Bitwa o Monte Cassino - Nasz Swiat
18
So, listopad

Monte Cassino

Bitwa o Monte Cassino. Autor opracowania: Krzysztof Piotrowski.

„(...) Kulawy ślepemu podawał kierunek. Dotarli. (…) Strzelec Bułak z 13. baonu po nastąpieniu na minę, podniósł się z urwaną stopą i krzyknął do idących za nim: Koledzy, robię wam drogę!... i rzucił się na następne miny czyniąc sobą przejście. Przeszli po nim… Takie właśnie były wydarzenia tej majowej nocy, a to tylko ich przykłady. O wielu z nich nie będziemy już wiedzieć nigdy. Pełnego obrazu walki w ciemnościach nie sposób już odtworzyć. Możemy jednak pomyśleć o zaciętości i poświęceniu tych ludzi”.

Wytyczne i zadania dla planowanego natarcia w ramach operacji „Diadem” (4 bitwy o Monte Cassino) ustalano w szeregu odpraw przeprowadzonych na przełomie kwietnia i maja 1944 r. w sztabie 8. Armii Brytyjskiej. Główny cel - przełamanie zapory blokującej jednostkom zmotoryzowanym parcie na Rzym i do północnych Włoch miano osiągnąć poprzez zdobycie kluczowego punktu oporu – wzgórza Monte Cassino wraz z siecią sąsiednich wzgórz. Gen. Lesse zamierzał wyeliminować ufortyfikowany masyw przez obustronne oskrzydlenie wzgórza klasztornego. 

Zaplanowano osiągnięcie tego celu poprzez równoczesne natarcie oddziałów brytyjskich dnem doliny Liri i oskrzydlenie wzgórza klasztornego w masywie przez oddziały polskie. Jednocześnie na odcinku w stronę morza do natarcia przystąpić miały oddziały amerykańskie i francuskie, które miały uniemożliwiać Niemcom przeszeregowanie oddziałów i przenoszenie na zagrożone odcinki.

Tak, więc oddziały XIII Korpusu i II Korpusu miały docelowo osiągnąć styczność operacyjną tuż na zapleczu masywu M. Cassino w rejonie drogi nr 6 (via Casilina), która stanowiła jedyny szlak parcia do przodu. Bitwa o M. Cassino była w rzeczywistości bitwą o drogę łączącą miasteczko Cassino z Rzymem. Dawny trakt z czasów antycznych zasłaniała jednak korona wzgórz masywu bez opanowania, których jakikolwiek ruch dnem doliny był niemożliwy. Pasmo wzgórz stanowiące kurtynę via Casilina wysyłało swe złowieszcze zaproszenie już od kilku miesięcy i pochłaniało każdą ilość wprowadzanych do walki żołnierzy. Główne ośrodki oporu na tym odcinku, niemieckie pododdziały strzelców spadochronowych umieściły na wzgórzu klasztornym, Górze Ofiarnej(593) i Górze Anioła Śmierci (601). Umiejętne rozmieszczenie w terenie i zręczne zamaskowanie stanowisk i umocnień ograniczało atakującym rozpoznanie kierunków ogni i jedynie w bezpośredniej walce na krótkie odległości dawało możliwość eliminacji ich załóg.




Na 5 dni przed atakiem, 6 maja 1944r. wydany został przez gen. Andersa rozkaz operacyjny wyznaczający zadania dla obydwu dywizji (3.Dywizji Strzelców Karpackich i 5.Kresowej Dywizji Piechoty) oraz szczegóły natarcia. Zadanie zdobycia wzgórza klasztornego wraz z ruinami opactwa, zamienionego w silny punkt oporu, przypadło oddziałom 3.DSK. Pierwszą fazę zadania powierzono 1.Brygadzie Strzelców Karpackich wspartej od wzg. D`Onofrio siłami 12. Pułku Ułanów Podolskich, który miał utrzymywać najdalej wysunięte w stronę klasztoru stanowiska ogniowe. Kolejno 2. batalionowi powierzono zadanie zdobycia wzgórz 593, 569 i 444, zaś 3.batalion dotychczas utrzymujący podstawy wyjściowe w kilkutygodniowej wojnie pozycyjnej, został cofnięty z pierwszej linii w rejon Wielkiej Miski i pozostawał w odwodzie dowódcy dywizji. Po prawej w rejonie Mass Albanety (468) poprzez Gardziel nacierać miał szwadron 4.Pułku Panc. wsparty siłami 1.batalionu. Dopiero po osiągnięciu planowanej linii, poprzez zdobyte wzgórza do walki miały być stopniowo wprowadzane pododdziały 2 .Brygady Strz. Karpackich, której 5. batalion otrzymał zadanie zdobycia ruin klasztoru Montecassino od strony płd.-zach. W tej fazie działań konieczne było wcześniejsze zdobycie wzgórza 489(6 .batalion) i zajęcie linii wzgórz  379, 375,453 (4. batalion).

Jednocześnie z 3 .DSK do walki wprowadzone miały być oddziały 5.KDP. Otrzymały one zadanie zdobycia głównego dla wyznaczonego odcinka - wzg. S.Angelo(601) oraz wzgórz Widmo, 575, 505, 452 i 457.Skoordynowanie natarć sił obu dywizji w przypadku pododdziałów, 5.KDP miało zapewnić osłonę od płn-zach. natarcia 3. DSK na górę klasztorną oraz umożliwić panowanie ogniem z linii wzgórz 575-601 nad odcinkiem doliny Liri pomiędzy S.Scolastica a Piedimonte S.Germano. Powierzone zadania, dowódca 5. KDP gen. Sulik zamierzał wykonać, w pierwszej kolejności opierając się o siły 13. i 15. batalionu (z 5. Wileńskiej Brygady Piechoty), które następnie miały być wsparte uderzeniem 18. batalionu (z 6. Lwowskiej Brygady Piechoty).  5. WBP docelowo miała osiągnąć wzg.575 i 601 zajmując wcześniej i rozbijając linię bunkrów i ziemianek na grzbiecie Widma.

