Magazyn - Nasz Swiat
21
Cz, wrzesień

W ostatnim czasie, kilka mam zwróciło się do mnie z pytaniem, kiedy i jak odzwyczaić dziecko od karmienia piersią. Powody odzwyczajenia dzieci od karmienia są różne podobnie jak i wiek  karmionych przez nie piersią dzieci.

Na pytanie „kiedy?” – nie ośmielę się odpowiedzieć, bo to sprawa bardzo indywidualna. Spotkałam się z wieloma, rozbieżnymi opiniami na ten temat. Są specjaliści mówiący o tym, że dziecko powinno się karmić jak najdłużej mlekiem matki, a są i tacy, którzy uważają, że o tym w jaki sposób i jak długo karmić, powinny decydować same matki.

Karmienie piersią jest szeroko propagowane przez ruchy kobiece. Organizują one akcje karmienia piersią w miejscach publicznych przez kilkanaście matek w jednym czasie po to, by przyzwyczaić ludzi do widoku kobiety z dzieckiem przy piersi. Odnotowano jednak przypadki, gdzie karmiące piersią matki były proszone o przejście w ustronne miejsce, kiedy rozpoczynały karmienie w restauracji, wśród innych gości. Społeczność świata jest podzielona, podobnie jak w przypadku różnych innych, budzących kontrowersję, przypadków.

We Włoszech spotkałam się ze zdaniem pediatrów, że karmienie piersią jest najlepszym i jedynym sposobem na zdrowy rozwój dziecka. Dziecko karmione mlekiem matki powinno być karmione na zawołanie i nie potrzeba takiemu dziecku dostarczać żadnych innych składników pokarmowych przynajmniej do 6 miesiąca życia dziecka, w tym i wody.

Są jednak i tacy pediatrzy, którzy propagują laktację, proponując jednak rozpoczęcie podawania nowych pokarmów od 4 miesiąca. W tym miejscu, zwracam uwagę na fakt, że to jak, kiedy i w jakiej formie należy zacząć podawać dzieciom inne pokarmy, w dużej mierze jest uwarunkowane zasadami żywieniowymi obowiązującymi w kraju, w którym żyjemy. Panie, które zostały matkami w Polsce, a potem we Włoszech na pewno miałyby wiele do powiedzenia o różnicach w pierwszych potrawach ich dzieci.

Mamo Ado, piszesz i piszesz o tym, jak ważne jest to, żeby nasze dzieci były dwujęzyczne. A co mam zrobić, jak pani psycholog kazała mi zaprzestać mówić do mojej prawie 4 letniej córki po polsku, bo mówi bardzo mało i niewyraźnie po włosku. Ten sam problem jest z młodszym moim synkiem, który  ma prawie 3 latka. Więc co mam teraz zrobić. Słuchać Ciebie,  choć nawet Cię nie znam czy specjalistki, włoskiej psycholożki, która widziała i słyszała moje dzieci i wie może lepiej, co jest dla nich lepsze.

A.C.

Problemy z niewyraźną mową czy niewyraźnym wymawianiem słów mogą mieć bardzo różne podłoże. Począwszy od problemów ze słuchem a skończywszy na niewielkim kontakcie z językiem lub kontakcie z językiem poprzez osoby, które same mówią niepoprawnie.

Trudno ocenić sytuację, nie znając dokładnie warunków i środowiska w jakim wychowują się dzieci. Czy jedyną osobą dorosłą mówiącą do nich jest matka, czy może oboje rodziców. Czy jedno z rodziców jest Włochem, czy może oboje są obcokrajowcami we Włoszech. Czy dzieci uczęszczają do placówek oświatowych typu przedszkole, gdzie mają kontakt z rówieśnikami czy są cały czas w domu z polskojęzyczną mamą. Czy spędzają czas z dziadkami, którzy często posługują się lokalnym dialektem zamiast językiem włoskim.

Mamo Ado, mój synek skończył miesiąc temu 2 lata i zastanawiam się czy skorzystać z możliwości zapisania go od września do przedszkola. Czy to dobry pomysł? Czy może lepiej, żeby jednak chodził  przez rok do żłobka?

Monika, Lombardia

We Włoszech faktycznie istnieje możliwość zapisania dziecka do przedszkola i szkoły o rok wcześnie, czyli przed osiągnięciem przez dziecko ustalonego wieku minimalnego (tj. odpowiednio: 3 lub 6 lat). Niestety we Włoszech nie są wykonywane badania, jak to miało miejsce w Polsce, sprawdzające czy rozwój emocjonalny dziecka jest wystarczający do  rozpoczęcia przez nie obowiązku szkolnego na wcześniejszym wieku.   

