienniczku”?  Cyt. „...Cierpienie jest skarbem największym na ziemi – oczyszcza  duszę. W cierpieniu poznajemy, kto jest dla nas prawdziwym przyjacielem. Prawdziwą miłość mierzy się termometrem cierpień...”. Piękne, prawda?
- Tak, piękne. Ale co innego czytać, a co innego przeżywać.
- Faustyna napisała jeszcze, cyt.: „...Cierpienie jest wielką łaską. Przez cierpienie dusza upodabnia się do Zbawiciela, w cierpieniu krystalizuje się miłość. Im większe cierpienie tym miłość staje się czystsza...”.  Ona też bardzo cierpiała.
- To cierp! Może zostaniesz świętą jak Faustyna.
- Nie kpij ze mnie. Cyt.: „...pokora, pokora i zawsze pokora, bo sami z siebie nic nie możemy. To wszystko jest tylko łaską Bożą..”.

18.02.2001- niedziela
- Wiesz, dzisiaj wydaje mi się, że przestałam istnieć dla Diego. Widzisz, jak wolno myślę? Miałeś rację, mój najzdrowszy ze wszystkich zdrowych rozsądków.
- „Po co ci to było, po co ci to było... Jeszcze nic się nie zaczęło, a już się skończyło....”.
- Tylko co ja będę teraz robić? Wszystko mi się przewróciło do góry nogami!
- Kochaj, bo miłość to rzecz na świecie najpiękniejsza. Zadbaj o siebie, jesteś przecież dość atrakcyjną kobietą. Ucz się włoskiego. Pamiętaj przede wszystkim o swojej rodzinie, bo teraz zupełnie  zapomniałaś o tym, że masz dwie, dorosłe już, córki. Wyrodna matka! Pracuj i przez długi czas nie wracaj do Polski, bo tam pracy dla siebie już nie znajdziesz. Pozbierasz się, zobaczysz. Czas jest najlepszym lekarzem i tylko czas cię uzdrowi. Wez się w garść! Żyj! Jak było w L.?
- Tak jak zwykle. Byłam w kościele, potem spacerowałam cudownymi uliczkami. Dzwoniłam z budki do mamy i córek. Nie chciałam widzieć Diego, zresztą  pewnie nie było go w L... Nie chce mnie widzieć - to wiem, nie chce ze mną rozmawiać – to też wiem, wszystko skończone - to wiem także... Ciągle boli, boli, boli mnie serce, gdy o tym pomyślę. Dlaczego? Dlaczego?
- A ta znowu swoje! Skończ wreszcie z tymi lamentami!
- Jakoś ani rusz nie potrafię. Wiesz, dzisiaj przeczytałam dwa horoskopy dla „raka”. Martina mi trochę tłumaczyła, ale też niewiele z tego zrozumiałam. Mówi, że bardzo dobre dla miłości.
- Ciągle grzebiesz się w tych kartach, horoskopach, po co ci to  potrzebne? Czy cokolwiek sprawdziło się jak dotąd?
- A wyobraź sobie, że tak i to całkiem niedawno, bo trzy miesiące temu.
- No, to opowiadaj....

19.02. 2001 – poniedziałek
Przed chwilą odszedł pielęgniarz, który robi Giulianie opatrunki. Mówi, że rany dobrze się goją, ale ona sama jest w ogóle bardzo chora i długo nie pożyje. Tak mi jej szkoda. Bardzo ją lubię i staram się być ciągle w jej pobliżu, dotykać, przytulać, ale ona i tak jest samotna. Jak ja.
- Masz dzisiaj dużo pracy. Czemu nic nie robisz? Zajmij się robotą do cholery! – odzywa się mój zdrowy rozsądek.
- Już wszystko zrobiłam, została mi tylko mała przepierka. Babka drzemie po obiedzie, słucham radia „Kapital”. Ciągle ta muzyka przypomina mi T.
- Opowiedz wreszcie o tym horoskopie, który ci się sprawdził.
- A więc 19 października wyjechałam z T. Nie mogłam tam dłużej siedzieć po tym, co zrobiłam i po tym, co mi powiedziała Teresa. Nie mogłam dłużej patrzeć ani na nią, ani na Diego. Ciągle płakałam, Postanowiłam kategorycznie, że wracam do domu i że nie będę czekać na pracę, którą mi obiecano. Szybko spakowałam swoje rzeczy.  
„Zadzwoń - mówi Teresa- może jednak coś się znajdzie, nie musisz wracać do domu”.
„Dobrze, zadzwonię wieczorem – odpowiedziałam”.
W L. wynajęłam pokój w hotelu. Zadzwoniłam do Teresy, a ta mi mówi: „Jest praca, zastępstwo na 2 tygodnie w SF, zadzwoń pod taki, a taki, numer”.
Zadzwoniłam tam, odebrał jakiś starszy pan i mówi: „Tu nie ma żadnej pracy!”.
Ponownie zdecydowałam się zatelefonować do Teresy, a ona na to: „Chyba mi podali zły numer telefonu. Zadzwoń do mnie jutro z samego rana, bo chcę to wszystko wyjaśnić”.
Po tej rozmowie poszłam do baru na kawę. Przeglądam gazetę – jest horoskop. Przepisałam kilka zdań, przetłumaczyłam nieudolnie i wyszło mi mniej więcej tak: „Silna tendencja do finansowego przyspieszenia. Możliwość znalezienia interesu przez pomyślny przypadek, masz szczęście, sprzyjająca rekomendacja ciągnąć się będzie maksymalnie”.
Nazajutrz rano zadzwoniłam do Teresy i ta podała mi  prawidłowy już numer telefonu do SF.
Odebrała Dominika: „Tak, jest praca na zastępstwo, przyjeżdżaj natychmiast!”.
Przepracowałam więc jeszcze 2 tygodnie we Włoszech.