 


Planowane zadania dla batalionu drugiego rzutu (18 .batalion) obejmowało zdobycie wzgórz 505, 452 i 447, a sam atak miał być przeprowadzony na linii nacierającego wcześniej południowym grzbietem Widma 15. batalionu. Miało to nastąpić w momencie, gdy baon ten zneutralizuje obronę niemiecką na tym odcinku i rozpocznie dalsze natarcie w kierunku głównego celu swego działania – wzg. 575. Chciano w ten sposób uniknąć niebezpiecznego stłoczenia grup szturmowych i wymieszania oddziałów. Czwartek 11 maja 1944 r. był dniem deszczowym i pochmurnym. To był kolejny zwykły dzień na froncie pod Cassino. Obie strony prowadziły codzienną wymianę ognia artylerii, a wysunięte stanowiska bojowe odwzajemniały swe ołowiane pozdrowienia. Ten dzień miał nie różnić się niczym od tych, które były już od kilku tygodni.     Tymczasem, w dwie godziny po wieczornej inauguracji ogniowej licznych dział na całej 30-kilometrowej linii niemieckiej obrony zawrzały zmagania piechoty. Jako pierwsze do ataku poprowadzono oddziały Amerykanów z 85. i 88.Dyw.Piech., a następnie cztery dywizje z Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego na odcinku masywu Aurunci. W tym samym czasie do akcji wkraczały też pododdziały 4.Dyw.Bryt. i 8.Dyw.Indyj., kładąc swe łodzie w rwących nurtach rzeki Rapido. Następnie na najtrudniejszym odcinku, w masywie M.Cassino do walki wkraczali Polacy…

Teren, którym pokierowano do walki szturmujących, wyjątkowo utrudniał posuwanie się do przodu. Wszędzie wokół dominowały marnej postury drzewka i krzaki przeplecione ciernistą roślinnością. Skały i chaszcze to jeden z nieprzyjaznych uroków tej ziemi.
Doszło do zawziętej i bezpardonowej walki na bliskie odległości. W ciągu kilkudziesięciu minut położenie Niemców na kluczowych dla tego odcinka wzgórzach zmieniło się w krytyczne. Obrońcy w desperacji poczęli wzywać wszelkie dyspozycyjne wsparcie ogniowe, także na swoje stanowiska. Odpowiedź przyszła natychmiast, a do uruchomianych ogni szybko dołączały kolejne z różnych punktów niemieckiej linii obrony. Złowieszczo przypominał się charakter terenu i skuteczność powiązanego systemu ogni. Ponawiała się niezmienna od kilku miesięcy właściwość – zdobycie wyznaczonego wzgórza, czy punktu oporu było łatwiejsze niż jego utrzymanie. W tej sytuacji natarcie wygasło i szturmujący musieli zalec obronnie.
Na świeżo zdobyte przez Polaków stanowiska zaczął się wzmagać ogień krzyżowy idący z sąsiednich wzgórz. Siłę zniszczenia potęgował również ogień artylerii z rejonu Atina – Biaggio – Belmonte. Unieruchomienie na skalistych wierzchołkach wzgórz potęgowało straty, a Niemcy zdając sobie sprawę ze znaczenia tego odcinka z nastaniem dnia nasilali kontrataki. Pilnowano, aby nie dopuścić do zbytniego zwiększenia liczby walczących. Stłoczenie żołnierzy na stosunkowo niewielkim terenie było niezwykle groźne.

Pomimo brawury i poświęcenia szturmujących opór stale słabł. Wyniknęło też wiele kłopotów z zaopatrzeniem, gdyż wszędzie wokół szalał silny ogień. Od pewnego momentu zgony kolegów musiały, więc zaopatrywać żywych w broń i amunicję.

Makieta terenu walki wykonana przez polskich żołnierzy w skali 1:2000 (1 cm² odpowiadał 20 m² terenu) / fot. ze zbioru K. Piotrowskiego

 

Narastające szybko starty i wyczerpanie wśród żołnierzy unieruchomionych na wierzchołku wzg. 593 i Widma przeważyły na decyzji przerwania ataku. Z biorących udział w walce kompanii szturmowych wracała zaledwie garstka żołnierzy wstrząśniętych i wyczerpanych do ostateczności. Twarze mieli przeszyte i trawione cierpieniem. Skutek zaciętej walki był identyczny dla strony przeciwnej. Wykrwawienie sięgnęło kresu. Na pobojowisku zostało jeszcze wielu zabitych i konających.  Teraz rozpoczynał się wyścig o ratowanie jak największej liczby rannych. Przed nimi była wyjątkowo ciężka droga. Przekazywano ich jak w sztafecie. Z masywu, gdzie pierwszej pomocy udzielano w prowizorycznych batalionowych i wysuniętych punktach opatrunkowych (BPO,WPO) należało ich odtransportować jak najszybciej do szpitali polowych, w których natychmiast trafiali na stoły będące pomostem między życiem a śmiercią. Zmiany operujących chirurgów i obsług medycznych wykazywały wielkie poświęcenie. Niektórzy operowali nawet po 36 godzin bez snu. Później, tych co przeżyli, przez szpital tranzytowy w Campobasso pociągami sanitarnymi wieziono na południe włoskiego buta, jak najdalej od przekleństwa Cassino.

Gen. Anders, planował co prawda kolejne uderzenie na tym samym kierunku siłami 2.BSK jednak na skutek rozwoju sytuacji nie podjęto próby kontynuowania szturmu, choć było wielce prawdopodobne, że obrona niemiecka w masywie Monte Cassino załamie się już na tym etapie. Przyczyną tego stanu rzeczy były ograniczone postępy oddziałów XIII Korpusu w dolinie Liri, przez co gen. Lesse zalecił dowódcy korpusu polskiego powstrzymanie się z kontynuowania ataku do momentu, aż oddziały brytyjskie i hinduskie osiągną przełamanie na odcinku swojego natarcia.