Rodzicami zapisującymi dzieci o rok wcześniej do przedszkola, kierują różne względy. Najczęściej są to względy finansowe, zwłaszcza tam, gdzie za żłobek się płaci, a za przedszkole nie. Posłanie dziecka o rok wcześniej, tj. np.  dwulatka z grupą dzieci 3 letnich, bez postawienia sobie pytań o przygotowanie naszego dziecka do nowej sytuacji, nie jest dobre.

Od kiedy mamy Niunię, mamy problem ze Świętym Mikołajem. Oczywiście prezenty przynosi, ale jak i dlaczego Niunia nigdy go nie widzi?

Każda rodzina ma swoje sposoby na Świętego Mikołaja i podrzucanie prezentów pod choinkę, korzystając z nieuwagi swoich pociech. Z dzieciństwa pamiętam, że w jakiś dziwnie magiczny sposób czuło się obecność Mikołaja, ale nigdy nie było go widać. Tradycję kontynuuję w moim domu. Kiedy przychodzi czas na prezenty, po Kolacji Wigilijnej, Tatuś zabiera Niunię na dwór szukać Mikołaja, tłumacząc Niuni, że sanie mogły zabłądzić. I kiedy oni chodzą w koło domu szukając i nawołują „ho ho ho Mikołaju!” ja wyciągam z ukrycia paczki, wrzucam je pod choinkę i wołam Rodzinę oświadczając, że Mikołaj właśnie wrzucił prezenty przez okno (które było akurat z innej strony niż moja Rodzina) i kazał ucałować wszystkich i przeprosić, bo miał jeszcze dużo paczek do rozdania.

Póki Niunia była malutka, problem był łatwy do rozwiązania, ale już w zeszłym roku przed świętami zaczęła umawiać się z Tatusiem, że ona zostanie w domu przy choince, a Tatuś wyjdzie na poszukiwania Mikołaja. Udało się nam ją „zakręcić” i numer z chodzeniem i wołaniem udał się ponownie w zeszłym roku, w tym roku mam obawy, że tak łatwo nie pójdzie...

W tym roku jednak postanowiłam pomóc sobie trochę... Zamówiłam Niuni prezenty przez internet, które mi ładnie zapakowali i dołączyli napisany przeze mnie list: Droga Niuniu, bardzo dziękuję Ci za list, w którym prosisz o różne prezenty. Na świecie jest bardzo dużo dzieci, które do mnie piszą i niestety, choć pomaga mi magia Świąt Bożego Narodzenia, nie zawsze mogę spełnić życzenia wszystkich. Postanowiłem jednak spełnić kilka z Twoich życzeń, część z nich znajdziesz już dziś pod choinką w Twoim domu, a część pod polską choinką, bo wiem, że tegoroczne święta spędzisz z Rodzicami właśnie tam! Ściskam Cię serdecznie, Święty Mikołaj i Renifery.

Zobaczymy jak Niunia zareaguje na wiadomość od samego Świętego Mikołaja :)

Ciekawa jestem jak Wy sobie radzicie... piszcie ada.odpowiada(at)gmail.com

Cudownie wspaniałych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia, magii, która towarzyszyć będzie Wam przez cały nadchodzący 2013 rok
życzy Wszystkim

Mama Ada*
mamaada.blogspot.it

 

 

* Mama Ada - pedagogicznie podchodząca do życia polska mama, od lat mieszkająca we Włoszech, pracująca na co dzień z dziećmi polskimi i włoskimi, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego na Wydziale Nauk o Wychowaniu.

Witam! (...) jestem studentką pedagogiki specjalnej i przedszkolnej. Od dziecka jestem zakochana w Italii. Pochodzę z niewielkiej miejscowości położonej nad Bugiem. (...) znajomi moich dziadków jeździli za pracą do Włoch, po jakimś czasie przyjeżdżali i mówili w pięknym języku, którego ja niestety nie rozumiałam :) Stąd pojawiło się pragnienie nauczyć się posługiwania się tymże językiem i obcować z kulturą włoską. I jako że uwielbiam dzieci i jestem zauroczona Italią, narodził się pomysł, aby znaleźć pracę we Włoszech jako au pair :) Niestety nie mam nikogo kto mógłby mi w tym pomóc.
Ewelina


Podobnie jak Pani, zakochałam się w języku włoskim, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką... Wraz z wiekiem miłość nie mijała, a zainteresowanie krajem i kulturą rosło.

Kiedy tu przyjechałam miałam głowę pełną pomysłów i byłam otwarta na nowe doświadczenia, jednak z upływem czasu, coraz lepszą umiejętnością posługiwania się językiem i na podstawie własnych obserwacji włoskiej kultury, moja miłość nieco wyblakła, zauroczenie zupełnie minęło...

