Magazyn - Nasz Swiat
20
Pn, listopad

Il cinema polacco in cerca di un futuro lontano dai traumi del dopoguerra. A Gdynia un confronto tra giornalisti internazionali

Essere giornalisti cinematografici, sapere parlare almeno l’inglese e avere meno di trentacinque anni. Tre semplici regole con cui il Festival di Gdynia ha accolto un gruppo di critici internazionali in occasione di un evento di pre-apertura che si è svolto a 180 km a sud della città, in un piccolo villaggio chiamato Teolog. Ho vissuto insieme a loro per tre giorni, guardando film, cucinando e bevendo vino. Isolati dal mondo e in parte dalla lingua, ma accomunati dall’amore per il cinema.

Tutto è iniziato con una telefonata dell’Istituto Italiano di Cultura in Polonia – che ha sede a Varsavia. Un progetto, dunque, sostenuto dal Ministero degli Interni Italiano allo scopo di entrare direttamente in contatto con la cultura cinematografica polacca. Da noi in Italia il modo più facile di fare cinema è attraverso la commedia, unica via di fuga in un momento in cui la gente vuole ridere per combattere la crisi. In Polonia accade lo stesso, eppure ho l’impressione che l’audience polacca sia più che mai alla ricerca di qualità e raffinatezza:  “Penso che in qualche modo i nostri spettatori siano molto aperti verso il cinema – racconta Anna Bielak, giornalista freelance per il Magazine EKRANy e i siti Stopklatka.pl, Interia.pl – Credo che molti siano annoiati dalla nostra produzione locale. In Polonia vengono fatte soprattutto commedie romantiche, drammi storici o un mix bizzarro di entrambi. I distributori sanno che hanno bisogno di portare qualcosa di interessante e nuovo se vogliono attirare l’attenzione del pubblico. Alcuni di loro provano a istruire gli spettatori polacchi distribuendo film d’autore. Se qualcuno è stato toccato dalla particolare sensibilità del cinema “art house” almeno una volta o se qualcuno sente che quei registi trattano lo spettatore come un partner - quasi fosse una conversazione cinematografica - allora tutti ne vogliono di più”.

Miałam brzydki sen... Sprawdził się, bo we Włoszech znowu zatrzęsła się ziemia!

Od kilku tygodni jestem w domu, w Polsce. Przyjechałam na Pierwszą Komunię mego wnusia, chciałam też trochę odpocząć, nacieszyć się rodziną, odwiedzić znajomych i pozaglądać w stare kąty... A dzisiaj rano włączyłam telewizor i usłyszałam tę wstrząsającą  wiadomość: “Trzęsienie ziemi w rejonie Emilia Romania! To już drugie, bo pierwsze było 20 maja br. i zginęło w nim 6 osób, a to dzisiejsze (29.05.2012 r.) miało siłę 5,8 stopni w skali Richtera z epicentrum w Modenie i pochłonęło kilkanaście ofiar!

Boże! Emilia Romania! Modena! To przecież kilkadziesiąt kilometrów od miasta, gdzie pracuję obecnie! Nogi się pode mną ugięły, zakręciło mi się w głowie i musiałam usiąść, bo
wrócił strach i ożyły wspomnienia sprzed 3 lat...

W październiku 2008 roku zaczęłam pracować jako badante u 90-letniej kobiety w L'Aquila. Babcia sympatyczna, z iście studenckim poczuciem humoru, samotna (jej dalsza rodzina
mieszkała na obrzeżach miasta), niewielkie mieszkanko na II piętrze bloku usytuowanego w samym centrum tego historycznego miasta, wynagrodzenie w miarę dobre – wszystko było w normie, tylko te lekkie wstrząsy i „pomruki” napawały mnie jakimś takim nieokreślonym niepokojem.

Nie odczuwałam ich w ogóle wówczas, gdy chodziłam i gdy byłam zajęta pracą, dopiero w nocy, gdy już spokojnie leżałam w łóżku i zapadała głucha cisza, drgały mi stopy (właśnie tylko stopy) i słyszałam dziwne jęki. Po kilku tygodniach odważyłam się zapytać członków rodziny babci – Co to się dzieje i dlaczego? A może to tylko ja się trzęsę, bo mam jakąś chorobę? Nie odpowiedzieli, zbyli mnie milczeniem, więc zaczęłam uważniej śledzić lokalne wiadomości w telewizji i gazetach.

Z miesiąca na miesiąc wstrząsy stawały się liczniejsze i mocniejsze, a w telewizji mówiono: Nie musicie się bać! Nie panikujcie! Im więcej tych silnych drgań to tym lepiej, bo w taki właśnie sposób rozładowuje się energia ziemi! Powoli wszystko wróci do normy i nie będzie żadnego  kataklizmu! I prawie wszyscy uwierzyli tym zapewnieniom i przyzwyczaili się do tych falowych podrzutów ziemi, bo na ulicach panował spokój i życie toczyło się zwykłym torem.

W połowie lutego 2009 roku drgania były już tak silne, że zaczęły pękać ściany budynków. Zamykano wówczas szkoły, biurowce, ale po kilku dniach znowu je otwierano.
Z telewizyjnych wywiadów dowiedziałam się o strachu, jaki przeżywają mieszkańcy L'Aquili i okolicznych miejscowości. Zaczęto też dużo mówić o  Giampaolo Giuliani - pracowniku Instytutu Astrofizyki – i o jego ostrzeżeniach przed nadchodzącym, bardzo silnym terremoto (trzęsieniem ziemi) właśnie w L'Aquila 6 kwietnia 2009 roku.

Prawdopodobnie  władze miasta nie chciały słuchać tego mądrego fizyka (termin wyliczył na podstawie chemicznego składu gazów  wydobywających się z ziemi) i, by ten nie siał paniki, zamknięto go w więzieniu.

Z każdym dniem mój niepokój wzrastał. To już nie były żarty, bo chodziłam po mieszkaniu z „duszą na ramieniu” i czekałam na następne „tąpnięcie”. Zwykle poprzedzał je głośny hałas. To było jak jęki milionów potępieńców, wymieszane z brzękiem żelastwa, hałas pochodzący z wnętrza ziemi, który kończył się mocnym szarpnięciem, falowaniem ścian i podłogi, brzękiem szyb w oknach i trzaskiem tłukących się naczyń.

Nie wiedziałam już gdzie mam stawiać swoje nogi i gdzie usiąść, by nie czuć niekończących się drżeń ziemi, a z telewizora płynęły nauki by,  w czasie kolejnego wstrząsu, stawać zawsze pod framugą otwartych drzwi, bo tam najbezpieczniej.

Pod koniec marca kładłam się spać w ubraniu, a tuż przy łóżku trzymałam torbę z dokumentami, ciepły płaszcz i buty. Przygotowałam też ciepłe ubranie dla babci. Czuwałam i czuwałam, gdy nagle wstrząsy i drgania ustały i zapanował zupełny spokój. No właśnie! Geolodzy występujący w telewizji mieli rację twierdząc, że ta energia ziemi „rozejdzie się po kościach”. Nareszcie! Ta pozorna „cisza” trwała, niestety, tylko kilka dni i skutecznie pozbawiła mnie czujności.

W niedzielę, 5 kwietnia 2009 roku, do późnych godzin nocnych oglądałam jakiś film. Było dobrze po 23.00, gdy nagle znowu usłyszałam głośny rumor i mocno zatrzęsło budynkiem.
Przestraszona wskoczyłam pod framugę drzwi i wsparłam się o nią obiema rękami. Znowu się zaczyna? Telepało i nagle ustało, a ja zamieniłam się w słup soli i nie wiedziałam, co robić? Budzić babcię, ubrać ją i posadzić w fotelu, czy też nie? Przecież ona chodzi tylko przy mojej pomocy, jak ja sobie z nią poradzę, gdy dojdzie co do czego? Zupełnie zgłupiałam ze strachu. Otworzyłam drzwi balkonowe i wyjrzałam na ulicę... Było tak dziwnie cicho! Nie słyszałam warkotu samochodów, latarnie oświetlały mrok i tylko jedno, nie zasunięte żaluzją okno w przeciwległym bloku  migało kolorowym neonem włączonego telewizora.

Niee! Na pewno to już jest koniec i nie będzie więcej wstrząsów - myślałam. Przecież Włosi śpią spokojnie, nie boją się, dlaczego więc ja mam się zamartwiać? - pomyślałam i  wróciłam do swojego pokoju.

