Magazyn - Nasz Swiat
13
Śr, grudzień

Kiedy rodzi się nam dziecko, nie myślimy o tym, że za jakiś czas ono urośnie, a my będziemy musieli wrócić do pracy. Zaczynamy o tym myśleć niedługo zanim ten fakt nastąpi i wtedy zadajemy sobie pytanie – co z moim dzieckiem. Oddać do żłobka? Szukać niani? Zrezygnować z pracy?

W takiej sytuacji znalazłam się i ja. Z drobną różnicą, że dziecko już chodziło do żłobka, ale ani moje godziny pracy ani mojego męża absolutnie nie pozwalały na zawożenie tam dziecka rano. Babci w pobliżu nie było, cioci żadnej do dyspozycji też... Zaczęłam poszukiwania „taty” czyli niani. Dałam ogłoszenie w internecie – zero zainteresowania. Zaczęłam szukać ogłoszeń w mieście. Dwa pierwsze napisały osoby, które były i  owszem zainteresowane byciem baby sitter, ale nie dziecka, któremu trzeba zmieniać pieluchy... Jedną mi przysłali z Informagiovani. Niestety nie miałabym odwagi ważącej już wtedy prawie 10 kg Niuni zostawić z ważącą z 45 kg osobą niepełnosprawną fizycznie. Mieszkałam wtedy na drugim piętrze i trudno mi było znosić i wnosić dziecko i wózek, bałam się wyobrazić sobie jak ta kandydatka na nianię radziłaby sobie z tą czynnością.

Tak, jak trudno znaleźć opiekującym się dziećmi dobrego pracodawcę, tak samo trudno znaleźć rodzicom dobrą nianię. Zarówno jedni jak i drudzy napotykają na różne problemy i wcale nie łatwo jest im znaleźć osobę godną zaufania, z którą współpraca układałaby się fantastycznie.

Byłam po jednej i po drugiej stronie. Zanim zostałam mamą, pracowałam jako opiekunka do dzieci we Włoszech. Kilka lat później, kiedy urodziła się Niunia, a ja poszłam do pracy – szukałam opiekunki. Trudności we współpracy z rodzicami dzieci jak i w znalezieniu potem odpowiedniej osoby dla mojego dziecka było całe mnóstwo. Chciałabym się podzielić moimi rozważaniami na ten temat zarówno z osobami, które szukają tej niezwykle satysfakcjonującej pracy jak i z tymi, które obawiają się oddać dziecko w obce ręce.

 

 

Lubię magię świąt Bożego Narodzenia, zapachy towarzyszące grudniowym świętom, skrzypiący pod butami śnieg, uwielbiam polskie kolędy, przygotowywanie prezentów i potrawy wigilijne...

Od kiedy osiedliłam się we Włoszech, nie spędzam jednak tych świąt w Polsce... a to za droga podróż, a to niebezpiecznie, a to brak urlopu, albo urlop za krótki i jazda na wiariata po śniegu po prostu  ni wchodzi w grę...

Moja pierwsza Wigilia w Italii to była szybka pizza... Akurat udało mi się dostać przedświąteczną  pracę w sklepie perfumeryjnym, gdzie pakowałam kupowany towar i ostatnie 5 dni przed świętami stałam właśnie tam od rana do wieczora, również w Wigilię. Pizza na kolację wigilijną, to była najgorsza rzecz jaką w życiu zjadłam. Czułam się jakbym sprofanowała nasze tradycje...

Potem już próbowałam coś przygotowywać. Ale oczywiście, jak się było leniwym za młodu i nie chciało się stać w kuchni z kobietami, to się po prostu nie umie robić pewnych rzeczy...

Moje pierwsze uszka były wielkości wielkich pierogów i nie za bardzo wiedziałam czemu aż tak mi urosły. Smakiem przypominały pierogi mojej mamy, ale chyba tylko dlatego, że dawno tych maminych nie jadłam. Jedyne co mi wychodziło, choć musiałam się ratować tym w proszku, żeby kolor był widoczny, to był barszczyk czerwony.

