Magazyn - Nasz Swiat
21
So, październik

Za oknem kolorowa jesień, a w domu czuć chłód i wypada włączyć kaloryfery. Najlepiej schować się pod kocem i siedzieć przed telewizorem...

Mam inną propozycję...

Schowajmy się pod tym kocem i czytajmy dzieciom po polsku, po włosku albo w jakimś innym języku, ale czytajmy. Nie każmy naszym dzieciom gapić się w te kolorowe pojawiające się  i znikające obrazy, które otumaniają nasze maluchy, od kiedy odkryją potęgę i magię telewizora.

Zróbmy dobry uczynek, sprzątając poszukajmy zapomnianych książek dla dzieci w naszych domach lub pożyczmy je od naszych znajomych (polecam wymianę) i uczmy nasze dzieci, że książka to też potencjał, to kolory naszej wyobraźni, to film, który każde dziecko może samo nakręcić swoimi oczami. Czytajmy.

Zacznijmy od krótkich wierszyków. Od historyjek. Potem czytajmy dłuższe opowiadania, a kiedy zobaczymy, że nasze dzieci potrafią się już koncentrować na tyle, by wysłuchać długiej historii lub książki w odcinkach – czytajmy nadal. Waszą zasługą będzie pierwsza książka, którą weźmie

Wasze dziecko do ręki, by przeczytać ją samodzielnie. Jeśli do tego będzie to książka w języku polskim – możecie sobie pogratulować!

Nie od dziś wiadomo, że słowo czytane wpływa pozytywnie na nasze dzieci. Wzbogaca im zasób słownictwa, wyobraźnię, wpływa pozytywnie na sposób wypowiadania się.

W zeszłym tygodniu znowu dostałam ulotkę, że szanowne nauczycielstwo ze szkoły mojej Niuni będzie strajkowało. Odkąd Niunia skończyła 3 lata, poszła do przedszkola, to otrzymuję takie ulotki średnio raz na miesiąc. Najbardziej wkurza mnie jednak to, że za każdym razem wszystko odbywa się zgodnie z planem, czyli nikt nie strajkuje, ale szanowne nauczycielstwo życzy sobie, żeby przyprowadzić dziecko do szkoły i sprawdzić osobiście, czy będzie się miał kto dzieckiem zająć... Paranoja jakaś...

Jakiś miesiąc temu też był strajk, dzieci z V klasy zostały pod szkołą, bo nie było akurat ich nauczycielki, a Włochy obiegła informacja, że jakieś dziecko spędziło w autobusie szkolnym ponad godzinę, bo nie mógł wysiąść z autobusu skoro nauczyciel strajkował...
Zaraz na początku września, przy okazji pierwszego strajku, poszłam do nauczycielki mojej córki i zapytałam czy jutro będzie strajkować, czy nie, bo ja mam na głowie mnóstwo spraw i nie mogę czekać do jutra rana i potem na gwałt szukać opieki do dziecka. Pani, lekko zaskoczona, zdradziła mi w sekrecie, że ona to właściwie nigdy nie strajkuje, więc będzie.

Co za cyrk, naprawdę...

Ostatnio zaczęłam czytać różne fora, na których Polki z różnych szerokości geograficznych opisują swoje problemy w spełnianiu się jako matki. Problemów jest całe mnóstwo... Kobiety narzekają na pyskate dzieci, na agresję nie wiadomo z czego wynikającą, na lenistwo, na brak zaangażowania w ćwiczenia edukacyjne, na niechęć do zabawy z rówieśnikami, na niechęć do sprzątania, na całą masę różnych mniej lub bardziej dziwacznych zachowań swoich dzieci. Moją uwagę zwróciły dwie, bardzo skrajne opowieści.

W pierwszej mama sześciolatka umartwiała się nad swoimi niepowodzeniami w roli matki, brakiem szacunku ze strony dziecka, niechęcią do kontynuowania zabaw z mamą, agresją w stosunku do matki i do ojca, nad bezczynnym leżeniem dziecka i bawieniem się zabawkami, zamiast wykonywaniem zadań edukacyjnych razem z mamą.