Marzy Pani o nauce języka włoskiego - świetnie. Problem w tym, że rzadko trafia się tutaj rodzina, która chciałaby dziewczynę do opieki nad dziećmi, która nie umie mówić po włosku. Jednak przeglądając ogłoszenia w polskich portalach znaleźć można sporo ofert właśnie dla chętnych do pracy „au pair”.

Żyjemy w czasach, kiedy wszystko, co robimy ma jakiś związek z nowoczesną technologią. W kuchni mamy wielofunkcyjne sprzęty, które mają nam ułatwić przyrządzanie potraw. W salonie oprócz telewizora stoi odtwarzacz dvd, kino domowe, dekodery satelitarne i inne cuda. Śpimy z telefonami najnowszej generacji obok łóżka. W telefonach mamy oprócz zwykłych potrzebnych funkcji całą masę i innych aplikacji, z których nie mamy czasu nigdy korzystać. Całymi dniami gonią za nami ludzie w wymiarze wirtualnym, odbieramy masę smsów, maili, spędzamy godziny rozmawiając przez telefon lub internet. Nic dziwnego, że nasze dzieci też tak chcą...

Sześcioletnia córka mojej przyjaciółki poprosiła mamę, żeby zrobiła jej własnego bloga. „Bloga??? Dziecko, przecież ty nawet nie umiesz pisać” – zbulwersowała się i zadzwoniła do mnie z tą interesującą informacją, bo sama nawet nie wie, co to ten blog i jak się do niego zabrać. Jak się okazało, dziecko też nie wiedziało co chciało. Nie wiedziało co to jest blog, a chciało po prostu, żeby matka zrobiła mu jego własny profil w ich wspólnie używanym komputerze, bo widziało, że jakiś kolega tak właśnie używa komputera swojej mamy. Wytłumaczyłam Ance, że prośba jej córki nie jest nie do przyjęcia, wręcz przeciwnie, nawet lepiej, żeby używała komputera w „swojej strefie”, bo w ten sposób nie skasuje jej żadnego ważnego pliku ani nie wda się w żadne niepożądane dyskusje z jej skypa czy facebooka.

Robimy sobie profile na różnych portalach społecznościowych, mniej lub bardziej używanych, publikujemy na nich zdjęcia naszych bliskich, oświadczamy światu, że na tydzień wyjeżdżamy na narty, że wieczorami bywamy w jakiejś restauracji czy pubie. Dostęp do naszych informacji mają wszyscy, a my nawet nie wiemy kto się nimi interesuje i z jakich powodów.

Obudziłam się, wstałam, otworzyłam okiennice i… hurra! Śnieg! Obudziłam moją Niunię informując o przykrytym białą pierzynką świecie, co postawiło ją od razu na równe nogi. Pobiegła do okna szczęśliwa, w mega szybkim tempie zjadła śniadanie i nie mogła się doczekać, żeby pobiegać po śnieżnym puchu...

Ubrałam ją i siebie ciepło, wyszłyśmy, a tu niespodzianka...

Całą drogę do szkoły miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na ulicy. Samochody jeździły 15 km/h, stworzyła się kolumna, jakiej nigdy o tej porze dnia u nas nie widziałam. Miałam już wrażenie, że do szkoły dziś już nikt nie przyjdzie, ale się pomyliłam. Rodzice i dzieci opatuleni w czapy i szaliki, rękawiczki, kapoty, zbliżali się do szkoły, tylko po to by schować się pod dachem i skulić z zimna. Co jakiś czas słychać było szczęśliwy okrzyk wchodzącego za bramę dziecka, na widok placu pokrytego w całości puchem, a za chwilę okrzyk rodzica: non fermare, vai lì, sottoportice, non toccare la neve! Non camminare sulla neve! (nie zatrzymuj się, idź tam pod zadaszenie, nie dotykaj śniegu! Nie chodź po śniegu!).

Moje dziecko było jedynym, które biegało jak szalone, robiło kulki i rzucało je (oczywiście nie w  kolegów), uśmiechnięte i rozradowane od samego rana.

Przyznam szczerze, smutno mi się zrobiło widząc żałosne miny dzieci i przerażone rodziców. Tu gdzie mieszkamy śnieg pada bardzo rzadko, a większość dzieci, z tego co obserwuję,   nie ma nawet możliwości dotknięcia go, poznania, zabaw na nim, które przecież są wspaniałą frajdą…che tristezza...

Mama Ada*
mamaada.blogspot.it

ada.odpowiada(at)gmail.com

 

 

* Mama Ada - pedagogicznie podchodząca do życia polska mama, od lat mieszkająca we Włoszech, pracująca na co dzień z dziećmi polskimi i włoskimi, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego na Wydziale Nauk o Wychowaniu.