Rzymscy „leserzy” rodem z Polski (cz. I) - Nasz Swiat
17
Cz, październik

Moje trzy grosze

Ludzie bez ambicji, wykorzystywanie pracowników oraz dorobkiewicze, czyli seria felietonów młodego mężczyzny opowiadającego o Polakach, których napotkał na swojej rzymskiej drodze.

Przyjechałem do Rzymu kilka miesięcy temu. Jestem młodym mężczyzną, który po zakończeniu nauki musiał rozpocząć dorosłe życie. Miałem dwie możliwości, zaczynać od zera w Polsce lub rzucić się na głęboką wodę i wyjechać zagranicę. Wybrałem tą drugą opcję. Już wiem, że postąpiłem właściwie. Pomimo krótkiego pobytu w Italii pragnę się podzielić własnymi spostrzeżeniami na temat ludzi – Polaków, których tutaj poznałem. Z niektórymi miałem okazję pracować, z innymi mieszkać. W moich felietonach przedstawię szczegółowo różne osoby dzieląc ich na grupy. Pierwsza z nich to „leserzy” . Leser to według Słownika slangu i mowy potocznej: leń, obibok, nierób. Na emigracji takich ludzi jest wielu…

Łukasz

Łukasz, to mężczyzna na pierwszy rzut oka przed trzydziestką. Przyjechał do Italii prawie trzy lata temu. Poznałem go pod polskim kościołem, kiedy na początku mojego życia na emigracji szukałem pracy. Przyczepiałem właśnie ogłoszenie na murze, kiedy zapytał się czy nie chcę pracować razem z nim. Zgodziłem się bez zastanowienia, ponieważ to była jak na razie jedyna propozycja. Umówiliśmy się na drugi dzień, na dworcu, aby razem jechać „na robotę”. O nowej pracy wiedziałem tylko tyle, że będę pomocnikiem przy remontowaniu apartamentów. W metrze zagadałem nowo poznanego kolegę o jego życie na obczyźnie. Przyjechał do pracy „tylko” na dwa miesiące, na wakacje. Miał zapewnioną pracę u znajomego. Został bo ujrzał wizję zarobienia pieniędzy większych niż w Polsce. Przez cały czas robił na czarno. Pierwsze wrażenie po poznaniu go było pozytywne. Śmieszyła mnie tylko jego wada wymowy, której stanowczo się wypierał. Podczas przerw sporo rozmawialiśmy. Z każdym kolejnym dniem zmieniałem o nim zdanie. Szybko zauważyłem, że to człowiek pozbawiony ambicji. Mówił, że zawsze będzie tyrał na budowie, bo na nic innego go nie stać, nic nie potrafi. Twierdził, że taki sam los czeka mnie. Nawet nie wie jak bardzo się mylił...  Snuł plany, że wróci do Polski i będzie remontował na własną rękę, że nie będzie od nikogo zależny w tym co robi. Skarżył się także na szefa, że wykorzystuje pracowników. Za ciężką pracę jest małe wynagrodzenie. Zazdrościł innym większej dniówki. Za każdym razem wmawiał mi, że życie we Włoszech nie ma sensu. Mówił, że Włosi to „faszyści” i nie szanują Polaków. Dlaczego więc tu przyjechał, po co tyle czasu tu jest? Ale jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno są to pieniądze. Lubił sobie też wypić. Wręcz chwalił się swoimi niechlubnymi rekordami. Niemal wszystkie zarobione pieniądze, które miał wysyłać rodzinie w Polsce, przepijał lub przeznaczał na kupno papierosów, a palił aż dwie paczki dziennie! Przez cały swój pobyt w Rzymie nie dorobił się niczego. Wynajmował ciągle pokoje, które zmieniał jak rękawiczki. Tłumaczył to zawsze tak samo: właściciele to ludzie chorzy psychicznie. Przez trzy lata był niemal odcięty od świata. Nie udało mu się kupić komputera, a nawet telewizora. Jedyne w co się zaopatrzył to aparat cyfrowy, którym miał zrobić zdjęcia dla rodziny. Nie miał znajomych, nigdzie nie wychodził, stworzył sobie swoje pojedyncze getto. Jego życie to prosty schemat: praca – dom. Przez trzy lata nie nauczył się nawet najprostszych słów po włosku. Jak więc chciał tu żyć? Pamiętam, jak w drodze z pracy poprosił mnie, bym kupił mu bilety do metra. Powiedział, że się boi, bo zawsze kupował je w maszynce i nie wie jak to zrobić w kiosku. Złapałem się za głowę. Oczywiście kupiłem mu te bilety, ale długo byłem w szoku. Przecież nawet bez znajomości języka można to zrobić. A jednak jest tu 3 lata, więc chyba już słowo „bilet” powinien znać…
Pewnego dnia przyszedł do pracy pijany. Gdy szef zobaczył w jakim jest stanie, z miejsca go zwolnił. Przez prawie tydzień zamęczał pracodawcę, aby ten zmienił zdanie i z powrotem go zatrudnił. Obiecywał zmianę swojej postawy i abstynencję. Szef uległ, a „pijaczyna” znów pracował. Przebąkiwał, że chcę wrócić w końcu do Polski. Jednak zbliżała się zima, więc w kraju nie mógł liczyć na pracę. Postanowił, że wyjedzie na święta Bożego Narodzenia na kilka dni. Mówił mi, że wraca 9 stycznia. Jednak tego dnia, jaki i później, jego telefon milczał, był niedostępny. Polski numer natomiast miał sygnał, ale on nie odbierał. Nie wiem czy wrócił na Półwysep Apeniński. Nie miałem z nim więcej kontaktu.

Obserwator

* Imiona przedstawionych postaci zostały zmienione.