Usiadłam na łóżku i wtuliłam się w kąt ściany... czuwałam! Nie wolno mi zasnąć! Obudziłam się na podłodze! Leżałam na plecach, ze wzrokiem utkwionym w zapalony żyrandol, który jak oszalały kręcił się w kółko. Z falującego sufitu i z ruszających się ścian odpadały wielkie kawały tynku. Wszystko wokół mnie tańczyło... I ten ryk! Jęk ziemi połączony ze zwielokrotnionym trzaskiem otwierających się mebli, tłukących się naczyń i hałasem, dochodzącym z okolicznych budynków!

Skoczyłam na równe nogi i pobiegłam do pokoju babci. Wszędzie biało, a ona sama, otulona spadającym tynkiem jak kołdrą, trzymała się kurczowo za poręcze metalowego łóżka. Była tak wystraszona, że z trudem oderwałam jej sztywne, zimne palce i posadziłam. Buty! Teraz wstawaj! Szybko! Uciekamy stąd! Ale ona nie mogła ustać na nogach. Uginały się, były jak z waty.

Złapałam ją oburącz pod pachy i tyłem wsunęłam się do przedpokoju. Szybko! Szybko... bo wstrząsy były coraz silniejsze, bo ze ścian działowych wypadały pustaki, spadały obrazy i szafki,  wybuchł telewizor, wirująca, otwarta lodówka zablokowała drzwi, a potem wróciła na swoje miejsce, ogromny, kryształowy żyrandol oderwał się od sufitu i, kołysząc się na długim kablu, huknął z grzmotem w podrygujące pod nim meble, a kawałki grubego szkła obsypały nas obie jak spadający grad, bo z kołyszącej się, jak pokład okrętu, podłogi odrywały się marmurowe płytki, stawały na sztorc i pękały na drobne kawałki, bo wielkie lustro opadło na przeciwległą ścianę i z trzaskiem pękło, siejąc wokół drobnymi odłamkami szkła, bo...

Wszystko odbyło się w jednej sekundzie, a ja na to patrzyłam i mocno trzymałam babcię. Jak daleko jest jeszcze do drzwi wyjściowych? Jak daleko jeszcze? Czy dojdziemy?
Czy zdołam je otworzyć? Co dzieje się na klatce? Czy są schody?.... Chaotyczne myśli napływały do mojej głowy i były jak fale wzburzonego oceanu, rozsadzały mi czaszkę.
Nie chciałam umierać, uciekałam przed śmiercią ale, choć droga z pokoju do upragnionego wyjścia trwała tylko 2 sekundy, to wydawała się wiecznością.

Nareszcie drzwi! Otworzyłam je z łatwością i wyciągnęłam babcię na schody, łapiąc w biegu jakiś, wiszący na wieszaku, płaszcz.

Biało! Wszędzie było biało od cementowego pyłu i prawie nic nie było widać. Z wyższych pięter zbiegali ludzie, ale nikt się nie zatrzymał by mi pomóc, chociaż przecież widzieli, że babcia siedzi na podłodze, oparta o chwiejącą się  ścianę. Jak ja ją sprowadzę na dół?

Zaczęłam wołać: „Ratunku!”, „Ratunku!” i w tym samym momencie trzęsienie ziemi ustało, a z dołu nadbiegł nagi, ubrany tylko w czarne slipki, mężczyzna. Szybko złapał staruszkę na ręce, zniósł ją na parter i położył na trawniku. Wróciłam na górę, stanęłam w progu mieszkania i nie weszłam dalej, bo nagle ogarnął mnie strach. Strach nie do opisania. Strach tak wielki, że nie mogłam się poruszyć. Strach, obezwładniający jak paraliż! Ocknęłam się czując na plecach dotknięcie czyjejś dłoni – to ten mężczyzna w czarnych slipkach kazał mi natychmiast zejść na dół. Mocno chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Szybko zbiegliśmy po schodach, on wziął babcię na ręce, weszliśmy w wąską uliczkę i wtedy
usłyszałam grzmot – to spadła winda, a z wybitych ścian, okien i drzwi budynku uniosły się w górę gęste obłoki kurzu. Boże drogi! Gdyby nie ten mężczyzna, to pewnie leżałabym tam teraz,  przywalona marmurowymi stopniami schodów! Gdzie on jest? Gdzie się podział, bo przecież chcę mu podziękować za uratowanie nam życia...
Ale jego już nie było, a babcia siedziała na ławeczce pod murem jakiegoś bloku, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma z których płynęły wielkie łzy, cała się trzęsła... I znowu się ocknęłam! Poczułam, że coś trzymam w dłoni... to płaszcz, w który szybko ją ubrałam.

Zimno mi! Przecież ja jestem na bosaka, w cienkim dresie, mam puste dłonie, usta pełne cementowego kurzu i skołowaciały język. Pić! Chcę wody!

Rozejrzałam się wokoło. Mały placyk był pełen przerażonych ludzi. Wszyscy skupili się w samym jego środku, bo z dachów i z murów okalających go budynków wciąż spadały deski, cegły i pustaki, roztrzaskując się o zaparkowane pod nimi samochody. Ziemia drżała! Usiadłam obok babci, otuliłam stopy połą jej płaszcza i patrzyłam przed siebie.
Wciąż byłam jak zaczadziała, nic do mnie nie docierało i nie zdawałam sobie sprawy z powagi i tragizmu sytuacji, w jakiej się znalazłam. Było mi wszystko jedno czy spadnie mi na głowę cegła, czy nie spadnie... czułam tylko podrygiwania  ziemi i czekałam na jej kolejny jęk...

Obojętnie przyglądałam się ludziom... Ubrani przeważnie tylko w piżamy, trzymali w objęciach dzieci, klatki z ptakami, koty i psy, które, szukając schronienia, z ufnością wtulały swoje nosy w ciepłe szyje swoich opiekunów. Skądś nadlatywały wołania o ratunek, krzyki bólu i okrzyki mężczyzn zwołujących się do niesienia pomocy zasypanym... Czas wlókł się niemiłosiernie. Była głęboka noc, ciemno, nie miałam zegarka, nie wiedziałam, która jest godzina...

Wpadłam w jakiś senny letarg i nagle... znowu usłyszałam głośny ryk ziemi, który zbliżał się i zbliżał, i już był wewnątrz mnie, i już był poza mną...i wszystko wokół tańczyło!
Zeskoczyłam z ławki i oburącz złapałam babcię. Leciała mi przez ręce! Przecież musimy stąd uciekać! Ruszaj się! Wszyscy gdzieś biegną, nie możemy tu zostać! - krzyczałam.
Tylko gdzie uciekać? Jak? Kamienie pod mymi stopami podskakiwały, a ja wtuliłam głowę w ramię staruszki i mocno zacisnęłam powieki. Będzie, co będzie!
I znowu sekundy stawały się wiecznością, a ja czekałam na ciszę. Jest! Z trudem otworzyłam oczy i spojrzałam na placyk. Nic się właściwie nie zmieniło, bo budynki stały jak przedtem, przybyło tylko więcej gruzu, zapadła się część ulicy i z głębokiego dołu wystawały zady samochodów, no i ludzie, zbici teraz w niewielkie, ciasne grupki, obejmowali ramionami swoje głowy głośno krzycząc ze strachu i płacząc. Przez gęstą mgłę ciemnego kurzu przebijały się pierwsze promyki świtu.

Skądś zjawili się, ubrani w czarne mundury, mężczyźni. Uciekajcie stąd, bo plac może się zawalić! - wołali. Wszyscy idźcie do parku Castello! W każdej chwili trzęsienie ziemi może się
powtórzyć! Szybko! Szybko! Natychmiast! Byłam zdezorientowana, no bo jak ja dojdę do tego parku z moją podopieczną? Muszę szukać pomocy, bo sama nie dam rady jej tam donieść. Plac gwałtownie opustoszał i zostałyśmy same. Dobry Boże ulituj się nad nami! Ty przecież wszystko możesz, a ja potrzebuję cudu!

I nagle zauważyłam światła nadjeżdżającego auta. Machnęłam ręką, a ono się zatrzymało i otworzyły się drzwi. Poprosiłam kierowcę, by zabrał ze sobą babcię, a on się zgodził, bo
w samochodzie miał jeszcze tylko jedno wolne miejsce.
- Spotkamy się w parku – powiedział  i odjechali.
Stanęłam na samym środku placyku i rozejrzałam się wokół, po promieniście biegnących uliczkach. Wszystkie były zasypane stertami gruzu. Jak ten samochód dojedzie do parku? Którędy? – pomyślałam.