Otrzymuję sporo maili od osób z Polski, które myślą o tym, by przyjechać do Włoch i tu znaleźć pracę i żyć. Powiem szczerze, każdemu kto do mnie napisał, stanowczo radziłam, żeby się jeszcze raz zastanowił nad swoją decyzją. Zwłaszcza jeśli to były osoby kończące studia polonistyczne, historyczne czy prawnicze lub ludzie, którzy w Polsce mają pracę, a mimo to chcą się przenieść. Każdy miał prawo sobie o  mnie pomyśleć „Wstrętna baba! Sama tam siedzi a innym broni!” A ja nie bronię, ale uświadamiam, jak trudno jest znaleźć we Włoszech pracę, zwłaszcza ludziom, którzy świeżo po studiach mają głowy pełne nadziei na lepsze jutro i to, że włoska rzeczywistość na pewno nie jest identyczna z tą jaką znamy z opowiadań innych, którzy mieli okazję być na wycieczce we Włoszech.

Zwiedzanie najpiękniejszych miejsc, to nie to samo, co wynajęcie mieszkania a kosztowanie aromatycznych win to nie to samo co płacenie rachunków. Włochy są piękne, jeśli się tu na chwilę zatrzymamy. Zauroczą nas piękne kobiety i ich drogie ubrania, wychuchani mężczyźni i ich pachnące wody toaletowe. W siódme niebo wprowadzi nas włoska kuchnia i pachnąca kawa z rogalikiem na śniadanie. Niestety na tym życie się nie kończy, a dopiero zaczyna.

We mnie Italia wzbudza różnorodne emocje. Zakochałam się w języku i muzyce, polubiłam makarony na tysiąc sposobów, nie jestem w stanie wytrzymać bez cappuccino, z trudem sobie odmawiam rogalików, zwłaszcza tych „integrale” z miodem, przynajmniej dwa razy w miesiącu chce mi się pizzy i jem tylko moją ulubioną z pomidorkami, rukolą i bufalą. Nie znoszę jednak włoskiej biurokracji, rachunków, które przychodzą wszystkie jednocześnie, krzykliwości, dialektów, wkurza mnie, że kobieta jest obiektem seksualnym a nie człowiekiem, że szukając pracy pytają mnie czy mam dzieci, że włoscy mężczyźni bez względu na wiek i urok osobisty mają o sobie mniemanie „superfigo”. Denerwuje mnie, że w tej słonecznej Italii zima wydaje się być zimniejsza a wilgoć powoduje, że mam wieczne problemy z zatokami. Ale jestem tu i trudno mi sobie wyobrazić, że któregoś dnia wrócę do mojej ukochanej Polski, w której denerwuje mnie ta sama ilość rzeczy co tu.

Wielkimi krokami zbliżają się święta... cudowny, magiczny czas, który dorosłym kojarzy się z rodzinną atmosferą, potrawami, które jadamy raz do roku, Pasterką, kolędami, a który dzieciom kojarzy się prawie i wyłącznie z prezentami i Mikołajem.

Telewizja, ta polska i ta włoska, bombarduje nas reklamami najbardziej wymyślnych zabawek, a nasze dzieci „łykają” te wszystkie nowości jak złota rybka pokarm rzucony na wodę w akwarium... Nie znoszę reklam na kanałach dla dzieci, a jeszcze bardziej przerywania programów dla dzieci reklamami! Po prostu nie jest to uczciwe w stosunku do odbiorców, którymi są nieświadome dzieci, które nie zarabiają pieniędzy, by potem móc spełnić swoje przyziemne marzenia i kupić wszystkie te „wypasione” zabawki, którymi się i tak potem nie bawią.

Chciałabym się podzielić z Wami moimi doświadczeniami w rozdawaniu prezentów i przedstawić mój punkt widzenia, jak się do tego zabrać.