Drugą była mama kilkulatka, która nazwała siebie złą matką, bo tak ją ktoś wprost określił, z uwagi na jej bardzo swobodny kontakt z dzieckiem i sposób wychowania daleki od kanonów propagowanych przez ogólnie przyjęte zasady społeczne i poradniki dla młodych mam.
Po przeczytaniu artykułów rozpoczęłam lekturę komentarzy i uśmiałam się co niemiara. Okazało się, że nasze polskie matki i ojcowie, to całkiem fajny naród, podchodzący do wychowywania dzieci ze spokojem i powściągliwą opiekuńczością. I to mi się podoba! Bo ja też taka jestem.

Nie ma perfekcyjnych rodziców
Nie ma perfekcyjnej matki ani perfekcyjnego ojca tak samo jak nie można wymagać od dzieci, żeby były perfekcyjne. Każdy z nas jest sobą i usilne wtłaczanie go w jakiekolwiek kanony powoduje w pewnym momencie chęć wyzwolenia się, bez względu na to, czy dotyczy to dziecka czy rodzica.

Pisząc niedawno artykuł o macierzyństwie we Włoszech, opierając się na przeżyciach innych pań, wybranych specjalnie, by przedstawić Wam inne zdanie od mojego na temat różnic w wychowywaniu dzieci w Polsce i we Włoszech, nie spodziewałam się, że może on wzbudzić aż takie sensacje. Do artykułu wybrałam opinie i opowieści pań, które zostały matkami w Polsce, a potem po wielu latach zostały ponownie matkami we Włoszech. Zwykły, niby nudnawy temat, wywołał burzę i serię krytycznych uwag pod adresem moich bohaterek, a także kłótnie pomiędzy komentującymi...

Zastanawia mnie ten fakt, z punktu widzenia psychologii... Historie bohaterek, zwłaszcza dwóch pierwszych były niezbyt radosne, trzecia wydaje mi się, opowiedziana była najbardziej bezstronnie. Żadna z pań nikomu osobiście nie ubliżyła, za to one zostały publicznie skrytykowane za swoje, i tak już trudne, życie. Odniosłam wrażenie, że najchętniej by je wychłostano i wywieziono do Polski, bo odważyły się opowiedzieć swoje przeżycia.

Moje doświadczenie życia we Włoszech
Od kiedy mieszkam we Włoszech, poznałam naprawdę całe mnóstwo ludzi, ich przeżyć i przeżyć osób, które tu przyjechały. Spośród tych wszystkich historii, naprawdę trudno byłoby opowiedzieć jedną całkowicie pozytywną. Każdy z nas, albo przynajmniej ogromna większość, przyjechał do Włoch z głową pełną marzeń, zakochany w języku, kraju lub człowieku, albo po prostu z potrzeby utrzymania rodziny w Polsce. Na moim prywatnym przykładzie przyznam, że im dłużej tu jestem, im lepiej poznaję język i ludzi, tym mniej mi się tu podoba. Ale tu mnie rzucił los i tu na razie żyję. Tęsknię za Polską, za możliwością porozumiewania się w moim języku, za spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi, za możliwością pracy w moim zawodzie bez udowadniania nikomu, że mój dyplom magisterski jest tak samo ważny jak inny, a moje przygotowanie do pracy zawodowej na równie wysokim poziomie, jak tych, którzy studiowali we Włoszech.

Zaczęły napływać do mnie listy, którymi chciałabym się z Wami podzielić, być może i Wy będziecie chciały jakoś doradzić, potwierdzić czy sprostować.

Napisała do mnie Joanna z Mediolanu, mama czteroletniej dwujęzycznej dziewczynki. Poszukuje opiekunki do córki ze środowiska polskich studentek. Chciałaby również nawiązać kontakt z innymi rodzinami, które mają dzieci w podobnym wieku. Może ktoś z Was wie coś na temat spotkań dla takich rodzin w Mediolanie lub okolicach? Dajcie znać, Wasze maile przekażę Joannie lub dodajcie komentarz, Joanna sama się z Wami skontaktuje.