Świtało. Weszłam w „naszą” uliczkę i stanęłam przed „naszym” blokiem. Zostały z niego tylko ruiny. I wówczas dotarł do mojej świadomości fakt, że przecież żyję. Żyję, bo czuję zimno, bo czuję ból poranionych stóp, bo chce mi się pić... I nieważne jest to, że ziemia wciąż dygoce, bo teraz  muszę dotrzeć do parku, muszę odnaleźć babcię i jej rodzinę, muszę skontaktować się ze swoją rodziną w Polsce... Ruszyłam przed siebie...

Powoli zbliża się koniec mego urlopu i termin powrotu do Włoch, a ja wciąż nie wiem, co robić... Jechać, czy zostać tutaj, z najbliższymi memu sercu...

Ewa  

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.


31.10.2000 - wtorek
Budzi mnie dźwięk telefonu. Kto dzwoni o 6.30 rano? To Halina, moja bratowa.
-W domu wszystko w porządku, wszyscy zdrowi, gorzej w pracy. Odwołali wójta i w tą sobotę wybierać będą nowego. Nie wiem, kto kandyduje. Jest gorzej niż strasznie, nie wracaj do Polski, siedż we Włoszech! 
- Wiśta wio, łatwo powiedzieć!
- Jutro Święto Zmarłych – mówi Halina
- Boże, zapomniałam! Zapomniałam o rodzinie!
Co to się ze mną porobiło? Znowu ogarnia mnie czarna rozpacz! Nic, tylko się powiesić!
A może by tak pomóc przeznaczeniu? Piszę list do Diego .

1.11.2000 – środa
O 3.00  w nocy obudził mnie ten lalusiowaty zięć Giuliany. Przyjechał tu spać i musiałam wynieść się z saloniku na górę. Nie mogłam już zasnąć. Nagle zerwał się wiatr, zaczęło padać i po górach przetoczył się straszliwy huk grzmotu... Jeszcze jeden, jeszcze jeden, jeszcze i jeszcze... jakby ktoś toczył po kamieniach tysiące pustych beczek.
Dziwne, ale wcale nie słyszałam trzasku piorunów.  Ale będą mokre Zaduszki. Ciekawe, jak jest w Polsce?

Już świtało, kiedy zasnęłam. Przyśnił mi się mój zmarły mąż, a właściwie tylko jego odbicie w lustrze. I moje odbicie, bo stał tuż za moimi plecami, patrzył mi w oczy, uśmiechał się tak czule, z miłością, jakby chciał mnie pocieszyć...Nagle znikł i przed lustrem zostałam sama.

Dzień wstał piękny, słoneczny, ani śladu nocnej burzy. Jest bardzo ciepło. W cienkiej
bluzeczce wynoszę śmieci. Wracam, drzwi zamknięte, nie mam kluczy! Co robić? Dzwonić do Martiny? A może okno w kuchni jest otwarte? Otwarte! Proszę sąsiadkę o pomoc i przez to niewielkie okienko wchodzi do kuchni jej mała córeczka i otwiera drzwi.
Sąsiadki mają nie lada uciechę, bo nareszcie wydarzyło się coś ciekawego w tym sennym SF.
Ogarnia mnie coraz większa tęsknota za domem. Dzwonię z budki: - Mamo, tu strasznie zimno, ciemno, leje deszcz - mówi moja córka Elusia. Ot! Szara, mokra, polska rzeczywistość.

Czytaj także:

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech”

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (2)

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (3)

Wychodzimy z Babką na spacer i powolutku wędrujemy wąskimi uliczkami. Giuliana jest zmęczona, bo przeszłyśmy chyba z kilometr drogi by obejrzeć góry. Ależ są piękne! Widzę że te, niby usypane z piachu najwyższe szczyty, to białe kamienie porośnięte rudo-brązowym mchem. Drzewa są zielone, tylko gdzieniegdzie widać kolorowe plamy żółknących konarów. W Polsce póżny listopad, a we Włoszech ciepły wrzesień!

Wieczorem przyjechały córki Babki - Martina i  Anna. Widzę, że są zadowolone z mojej pracy. Giuliana  mnie chwali, mówi, że jestem „fiore” /kwiatek/. Cieszy mnie to.
Położyłam ją spać i wyszłam na balkon. Patrzę w niebo...Jest inne niż w Polsce. Wydaje się,
że gwiazd jest dużo mniej i że są bliżej ziemi. Świecą bardzo jasno, aż pulsują.

2.11.2000 - czwartek
Co mnie obudziło o 3.00 w nocy? To chyba podświadomość, bo wyskakuję z łóżka jak  z procy i w torbie szukam notesu z adresami. Jeśli mam „to” zrobić, to tylko teraz! Czas ucieka! Siadam przy kuchennym stole i piszę do karabinierów anonim na Teresę. Ona nie może tu być, nie w T.!  Niech zjeżdża do Polski, do męża. „Miś” w paszporcie nie pozwoli jej na przyjazd do Włoch przynajmniej przez 2 lata, bo nie ma pozwolenia na pobyt i jest zatrudniona na czarno. „To” będzie moje pchnięcie zadane Diego.

Jak bumerang wracają wspomnienia zdarzeń sprzed 2 tygodni...Trawię w sobie te chwile upokorzeń i bólu...
- Dziewczyno! Obudź się wreszcie z tego koszmaru. To tylko sen!
- Nie, nie mogę tego wszystkiego zapomnieć. To przecież stało się naprawdę.
- Jesteś silna, dasz sobie z tym radę. Jesteś dobra i nie skrzywdzisz Teresy. Nie wolno ci tego  robić, bo znasz dobrze jej sytuację i wiesz, że sama pracuje na utrzymanie rodziny.
- Ale judzić to potrafiła doskonale!
- Przestań się domyślać. Nie znasz prawdy i na pewno się mylisz. To uczucie do Diego nie jest warte twojej udręki. Zapomnij!
- Nie! Nie zapomnę i nie wybaczę!
- Ty nie kochasz tego chłopaka.
- Jak to?
- A tak to! Gdy kochamy, to potrafimy wybaczać. Ty wybaczyć nie chcesz, a więc...
- Więc co to jest?
- Sama nie wiem.... To jakieś koślawe uczucie. Masz ty dziewczyno sumienie? Zawsze musi być twoje na wierzchu?
- Diego wykorzystał moją miłość przeciwko mnie samej. Upokorzył mnie i tego mu nie daruję.
- To na kim w końcu chcesz się zemścić?
- Na nich obojgu, bo Teresa mu przecież pomagała.
- Wybacz im. Uszanuj wolę Diego  jeśli naprawdę go kochasz i pogódź się z losem. Nie krzywdź Teresy, bo nie zbudujesz swego szczęścia na nieszczęściu innych.
- Muszę wysłać ten donos. Później będę żałować, że tego nie zrobiłam.
- Czy to, co chcesz zrobić, zwróci ci Diego ?
Porwałam list w drodze do skrzynki pocztowej, złożyłam na kupkę i podpaliłam. Z wielką ulgą w sercu patrzyłam, jak jego czarne strzępy unosi ku górze podmuch wiatru.

No, dzisiaj mam dzień pod zdechłym Azorkiem!
Przed chwilą odjechała  Anna z Bari. Ależ mądralińska pani doktor! Zastała Mamę przy  kolacji, na którą zrobiłam makaron z sugo i pulpety, a ona mi tłumaczy, że Włosi tego nie jedzą  o tak póżnej porze i ma to być: twaróg, mortadela, szynka, pomidory... Tradycja! Co mi po takiej tradycji, jak kobicina lubi  jeść makaron, a ja nie chcę, by szła spać głodna.
Ciekawa jestem, jak by się ta dottoressa opiekowała, co nie daj Boże, moją Mamą i przestrzegała polskich tradycji?
Zaczynam myśleć o tym, co będzie ze mną dalej? W sobotę wraca Dominika. Nie wiem, czy szukać tu pracy, czy wracać do domu. Zdać się na los? Jakoś tak mi się on dziwnie plecie w tych Włoszech...Czyżby ten kraj był tym, o którym mówiła mi przed laty wróżka? Jeśli tak, to swoją przyszłość wkładam w dłonie przeznaczenia.