Z mojego dzieciństwa pamiętam, że głównym narzędziem wychowawczym w domach był piękny, mniej lub bardziej wysłużony skórzany pas z metalową sprzączką. U sąsiadki, która miała dzieci sporo starsze ode mnie, wisiała na kuchennej klamce pyta, czyli kawałek patyka z rzemieniami. Bicie było najważniejszym argumentem podczas nieporozumień międzypokoleniowych, przy czym to ci starsi i silniejsi używali narzędzi wspomagających a nie słabsi.

Rolą dzieci było nadstawianie pośladków na życzenie rodzica lub chowanie ich ze strachu przed bólem. Oczywiście generalizuję, wielu z moich rówieśników nie było nigdy bitych pasem, rodzice używali dłoni. Nie zawsze bicie oznaczało oklepywanie pupy, znam tych, którzy często i gęsto dostawali po głowie czy mieli naciągane uszy. Z opowiadań starszych pokoleń natomiast słyszałam, że w latach powojennych osobami wymierzającymi kary cielesne bardzo często byli nauczyciele w szkołach czy księża na religii. Bicie w domach było niejako rytuałem wykonywanym przez głowę rodziny skórzanym pasem czy rzemieniem po powrocie do domu z pracy i wysłuchaniu drugiej połowy, czyli matki, ile się musiała naużerać z niedobrymi dziećmi przez cały dzień.

Wraz ze zmianą czasów, zmieniły się kary. Bolesne chłosty zastąpione zostały przez teoretycznie bardziej humanitarne metody. Klaps dany ręką pozostał nadal najbardziej przekonującym argumentem w relacjach rodziców z dziećmi, ale w dużej mierze kary fizyczne zostały zastąpione przez kary „psychologiczne”. Wśród tych najczęściej stosowanych przez rodziców kar jest zakaz oglądania bajek, zakaz jedzenia słodyczy, zakaz zabaw z rówieśnikami i siedzenie we własnym pokoju.

Czy kary są konieczne?

Z punktu widzenia rodzica, trudno sobie bez nich poradzić z dzieckiem. Im starsze dziecko, tym wachlarz kar musi być większy, a kary bardziej wymyślne. Im większe „wykroczenie” dziecka tym kara powinna być dotkliwsza.

Najczęściej to kobiety wiedzą coś więcej o „tej” toksykologii. To właśnie one są narażone częściej na życie w związkach bez przyszłości, podporządkowane swoim „panom” wiodą życie „uwiązanych” lub zamkniętych w „złotych klatkach”.

Ale toksyczne są nie tylko związki kobiet z mężczyznami, czy osób tej samej płci stanowiących parę. Toksyczne mogą być również zależności pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, rodzicem a dzieckiem, współpracownikami.

Człowiek w grupie podobno szuka zawsze kogoś, kto staje się kozłem ofiarnym takiej grupy. Czy to będzie drużyna piłki nożnej, brygada w fabryce, zespół szwaczek czy tancerek, może się zdarzyć, że tak jak grupa szuka i odnajduje swojego niepisanego szefa, tak samo wybiera osobę, która staje się ofiarą.

Nie zawsze bycie ofiarą oznacza to samo. Czasem zwykłe wykorzystywanie tych samych ludzi do własnych celów może spowodować, że narodzi się zależność, z której osoba słabsza psychicznie nie będzie umiała się uwolnić. W biurze czy w fabryce zawsze się znajdzie ktoś, kto nigdy nie odmówi, gdy inni będą go prosić o przysługi. Proszenie o drobne przysługi z czasem zamieni się w wydawanie poleceń, a jeśli sytuacja ciągle będzie trwała – stanie się zjawiskiem codziennym z zastrzeżeniem, że to osoba do tej pory proszona, będzie musiała sama zgadywać, jak komu dogodzić, żeby zyskać sympatię czy aprobatę.

Toksyczne związki rodziców z dziećmi

Zwykle wygląda to tak, że od najmłodszych lat matka, ojciec lub oboje rodzice trzymają dziecko czy dzieci „na smyczy” nie pozwalając im się spotykać z rówieśnikami, wybierając za nich ich przyszły zawód, jeśli pozwalają się usamodzielnić, to wybierają z kim mają się związać, a nawet jak urządzić mieszkanie.