Tuż przed powrotem Dominiki  córka Giuliany, Martina, poprosiła o mój adres w Polsce, ale ja dałam jej tylko numer telefonu domowego. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że Martina kiedykolwiek go wykorzysta, bo Dominika  pracowała u babki aż 7 miesięcy i wydawało mi się, że wszyscy są z niej zadowoleni. Wszystkie swoje rzeczy miałam spakowane, ale torba wydawała mi się zbyt ciężka. Wyjęłam z niej większą połowę ciuchów i mówię do Dominiki: „Możesz w tym chodzić w lecie. Jeśli ci się nie podobają, po prostu je wyrzuć na śmietnik. Ja już w nich chodzić nie będę bo schudłam i są na mnie za duże”. No i pojechałam do Polski!

Pamiętam - a co mnie bardzo zafrapowało - w Rzymie, na Tiburtinie (stacja z której odchodzą autobusy, jadące do Polski, przyp. red.), gdzie czekałam na autokar, zobaczyłam dwie bardzo elegancko ubrane blondynki. Na pewno Polki – pomyślałam i się nie pomyliłam. Przechodziły tuż obok mnie i dobrze słyszałam, co mówią:
Ta młodsza: - Strasznie się boję. To chyba sen!.
A ta starsza odpowiada: - Nie przejmuj się. Wrócisz do Polski i sen się skończy.

Mój sen właśnie się kończy – pomyślałam. W domu byłam w sobotę – 11 listopada, a już 16 listopada zadzwoniła do mnie Martina.
„Chcesz pracować u mojej mamy? - spytała.
„Chcę! – odpowiedziałam.
„Szykuj się więc na grudzień. Zadzwonię i powiem ci, kiedy masz przyjechać!” – kontynuowała Martina
„Dobrze, czekam!” – odpowiedziałam.
Po kilku dniach zadzwoniłam do Dominiki, do SF., a ta jakoś tak dziwnie ze mną rozmawia, krótko i węzłowato: „Wszystko dobrze, zdrowie dopisuje, babka w porządku, ciao!”.
A mnie gnębi jakiś niepokój. Coś tu mi nie  gra! Ta praca to pewnie jakaś lipa! – myślałam.
Ponownie zadzwoniłam do Dominiki, a ona do mnie tak: „Wiesz, chyba pojadę na cały miesiąc do Polski, na Boże Narodzenie. Jeszcze nie jestem pewna, ale tak długo nie byłam w domu... Może byś przyjechała mnie zastąpić? Oczywiście, jak zdecyduję się na ten wyjazd”.
„Dobrze, przyjadę” odpowiedziałam.
Nie powiedziałam jej o tym telefonie od Martiny, bo jakoś nie miałam odwagi i nie byłam pewna, jak to wszystko potoczy się dalej.

Martina zadzwoniła do mnie 29 listopada: „Przyjeżdżaj, pracę zaczynasz od 9.12.2000, czekamy!”.

Nie dzwoniłam już do Dominiki, ona także się do mnie nie odezwała. Zobaczyłyśmy się po moim przyjeździe do SF i wówczas dowiedziałam się od niej, że wyjeżdża tylko na 1 miesiąc, ale też może się zdarzyć i tak, że już tu nie wróci, albo wróci później. A na pożegnanie powiedziała mi te słowa: „Siedź tu, ile chcesz!”.Z Martiną zobaczyłam się dopiero w niedzielę i  wtedy dowiedziałam się prawdy.
„Pracujesz tu na stałe, bo Dominikę zwolniłam i już tu nie wróci” powiedziała mi.

Myślę teraz o tym co mną kierowało, czyich podszeptów słuchałam w swej jaźni, że w czasie pobytu w domu bez wahania napisałam podanie i sama zwolniłam się z pracy. Jakoś nie bałam się tego, że po miesiącu zastępstwa będę musiała szukać zajęcia gdzie indziej.
„Coś się znajdzie” - tak myślałam - dziewczyny mi pomogą. Do odważnych świat należy!”.

Zerwałam zaręczyny z Bogdanem. Nie obraził się, nawet mi powiedział, że zawsze mogę na niego liczyć, że i tak jesteśmy przyjaciółmi. Chciałam być blisko Diego, widywać go, miałam nawet odrobinę nadziei, że jednak nie jestem mu obojętna. Ciągle czekałam na telefon od niego, tak tutaj, jak i w Polsce. Nie zadzwonił i nie powiedział  „To ja, Diego”.  Ja zresztą też do niego nie dzwoniłam. Chciałam, to prawda, ale wciąż bałam się tego, że znów mnie odepchnie. Poza tym przysiągł przecież, że mnie nie kocha...

Zdrowy rozsądek:
- Rzeczywiście, coś w tym jest, ale to tylko zwykły przypadek, zresztą nie podniecaj się tak bardzo tym, że zaczynasz mieć trochę szczęścia. I nie bądź smutna! Pamiętasz słowa piosenki Krzysztofa Krawczyka?: „Jeżeli kiedyś zdarzy się tak, że znajdziesz w sobie choćby ślad  straconych słów - nie spoglądaj wstecz, rozbity dzban nie jest nawet żalu wart, po co więc masz z okruchów smutku składać świat? Spójrz, tam dalej drogi brak, a trzeba iść i trzeba żyć… Chodź! I tak nie cofniesz już, nie zmienisz nic! Nic!”.

20.02.2001 – wtorek
Dzisiaj w nocy miałam senne koszmary! Uciekałam przed kimś przez sad, pełen dojrzałych jabłek i pożółkłych liści, a później przez pola, na których pracowali jacyś ludzie wykopując z ziemi warzywa. W pewnym momencie budzę się, bo czuję, że ktoś siada na łóżku i bierze mnie za ręce.
To mój zmarły mąż Toni! Boję się, chcę krzyczeć, ale głos uwiązł mi w gardle i nie mogę się poruszyć. Z całej siły napinam wszystkie mięśnie, uwalniam dłonie z  mocnego uścisku i głośno wołam: „Ratunku!”.