Pani Ula z kolei pisze, bym napisała artykuł o tym, gdzie kobiety w ciąży  powinny udać się,  aby nie płacić za wizyty i badania, żeby szukały u siebie w miastach Consultorio Familiare i że wszystkie badania, wizyty i konsulatcje, poza prenatalnymi, są bezpłatne. „(...) Jestem bardzo zadowolona z opieki medycznej. Niektóre kobiety, Polki, nie wiedzą lub mówią, że takich badań we Włoszech nie robią a są w błędzie. Mnie pytali się na samym poczatku czy chcę je wykonać, a są to testy na zespół Downa, nawet położna dziś powiedziała mi, że jak tylko będę chciała coś wiedzieć, czy jak będę miała jakiś problem to żebym bez umówionego terminu udała się do niej. Ona chętnie mi pomoże i tak samo z wynikami badań, jeżeli będę chciała wiedzieć od razu czy wszystko w porządku, zanim będę miała wizytę u Pani G. Ona chętnie mi wszystko wytłumaczy.
Szkoda, że nie wszystkie kobiety są zadowolone. Jeżeli chodzą prywatnie, to wiadomo, że musza płacić za wizyty, a tym bardziej muszą wracać się do swojego rodzinnego lekarza, aby wypisał receptę na leki czy na badania krwi i moczu, a tam niestety bez kolejki nie pójdą chyba, że ktoś będzie miły i ustąpi.”

Pani Ulu zachęcam Panią i wszystkie inne panie do czytania Naszego Świata, w numerze 19 z października 2012 są informacje na temat działania Poradni Rodzinnych (Consultorio Familiare). Co do opłat za badania, otrzymałam najróżniejsze informacje i wynika z nich, że wszystko zależy od regionu Włoch, w którym się mieszka.

Różne informacje dotarły do mnie również w sprawie opłat za przedszkola, jak się okazuje to czy są płatne czy nie zależy od miejsca, w którym się mieszka. Różnice w opłatach za posiłki też są bardzo różne od 3,60€ za posiłek dla dziecka w przedszkolu w Veneto do 6,50€ w Toskanii.

Dostałam też maila od pani Ireny, która pisze: „(...) jestem we Włoszech (Północ) już 32 lata. Jak rodziłam córeczkę, mało co mówiłam po włosku. „Straniera” - pewnie, że byłam „straniera” - ale zależy jak to każdy odbiera. Byłam  w „centrum zainteresowania” - ale szczerze mówiąc, spotkałam dużo serdeczności. Miałam poważne zakażenie, gorączka 40° - dostawałam bardzo bolesne zastrzyki - już przed zastrzykiem były  gotowe panie/pacjentki, aby masować mi nogę. Do dzisiaj utrzymuję z tymi paniami kontakty.”

„Czy w Polsce czy we Włoszech są ludzie dobrzy i źli, trzeba umieć  „wgrać się” w ich codzienność, nie narzucać się, szanować ich kulturę (...) Pewnie, że były różne przypadki, życie jest życiem. Co do opieki lekarskiej, w 90% korzystałam z bezpłatnej opieki lekarskiej i ...., mój polski sposób też wykorzystałam, np. po wizycie podarowałam małą butelkę wódki, czy czekoladki, ....., o tak, aby pokazać naszą polską szczerą duszę. Niby nic, ale za każdym następnym  razem byłam „mile widziana” nawet bez prezentu i tak do dzisiaj. Są to małe sztuczki, aby pokazać się z innej strony, pokazać, że jesteśmy ludźmi z kulturą, przyjaznym i otwartym  narodem (...).”

Pani Irena podsumowuje na koniec: „cały świat to jeden kraj - więc nie powinno się mówić, czy tutaj jest dobrze czy źle - ludzie są różni, ale my przyjechaliśmy do Ich kraju, więc nie możemy tylko krytykować, ale także zrozumieć i delikatnie, krok po kroku, wchodzić w ten świat i , czemu nie, wprowadzić też coś Naszego (...).”

Bardzo dziękuję Pani Irenie za maila, mam nieco odmienne zdanie na temat rozdawania prezentów dookoła, ale oczywiście każdy może robić jak uważa.

Dziękuję wszystkim za kontakt mailowy, za komentarze i rozmowy na facebooku. Piszcie do mnie na ada.odpowiada(at)gmail.com

Mama Ada*
mamaada.blogspot.it

ada.odpowiada(at)gmail.com

 

 

* Mama Ada - pedagogicznie podchodząca do życia polska mama, od lat mieszkająca we Włoszech, pracująca na co dzień z dziećmi polskimi i włoskimi, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego na Wydziale Nauk o Wychowaniu.