3.11.2000 - piątek
Śniły  mi się małe, czyściutkie dzieci. Znowu szykują mi się jakieś kłopoty?
Gotuję zupę na obiad i aż mnie nosi po kuchni. Czuję się jakaś podniecona i radosna, chociaż na dworze pochmurno. Jestem jak naładowana dynamitem, trzęsą mi się ręce, a w głowie aż huczy. Czuję, że coś się stanie.
Drzwi w domu się dzisiaj nie zamykają. Co chwila wpada ktoś z rodziny Babki, zaglądają przy tym wszędzie, liczą jaja w lodówce. Aż  mi głupio, bo co oni myślą, że nie daję jej jeść, tylko sama to zżeram?  Jedzenia jest niewiele, bo ile mogą zjeść 2 osoby w ciągu jednego tygodnia? Najwięcej pomidorów, świeżych i tych w puszkach, makaronu, serów, po kilka cienkich plasterków wędlin. Włosi są bardzo oszczędni. Martina robi nam zakupy i wciąż mi powtarza, że w tym domu jedzenia się nie wyrzuca. Nie używa się tu smalcu, a mięso jest  już jak ugotowane i nie smakuje tak jak w Polsce. Dobrze, że  przywieźli nam dwa duże worki ziemniaków, przynajmniej ja mam tu co jeść. Smażę frytki, gotuję sosy i już! Babka je, a więc wszystko w porządku.

Moje radosne podniecenie minęło, niestety, dość szybko. Nie wytrzymam dłużej w tej ciasnej klatce! - Giuliana, idziemy na spacer! Niestety, spacer też mi nie pomaga. Wszędzie mi ciasno i  duszno, mimo wiejącego wiatru.
W T. tak się nie czułam. Miałam aż za dużo wielkich pomieszczeń, powietrza... Miałam Diego.
Tutaj nie mam na kogo czekać. Tutaj dni są zawsze jednakie.
Wszystko mnie drażni, nawet TV i radio. Nie cierpię włoskiego języka, nie cierpię Włochów, w ogóle nie cierpię Italii. Wracam do domu.
No i dlaczego tak się miotam? Przecież w każdej chwili mogę do niego zadzwonić i powiedzieć, że go kocham, że tęsknię. Mogę też napisać  list... Więc dlaczego tego nie robię?


4.11.2000 - sobota
Dominika  wraca jutro! Niby się cieszę, ale jednocześnie jest mi  bardzo smutno. Tak szybko przyzwyczajam się do ludzi i do miejsc. Nie wiem, co robić. Jechać do domu?  Zostać we Włoszech? Ale gdzie?
Przecież nie mam pracy! Jutro pojadę do L., popytam dziewczyn, może coś się znajdzie na zastępstwo... Chyba jednak wrócę do Polski, bo już za kilkanaście dni kończy mi się 3 miesięczny pobyt tutaj.  Zgodnie z prawem tylko tyle można przebywać w Italii w celach turystycznych, potem należy jechać do kraju także na 3 miesiące, by później móc tu wrócić.  Moje znajome dziewczyny w ogóle się nie boją tych przepisów i siedzą tutaj na czarno całymi latami. Zresztą, co ja będę sobie łamać głowę? Przecież swój los powierzyłam przeznaczeniu! Karty mówią, że pojadę do Polski.

5.11.2000 - niedziela
Nie pojechałam do L., bo wracam do Polski. Giulianę zabrała Martina do swego domu, do L., a ja przespałam prawie całą niedzielę, bo w nocy pisałam pożegnalny list do Diego.

Nie mogłabym sobie darować, gdybym tego nie zrobiła, ale jeszcze nie wiem, czy w ogóle go wyślę. To kilka krótkich zdań, ale pisałam je po włosku, więc namęczyłam się straszliwie
i narobiłam masę błędów.
Dopiero po 22.00 przywieźli Babkę.  Martina  płaci mi pieniądze za pracę – przez 2 tygodnie zarobiłam 1.400 polskich złotych. Z radości całuję Giulianę i mocno ją przytulam. Wie o moim wyjeździe, jest smutna i w ogóle się nie odzywa.

Czekam na Dominikę, ale nie przyjeżdża. Co robić?

6.11.2000 - poniedziałek
Wstałam o 6.00 rano, spakowałam swoje rzeczy, przygotowałam się do jutrzejszego wyjazdu.  Dominiki nie ma, nawet nie raczy zadzwonić!

27.12.2000 - środa
Już od 9 grudnia 2000 roku znowu jestem w SF., u Giuliany.  Pracuję teraz na stałe, oczywiście na czarno, bez umowy o pracę. Powierzyłam swój los przeznaczeniu, ale czy dobrze zrobiłam? Wówczas czekałam na Dominikę aż do wtorku, do późnej nocy. Nie dzwoniła, ale wróciła z koleżanką Polką i jej włoskim facetem. Była u dentysty!
Ponieważ ktoś musiał zostać z Babką podczas jej nieobecności, przedłużyłam swój pobyt
i do domu wyjechałam dopiero w piątek.

Nie szukałam tutaj pracy. Czułam, że coś mnie przed tym powstrzymuje i pcha do Polski. Rozpakowałam torby i część swoich rzeczy zostawiłam w szafie, jakbym wiedziała, że tu wrócę, chociaż nic, ale to absolutnie nic na to nie wskazywało.
W dniu wyjazdu  widziałam w L. Diego. Spacerował z przyjaciółmi po Corso. On też mnie zobaczył, ale nawet nie skinął głową na powitanie. Jednak, może właśnie dlatego, wysłałam mu ten pożegnalny list.
CDN

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości
i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.


26.10.2000-czwartek
Ależ szybko lecą te dni, Postawiłam sobie karty i wyszło, że wrócę do T.  Jestem idiotką! Przecież Diego nie będzie mnie szukał, a tym bardziej nikt z jego rodziny. Oni nigdy nie wspominają tych, których nie ma, a już na pewno nie pamiętają o jakiejś tam pomocy domowej.

Zaczynam bać się tego, co chcę zrobić Teresie. Jakie będą tego skutki dla mnie?
Z pewnością nie będę już mogła zostać we Włoszech, a już na pewno nie w pobliżu L., bo tutaj nikt nie załatwi mi pracy. Dziewczyny będą mnie unikać, to pewne. Chociaż, może nie będzie tak źle? Tutaj jest 3 osoby, które za 500 tys. lirów załatwiają dobrą lub złą, ale za to stałą, pracę. To Polacy. Tu nie ma szczerych przyjaźni. Tu są tylko uprzejmości, bo Polacy aż nadto przejęli style
i zachowania Włochów i są od nich dużo gorsi. „Całuję”, „kochanie”, „powodzenia”, „dobrego dnia”... te uprzejme słowa praktycznie nic nie znaczą, to sztampa, kurtyna, za którą kryją się zawiść i plotki. Te kilkadziesiąt  osób tu pracujących  to mała Polska,  hołdująca włoskim tradycjom
i włoskim lirom. Mam urlop bezpłatny do końca tego roku więc byłoby wspaniale, gdybym jeszcze tu popracowała w czyimś zastępstwie, bo zarabiam 3 razy tyle, co w Polsce.

Dzisiaj będzie słoneczny, ciepły dzień.
Giuliana wstała z łóżka na siłę. Jak ją położyłam wczoraj wieczorem, w takiej samej pozycji zastałam ją rano. W ogóle się nie rusza w nocy, może to przez te bolesne rany na pupie i nogach. Umyłam ją gruntownie i nakremowałam bo wiem, że chce być czysta i elegancka. Teraz je śniadanie. Jest smutna, patrzy mi głęboko w oczy i mocno ściska moje dłonie.
Lubię ją. Jest taka samotna mimo otaczającej ją rodziny. Paskudne choróbska!
Chyba za bardzo wczuwam się w boleść tych, którymi się opiekuję i nie mogłabym być ani lekarzem, ani pielęgniarką. Co więc tu robię? Zarabiam pieniądze! Jakże trudno jednak
przestawić się z tego co się czuje, na realia i rzeczywistość.
Musiałam jednak sama nakarmić Giulianę, bo nie chce jeść „solo”. Co dziwne, bez oporu połknęła 3 tabletki i popiła je wodą.
Chmurzy się. Jest 11-ta, a ja już nie mam co robić. Babka ogląda TV, siedzi cichutko, ale od czasu do czasu wzywa jakąś  Annę.