- To nerwy, to tylko nerwy! Wciąż jesteś bardzo spięta, wciąż na coś czekasz i za dużo myślisz o Diego. Wyluzuj się, bo nie wytrzymasz tego psychicznego obciążenia. Pamiętaj, że musisz dbać o swoje zdrowie – odzywa się zdrowy rozsądek.
- Tęsknię za nim. Chcę, żeby mnie mocno przytulił, żeby był tuż obok. Chcę poczuć jego zapach i dotyk dłoni... Coś muszę zrobić... Napiszę jeszcze raz do niego, albo zadzwonię!
- Nie! Nie! Nie! Tylko nie to! List już dostał, dzwoniłaś - wystarczy! On wie, co do niego czujesz, ale jak widzisz, wcale mu na tobie i na twoich uczuciach nie zależy. Co ci po takiej wyżebranej miłości?
- Dobrze to ująłeś! Po co mi taka miłość? Nie jestem żebraczką!

Znowu wyciągnęłam „Tarota” - wieża, sąd, słońce...
- Zupełnie idiociejesz! Rzuć te karty do diabła! – mówi mi znowu zdrowy rozsądek.
- Dzisiaj czuję się fatalnie. Strasznie kłuje mnie serce i boli głowa. Jakieś mroczki latają mi przed oczami. Dobrze, że Elusia do mnie zadzwoniła. Moje kochane dziecko! Już nie wiem, co robić. Rzeczywiście kręcę się w kółko. Jestem więźniem siebie samej i muszę się z tego więzienia wreszcie uwolnić. Tak naprawdę to nic nie wiem, ponad to, że bardzo kocham Diego.
- Ta miłość cię zabija.

CDN

Moje początki na emigracji były trudne. Bariera językowa, kulturowa, skromne zasoby finansowe to tylko niektóre z negatywnych aspektów mojego życia na obczyźnie.
Pamiętam jak przed wyjazdem z Polski odkładałem każdy zarobiony grosz na wizę oraz życie we Włoszech. Udało mi się zebrać 500 dolarów, które niestety po przyjeździe tutaj szybko topniały.

Zaraz po przybyciu do Latiny, miejscowości znajdującej się nieopodal Rzymu, zająłem się poszukiwaniem mieszkania oraz pracy, która pozwoliłaby zaspokoić bieżące potrzeby i pozwoliłaby na byt w kraju założycielskim Unii Europejskiej.

Po przyjeździe  do Latiny w czerwcu 1989 roku podejście władz włoskich zmieniło się diametralnie w stosunku do Polaków. Jeżeli wcześniej można było otrzymać status uchodźcy politycznego i darmowe zakwaterowanie oraz wyżywienie i trochę drobnych na codzienne wydatki,  tak po czerwcu 1989, gdy w Polsce odbyły się pierwsze wolne wybory parlamentarne, skończyła się dla nas wszelka taryfa ulgowa.

Pierwsza praca i kupa pieniędzy
Moja pierwsza praca polegała na kopaniu fundamentów pod dom jednorodzinny. Pamiętam te gorące dni czerwca, ten pot, który płynął mi ciurkiem po plecach… Ziemia nie poddawała się, była kamienista i twarda. Dopiero po tygodniu prac przygotowawczych wykop pod dom był wreszcie gotowy, a ja otrzymałem moje pierwsze zarobione pieniądze na ziemi włoskiej. To było około 240 tysięcy lirów, czyli około 120 Euro. Dla przeciętnego Polaka ta suma była astronomiczna, wspomnę że w pracy w Polsce w straży pożarnej na odpowiedzialnym stanowisku pobierałem miesięcznie około 30 Euro. Za pierwszą wypłatę na jeszcze do niedawna „zgniłym zachodzie” można było kupić zestaw stereo lub telewizor kolorowy dobrej firmy, na który w Polsce długo by się pracowało, żeby móc zakupić go w jednym ze sklepów walutowych Pewex.

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.

21.02.2001- środa
Sen: Razem z  Dominiką  pracujemy w domu Diego. Budynek jest  ogromny, z mnóstwem pokoi. Ja czekam i czekam , ale Diego się nie zjawia. Nagle słyszę odgłos jadącego auta i wyglądam przez okno, w którym wisi piękna, biała firanka. Przyjechał!
Wchodzi do domu, wyraźnie słyszę jego kroki w korytarzu i brzęk kluczy, rzuconych na stolik. Dlaczego nie wchodzi do pokoju, w którym ja na niego czekam? Otwieram drzwi, wyglądam na korytarz i widzę plecy Diego, który siedzi nieruchomo na krześle, oparty łokciami o blat stolika.

Dzisiaj świeci słońce, ale jest bardzo zimno i wieje wiatr. Patrzę na szczyty gór. Są białe, a wiatr wznieca zeń tumany śniegu, który leci gdzieś hen...do nieba.
Zadzwoniłam do Dominiki:
- Proszę, przyjedź do mnie, muszę z tobą porozmawiać!
- O Diego? - pyta  - Trudno jest komuś doradzać w sprawach serca.

22.02.2001 – czwartek
Sen: Robię pranie! Otwieram szafy… a tam wszystkie ubrania brudne. W brudnej, aż czarnej wodzie leży mnóstwo namoczonych, męskich spodni. Podchodzę do łóżka i ściągam brudną pościel... jedna poszwa, druga poszwa, trzecia, czwarta.... ależ ich dużo! Zdejmuję wreszcie ostatnią, patrzę... w materacu jest ogromna dziura, z której wyłazi setki wielkich pszczół.