Nocny szturm polskich oddziałów poprowadzony z dużym rozmachem i ofiarnością natrafił na identyczne przeszkody, z jakimi zetknęły się ataki poprzedników. Trudności terenowe i silnie umocniony system obrony, którego nie zdołał wyeliminować potężny ogień przygotowania artyleryjskiego, okazał się po raz kolejny bastionem o największym znaczeniu na linii Gustawa. W niezwykle zaciekłej walce obie strony miały wysoki bilans strat, a prowadzenie uderzenia w ciemnościach wywoływało wiele sytuacji krytycznych i niekontrolowanych, gdzie przemieszanie żołnierzy obu stron, uplątanych w silny ogień idący z różnych kierunków wywoływało ogólne trudności w dowodzeniu. Aby odtworzyć sytuację walczących tamtej nocy trzeba ciągle pamiętać o kamieniach i chaszczach, o terenie, który ma charakter typowo obronny. Nie istniały tam wyraźne okopy i linie, a poszczególne gniazda obrony wzniesione z materiału, jaki zalegał w terenie wtapiały się w krajobraz, dając doskonałe maskowanie.

Obraz ginących i proszących o pomoc rannych był makabryczny i szybko wywoływał wyczerpanie psychiczne pośród pozostających w walce żołnierzy. Każdy, kto znalazłby się tej nocy w tamtym miejscu, zrozumiałby na pewno dlaczego wszystko było tak zawiłe, meldunki sprzeczne, gdy rwała się łączność, i gdy budziły się nagle nieoczyszczone i zatajone bunkry na bokach i tyłach. W opisie walki, jak do tej pory słyszycie tylko o trudzie, ale jaką wartość miałoby zwycięstwo polskich żołnierzy w bitwie o Monte Cassino, gdyby wszystko poszło gładko, w kilka minut? Zwycięstwo kosztowało nas wiele krwi w pierwszym natarciu-tych kilkudziesięciu godzin walki majowej nocy 1944r. Oczami wyobraźni  możemy pomyśleć o wydarzeniach, które miały rozstrzygnąć los tego miejsca i cząstkę losu tej wojny. To właśnie tutaj, na Widmie, niemiecki oficer-kpt.Strohmajer  przebił nożem przywołanego do udzielenia pomocy polskiego sanitariusza. Ci, którzy to widzieli, posiekali go tomiganami. To tutaj czołgający się pchor.Rysiecki z przestrzelonymi nogami trafił na oślepionego i tak okulawiony zwisając na plecach ślepego ruszyli szukać pomocy u pancerniaków przed Gardzielą. Kulawy ślepemu podawał kierunek. Dotarli. To tutaj, strz.Bułak z 13.baonu po nastąpieniu na minę, podniósł się z urwaną stopą i krzyknął do idących za nim-koledzy, robię wam drogę!... i rzucił się na następne miny czyniąc sobą przejście. Przeszli po nim… takie właśnie były wydarzenia tej majowej nocy, a to tylko ich przykłady. O wielu z nich nie będziemy już wiedzieć nigdy. Pełnego obrazu walki w ciemnościach nie sposób już odtworzyć. Możemy jednak pomyśleć o zaciętości i poświęceniu tych ludzi.

Bitwa o Monte Cassino. Autor opracowania: Krzysztof Piotrowski.

„(...) Kulawy ślepemu podawał kierunek. Dotarli. (…) Strzelec Bułak z 13. baonu po nastąpieniu na minę, podniósł się z urwaną stopą i krzyknął do idących za nim: Koledzy, robię wam drogę!... i rzucił się na następne miny czyniąc sobą przejście. Przeszli po nim… Takie właśnie były wydarzenia tej majowej nocy, a to tylko ich przykłady. O wielu z nich nie będziemy już wiedzieć nigdy. Pełnego obrazu walki w ciemnościach nie sposób już odtworzyć. Możemy jednak pomyśleć o zaciętości i poświęceniu tych ludzi”.

Wytyczne i zadania dla planowanego natarcia w ramach operacji „Diadem” (4 bitwy o Monte Cassino) ustalano w szeregu odpraw przeprowadzonych na przełomie kwietnia i maja 1944 r. w sztabie 8. Armii Brytyjskiej. Główny cel - przełamanie zapory blokującej jednostkom zmotoryzowanym parcie na Rzym i do północnych Włoch miano osiągnąć poprzez zdobycie kluczowego punktu oporu – wzgórza Monte Cassino wraz z siecią sąsiednich wzgórz. Gen. Lesse zamierzał wyeliminować ufortyfikowany masyw przez obustronne oskrzydlenie wzgórza klasztornego. 

Zaplanowano osiągnięcie tego celu poprzez równoczesne natarcie oddziałów brytyjskich dnem doliny Liri i oskrzydlenie wzgórza klasztornego w masywie przez oddziały polskie. Jednocześnie na odcinku w stronę morza do natarcia przystąpić miały oddziały amerykańskie i francuskie, które miały uniemożliwiać Niemcom przeszeregowanie oddziałów i przenoszenie na zagrożone odcinki.

Tak, więc oddziały XIII Korpusu i II Korpusu miały docelowo osiągnąć styczność operacyjną tuż na zapleczu masywu M. Cassino w rejonie drogi nr 6 (via Casilina), która stanowiła jedyny szlak parcia do przodu. Bitwa o M. Cassino była w rzeczywistości bitwą o drogę łączącą miasteczko Cassino z Rzymem. Dawny trakt z czasów antycznych zasłaniała jednak korona wzgórz masywu bez opanowania, których jakikolwiek ruch dnem doliny był niemożliwy. Pasmo wzgórz stanowiące kurtynę via Casilina wysyłało swe złowieszcze zaproszenie już od kilku miesięcy i pochłaniało każdą ilość wprowadzanych do walki żołnierzy. Główne ośrodki oporu na tym odcinku, niemieckie pododdziały strzelców spadochronowych umieściły na wzgórzu klasztornym, Górze Ofiarnej(593) i Górze Anioła Śmierci (601). Umiejętne rozmieszczenie w terenie i zręczne zamaskowanie stanowisk i umocnień ograniczało atakującym rozpoznanie kierunków ogni i jedynie w bezpośredniej walce na krótkie odległości dawało możliwość eliminacji ich załóg.