Czytaj także: Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech”

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (3)

Wspomnienia z T.
Skrupulatnie zapisuję w grubym zeszycie wszystko to, o czym instruuje mnie Teresa: „Babka – często budzi się w nocy. Wstaje równo z Dziadkiem, o 7.00  je śniadanie, o 10.00 drugie śniadanie, obiad o 11.45, podwieczorek o 16.00 i kolację o 17.00. Dziadek – sam sobie robi śniadanie, obiad je punktualnie o 13.03, kolację o 19.00. Codziennie o 14.00 wychodzi do baru i gra w karty. Straszny brudas, obślinia ją i łapie za cycki. Diego - śniadanie je w pracy. Przyjeżdża na obiad o 14.00, wyjeżdża do pracy ponownie o 16.00. Kolację je o 21.30”.
„Diego jest dobry i miły - mówi Teresa - możesz go prosić o wszystko, nie odmówi pomocy. Przytul go czasami, pocałuj, pogłaskaj, co ci szkodzi – radzi”.
No właśnie, co mi szkodzi mieć tutaj choć jedną, bratnią mi duszę - pomyślałam sobie. „Praca - nie myj okien, niech sobie kogoś najmą do tej roboty i zapłacą - mówi stanowczo koleżanka - pamiętaj, że nie wolno ci sprzątać przed domem i w ogródku, bo ja tego nie robię. Nie ceruj żadnych koszul, podkoszulków, skarpet, nie układaj w szafach, nie pierz firanek. Nie myj babki, bo tego nie znosi - tylko ręce i nogi, jeśli na to pozwoli. Nie pij żadnych napojów chłodzących, tylko wodę z kranu. Jeść możesz, oczywiście, wszystko to co domownicy. Zita robi zakupy raz w tygodniu, w soboty. Zapisz na kartce co ci potrzebne i daj ją dziadkowi. Przestrzegaj tego, co ci powiedziałam, bo inaczej nadwyrężysz moją reputację. Najważniejsza rzecz: nie przyzwyczajaj się do tej rodziny i nie angażuj zbytnio w pracę. Nie możesz ich polubić, a robotę wykonuj powierzchownie, dla pucu.
Ta rodzina nie okaże ci ani radości, ani wdzięczności z tego, co dla nich zrobiłaś. Nie przejmą się twoją chorobą, twoim bólem, bo są samolubni. Nawet babka ich tak naprawdę nie interesuje i opiekują się nią bo muszą, bo wstyd przed sąsiadami. Biorą za nią pieniądze. Opieka medyczna i lekarstwa są za darmo, a oni nie kupią jej porządnych ubrań, choć wszystko ma stare i podarte. Broń Boże nie ceruj i nie zszywaj! Wszystkim tutaj rządzi Zita, zabiera renty Dziadków i pobory Diego”.
W domu przeważnie nie ma żadnej wędliny i nic konkretnego do jedzenia, tylko pomidory w puszkach i makaron. Często nie mam co gotować i zbieram w ogródku „biedę”, z której robię zupę, albo przyrządzam makaron z samym olejem. Mam wolne popołudnia w czwartki i całe niedziele, ale ty będziesz miała wolne tylko niedziele...

Giulianę odwiedził znowu ten jej przystojny syn. Już wiem, że ma na imię Peppe. Pytał, czy nam czego nie brakuje, zajrzał nawet do lodówki. Zaraz po nim przyszła pielęgniarka i zrobiła babce opatrunki. Są bolesne, bo bidulka przez cały czas mocno trzymała mnie za ręce i płakała. Nie rzucała się jednak i nie odtrącała dłoni pielęgniarki. Jest taka dobra i spokojna! Za to nie chciała brać tabletek w południe i groziła mi palcem! Teraz idziemy na spacer.

Ciągle uczę się włoskiego. Znam już dobrze kilkadziesiąt słów, ale nie potrafię sklecić z nich poprawnego zdania. Gramatyka sprawia mi niesamowite trudności i mój włoski wychodzi w  stylu „Kali mieć krowa”! Za mało „dire” i „parla”, no bo i  z kim mam rozmawiać?
W T. głuchy dziadek i babka wariatka, i Diego, który niestety ani myślał uczyć mnie języka, denerwował się i rzucał słownikiem. Tutaj jest pod tym względem troszkę lepiej bo Giuliana, jak ma przebłyski świadomości, poprawia moją wymowę, Martina codziennie dzwoni, mówi powoli, wyraźnie wymawia każde słowo, no i teraz poznałam Peppe, pielęgniarkę. Nie będzie tak źle, powoli opanuję język włoski!

Giuliana drze papier w drobniuteńkie strzępki. Ma konkretne zajęcie i nie chce wyjść na dwór.  Mówi ”dimmi”. Co to znaczy? Nie mam zielonego pojęcia i w słowniku też nie ma takiego wyrazu.
Raz jeszcze proponuję jej spacer, a ona mówi wyraźnie „sempre” /zawsze/. No to idziemy.

Wspomnienia z T.
Jestem bardzo zapobiegliwa, więc już na zapas zapisuję sobie na kartkach zdania, jakimi mam się zwracać do Babki i Dziadka, jak i do kogo dzwonić, co mówić w razie choroby któregokolwiek z domowników. Wszędzie można znaleźć moją pisaninę – przy telefonach, w łazience, w kuchni, przy łóżku i fotelu Babki. Śmieją się ze mnie!? Dobrze mi jest i dobrze mi tak! Przez 3 dni i 4 noce gadamy z Teresą ile wlezie. Opowiadamy o sobie, o swoich rodzinach, troskach i radościach. Wydaje mi się, że znam  ją od zawsze. Jest taka sympatyczna, bardzo gadatliwa, zawsze uśmiechnięta „przylepa”. Prawie bez przerwy dzwoni telefon - to do niej. Rozmawia godzinami, radzi, gani...
To miód, nie dziewczyna - myślę - można na niej polegać, na pewno nie zawiedzie w potrzebie.  Ma  sprawę sądową w Polsce, musi się stawić, ale na pewno wróci do 20 września. W wigilię swego wyjazdu urządza pożegnanie. Kupiła „sambuco”, ale nie jest to dobra wódka i nie mogę jej pić, bo gęsta i bardzo słodka. Diego też się jakoś tak dziwnie krzywi. Jest taki zabawny, pucułowaty na twarzy! Napycha sobie jedzeniem usta jak chomik i potem dopiero żuje. Sapie przy tym, wzdycha i jęczy tak, jakby jedzenie było koszmarem,
„Będę smażyć kotlety na drogę. Diego  rozbij mięso” – mówi Teresa.
Ten wstaje posłusznie, tłucze kotlety, a potem smaży je pod jej dyktando. Jestem tym trochę zaskoczona, ale przecież w chwili pożegnań wszystko jest dozwolone, poza tym Teresa  jest w tym domu już od 3 lat, więc są dla siebie jak rodzeństwo.
Odjeżdża w czwartek rano. Przyjechał po nią  Fabiano. Przy pożegnaniu płaczę, bo boję się zostać sama, a najbardziej boję się tęsknoty za rodziną, czym straszyły mnie pracujące tu Panie. Ten dzień mija jednak spokojnie. Robię tak, jak kazała Teresa, rozglądam się tylko dokładniej po mieszkaniu i staram się zapamiętać gdzie co jest, zaglądam do szaf i komód.
Niezbyt dba Terenia o czystość ! Na łóżkach nie prane pewnie od 3 lat pokrowce na materace, istny bajzel w szafach z ubraniami i pościelą, zarośnięte brudem okna i dywaniki przy łóżkach. To trzeba zmienić i przynajmniej w ciągu tego miesiąca będzie tu trochę czyściej. Muszę pracować tak, jak u siebie, bo inaczej będę się czuła jeszcze gorzej w tym smutnym, „zimnym” domu. W ciągu kilku dni robię gruntowne porządki, myję nawet okna i zamiatam przed domem. Robię to dla siebie, bo przecież ja też tu mieszkam. Praktycznie nie widać różnicy, ale ja jestem zadowolona. Kilkakrotnie łapię się na tym, że „ja już tu byłam”, „ja już to kiedyś widziałam”. Dom, ogród, drzewa wydają mi się takie znajome... Czasami skądś wiem, co za chwilę się wydarzy, jakie będą gesty, słowa i pozycje osób w moim pobliżu. Czy wyśniłam sobie T. i twarze mieszkających tu ludzi?

CDN

Obudziłam się i niczym automat – z trzeźwym umysłem, bez żadnego drżenia serca czy krzyku, wyciągnęłam Maksia z łóżeczka. „Maksiu obudź się, musimy wstawać”.

Szyby telepały w okiennicach, ściany drżały. Mój mąż zdławionym głosem wybudzał starszego synka, próbując podnieść go z jego łóżka, co nie było łatwe, bo nasz pięciolatek już swoje waży, a poza tym śpi w swoim ukochanym śpiworku, który skutecznie uniemożliwia poruszanie się o własnych nogach.