Boję się! Mam przeczucie, że stanie się coś złego. Zawsze staram się afirmować pozytywnie, odganiam niedobre myśli, ale pozytywne myślenie jeszcze nigdy mi się nie sprawdziło. Złe myśli przyciągają złe zdarzenia, a dobre myśli nie przyciągają dobrych zdarzeń. Taki to już mój los jest! Ciągłe stresy i niepokój.
- Kiedy Diego pożegnał się z tobą – pyta mój zdrowy rozsądek?
- To było 28 stycznia, w niedzielę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to od niego były te głuche telefony. Chciałam się z nim zobaczyć i szukałam go po L. Stał na Corso, pod filarami, razem z kolegą. Już z daleka pomachałam mu ręką, a on odpowiedział  z uśmiechem. Pełna odwagi powoli podchodzę do niego, a on patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, aż się mieni na twarzy, jest zdziwiony! Szybko straciłam pewność siebie...
- Ciao – mówię – gdzie kupię papierosy?
- Tam, na placu – odpowiada Diego.
- Dziękuję.

Przeczytaj poprzednie części "Pamiętnika"

Odchodząc pomyślałam sobie: Nie, muszę do niego wrócić! Podchodzę od tyłu i biorę go pod rękę. Odwraca się, ale nie jest wcale zdziwiony tym, że stoję tuż za nim. Całuje mnie w policzek swoim króciutkim „cmok” i mówi:
- Ciao Pupa! Ciao!
Przytulam się mocno do jego twarzy, ale odpycha mnie delikatnie i znowu mówi: „Ciao”. Odpowiadam mu tak samo i odchodzę. Czuję się jak zbity i skopany pies, ale jeszcze się łudzę...
- Nie łudź się dziewczyno. Nic ci go już nie zwróci. Ni horoskop, ni sen, ni przepowiednie wróżek, ani żadne inne czary-mary, ani prośby, ani groźby, płacz, lament,... Nic ci go nie zwróci! Trudna jest ta twoja miłość. Wy w ogóle się nie rozumieliście i nie rozumiecie nadal, bo ze sobą nie rozmawiacie! Przewiduję też, że nigdy nie nawiążecie ze sobą słownego kontaktu – stwierdza zdrowy rozsądek.

25.02.2001 – niedziela
Nie pojechałam dzisiaj do L. W ostatniej chwili się rozmyśliłam i zrezygnowałam z tego wyjazdu, no bo i czego mam tam szukać?

Jakoś tak „niechcący” zaczęło mi się myśleć o Kaledzie. To pielęgniarz, który robi Giulianie opatrunki. Jest żonaty - nosi na palcu obrączkę, ale patrzy na mnie tak jakoś ciepło i czuję, że jest mną zainteresowany. Bardzo mi się podoba, bo jest przystojny i dobry.
Odgaduje moje myśli, pomaga mi przy babce, lubi te same piosenki. Trzymam go na dystans, bo już raz pocałował mnie w policzek. Wiem, że ten całus nie był przyjacielski. Wiem, że on mnie pragnie, że patrzy na mnie wówczas, gdy ja udaję, że tego nie widzę. Jest dużo młodszy ode mnie. Dlaczego ja nie mam 30 lat?

Dzisiaj mam w głowie zupełny mętlik. Miałam odpocząć, poleżeć w łóżku, bo męczy mnie straszny katar – nic z tego. Siedzę w tym domu jak na minie czołgowej, wyszłam więc na dwór i patrzyłam, jak zwykle zresztą, na przepiękną panoramę leżącego u stóp SF miasta.
To przecież jest L., a tam dalej … to T. i P. ! Oświetlone, otoczone wokół górami... Cudowne! To tam mieszka i pracuje Diego. Diego! Diego! Wciąż to samo!

26.02.2001 – poniedziałek
Sypie śnieg. Gęste płatki cicho opadają na drzewa i ziemię. Jest biało! To moja pierwsza, prawdziwa zima we Włoszech, a ja mam prawdziwą grypę. Katar, kaszel, wysoka gorączka.
Dobrze, że wczoraj zostałam w domu. Babka jeszcze śpi, bo wczoraj wróciła bardzo późno od Martiny. Jest taka dobra dla mnie. Martina także, bo przed chwilą przywiozła mi lekarstwa, mnóstwo owoców...
- Jedz! Musisz jeść – powiedziała Martina.
Martwią się o mnie, bo co będzie jak  wyląduję w szpitalu? Kto wtedy zajmie się Giulianą?

Przyjechał Kaled. A miał być dopiero jutro! Czuję, że aż go swędzą ręce by mnie dotknąć. No i dotknął, nawet poczochrał mi włosy. Jakoś nie mogę – to byłaby dobra odskocznia od myśli o Diego – nie mogę i już!
- Jak przyjadę następnym razem, masz być zupełnie zdrowa – powiedział mi na pożegnanie.
- Dobrze, będę zdrowa - odparłam.
Jestem bardzo ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie? Przyznaję, że myśl o Kaledzie mnie uspokaja, wycisza, mniej przeżywam to głupie rozstanie z tym Turkiem.
Mam w sobie tyle miłości, ciepła, oddania... Chcę się tym z kimś podzielić, z kimś, kto jest tego godzien, kto to odwzajemni. Czy Diego jest tym kimś? A niech tam sobie siedzi ze swoją Tereską i niech co niedzielę pilnuje swojego kiosku z gazetami jak pies, uwiązany przy budzie na  łańcuchu.

- Czyżbyś wreszcie zaczęła się budzić z tego koszmarnego snu? Domyślam się, że zamierzasz zastosować metodę „klin klinem” – przypomina o sobie zdrowy rozsądek.
- Prawdopodobnie najlepszym lekarstwem na nieszczęśliwą miłość jest nowa miłość. Może... Jeszcze nie wiem!