Na 5 dni przed atakiem, 6 maja 1944r. wydany został przez gen. Andersa rozkaz operacyjny wyznaczający zadania dla obydwu dywizji (3.Dywizji Strzelców Karpackich i 5.Kresowej Dywizji Piechoty) oraz szczegóły natarcia. Zadanie zdobycia wzgórza klasztornego wraz z ruinami opactwa, zamienionego w silny punkt oporu, przypadło oddziałom 3.DSK. Pierwszą fazę zadania powierzono 1.Brygadzie Strzelców Karpackich wspartej od wzg. D`Onofrio siłami 12. Pułku Ułanów Podolskich, który miał utrzymywać najdalej wysunięte w stronę klasztoru stanowiska ogniowe. Kolejno 2. batalionowi powierzono zadanie zdobycia wzgórz 593, 569 i 444, zaś 3.batalion dotychczas utrzymujący podstawy wyjściowe w kilkutygodniowej wojnie pozycyjnej, został cofnięty z pierwszej linii w rejon Wielkiej Miski i pozostawał w odwodzie dowódcy dywizji. Po prawej w rejonie Mass Albanety (468) poprzez Gardziel nacierać miał szwadron 4.Pułku Panc. wsparty siłami 1.batalionu. Dopiero po osiągnięciu planowanej linii, poprzez zdobyte wzgórza do walki miały być stopniowo wprowadzane pododdziały 2 .Brygady Strz. Karpackich, której 5. batalion otrzymał zadanie zdobycia ruin klasztoru Montecassino od strony płd.-zach. W tej fazie działań konieczne było wcześniejsze zdobycie wzgórza 489(6 .batalion) i zajęcie linii wzgórz  379, 375,453 (4. batalion).

Jednocześnie z 3 .DSK do walki wprowadzone miały być oddziały 5.KDP. Otrzymały one zadanie zdobycia głównego dla wyznaczonego odcinka - wzg. S.Angelo(601) oraz wzgórz Widmo, 575, 505, 452 i 457.Skoordynowanie natarć sił obu dywizji w przypadku pododdziałów, 5.KDP miało zapewnić osłonę od płn-zach. natarcia 3. DSK na górę klasztorną oraz umożliwić panowanie ogniem z linii wzgórz 575-601 nad odcinkiem doliny Liri pomiędzy S.Scolastica a Piedimonte S.Germano. Powierzone zadania, dowódca 5. KDP gen. Sulik zamierzał wykonać, w pierwszej kolejności opierając się o siły 13. i 15. batalionu (z 5. Wileńskiej Brygady Piechoty), które następnie miały być wsparte uderzeniem 18. batalionu (z 6. Lwowskiej Brygady Piechoty).  5. WBP docelowo miała osiągnąć wzg.575 i 601 zajmując wcześniej i rozbijając linię bunkrów i ziemianek na grzbiecie Widma.

 


Planowane zadania dla batalionu drugiego rzutu (18 .batalion) obejmowało zdobycie wzgórz 505, 452 i 447, a sam atak miał być przeprowadzony na linii nacierającego wcześniej południowym grzbietem Widma 15. batalionu. Miało to nastąpić w momencie, gdy baon ten zneutralizuje obronę niemiecką na tym odcinku i rozpocznie dalsze natarcie w kierunku głównego celu swego działania – wzg. 575. Chciano w ten sposób uniknąć niebezpiecznego stłoczenia grup szturmowych i wymieszania oddziałów. Czwartek 11 maja 1944 r. był dniem deszczowym i pochmurnym. To był kolejny zwykły dzień na froncie pod Cassino. Obie strony prowadziły codzienną wymianę ognia artylerii, a wysunięte stanowiska bojowe odwzajemniały swe ołowiane pozdrowienia. Ten dzień miał nie różnić się niczym od tych, które były już od kilku tygodni.     Tymczasem, w dwie godziny po wieczornej inauguracji ogniowej licznych dział na całej 30-kilometrowej linii niemieckiej obrony zawrzały zmagania piechoty. Jako pierwsze do ataku poprowadzono oddziały Amerykanów z 85. i 88.Dyw.Piech., a następnie cztery dywizje z Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego na odcinku masywu Aurunci. W tym samym czasie do akcji wkraczały też pododdziały 4.Dyw.Bryt. i 8.Dyw.Indyj., kładąc swe łodzie w rwących nurtach rzeki Rapido. Następnie na najtrudniejszym odcinku, w masywie M.Cassino do walki wkraczali Polacy…

Teren, którym pokierowano do walki szturmujących, wyjątkowo utrudniał posuwanie się do przodu. Wszędzie wokół dominowały marnej postury drzewka i krzaki przeplecione ciernistą roślinnością. Skały i chaszcze to jeden z nieprzyjaznych uroków tej ziemi.
Doszło do zawziętej i bezpardonowej walki na bliskie odległości. W ciągu kilkudziesięciu minut położenie Niemców na kluczowych dla tego odcinka wzgórzach zmieniło się w krytyczne. Obrońcy w desperacji poczęli wzywać wszelkie dyspozycyjne wsparcie ogniowe, także na swoje stanowiska. Odpowiedź przyszła natychmiast, a do uruchomianych ogni szybko dołączały kolejne z różnych punktów niemieckiej linii obrony. Złowieszczo przypominał się charakter terenu i skuteczność powiązanego systemu ogni. Ponawiała się niezmienna od kilku miesięcy właściwość – zdobycie wyznaczonego wzgórza, czy punktu oporu było łatwiejsze niż jego utrzymanie. W tej sytuacji natarcie wygasło i szturmujący musieli zalec obronnie.
Na świeżo zdobyte przez Polaków stanowiska zaczął się wzmagać ogień krzyżowy idący z sąsiednich wzgórz. Siłę zniszczenia potęgował również ogień artylerii z rejonu Atina – Biaggio – Belmonte. Unieruchomienie na skalistych wierzchołkach wzgórz potęgowało straty, a Niemcy zdając sobie sprawę ze znaczenia tego odcinka z nastaniem dnia nasilali kontrataki. Pilnowano, aby nie dopuścić do zbytniego zwiększenia liczby walczących. Stłoczenie żołnierzy na stosunkowo niewielkim terenie było niezwykle groźne.