Krzyż, który spadł z dzwonnicy obok kościoła w Crevalcore (BO) podczas pierwszego trzęsienia ziemi 20 maja / foto: Anna Marta ŁyczkoZbiegliśmy z mężem po schodach na dół, każde z nas z jednym synkiem na ręku.  Nie pamiętam kto zbiegał pierwszy, kto drugi – próbowaliśmy odtworzyć sobie przebieg zdarzeń z tej chwili, ale każde z nas pamięta tylko wybiórcze urywki.

Mi najbardziej utkwił w pamięci hałas szyb w oknach, schody pod stopami – pamiętam, że koncentrowałam się, żeby z nich nie upaść z Maksiem w ramionach. Mąż pamięta głośne wycie spod ziemi, które poprzedziło wstrząs. Wszystko trwało dosłownie chwilę, która teraz  - analizowana po czasie, wydłużyła się niczym film na zwolnieniu.

Na dole mąż błyskawicznie otworzył drzwi wyjściowe i wyszliśmy przed dom. Zaraz po nas wyszli wszyscy sąsiedzi.

Mieszkamy w starej „borgacie” Crevalcore, nasz dom usytuowany jest pod starą wieżą warowną z 1500 roku. Wieża wciąż stała. Na dworze było zimno i ciemno. Była godzina 4:04 20 maja 2012 roku.

Ziemia właśnie zadrżała z mocą 6 stopni w skali Richtera. „To było trzęsienie ziemi” – powtarzaliśmy w osłupieniu. Nikt nie spodziewał się tak mocnego drżenia. Wszyscy byli przekonani, że: „W naszym rejonie nie ma trzęsień ziemi. My mieszkamy na piaskach, bagnach, na wodzie, która neutralizuje nawet największe wstrząsy. Trzęsienia występują w górach, na południu Włoch, nie naszej Nizinie Padańskiej”. Tak jeszcze powtarzano wczoraj. No właśnie – wczoraj. Wczoraj była sobota, życie toczyło się utartym torem. Od dzisiaj wszystko się zmieniło i nigdy nie będzie już takie samo.

Tego ranka nie wróciliśmy już do domu – pojechaliśmy obejrzeć centrum naszego miasteczka, gdzie upadł krzyż z dzwonnicy przykościelnej. Gruz rozpościerał się na placu przed kościołem, a krzyż z czubka dzwonnicy usytuował się na jego schodach, lekko przekrzywiony na bok.

Obraz tego krzyża i zegar z wieży, który zatrzymał się dokładnie w momencie trzęsienia ziemi stanie się na długo symbolem tej tragedii.

Dni po trzęsieniu z 20 maja mijały jak w letargu. Przepełnione strachem, napięciem, oczekiwaniem na kolejne wstrząsy. Bałam się wrócić do naszego domu, bałam się usłyszeć ponownie hałasu szyb w oknach. Spaliśmy na ganku w domu moich teściów, ich dom – nowszy, bardziej stabilny i bez wieży w sąsiedztwie wydawał się bezpieczniejszy. Strasznie bałam się o synków, nie mogłam spuścić ich na moment z oczu. Bałam się, że akurat w momencie, gdy mnie przy nich nie będzie, nadejdzie kolejne trzęsienie. Ten strach nie pozwalał na nic, paraliżował. Instynkt macierzyński kazał uciekać, choć serce krzyczało – zostań!

W niedzielę 27 maja przyleciałam w dziećmi do Wrocławia. Spokojne, lekko senne niedzielne popołudnie miasta, gdzie trzęsienie ziemi jest tylko niekształtnym wyobrażeniem, egzotycznym wybrykiem natury poraziło mnie, a jednocześnie utuliło swoją normalnością. Gdy jechałam z lotniska do domu obserwowałam spacerujących w słońcu  ludzi, ludzi którzy się śmieją, cieszą niedzielnym popołudniem i odpoczynkiem, nie zdając sobie sprawy jak wielki skarb posiadają – spokój.

Mówi się, że każdy koniec jest początkiem czegoś nowego. Ale jak odnaleźć NOWY SENS, gdy serce przepełnia strach, gdy umysł paraliżuje obawa o każdą nową minutę przyszłości. Trzęsienia ziemi nie można przewidzieć. Ono jest, czai się niczym podziemny potwór, który atakuje w najmniej spodziewanym momencie. My żyjemy, musimy żyć, zbudować wszystko od nowa, ale… jak?

Anna Marta Łyczko

Autorka pamiętnika pracuje we Włoszech jako badante od ponad 10 lat. Jak sama mówi „Różne to były prace. Przeważnie wymagające niesłychanej cierpliwości i samozaparcia. Byłam wykorzystywana, nawet wyrzucana na ulicę... Ciągle myślę o powrocie do domu, do Polski, ale praktycznie nie mam do czego wracać”.
Pomimo wielu niedogodności jest szczęśliwa, że ma tutaj pracę i może pomagać córkom w kraju. „Będę pracować tutaj tak długo, jak tylko pozwoli mi na to moje zdrowie. Moje życie w Polsce nie było łatwe. Znam biedę i głód, będę robić wszystko, by moje córki żyły inaczej”- przyznaje.


Z dnia na dzień czuję się tutaj coraz lepiej. Babka jest tak spokojna, że trudno uwierzyć w jej
chorobę. Dziadek jest przesympatyczny. Wita się ze mną podaniem ręki i całusem w policzek, wynosi  śmieci, pomaga sprzątać przed domem, pyta co kupić w miejscowym sklepie, przynosi całe siaty melonów, arbuzów, bananów, fig, jabłek, napojów, ciastek i namawia do jedzenia i pyta, czy jadłam... Co ta Teresa bredziła? Wszyscy są dla mnie dobrzy i mili, ale najmilszy jest Diego.....

Giuliana krzyczy. Po raz pierwszy widzę ją tak zdenerwowaną. „Brygadiere !”, "Soldi!” Trzymam ją za ręce, ale wyrywa mi je, płacze i teraz krzyczy na mnie.
Rozumiem, że chodzi o jakieś ukradzione pieniądze. „-Tu!” (Ty!) - przeraźliwie wrzeszczy 
i mocno bodzie mnie palcem w czoło.
Boziu kochana, jak te dziewczyny nie zwariują przy tych chorych, jak siedzą tutaj całymi latami? Czuję się bezsilna. „- O Dio!” - woła Giuliana.

Zastanawiam się dlaczego Teresa  do mnie nie dzwoni? Przecież obiecała, że będzie utrzymywać ze mną stały kontakt i okazywała zainteresowanie moim dalszym losem. Ja do niej nie zadzwonię. Jeszcze nie teraz!

Czytaj także: Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech”

Pamiętnik: „Ja, badante we Włoszech” (2)

27.10.2000 – piątek
Wczoraj przez całe popołudnie lało jak z cebra i teraz rozumiem nerwowe zachowanie Giuliany,  bo mnie także bolała głowa. Za to w nocy spałam jak zabita. Wstałam dopiero o 8.00. Rany, ale zaspałam. Myję brudne naczynia po wczorajszej kolacji i robię sobie kawę. Zaglądam do pokoju Babki.  Ma zamknięte oczy, ale ręce nerwowo mną prześcieradło więc na pewno udaje, że śpi. Znowu nie będzie chciała wstać.

Mgła otuliła góry i SF. Nic nie widać, bo rozpostarła się nawet w wąskich uliczkach i domy wyglądają teraz jak upiory.

Wciąż dużo palę!
To jeszcze nie koniec tej historii Tereniu! To jeszcze nie koniec!
Wyobrażam sobie, jak spokojnie zasypiasz w ramionach Diego. Jesteś usatysfakcjonowana wygraną pozycją, masz dobrą pracę, pieniądze, dwu kochanków we Włoszech, koleżanki cię uwielbiają i Ojciec Diego także, dobrze mówisz po włosku, jesteś niebrzydką  blond-uwodzicielką,  a mnie już nie ma w pobliżu ciebie, Diego i T.... Brawo  Tereso! Bravissimo!