27.02.2001 – wtorek
W ostatnie „Andrzejki”, gdy byłam w Polsce, moja córka Elusia wraz z moją bratowa Haliną namawiały mnie na woskowe wróżby. Niezbyt miałam ochotę na jakiekolwiek zabawy w ten czarodziejski wieczór, jednak Ela roztopiła kilka świeczek i zaczęła lać wosk przez dziurkę od dużego klucza.
- Mamo, pomóż, bo ja w ogóle nie mam wyobraźni. Co mi się ulało? – powiedziała Ela.
Wstałam z fotela. Też nic nie widzę... Zdaje się, że to dwie, złączone ze sobą, obrączki.
Halinie wyszedł słoń, z trąbą uniesioną do góry.
- Teraz ty lej wosk – mówią do mnie.
- Nie chcę, mnie i tak już nic nie czeka. Na pewno wyjdzie mi trumna!
Na wodzie nic nie widzę, tylko dużą, rozlaną plamę. Wyjmuję zimną bryłę parafiny, przysuwam bliżej światła i patrzę na rzucony przez nią cień na ścianie... Przecież to ogromne serce, kształtne i wyraźne. Odwracam je na drugą stronę, a Halina woła: - Zobacz!
W samym środku serca stoją obok siebie dwie osoby - widzę mężczyznę w garniturze i kobietę w długiej sukni, z welonem na głowie i z bukietem kwiatów w ręce. Niemożliwe!? 
Sprawdzą się te wróżby?
Mojej córce tak, bo w Święta Bożego Narodzenia zaręczyła się ze swoim chłopakiem i w tym roku mają brać ślub. Halina świetnie sobie radzi pod względem materialnym. Musi, bo Andrzej nie pracuje i jest na zasiłku. Ale ona zawsze była bardzo dzielna i zawsze dopisywało jej szczęście.  A ja? Ja wciąż czekam na tego wyśnionego mężczyznę...

Gotuję na obiad makaron z jakimiś owocami morza. Nie znam, jeszcze tego nie jadłam, ale spróbuję. W domu Martiny po raz pierwszy w swoim życiu jadłam ślimaki, ośmiornice, raki i bardzo mi to wszystko smakowało.
Ogarniam szybkim spojrzeniem całe moje życie – jakże się zmieniło w ciągu zaledwie jednego dnia pod wpływem jednej tylko decyzji. A może moje życie uległo takim zmianom tylko dlatego, że zmieniłam swój podpis?  Wróżby, numerologia, parapsychologia…
Zawsze mnie to pociągało... No więc według numerologii w moim nazwisku brakowało litery z liczbą 8, która to ósemka jest liczbą najszczęśliwszą, niosącą pozytywne energie.
Zmieniłam więc KU na Q  i proszę! Rozpętała się w moim życiu burza z piorunami. To nic! Najważniejsze, że wreszcie wylazłam ze swojej skorupy „raka”. Myślałam, że moje życie skończyło się wieki temu, ale nie! Moje życie dopiero się zaczyna!

28.02.2001 – środa
Jest 02.30 w nocy, a ja już nie śpię i nie wiem, co mnie obudziło. Może to  słowa, które napisała mi Elusia w swoim liście, cyt. „...szczęściu trzeba pomagać i być optymistą...”.
Ba! Cóż jeszcze mogę zrobić, by wrócił do mnie Diego, bo tylko z nim mogę być szczęśliwa.
Jest właśnie 06.20, teraz wychodzi z domu i jedzie do pracy... Ciągle towarzyszą mu moje myśli... Chodzę za nim, jak jakiś upiór. Czy on chociaż trochę to czuje? Codziennie całuję go na dzień dobry, a wieczorem cichutko kładę się obok niego. Czuję, jak mocno przytula mnie do siebie i całuje w lewe ucho. Czuję jego dłonie na szyi, na plecach i we włosach... To wszystko jest takie realne...

Znowu sypie gęsty śnieg. Jest zimno i chętnie bym teraz usiadła przy kominku. Tak dawno nie patrzyłam na  ogień, na płonące szczapy drewna.

Zadzwoniłam do Dominiki. Szuka pracy, a więc może Krystyna coś pomoże?
- Dziewczyno, taka konkurencja na rynku, że nie masz pojęcia. Nie ma żadnych ofert i nie widać nowych twarzy w L., bo dziewczyny szanują pracę - odpowiada Krysia.
Ona jest bardzo konkretną osobą, dobrze zna włoski rynek pracy dla badante /opiekunek/, no i nie załatwia koleżankom pracy za darmo.

Teraz śnieg jest tak gęsty, że nie widać nic na odległość kroku. Porobiły się zaspy, a drzewa aż uginają swoje gałęzie pod białymi czapami. Ale zima! Patrzę na wiśniowe drzewka, okryte już bladymi kwiatuszkami rozwijających się pąków… Czy przetrwają ten nawrót zimy? A ja? A ja jestem jak to zimowe przesilenie – raz ciepła, raz zimna. Miotają mną sprzeczne uczucia; wątpliwość i pewność, zazdrość i obojętność. Muszę  coś postanowić, albo  w lewo, albo w prawo, bo dłużej tego nie wytrzymam. Czy ta miłość warta jest tak wielkiej ceny?

CDN

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.


11.02.2001 - niedziela
Obudziłam się w środku nocy. Śniło mi się, że w zupełnych ciemnościach, z zamkniętymi oczami, jakbym spała, wprowadzam Giulianę po schodach na górę, do jej pokoju. Jestem pewna każdego stopnia i  każdego szczebelka i dopiero na samej górze, na ostatnim stopniu zachwiałam się i.... nie pamiętam... spadłam, czy nie?

Dzisiaj będę szukać Diego. Chcę do niego wrócić i być z nim już zawsze.

