Magazyn - Nasz Swiat
13
Śr, grudzień

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie pani, wychwalając mnie za moje działania na rzecz dzieci. Rozmawiałyśmy od samego początku po polsku, i gdyby na koniec pani nie przyznała się do bycia dwujęzyczną, nigdy bym się tego nie domyśliła. Okazało się, że urodziła się dobre 30 lat temu, we Włoszech, w rodzinie polsko – włoskiej. Dla niej od początku było normalne, że z mamą rozmawia po polsku z tatą po włosku, i tak jej zostało do dziś.

Odpowiedź przyszła razem z dzieckiem…
Czasem zastanawiamy się, jak się wychowuje dwujęzyczne dziecko. Też się długo zastanawiałam, jak to będzie. Jeszcze długo przed pomysłem zostania mamą, spędzałam czas na filozoficznych rozmyślaniach, jak dbać o takie dziecko, jak go nie „skrzywić” psychicznie. Odpowiedź przyszła sama - razem z dzieckiem...

Od pierwszego dnia narodzin, zwracałam się do Niuni po polsku. Śpiewałam polskie kołysanki, powtarzałam w kółko polskie rymowanki, mówiłam do niej, co tylko mi przychodziło do głowy.
„Niunia! Niu-nia! Niunia niunia tralalunia! Już idzie mamunia!” – takie głupawe wydawać by się mogło powiedzonka, a sprawiały, że maleństwo wprost trzęsło się całe z radości. Kiedy zaczęła gaworzyć, odpowiadałam jej. „EEEeeeeeeeeeeeee!” – krzyczała, „Eeee” – odpowiadałam. „Jejejejeje” – ona, „ajajajajaja” – ja. I tak sobie rozmawiałyśmy, ona była szczęśliwa, bo mnie słyszała, a ja zamiast nosić ją na rękach, mogłam ugotować obiad albo poprasować.

Kiedy dorastała, razem z nią „dorastały” nasze rozmowy. „Mammmmmaaaa?!” – ona, „tu jestem!” – ja. „Niuuuuunia! Gdzie jesteś?!” – pytałam ja, a w odpowiedzi słyszałam śmiech. Uwielbiała bawić się w chowanego, zwłaszcza z tatusiem. Ona się chowała, a tata jej głośno szukał, czyli na głos myślał „Gdzie ta moja Niunia, no gdzie ona się podziewa, uciekła nam... Mama! Niuni nie ma!” Wtedy Niunia wychodziła śmiejąc się do rozpuku, bo jeszcze mówić za dużo nie umiała.

Żłobkowe perypetie

Mały Dyzio i mała Zuzia, tak ich nazwijmy, mają mamę Polkę, tatę Niemca, a mieszkają we Włoszech. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w ich rodzinie rozmawia się w 3 różnych językach. Zapytacie: jak to??? A Po co im aż 3 języki??? Odpowiedź jest bardzo prosta, każde z rodziców chce dać swoim dzieciom największe bogactwo, jakim dysponuje – własny język, kulturę i tradycje. No,  ale jak tu żyć we Włoszech mówiąc tylko po polsku i po niemiecku? Trzeba, by dzieci mówiły też po włosku...

Pomyślicie sobie: paranoja! Niech wszyscy mówią po włosku! Po co utrudniać sobie życie!?

Dwujęzyczność – wielki skarb w prezencie
Ale Dyzio i Zuzia mają babcię Hildę znającą tylko niemiecki i babcię Ewę i dziadka Józefa, którzy mówią tylko po polsku. Dlaczego mamy odbierać naszym dzieciom możliwość kontaktowania się z naszymi rodzinami? – pytają rodzice dzieci.

Większość takich małych Dyziów i Zuź ma możliwość uczenia się jedynie jednego języka, tego, którym posługują się ludzie żyjący w ich kraju. Ale wszystkie te dzieci, mając za rodziców osoby mówiące dwoma różnymi językami powinny mieć prawo do posługiwania się obydwoma językami na tym samym poziomie od początku.

Mówienie do dziecka jest ważne już od momentu poczęcia

Spytacie: od jakiego początku? Od kiedy dzidzia jest w łonie matki. Już wtedy działa na nią uspokajająco głos matki i ojca. Może nie rozróżnia słów, nie rozumie, co mówimy, ale na pewno odbiera pozytywne bodźce stymulowane głosem i ruchem matki i ojca. Często lekarze tłumaczą swoim pacjentkom, że im spokojniejsza matka tym spokojniejszy brzdąc. Podobno (podobno, bo niestety nie pamiętam, gdzie to wyczytałam) jedynie mówiąc w języku ojczystym tembr naszego głosu jest „prawdziwy i naturalny”. Dlatego mówiąc w naszym ojczystym języku, przekazujemy dzieciom spokój i dajemy im tym samym poczucie bezpieczeństwa.