Giuliana  rzeczywiście nie chce wstać. Jest jak niemowa. Wczoraj nie odpowiedziała na moje „buona notte”, dzisiaj milczy, gdy mówię „buon giorno”. Jest bardzo smutna.
Z trudem ją myję i ubieram, a już największą mękę przeszłam przy sprowadzaniu jej po wąskich schodach do kuchni. Za nic nie chce zejść i zostawiam ją na górze. Aż popłakałam się przy niej ze złości, ale jest niewzruszona.
Nie rozumiem dlaczego Martina nie pozwala Matce na pozostawanie w łóżku także w ciągu dnia?  Ma cały dzień siedzieć kamieniem przed TV, nie wolno mi jej kłaść nawet po obiedzie i po takim non-stop siedzeniu ma strasznie opuchnięte nogi.
Wydaje mi się, że jest jednak lepiej opiekować się osobą, która niczego już nie rozumie i nie wie, co się z nią wyprawia. Taka właśnie była matka Diego, Nie robiłam przy niej nic na siłę, powiedziałam tylko „calma”/spokój /i była mi posłuszna jak baranek. Teresa  kazała mi targać ją mocno za włosy w krytycznych sytuacjach, ale to nie było potrzebne. Giuliana  natomiast dużo rozumie i wie, co się wokół niej dzieje, poza tym zdaje relacje ze wszystkiego Martinie. Nie mogę na nią krzyczeć ani też zmuszać do czegokolwiek na siłę nie dlatego, że boję się, że na mnie poskarży – nie miałabym sumienia skrzywdzić  tak kruchej, schorowanej kobiety.
No nie! Tak być nie może! Przecież ja tu rządzę! Wchodzę na górę, biorę Babkę mocno za ręce i krzyczę „stai!”-(wstawaj), potem „andiamo”- (idziemy) i „avanti!”- (naprzód). Patrzy na mnie zdziwiona, ale posłusznie schodzi po schodach. Nad podziw trwało to bardzo krótko. Teraz każę jej jeść. Nie chce, staję więc obok, na siłę otwieram jej usta i wciskam łyżkę. 
No, połknęła i je już bez oporów, a potem łyka tabletki. Muszę jednak postępować tak jak Dominika – zdecydowanie i z uporem.

Ugotowałam na obiad rosół z makaronem, ale ma jakiś taki dziwny smak. Wszystko tutaj śmierdzi mi olejem z oliwek i jest inne. To samo co w Polsce, a inaczej smakuje. Giuliana będzie to jeść?  Ja z pewnością tak, bo powoli wraca mi apetyt.

Jakoś  nie mogę jeść, Babka także nie.
Boli mnie głowa i coraz bardziej tęsknię za Diego. Jest 14.00, właśnie przyjechał do domu na obiad..... Boże, to chyba jest jakiś obłęd!
Zdaje się, że pęknie mi serce z rozpaczy i z bezsilności. Bo cóż ja, biedna, mogę zrobić?
A nic, kompletnie nic! Czy jest ktoś, kto mógłby mi pomóc? Nie ma nikogo! Chcę do domu.
Niech już będzie wreszcie ten 5 listopada i niech Dominika wraca. Nie chcę tu być, bo czuję się jak w nigdy nie otwieranej, małej klatce. Mam w dodatku podcięte skrzydła i już nigdy nie będę latać. Ten lot w T.  był tym ostatnim...
Ależ ze mnie płaksiwa baba!

Po południu przyjechali specjaliści montować piec gazowy do centralnego ogrzewania. Pootwierali wszystkie drzwi, więc usiadłyśmy z Giulianą w saloniku, w towarzystwie grzejnika.

Po głowie tłuką mi się słowa „aszpetta inszpingo dreżjon”. Co to znaczy? Muszę to rozszyfrować. Biorę słownik: „inszpingo” nie ma, ale jest podobne, to „inspido”- mdły, bez smaku, „dreżjon” nie ma, „aspettare” to czekać,  może to też być „aspetto”- wygląd, aspekt. Ciągle szukam, ale nic nie rozumiem z przetłumaczonych słów... Może chodzi o mdły wygląd,
ale dlaczego i na co mam czekać?
Dzielę usłyszane od Diego słowa: „in”- na, w, do, po. „Szpingo” - nie ma, ale jest podobne!
To „spingere” - pchać, pchnąć i już wiem, o co chodzi.
Co znaczy „dreżjon”? Jest! To „greggio” - surowy.
„- Zaczekaj na surowsze pchnięcie”, tak brzmią usłyszane przeze mnie, a wypowiedziane
przez Turka, słowa.

29.10.2000 - niedziela
Według czasu zimowego jest 4.00 rano. Nie śpię. Przerażona słyszę zgrzyt klucza i hałas otwieranych drzwi wejściowych. Złodzieje!
Jak burza wpadam do kuchni i widzę męża Martiny  z jakimś młodym mężczyzną. Uspokojona robię sobie herbatę . Mario popędza mnie i każe iść na górę. Coś mi tu nie pasuje. Co robią dwaj faceci w domu Babki o 4-tej rano? Martina wraz z rodziną mieszka w L., musieli więc przejechać po nocy 20 kilometrów, by tu dotrzeć. Ten młody jest bardzo ładny, ma twarz porcelanowej laleczki. Czyżby mąż Martiny był homo-niewiadomo?
Ależ mam wyobraźnię!!

Nie wiem, kiedy zasnęłam. Budzę się nagle, mocno zaciskam powieki i staram się przypomnieć sobie  SEN:
Wróciłam z Włoch do Polski. Niby już jestem w domu, ale okolice są mi nieznajome i idę wśród dziwnych budynków. Podchodzi  do mnie Danusia - moja koleżanka z pracy. Cieszy się, że już wróciłam i mówi: „Chodź, mam dla ciebie prezent”. Wchodzimy do dużej kuchni. Na brudnej podłodze stoi ogromna, niebieska miednica pełna czystej wody, a w niej widzę dwie wielkie, żywe płocie i śniętego już szczupaka z białym brzuchem. ”To dla ciebie!” - mówi Danka. Na stole kuchennym bałagan, pełno różnych produktów, w tym białe pieczarki i drożdżowe, smażone kulki obsypane białym cukrem. „Nie było ciebie tak długo! Warto było wyjeżdżać?” - pyta Danusia. Szukam w torebce pieniędzy, by jej pokazać ile zarobiłam, ale nie mogę ich znaleźć. Zniknęły! „Co masz w torbach?” Na wierzchu leży zielony zeszyt: „To mój pamiętnik”. Skądś przyszły moje koleżanki i zachłanne czytają moje wspomnienia. Nie pozwalam, krzyczę „...oddajcie, nie wolno!” i wyrywam im zeszyt. Teraz na stole widzę ogromny, rybi łeb i mówię do Danusi: „Możesz odciąć od głowy spory kawałek dobrego mięsa”. Gdzieś w głębi domu dzwoni telefon! „Jaki Turek?! Nie znamy żadnego Turka!”-słyszę czyjś krzyk. „To na pewno dzwoni Teresa  z Włoch, bo przecież Turek nigdy do mnie nie dzwonił” - myślę i się budzę .

Już 8.00. Schodzę na dół, ale nocni goście jeszcze nie opuścili mieszkania, bo drzwi do saloniku są zamknięte. Wstali o 11-tej i zabrali Giulianę  do L. Dowiedziałam się, że ten młody laluś jest mężem córki  Babki, Anny i że mieszkają w Bari. 

Wynoszę śmieci i witam się z górami. Są otulone smugami słońca. Na niebie nie ma ani jednej chmurki, za to wzdłuż wąskich uliczek rozpostarł się gruby dywan mgły i idę jak po mleku.
Jest bardzo ciepło. Mam dla siebie prawie całą niedzielę. Nie pojadę do L., bo i po co? Nie chcę się widzieć z Teresą.

Jest już późny wieczór. Przed chwilą odwiedził mnie kuzyn  Giuliany – Vincenzo i przyniósł jeszcze gorące, pieczone kasztany.  Nie wiedziałam, ze w SF. już od 3 dni trwa „festa” /święto/, nawet złościł mnie zapach dymu snujący się po całym domu. Przecież pieką kasztany! Wyszłam na ulicę, a tam pełno ludzi, stragany z jedzeniem i z innymi rzeczami, jak w Polsce w odpust. Grają akordeoniści, ludzie tańczą, nikt nie stoi ! Dziwne, ale nie widziałam ani jednego, pijanego mężczyzny. Szkoda, że nie mogłam zostać dłużej, bo o 20.00 przywieźli mi Babkę.  Kasztany smakowały mi jak słodkie, przypalone w trakcie gotowania, kartofle.

Wspomnienia z T.
Zaraz po wyjeździe Teresy Diego rozpoczyna wokół mnie godowy taniec cietrzewia. Uśmiecha się całą gębą, nadskakuje i wcale nie przeszkadza mu to, że nie rozumiem co do mnie mówi i nie oczekuje odpowiedzi. Wieczorami siedzi razem ze mną. Zaczął się kąpać, dbać o siebie i teraz  wionie zapachem dobrej wody kolońskiej i czystością. Patrzy mi głęboko w oczy, lekko całuje w policzek, głaszcze po głowie i plecach. Kupił mi masło, żółty ser, papierosy, nawet piwo! Jeszcze niczego się nie domyślam, ale gdzieś tam, w głębi mnie zaczyna się dziać coś niepokojącego.