Właśnie wróciłam z L.  Diego dla mnie umarł!
Myślałam pozytywnie, ale podświadomość szeptała - on dzisiaj nie przyjedzie do L., bo nie chce cię widzieć, twoje plany nie wypalą!
Poszłam do kościoła i prosiłam Boga o pomoc. Przyszło mi do głowy, by zadzwonić na jego komórkę.
Zadzwoniłam z budki:
- Diego? Ciao!
- Kto dzwoni?
- To ja, Pupa. Gdzie jesteś?
- W domu, w T.
- Dlaczego?
- Dlatego, że tak! - i… cisza...
- Szkoda! - powiedziałam i w tej samej sekundzie usłyszałam trzask wyłączanego telefonu.

Jednak widać spadłam z tych schodów w moim śnie. Gdzie popełniłam błąd? Co zrobiłam źle? Przecież wszystko wskazywało na to, że on wciąż mnie szuka po L. Znowu się pomyliłam.

Staram się pocieszyć siebie samą i nawet teraz usprawiedliwiam tego Turka. Dlaczego jest na mnie zły? Wyraźnie czułam w jego głosie niepohamowaną złość, wręcz wściekłość. Nigdy taki dla mnie nie był, nawet wtedy, gdy zbiłam go na kwaśne jabłko. Zawsze spokojny, teraz zachował się wobec mnie po chamsku, jak gbur. A przecież nie narzucam mu się ze swoją miłością. Dlaczego miał włączony telefon komórkowy? Jak pamiętam, zawsze w domu go wyłączał... No tak, to przecież jasne! On był w L., nie w domu! Oszukał mnie, bo po prostu nie chce mnie widzieć. I ja już wiem dlaczego!
Od 8 grudnia ubiegłego roku jestem w SF., ale w L. zobaczył mnie po raz pierwszy dopiero wieczorem 31 grudnia - w samego Sylwestra. Minęliśmy się na Corso. Zauważył mnie od razu, popatrzył i szybko odwrócił głowę. Doszłam do fontanny Luminosa, tam spotkałam znajome Polki
i poznałam Stasię która, jak się dowiedziałam, pracowała w T. w zastępstwie Teresy, bo ta pojechała na Boże Narodzenie do Polski. Dziewczyny porozjeżdżały się do swoich obowiązków, a my obie ze Stasią czekałyśmy na Diego. Nie przypuszczałam, że podejdzie do nas. Podszedł!
- Ciao Diego – powiedziałam. Jego twarz była jak z kamienia.
- A życzenia? - zapytałam, gdy od razu chciał odejść.
- Auguri! - cmok! cmok! Złapał Stasię za rękę i sobie tak zwyczajnie odszedł!
- No tak, ma nową dziewczynę - pomyślałam.
Następnego dnia dzwoni telefon domowy. Odbieram, mówię „Pronto” - cisza! Znowu mówię „pronto”- pyk, rozłączył się. I tak prawie codziennie, aż do 19 stycznia, kiedy to wkurzona
zapytałam – „Co chcesz?”. Od tamtej pory skończyły się głuche telefony. Nawet do głowy mi nie przyszło, że to może dzwonić on,  no bo niby skąd miałby wówczas wiedzieć gdzie jestem?

13.02.2001 - poniedziałek
Jestem zupełnie bez życia. Nic mi się nie chce. Wciąż o nim myślę. To już jest jakaś obsesja! Tłumaczę sobie na różne sposoby, że z tej mąki chleba nie będzie – na nic! Myśli o Diego ciągle wracają. Modlę się do Boga o łaskę zapomnienia - też nie pomaga, wręcz przeciwnie. Jestem wciąż niespokojna, spięta, jakbym na coś czekała, może na cud? Wiem, że z nim, czy bez niego żyć przecież jakoś muszę i nie ucieknę do Polski, bo do czego? Tam nie mam już pracy, nie mam pieniędzy i muszę je zarabiać tu, we Włoszech. Boże drogi, muszę zająć się bodaj pisaniem, bo chyba oszaleję. Wszędzie mi ciasno, tak w domu, jak i na dworze. Nie mogę sobie miejsca znaleźć. Wszystko mnie drażni, nawet Babka jest dzisiaj nie do zniesienia. Umarł! Nie żyje! Wolałabym, gdyby umarł naprawdę.
Żałuję, że napisałam do niego list, żałuję, że do niego dzwoniłam.... Dostałam kolejnego kopa. I co z tego? Czy przestanę popełniać kolejne błędy? Chyba nie, bo ideałem nie jestem.
- Co byś zrobiła, gdyby w tej chwili  Diego zadzwonił i powiedział, że chce  z tobą być?
- Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia.
- A więc nie jesteś pewna swoich uczuć. Wydaje mi się, że tak naprawdę to ty wcale nie chcesz tego chłopaka.
- Ja chcę z nim być. Na dobre i na złe.
- Na jakim świecie ty żyjesz dziewczyno? Zobacz, co narobiłaś sobie brakiem poczucia rzeczywistości, mrzonkami o szczęśliwej przyszłości z Diego, o synu, którego tak pragniesz!
Znowu dostałaś straszliwego kopa, aż zagrzmiało.
- Więc jak mam żyć dalej? Jak mam postępować, by ludzie przestali mnie ranić?
- Zejdź z obłoków na ziemię. Nie czekaj na coś, co nigdy się nie zdarzy.
- Więc po co rzucił mnie tutaj los? Dlaczego musiałam trafić do jego domu? Dlaczego zakochałam się po uszy, nieprzytomnie, jak nastolatka?
- Postaraj się spojrzeć na tę swoją nieszczęśliwą miłość nie jak zakochana baba, a jak zwykły, postronny obserwator. Niech to spojrzenie będzie obiektywne, pozbawione jakichkolwiek lamentów. Co widzisz?
- Samotną mężatkę.
- Co? Przecież od 3 lat jesteś wdową.
- Formalnie tak jest, bo samotną matką i samotną żoną to ja byłam od samego początku mego nieudanego małżeństwa. Z pewnością nie wierzysz w przeznaczenie mój zdrowy rozsądku, a już na pewno nie w karciane wróżby jakichś tam, leśnych czarownic?
- Hmm... To zależy od wielu okoliczności... A co? Byłaś u wróżki?
- Tak. Przed Wielkanocą , w 1986 roku. Chciałam wiedzieć co mnie czeka, bo zamierzałam odejść od męża alkoholika. Od wielu lat prowadzę pamiętnik, więc od razu zapisałam w nim usłyszaną przepowiednię:
„Jesteś mężatką, masz dwie córki. Twój mąż to dobry człowiek, ale za dużo pije wódki i za bardzo wierzy kolegom, którzy buntują go przeciwko tobie. Jest bardzo zazdrosny i nie wierzy w ani jedno twoje słowo. Bije cię, katuje psychicznie. Odejdziesz od niego. Już dawno chciałaś to zrobić, ale to zdarzy się dopiero w III kwartale tego roku. Zamieszkasz z dziećmi u swojej matki, znajdziesz pracę, którą będziesz bardzo lubiła. Poczujesz się wyzwolona i szczęśliwa. Za 10 lat twój mąż umrze i zostaniesz wdową. Przez przypadek wyjedziesz za granicę i  tam już zostaniesz. Zakochasz się, wyjdziesz za mąż i  będziesz miała syna o jasnych, kręconych włosach. Będziesz szczęśliwa
i bogata. Będziesz fruwać w powietrzu”.