Kiedy podczas studiów robiłam kurs instruktorski z zakresu gimnastyki korekcyjno-kompensacyjnej, będąc w tramwaju lub na ulicy wyszukiwałam (albo raczej same mi się narzucały) wady postawy u ludzi... „To takie zboczenie zawodowe” – wyjaśniła mi koleżanka fryzjerka. „Jak chodzę po ulicach, to wszystkim zmieniałabym fryzury, albo myła włosy!”.

Pamiętam jeszcze z mojej kariery uczniowskiej zajęcia z gimnastyki dla każdego kto miał jakąś wadę postawy. Na zajęcia chodziło się do szkoły przed lekcjami lub po lekcjach, ze zmiennym skutkiem. Kiedy zaczęłam pochłaniać informacje na ten temat, dowiedziałam się, że skutek w dużej mierze zależy od systematyczności stosowania ćwiczeń, ale przede wszystkim od prawidłowej diagnozy wady.

Od kiedy w Polsce zaczęły się zawirowania w służbie zdrowia i szkolnictwie, pozabierano szkołom pielęgniarki, a dostęp do ortopedy został ograniczony i wydłużony, karierę zaczęli robić zwykli instruktorzy, którzy sami diagnozują wady a potem dozują ćwiczenia. Znam kilku, którzy otworzyli świetnie prosperujące ośrodki walki z wadami postawy i „torturują” w nich dzieci.

Z doświadczenia zawodowego: gimnastyka działa cuda!
Kiedy zaczęłam pracę w szkole, dyrektor zaproponował mi przejęcie po koleżance grupy dzieci z gimnastyki  korekcyjnej. Jak się okazało, moja poprzedniczka również sama wyszukiwała dzieci, diagnozowała a potem miała dużą frekwencję na zajęciach. Moja metoda zaproponowana rodzicom, by zweryfikować moją diagnozę u specjalisty, nie przypadła rodzicom do gustu, w związku z tym, na zajęcia przychodziło zaledwie 12 dzieci z ponad 30 wyselekcjonowanych wcześniej.

Powiedzmy, że mamy za sobą mniej więcej 6 – 7  miesięczny okres po porodzie, nasze bliźniaki się świetnie rozwijają, rosną jak na drożdżach, wspaniale się uzupełniają i kłócą o zabawki.

Przychodzi czas, kiedy nasze bliźniaki zaczynają się przemieszczać...

Przygotowanie domu, w trosce o bezpieczeństwo dzieci
Wróćmy do domu dwupoziomowego. Ktoś te dzieci na górę po schodach nosił do tej  pory, ale jedzą i rosną, więc są coraz cięższe, a nasze plecy i kręgosłup nie dają już rady. Kiedy dzieci rozpoczynają raczkowanie – uczmy je wspinać się po schodach i schodzić z nich, pamiętając, że wchodzimy zawsze głową do przodu raczkując, schodzimy natomiast siedząc na pupie. Z moich prywatnych doświadczeń to są najbardziej optymalne formy, które możemy dzieciom zaproponować zaraz na początku wspierając zarazem ich rozwój motoryczny. Dzieci uwielbiają takie „przygody”, zwłaszcza, że schody powinny być zawsze zagrodzone i dzieci bez naszej obecności nie powinny na nie nigdy wchodzić, więc jest to dla nich zabawa raz na jakiś czas, która się nie nudzi.

Zabawy wspierające rozwój motoroczny

Tu możemy zacząć stosować następne nasze zabawy z dziećmi. Kto pierwszy wejdzie na górę? – puszczamy dzieci jednocześnie i idziemy za nimi z tyłu, pomagamy wolniejszemu dziecku, popychając je delikatnie za pupę i dopingując oboje. Poczekaj na mnie! – zaczynamy jak poprzednio i wołamy dziecko, które szybciej wchodzi, by poczekało na rodzeństwo i na nas. Uczymy w ten sposób nasze dzieci wielu rzeczy – słuchania naszych poleceń, cierpliwości, pomocy słabszym. Liczymy schody! – kiedy dzieci wchodzą lub schodzą liczymy głośno schody ( po polsku, włosku, angielsku i jak tylko nam się podoba), wtedy dzieciom przekazujemy też pewien rytm. Np. 1 – pierwszy schodek, 2 – drugi itd...