Z pracą jestem na bieżąco. Do 14.00 zasuwam jak mały samochodzik, później zajmuję się tylko Babką. Zaczynam uważniej przyglądać się okolicy i ludziom, częściej wychodzę na balkon.
Tu jest cudownie!
T. - ta nowa i ta stara - rozłożyła się u podnóża gór, porośniętych różnej maści drzewami.
Na stoku, w oddali, widać P., nad którą króluje masywny budynek kościoła. Widzę drogę do L., która pnie się w górę i wygląda stąd jak serpentyna.
Trzy i dwurodzinne, wysokie, chude domy o małych okienkach z ciągle zasuniętymi żaluzjami,
mają ciemno-pomarańczowe dachy i białe ściany. W ogródkach przed nimi rosną figi, jabłonie, drzewka oliwne i różnej odmiany świerki o wielkich szyszkach. Pełno kwiatów. 
W nocy słychać syk wody – to włosi podlewają swoje ogródki.
Jest niesamowity upał - 40 stopni C. Topię się! Zupełnie nie mam apetytu, piję dużo wody, chodzę na bosaka. Nie ma czym oddychać, nawet noc nie przynosi ulgi.

Do późna siedzę na balkonie i czekam na fajerwerki. Przez cały sierpień trwa miejscowe święto w okolicach L.i co noc, w innej jej stronie,słychać potworny huk i w górę lecą kolorowe race.
Przez to święto chodzę niewyspana. Mdli mnie ciągle w dołku, może to od kawy i papierosów, bo nic innego mój żołądek nie przyjmuje. Obym tylko nie zemdlała z głodu!
Na siłę jem banany i zagryzam je arbuzem. Od zapachu pomidorów kręci mi się w głowie.
Jeść tego ich włoskiego jedzenia nie mogę, nawet chleb mi nie smakuje. W ciągu 14 dni schudłam
6 kilo. To dopiero jest dieta-cud! Przyglądam się sobie w lustrze... ale laska ze mnie! Wszystkie ubrania są na mnie za duże i  non-stop chodzę tylko w jednej sukience na szelkach.
Zmiana klimatu wpłynęła też bardzo korzystnie na moje zdrowie, bo przestało mnie kłuć serce, od dawna nie miałam migotania przedsionków, a i chora wątroba nie dawała o sobie znaku. 
W pierwszą wolną niedzielę nigdzie nie wychodzę i śpię przez caluteńki Boży Dzień. Za to w drugą zwiedziłam T.i P.  Chodziłam po górach i z wysoka oglądałam przecudowne panoramy. Widziałam nawet osiołki, objuczone ogromnymi koszami pełnymi przejrzałych już winogron, ostrożnie stawiające swoje kopytka na stromych, pełnych kamieni , wąziuteńkich ścieżynkach. Nazbierałam pełne kieszenie  prawdziwych, włoskich orzechów. Są inne niż w Polsce – mięciutkie, delikatne, pełne oleju i słonecznego ciepła.
Patrzyłam zachłannie na otaczające mnie widoki, wdychałam zapachy, a wewnątrz mnie „coś” szeptało: - „jesteś u siebie”...”jesteś u siebie.”... Ja jestem u siebie?


30.10.2000 - poniedziałek
Jest 5.30 a ja już na nogach! Śpię coraz mniej.

Wspomnienia z T.
Diego stara się przebywać ze mną coraz częściej. Widzę to i coraz bardziej cieszy mnie  jego towarzystwo. Jest taki słodki!  I ten jego zapach! Co w nim jest, że lubię nim oddychać?
Budzę się w nocy i słyszę jego oddech. Śpi cichutko, przeważnie na lewym boku, czasami tylko westchnie i zamruczy jak miś. Czuję, że coraz żywiej krąży w mych żyłach krew.
To przecież nie miłość. Nie chcę, nie pozwalam sobie na to uczucie i on także chyba nie.
Ot, zwykła, jesienna przygoda. Już za kilkanaście dni wróci Teresa,  ja pojadę do Polski, po co tęsknić, wspominać....Lepiej pozostańmy przyjaciółmi. Nie! Diego mi na to nie pozwala!....

Dzwonię jednak do Teresy 
- Cześć, co słychać?- pyta i od razu opowiada, co w T. - Babka szaleje, tłucze talerze, wrzeszczy, nie możemy sobie z nią poradzić. Dziadek chory, leżał w szpitalu. W domu nie ma prawie nic do jedzenia, bo wszystko zeżarł Diego .
- Wrócił mu apetyt? - pytam.
- No, tak – odpowiada i ani słowa więcej o nim.
- Tereso– mówię – przepraszam, że nie dzwoniłam. Musiałam to wszystko przemyśleć, przetrawić... Chcę cię przeprosić za moje niepoprawne zachowanie i za wszystko to, czego byłaś świadkiem w T.  Staram się zapomnieć o Diego, ale to bardzo trudne.
- Przecież nic się nie stało – odpowiada
- Stało się, stało i ty dobrze o tym wiesz. Jeszcze mi się wydaje, że jestem pijana.
- No tak, alkohol nie zawsze pomaga. Ciao, dobrego dnia!
Czegoś innego spodziewałam się po niej. Zawsze gadatliwa, umie słuchać, radzić innym,
ze mną jednak postępuje inaczej. Czyżby dlatego, że jest w to wplątana? Oczekiwałam od
niej słów pociechy, otuchy, nawet kłamstwa... Nic mi nie powiedziała... Nawet jednego słowa,
chociaż wie, że tego mi teraz najbardziej potrzeba.

Nie mam z kim porozmawiać, wyżalić się, wypłakać... Jestem sama, a więc pogadam sobie z moim zdrowym rozsądkiem!
- Co mam zrobić? Napisać do Diego list?  A jak nie przeczyta i wyrzuci?
- Przecież cię kocha!
- Gdzie tam, kocha! Gdyby tak było, to by nie postąpił ze mną tak podle.
- Kocha cię, kocha, tylko nie umie okazywać zanadto swoich uczuć.
- Jak to, nie umie! Kiedyś umiał!
- No tak, ale teraz jest inaczej. Musiałaś przecież odejść z T. i go zostawiłaś.
- Doskonale o tym wiedział, że długo tam nie będę i mógł mnie nie zaczepiać!
- Spodobałaś mu się, może nagle przyszła miłość, a potem opamiętanie. Może musiał lub po prostu nie umiał zachować się inaczej. Skąd wiesz, ze teraz tego nie żałuje?
- Na pewno nie i nie myśli o mnie, nie tęskni. Ma przecież Teresę!
- Ale z ciebie zazdrośnica! Myśli o tobie na pewno.
- No i co z tego?! Nic nie robi, by być ze mną.
- Zaczekaj, cierpliwości, bo na wszystko najlepszym lekarzem jest czas. Nawet miłość musi mieć czas na to by wybuchnąć i na to, by zgasnąć.

No, trochę mi ulżyło. Mimo wszystko myślę jednak, że Teresa  nie dopuści do tego, bym była z Diego bo boi się, że ją wygryzę z T.

CDN

Nasze pierwsze spotkanie z cyklu „Poznajemy Bolonię” odbyło się w Sala Borsa. W sobotnie popołudnie 28 kwietnia mieliśmy okazję zwiedzić i poznać historie tego pięknego pałacu ze swoim podziemiem.

Nasza grupa licząca ok.25 osób o wyznaczonej godzinie weszła do środka, ale ze względu na spóźnienie się przewodnika część grupy nie znajdując nic ciekawego w wykopaliskach archeologicznych opuściła obiekt. Pozostali, okazując cierpliwość i zainteresowanie dowiedzieli się mnóstwo ciekawych rzeczy z historii Bolonii od okresu rzymskiego po okres międzywojenny.

Podczas ponad godzinnego pobytu pod przeszkloną podłogą pałacu przewodnik  opowiedział nam między innymi o roli jaką pełnił w mieście  ten budynek, poruszył również temat budowy dróg,  wodociągu oraz systemu odprowadzania ściegu, wybudowanego przez Rzymian.
Prace archeologiczne pod budynkiem Sala Borsa rozpoczęto w roku 1993, podczas których dokonano wielu bardzo ciekawych odkryć.