Czytaj także:

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech”

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech”(2)

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech”(3)

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (4)

- Uwierzyłaś... A teraz chcesz, by spełniła się druga połowa wróżby, bo pierwszą połowę masz już za sobą?
- Dopiero teraz, po kilkunastu latach, mogę powiedzieć, że uwierzyłam słowom wróżki, bo prawie wszystko się sprawdziło... Rzeczywiście mój mąż był alkoholikiem i to nałogowym. Zawsze zajęty pracą lub siedzeniem w barze z kolegami od kieliszka, nie miał czasu ani dla mnie, ani dla dzieci. Sama zarabiałam na utrzymanie rodziny. Nie chciałam od niego pieniędzy, bo zwykle te, które mi dawał po pijaku, odbierał w dwójnasób też po pijaku. Odeszłam od niego po 12 latach koszmarnego małżeństwa i to stało się naprawdę w III kwartale 1986 r. Zamieszkałam w mojej mamy, która od razu znalazła mi pracę i dzieci mogły pójść do nowej szkoły już 1 września. Nie chciałam rozwodu, nie chciałam alimentów, cieszyłam się wreszcie spokojem i tym, że nie oglądam więcej gęby moczymordy, bo on się nami w ogóle nie interesował. Wiadomość o jego śmierci nie była dla mnie specjalnym zaskoczeniem. Wiedziałam, że ma marskość wątroby, że się nie leczy i że wciąż pije. Największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że to policja mnie odnalazła i poinformowała  o tym, że mój mąż zmarł w mieszkaniu, na łóżku, nie wiadomo z jakiego powodu i nie wiadomo kiedy, bo ciało już było w rozkładzie. Byłam przekonana, że zwykle w takich przypadkach zwłoki zabierane są z mieszkań, że zajmują się tym odpowiednie służby medyczne, prokuratura, itd.... Niestety, byłam w wielkim błędzie! Pogrzeb odbył się szybko i było na nim tylko kilka osób. Żaden z kolegów od kieliszka nie pofatygował się towarzyszyć memu mężowi w tej ostatniej drodze na cmentarz. To wszystko stało się przed Wielkanocą 1997 roku, dokładnie w 10 lat po mojej wizycie
u wróżki z lasu. No i teraz ten mój przyjazd do Włoch, właśnie przez przypadek.... Ja nie naginam obecnej sytuacji do usłyszanej przepowiedni. Ja wiem, że moje miejsce jest tutaj, w tym kraju,
u boku Diego.
- A skąd wiesz, że nie zakochasz się w kimś innym, kto będzie ojcem twojego syna?
- Ja nie zakocham się już w nikim innym. To moja pierwsza i ostatnia miłość i chyba właśnie dlatego tak bardzo przeżywam najmniejsze niepowodzenie i najdrobniejsza porażkę.
- Boisz się, że reszta wróżby może się nie sprawdzić!
- Jak Bóg zechce, tak będzie. Mój los w Jego rękach.
- Coś ty się zrobiła taka bogobojna? Przecież niezbyt chętnie uczęszczasz do kościoła, nawet się nie modlisz!
- Zawiodłam się na ludziach, na Bogu nigdy. Ufam tym, których kocham. Diego też ufam. Zobaczysz, że on do mnie wróci. Ja poczekam. Mam czas i jestem w jego pobliżu, a on nie jest
w stanie o mnie zapomnieć. Teraz się obraził, cierpi, ale to mu przejdzie.
- Przez 14 lat jesteś sama. Nie miałas w tym czasie żadnych przygód miłosnych?
- Żadnych przygód. Mężczyźni mnie nie interesowali. Czułam do nich jedynie wstręt i bałam się ich. Wciąż powtarzałam, że nie wyobrażam sobie życia we dwoje, nawet gdyby to był facet nad facetami! Mówiłam do mamy: „Zobacz, jak nam jest teraz dobrze! Nie musimy się bać, że dziś wieczorem znowu będzie awantura, wyzwiska, bicie, poniżanie. Nie musimy słuchać pijackiego bełkotu i wąchać oparów wódki”.
Nie tęskniłam za miłością mężczyzny. Chodziłam jak koń w kieracie, miałam blisko siebie tych, których najbardziej kochałam i tak było mi dobrze.
- Myślałaś wówczas o wyjeździe za granicę?
- Nie, nigdy o tym nie myślałam. Miałam pracę, niezbyt dobrze płatną, ale byłam z niej zadowolona. Poza tym jestem patriotką i wyznawałam zasadę, że nigdy nie będę niczyją służącą
i to w obcym kraju.
- Powiedziałaś wcześniej, że nie tęskniłaś za miłością, że bałaś się mężczyzn... Dlaczego więc zgodziłaś się na małżeństwo z Bogdanem?