Pomimo brawury i poświęcenia szturmujących opór stale słabł. Wyniknęło też wiele kłopotów z zaopatrzeniem, gdyż wszędzie wokół szalał silny ogień. Od pewnego momentu zgony kolegów musiały, więc zaopatrywać żywych w broń i amunicję.

Makieta terenu walki wykonana przez polskich żołnierzy w skali 1:2000 (1 cm² odpowiadał 20 m² terenu) / fot. ze zbioru K. Piotrowskiego

 

Narastające szybko starty i wyczerpanie wśród żołnierzy unieruchomionych na wierzchołku wzg. 593 i Widma przeważyły na decyzji przerwania ataku. Z biorących udział w walce kompanii szturmowych wracała zaledwie garstka żołnierzy wstrząśniętych i wyczerpanych do ostateczności. Twarze mieli przeszyte i trawione cierpieniem. Skutek zaciętej walki był identyczny dla strony przeciwnej. Wykrwawienie sięgnęło kresu. Na pobojowisku zostało jeszcze wielu zabitych i konających.  Teraz rozpoczynał się wyścig o ratowanie jak największej liczby rannych. Przed nimi była wyjątkowo ciężka droga. Przekazywano ich jak w sztafecie. Z masywu, gdzie pierwszej pomocy udzielano w prowizorycznych batalionowych i wysuniętych punktach opatrunkowych (BPO,WPO) należało ich odtransportować jak najszybciej do szpitali polowych, w których natychmiast trafiali na stoły będące pomostem między życiem a śmiercią. Zmiany operujących chirurgów i obsług medycznych wykazywały wielkie poświęcenie. Niektórzy operowali nawet po 36 godzin bez snu. Później, tych co przeżyli, przez szpital tranzytowy w Campobasso pociągami sanitarnymi wieziono na południe włoskiego buta, jak najdalej od przekleństwa Cassino.

Gen. Anders, planował co prawda kolejne uderzenie na tym samym kierunku siłami 2.BSK jednak na skutek rozwoju sytuacji nie podjęto próby kontynuowania szturmu, choć było wielce prawdopodobne, że obrona niemiecka w masywie Monte Cassino załamie się już na tym etapie. Przyczyną tego stanu rzeczy były ograniczone postępy oddziałów XIII Korpusu w dolinie Liri, przez co gen. Lesse zalecił dowódcy korpusu polskiego powstrzymanie się z kontynuowania ataku do momentu, aż oddziały brytyjskie i hinduskie osiągną przełamanie na odcinku swojego natarcia.

Nocny szturm polskich oddziałów poprowadzony z dużym rozmachem i ofiarnością natrafił na identyczne przeszkody, z jakimi zetknęły się ataki poprzedników. Trudności terenowe i silnie umocniony system obrony, którego nie zdołał wyeliminować potężny ogień przygotowania artyleryjskiego, okazał się po raz kolejny bastionem o największym znaczeniu na linii Gustawa. W niezwykle zaciekłej walce obie strony miały wysoki bilans strat, a prowadzenie uderzenia w ciemnościach wywoływało wiele sytuacji krytycznych i niekontrolowanych, gdzie przemieszanie żołnierzy obu stron, uplątanych w silny ogień idący z różnych kierunków wywoływało ogólne trudności w dowodzeniu. Aby odtworzyć sytuację walczących tamtej nocy trzeba ciągle pamiętać o kamieniach i chaszczach, o terenie, który ma charakter typowo obronny. Nie istniały tam wyraźne okopy i linie, a poszczególne gniazda obrony wzniesione z materiału, jaki zalegał w terenie wtapiały się w krajobraz, dając doskonałe maskowanie.

Obraz ginących i proszących o pomoc rannych był makabryczny i szybko wywoływał wyczerpanie psychiczne pośród pozostających w walce żołnierzy. Każdy, kto znalazłby się tej nocy w tamtym miejscu, zrozumiałby na pewno dlaczego wszystko było tak zawiłe, meldunki sprzeczne, gdy rwała się łączność, i gdy budziły się nagle nieoczyszczone i zatajone bunkry na bokach i tyłach. W opisie walki, jak do tej pory słyszycie tylko o trudzie, ale jaką wartość miałoby zwycięstwo polskich żołnierzy w bitwie o Monte Cassino, gdyby wszystko poszło gładko, w kilka minut? Zwycięstwo kosztowało nas wiele krwi w pierwszym natarciu-tych kilkudziesięciu godzin walki majowej nocy 1944r. Oczami wyobraźni  możemy pomyśleć o wydarzeniach, które miały rozstrzygnąć los tego miejsca i cząstkę losu tej wojny. To właśnie tutaj, na Widmie, niemiecki oficer-kpt.Strohmajer  przebił nożem przywołanego do udzielenia pomocy polskiego sanitariusza. Ci, którzy to widzieli, posiekali go tomiganami. To tutaj czołgający się pchor.Rysiecki z przestrzelonymi nogami trafił na oślepionego i tak okulawiony zwisając na plecach ślepego ruszyli szukać pomocy u pancerniaków przed Gardzielą. Kulawy ślepemu podawał kierunek. Dotarli. To tutaj, strz.Bułak z 13.baonu po nastąpieniu na minę, podniósł się z urwaną stopą i krzyknął do idących za nim-koledzy, robię wam drogę!... i rzucił się na następne miny czyniąc sobą przejście. Przeszli po nim… takie właśnie były wydarzenia tej majowej nocy, a to tylko ich przykłady. O wielu z nich nie będziemy już wiedzieć nigdy. Pełnego obrazu walki w ciemnościach nie sposób już odtworzyć. Możemy jednak pomyśleć o zaciętości i poświęceniu tych ludzi.

Strona 2

 

Bitwa o Monte Cassino. Cz. 2

„Tak jak przed bitwą dowódcy obu dywizji gen. Duch i gen. Sulik ciągnęli supełki o rejon walki, tak dowódcy plutonów 3.szwadronu postanowili ciągnąć zapałki o wyznaczenie zadań. Wśród nich było trzech podporuczników-Białecki, Besser i Kochanowski. Białecki poległ a Besser zaproponował półroczny żołd Kochanowskiemu za odstąpienie zadania. Kochanowski wsiadając do czołgu odparł-„nie ma tak dobrze” i ruszył miażdżyć bunkry połdniowego Widma”.

Wytyczne i zadania dla planowanego natarcia po pierwszym ataku z dni 11-13 maja 1944 r. pozostał obraz makabryczny, a pobojowisko parowało nadal oparami walki. Żadna ze stron nie zdołała tymczasem uzyskać przewagi. Po tej makabrze mieli przejść następni i pomścić poprzedników. Wbiliśmy się więc ponownie w niemieckie stanowiska. Właściwe drugie natarcie wywiązało się samo, ciągiem bojowego patrolowania wcześniej szturmowanych pozycji. Zbliżał się nieubłaganie czas rozstrzygnięcia losu walki.

 

Cóż, pozostawała tylko jedna możliwość i innej nie było – szturmujemy nadal tę górską twierdzę. Trzeba było zmiażdżyć ich dogasający, ale trwały opór. Polskie oddziały zacząć musiały od oczyszczenia Widma, żeby ponownie nie kąsało i nie strzelało w plecy. To żołnierzowi najbardziej dokuczało. Pierwsze poszły do akcji grupy szturmowe z 16. baonu  mjr. Stańczyka, i tak honor rozpoczęcia drugiego natarcia przypadł wycofanym wcześniej żołnierzom z wzgórza 706.

Wybrane patrole bojowe wyruszyły o godz. 18.45 16 maja, kierując się na płn. Widmo. Po raz kolejny najważniejszym było – nie zalegać ! Tym razem pardonu nie było. Ciężko było choćby o jednego jeńca. Walczono do końca i niemieckie bunkry poczęły gasnąć. Niemcy nie wytrzymali nacisku i rozpoczęli ucieczkę z bunkrów i schronów. Do jako takiego ładu zostali doprowadzeni przez swoich dowódców dopiero nad ranem następnego dnia i wtedy rozpoczęli niemrawe kontrataki celem odzyskania wcześniejszej pozycji. Północne Widmo górowało nad jego środkową i płd. częścią , więc miało zasadnicze znaczenie dla tego odcinka. Kto był panem skupiska stanowisk u podnóża wzg.706 ten władał grzbietem podłużnego wzgórza. Niemcy doskonale o tym wiedzieli i rozpoczęli skoordynowaną próbę odzyskania tej części terenu.
Trafiła im się jednak przykra niespodzianka, pomimo że dla polskich żołnierzy nieporęcznie było prowadzić ogień z otworów wejściowych zdobytych bunkrów.



W momencie, gdy kontratak przybierał na sile na płn. Widmo dotarło wsparcie w sile 1.komp. kpt. Machnicy  transportującej dodatkowy zapas amunicji. W tej sytuacji atak niemiecki przerodził się w odwrót. W międzyczasie, gdy trwała rozprawa o los Widma na jego grzbiet w okolicach Gardzieli natarł 15.baon ppłk. Stoczkowskiego swą wcześniejszą drogą męczeństwa. Rozwijająca się tymczasem pomyślnie sytuacja na krawędzi  północnej wykazała, że przyszedł najlepszy moment na wprowadzenie do walki na kierunku wzg. S.Angelo 17.-tego batalionu mjr. Baczkowskiego i innych pododdziałów, m.in. kompanii komandosów mjr. Smrokowskiego i wydzielonej grupy (złożony szwadron) pod dowództwem por. Cygielskiego z  15.Pułku Ułanów Poznańskich. Plan natarcia był jednoznaczny. Kompanie szturmowe 17.-tego uderzeniem frontalnym ze wzg.706 przez płn. Widmo miały się wbić na wschodnie stoki S.Angelo.
Za nimi do akcji wkroczyć mieli komandosi i ułani. Dowodzący natarciem 17.-tego baonu mjr Baczkowski wydał dowódcom kompanii krótki rozkaz: Możliwe jest tylko natarcie! Sygnałem będą dwa gwizdki. Naprzód! W ten sposób uproszczono metodę ataku.

 

I tak o 6.10 17 maja 17. baon usłyszał dwa pierwsze gwizdki. Odtąd towarzyszyły one jego żołnierzom do samego końca. O 6.45 z rozpędu zdobyto umocnienia Małego S. Angelo i natychmiast przesunięto walkę na pierwszą linię bunkrów właściwego S. Angelo. Tutaj doszło jednak do zaciekłej walki i atakujących zatrzymał wzmagający się ogień niemieckiej artylerii i moździerzy. Wyjątkowo dokuczliwy okazał się też ogień broni małokalibrowej. Padło wielu zabitych i rannych.

Moment frontalnego uwiązania się w walce wykorzystał w tym czasie kpt. Leśkiewicz prowadząc swoją kompanię płn. stokiem urwiska wzgórz Angelo. Tam również rozpoczęła się walka z bunkrami o ścianach z wielkich głazów. Po pewnym czasie walka polskich żołnierzy z kamiennymi  potworami  wywołała kryzys. Kończyła się amunicja, a poruszanie się w odkrytym w świetle dnia stoku przynosiło wysokie straty w skutecznym ogniu strzelców wyborowych, uniemożliwiających jakikolwiek ruch.