- Nie pamiętasz? Przecież słuchałam twoich podszeptów, mój zdrowy rozsądku i tak też doradzała mi moja rodzina. Z Bogdanem znamy się od dziecka. To mój kolega z piaskownicy i bliski sąsiad. Razem graliśmy w piłkę, razem chodziliśmy do szkoły i na wiejskie zabawy. Wśród naszych rówieśników uchodziliśmy za parę i mówiono o nas „papużki nierozłączki”. Wszystko zmieniło się  radykalnie, gdy wybrałam studia w Poznaniu, bo Bogdan chciał, bym studiowała razem z nim, w Warszawie. Pisaliśmy do siebie listy, ale widywaliśmy się bardzo rzadko i uczucie gasło. W końcu on wyjechał do Niemiec i tam się ożenił, ja także założyłam rodzinę daleko od rodzinnej miejscowości. Potem odeszłam od męża i wróciłam do rodziców, a w 7 lat później wrócił on, z synem, bo zmarła mu żona i tutaj odziedziczył spadek. Zatrudnił się  w tym samym urzędzie, gdzie pracowałam i ja, więc spotykaliśmy się prawie codziennie i czasami wspominaliśmy nasza młodzieńczą, zieloną miłość. Gdzieś tak... w rok po śmierci mego męża,  zaczął coraz częściej składać wizyty w domu moich rodziców, zapraszać mnie do kawiarni, na dancingi... I w końcu mi się oświadczył. Zgodziłam się.
Nie była to decyzja płynąca z głębi serca, bo kierowałam się tylko i wyłącznie swoją wygodą.
Bogdan to majętny, zaradny i dobry facet. W porównaniu z moim zmarłym mężem – to dusza chłop. Przy nim niczego by mi nie brakowało i byłabym szanowaną żoną i docenianą służącą.
I tyle! Bo nie było już między nami nawet tego„zielonego”uczucia, żadnej „Iskry Bożej”... Nic! Tylko obustronny interes. Ślub zaplanowaliśmy na Sylwestra 2000 roku. I pewnie by się odbył, ale widać nie było mi pisane bycie panią Bogdanową.
- Czy musiałaś przyjechać właśnie tu?
- Nie, nie musiałam tu przyjeżdżać. Miałam urlop, ale chciałam dorobić do nędznej pensji. Wiele kobiet wyjeżdża za granicę, dlaczego ja nie miałabym spróbować? Jeden, czy nawet dwa miesiące to przecież nie całe życie. Kiedy zadzwoniła Teresa z T. pytając, czy rzeczywiście przyjadę na to zastępstwo – nie byłam jeszcze zdecydowana. Bałam się. Decyzję podjęłam jednak szybko, gdy powiedziała, że w domu jest 40-letni kawaler, Diego. Coś wtedy szarpnęło moim sercem i nogi się pode mną ugięły.
- Może już wówczas zaczęło się spełniać twoje przeznaczenie?
- Nie myślałam o tym wtedy gdy po raz pierwszy go  zobaczyłam , ani też przez cały czas pobytu w T.  Dopiero teraz to do mnie dotarło.
- Ty, taka rozsądna kobieta, dałaś się jednak poderwać i po kilkunastu dniach poszłaś z Diego do łóżka.
- Pewnie chciałam spróbować, jak „to” robią Włosi.
- Nie myślałaś, jakie mogą być tego konsekwencje?
- Gdybym o tym myślała, to nie miałabym teraz o czym wspominać! Imponowało mi jego nadskakiwanie, lubiłam jego szczere uśmiechy, jego dotyk, Tak śmiesznie całował mnie w policzek króciutkim „cmok”. Czułam się bezpiecznie i przytulnie w jego ramionach, kusił mnie jego zapach, jego ciepłe dłonie. Czułam do niego niesamowity pociąg fizyczny, pożądanie, jakiego w całym swoim życiu nie zaznałam do żadnego mężczyzny. Robiłam sobie wyrzuty oczywiście, ale one zdały się psu na budę. Odważyłam się nawet zapytać go, czy ma dziewczynę! Naburmuszył się wówczas i nic mi nie odpowiedział.

15.02.2001 - czwartek
Śniła mi się wiosna. Stałam na łące pełnej soczystej, zielonej trawy i patrzyłam na rosnące wokół niej drzewa. Były pokryte świecącymi zielenią listkami i obsypane bukietami, jeszcze nie rozwiniętych, różowo-białych  pąków. Przecież jest zima - pomyślałam - przyjdą mrozy i wszystko opadnie. Spojrzałam w niebo. Było pokryte smugami ciemnych chmur, a gdzieś daleko, na horyzoncie , ujrzałam błysk pioruna i usłyszałam grzmot.

- Spróbuję raz jeszcze zadzwonić do Diego. Powiem mu tylko „ciao”, zapytam, czy jeszcze
jest na mnie zły i życzę mu pięknego dnia.
- Po co będziesz dzwonić! Przecież wiesz, że on cię nie chce. Nie poniżaj się kobieto. Zupełnie nie masz ambicji i chyba ci rozum odjęło.
- Szczęściu trzeba trochę pomóc. A ciebie proszę, przestań ciągle wjeżdżać na moją ambicję, bo cię gwizdnę w ucho.
- Nic mi nie zrobisz, bo jestem twoim  rozsądkiem.
- Jak na zdrowy rozsądek, to jesteś do niczego. Ja będę wydzwaniać do Diego codziennie. Zaczynam od jutra. Basta! /wystarczy/
- Powodzenia, idiotko!
CDN