Ziemia ciągnęła żołnierzy jak magnes i szturmujący musieli zalec. Nie poprawiło też sytuacji wysłanie zebranej grupy z 13.baonu. Wycieńczeni doświadczeniami wcześniejszej walki również zalegli. W świetle dnia natarcie na kamienne bunkry okazało się wyjątkowo trudne. Wielkim kłopotem było też dostarczanie amunicji, gdyż trzeba było pokonać w ogniu odkryty teren zachodniego Widma, co w warunkach dziennych w praktyce było niewykonalne. Powoli jednak te bunkry gryziono. Montowano pojedyncze grupki szturmowe lub nawet wyruszali pojedynczy ochotnicy, którzy zabierali się za kąsanie kamiennych bunkrów.

Walka o Górę Anioła Śmierci była bardzo ciężka. W ciągu dwóch dni poległo wielu walczących obu stron. Aby wesprzeć zalegającą na Małym S. Angelo piechotę i rozstrzygnąć los natarcia, zmontowano dodatkowo na tyłach półbatalion z pododdziałów tyłowych, gdyż brakowało już grup odwodowych.
Taka sama sytuacja panowała u przeciwnika. Rozkaz wyjścia na pierwszą linię otrzymali wszyscy zdolni do walki, łącznie z kucharzami i kierowcami. Wiedziano, że rozstrzygnięcie jest blisko. Wszystkie rozporządzalne siły znalazły się teraz naprzeciw siebie, w każdym zagłębieniu i za każdym kamieniem. Wzgórza nocą oddawały dech żywego organizmu. Trudno było jednak zmontować decydujące natarcie przy kompletnym wykrwawieniu i przemieszaniu oddziałów.

Podobnie jak na odcinku Kresowej walkę wywiązano o zmierzchu 16 maja na wcześniejszym kierunku natarcia oddziałów dywizji Karpackiej. Jako pierwsza do spatrolowania wzg.593 wyruszyła grupa uderzeniowa 30-tu ludzi dowodzona przez ppor. Jędrzejewskiego do składu, której dołączono radiooperatora Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Żołnierze wyruszyli w ciszy trasą swoich poprzedników spod Domku Doktora wzdłuż ścieżki prowadzącej do Bramki, a następnie na wysunięte pod nos Niemców placówki 2.kompanii z 3.baonu na „Szlampie”. Mijając Bramkę wkraczali na wygasłe pole walki sprzed kilku dni. Patrol bojowy ppor. Jędrzejewskiego nie musiał długo czekać na przywitanie strony niemieckiej.

Zaczęło się tradycyjnie od wymiany odbezpieczonych granatów. Zaraz potem dołączyło terkotanie broni strzeleckiej, a po niej rozbudziły się baterie artylerii przygniatającej walczących i tłumiącej ruch na zapleczu. No cóż, kiedy o 9-tej rano przeciwnik przeprowadzał kolejny kontratak, aby odzyskać kontrolę wierzchołka wzg.593, a Klasztor strzelał do naszych, TAC (Tactical Headquarters) rozpuszczało wiadomość, że na ruinach opactwa powiewa biała flaga. Każdy, kto jednak mógł dosięgnąć wzrokiem ruin klasztornych nic podobnego tam zauważyć nie mógł. Ale cóż, wiadomość z tak poważnego źródła kazała iść za ciosem i powiększać zdobycze.

Wydano, więc rozkazy natarcia dla 4. i 6.batalionu, aby ostatecznie rozstrzygnąć los wielomiesięcznego starcia o szczyt góry pochłaniającej każdą ilość szturmujących. Wir bitwy zaogniał się coraz bardziej. Z drobnej wymiany ognia zainicjowanej przez żołnierzy ppor. Jędrzejewskiego rozpętała się zacięta walka o każdą piędź wierzchołka Góry Ofiarnej. Aby podtrzymywać furię ataku i zdobycze w terenie ciągle wprowadzano kolejne grupy uderzeniowe. Powoli zbliżał się koniec dnia i nadal nie było widać rozstrzygnięcia walki. Na szczycie Góry Ofiarnej cały czas pozostawały nierozbite trzy silne kamienne bunkry otoczone zasiekami i minami. Straty obu stron sięgały zenitu i walczono krańcowym wysiłkiem i zawziętością. Przechwytywane niemieckie meldunki mówiły ciągle o wycofaniu się, ale opór obrońców nie wykazywał zmian.

W czasie, gdy grupy uderzeniowe Karpackiej i Kresowej prowadziły natarcie Drogą polskich Saperów w stronę Gardzieli pięły się czołgi  4.p.panc. Ich zadaniem było po raz kolejny wdarcie się w dolinkę Albanety i prowadzenie ogni wspierających na osi natarcia nacierającej piechoty.
O godz.7.20 do Gardzili dotarły jako pierwsze czołgi 2.szwadronu kpt. Drelicharza, a na lekko opadający grzbiet płd. Widma próbę wdarcia podjęły czołgi 3.szwadronu. Wąski wlot w dolinę Albanety ponownie został silnie zaminowany przez Niemców pomiędzy pierwszym a drugim natarciem i przekroczenie wąskiego przesmyku okazało się niemożliwe bez wcześniejszego rozminowania przedpola. Saperzy podejmowali wielokrotnie próby uwolnienia od min choćby kilku metrów terenu, ale w świetle dnia byli łatwym celem dla ogni z całego amfiteatru sąsiadujących wzgórz.

Tymczasem czołgi kpt. Drelicharza nie mogąc przekroczyć zaminowanego grzbietu Gardzieli rozpoczęły prowadzenie ognia w stronę rozpoznanych bunkrów niemieckich wspierając tym samym natarcie kompanii szturmowych 6.batalionu mjr. Różyckiego walczącego na wcześniejszym odcinku uderzenia 1.baonu ppłk. Raczkowskiego.

Żołnierze Różyckiego wbili się o 11.20 w kotlinkę przed Mass Albanetą nawiązując walkę z bunkrami na płn. stoku wzgórza 593. W czasie, gdy z wielkim trudem czołgi 2.szwadronu wdzierały się w Gardziel na prawo wspinaczkę na południowe Widmo rozpoczęły czołgi 3.szwadronu. Tak jak przed bitwą dowódcy obu dywizji gen. Duch i gen. Sulik ciągnęli supełki o rejon walki, tak dowódcy plutonów 3.szwadronu postanowili ciągnąć zapałki o wyznaczenie zadań. Wśród nich było trzech podporuczników-Białecki, Besser i Kochanowski. Białecki poległ a Besser zaproponował półroczny żołd Kochanowskiemu za odstąpienie zadania. Kochanowski wsiadając do czołgu odparł-„nie ma tak dobrze” i ruszył miażdżyć bunkry płd. Widma.

Czołgi pnące się po stromiźnie wzgórza wyły na wysokich obrotach wyszukując przejść między głazami. Na widok polskich pancerzy, kamienne bunkry siejące śmierć pośród piechoty ucichły, a te, które się odezwały szybko obracał w pył ogień atakujących czołgów. Nagle pośród stanowisk niemieckich zaczęły wyrastać białe szmaty. Jeńców było coraz więcej. Zrozumieli, że i my mamy teraz pancerz.

Bilans poniesionych strat był wysoki, ale do godzin wieczornych 17 maja atakującym udało się zająć i oczyścić całe Widmo, M.S.Angelo, płn. stoki wzg.593 w stronę Albanety oraz mocno przetrzebić obronę na samym wierzchołku Góry Ofiarnej i S.Angelo. Po naszej stronie poległo jednak wielu żołnierzy, a wśród nich z-ca dowódcy dywizji, dwóch dowódców brygad, pięciu dowódców batalionów i trzech majorów. 17 maja był czarnym dniem dla kadry oficerskiej korpusu Andersa. Ale cóż, od zawsze w historii wojen przykład i odpowiedzialność musi pochodzić od tego co dowodzi.
O godz.22 przechwycono kolejny meldunek z rozkazami wycofania niemieckich obrońców z Klasztoru i znacznej części masywu wzgórz M.Cassino. Wysyłane patrole bojowe natrafiały jednak na niezmienną siłę ognia, a o drugiej w nocy spadochroniarze przypuścili kolejny kontratak na szczycie 593. Taka sytuacja trwała aż do samego świtu 18 maja kiedy wysłano kolejne patrole dla zlustrowania terenu i tak wstawał ostatni dzień walki. O świcie patrol wysłany na wzg..569 stwierdził brak oporu. Natychmiast wysłano kolejnych żołnierzy z 6.baonu w stronę Mass Albanety i z baonów 4. i 5. przez 593 w stronę wzg.476 i Klasztoru. W tym czasie ze stanowisk 12.PUPodol. , jako znajdującego się w najbliższym sąsiedztwie opactwa, wysłano patrole z 2. i 3.szwadronu.

Jako pierwszy do ruin Klasztoru wkroczył ppor. Gurbiel z patrolem 13 ułanów. O godz.10.20 zdobywcy zatknęli proporczyk pułku na gruzach klasztoru Montecassino, po czym na rozkaz gen. Andersa wysłany na miejsce kpt. Rogulski z Kwatery Głównej zatknął flagę polską i angielską. Pozostający nadal w ukrytych stanowiskach i bunkrach spadochroniarze na widok zbliżających się orzełków siedzieli cicho, nie otwierali już ognia. Woleli trafić do niewoli brytyjskiej. Nasi żołnierze dowiadywali się o tym od później napotykanych żołnierzy angielskich prowadzących jeńców i z uśmiechem pytających-„to od was tak uciekali?”. 5 miesięczne nasączanie ziemi krwią dobiegało końca w jednym momencie. W świat szły krótkie komunikaty- VICTORY ! ZWYCIĘSTWO! Niezwyciężona miesiącami twierdza upadła.



Walka nie dogasła jeszcze jednak na S. Angelo (Górze Anioła Śmierci). Przez cały dzień 18 maja prowadzono bój o rozbicie ostatnich bunkrów-olbrzymów. Opór obrońców stopniowo wygasał, ale trzeba było bić się o każdą piędź terenu. O godz.4.15 19 maja, wysłane wieczorem dnia poprzedniego patrole, wystrzeliły rakiety informując, że wzgórze zostało ostatecznie zdobyte. Na polu walki w masywie, niezwyciężone dotychczas miesiącami bunkry objęła nagle cisza. To koniec. Wokół zalegało w ostatnim uścisku wiele trupów żołnierzy obu stron. Gdzieś w oddali słychać było przesuwającą się na przedpolu Linii Hitlera walkę. Polskie natarcie w IV bitwie o Monte Cassino właściwie nie zakończyło się na zdobyciu ruin montecassińskiego opactwa. Trzeba również pamiętać o zaciętych walkach prowadzonych do 25 maja 1944 r. przez Pułk Ułanów Karpackich i 15. Pułk Ułanów Poznańskich o zdobycie pasma wzgórz Pizzo Corno i Monte Cairo.  Ciężkimi stratami okupiona została również walka Pułku 6. Pancernego i innych pododdziałów podczas ataku na Piedimonte S. Germano położonego na Linii Hitlera. 

W tej ciągłej walce kilkudniowej, przypływach i odpływach, ginęli nieprzerwanie żołnierze. Wówczas miało to być może jedynie znaczenie dla rodzin i kolegów. Wojna była wszędzie wokół. Dla nas obecnych to wszystko pozostaje już tylko zapisem.  Zapisem bitwy, wydarzenia z historii. Ale naszym obowiązkiem jest przekazanie niezwykłego poświęcenia tych ludzi. Oddanie im pokłonu i szacunku. Oni walczyli o wolną Ojczyznę i powrót do rodzin i domów. Walczyli o wolną Polskę.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Piotrowski

Źródło: Nasz Świat nr 8  (16-30 kwietnia)/2009