Prasówka sprzed lat... Wokół walczącej Warszawy 14 sierpnia 1944 r. - Nasz Swiat
26
So, wrzesień

Prasówka sprzed lat

1 sierpnia br. przypada 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.  70 lat temu, przez ponad dwa miesiące, informacje o walczącej Warszawie zajmowały główne miejsce na pierwszej stronie „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” – organu rządu polskiego w Londynie.  Wydarzenia z powstańczej Stolicy były również tematem wielu artykułów opublikowanych  w „Orle Białym” – jednym z najbardziej wpływowych czasopism polskich ukazujących się w czasie II wojny światowej. W kolejnych odcinkach „Prasówki”  poświęconej  walczącej Warszawie 1944 roku  przypomniane zostaną  przede wszystkim  opinie, komentarze, reakcje środowisk polskich i zagranicznych  oraz ogólna sytuacja polityczna, w której wybuchło i przebiegało Powstanie. Czytelnikom zainteresowanym walkami  powstańczymi dzień po dniu  polecamy lekturę  KARTKI Z KALENDARZA,  znajdującej się na stronie internetowej Muzeum Powstania Warszawskiego http://www.1944.pl/historia/kartki_z_kalendarza/ .

Agata Rola - Bruni

Polacy londyńscy domagają się

Szybkiej pomocy dla Warszawy

Dnia 12 sierpnia 1944 r. o godzinie 12.30 w południe w sali Westminsterskiej Katedry Katolickiej w Londynie odbyło się zebranie manifestacyjne w sprawie pomocy dla bohatersko walczącej Warszawy, zorganizowane przez Związek Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej.

Zebranie zwołane zostało nagle, wiadomości o nim ukazały się zaledwie poprzedniego dnia późnym wieczorem w postaci ulotek, a w sobotę rano w „Dzienniku Polskim”, a jednak wielka sala Westminsterska Katedry Katolickiej wypełniona była po brzegi. Zagaił zebranie Prezes Związku Ziem Północo-Wschodnich prof. Władysław Wielhorski poczem zabrał głos Ignacy Baliński, niegdyś przewodniczący pierwszej Rady Miasta Warszawy, zwołanej w stolicy po odzyskaniu niepodległości. Nastepnie w imieniu kobiet-Polek wygłosiła przemówienie p. Władysławowa Sikorska, poczem przemawiali por. Armji Krajowej Andrzej Pomian, przedstawiciel Ziem Południowo-Wschodnich p. Sierz, a także dla uzasadnienia rezolucji Prezes Zarządu Związku Ziem Północno-Wschodnich sen. J. Godlewski.

Porucznik Pomian w czasie swego przemówienia odczytał depeszę Dowództwa walczącej Warszawy z piątku, 11 sierpnia. Z depeszy tej wynika że nie miały powodzenia ani wysiłki polskich władz wojskowych w Londynie, ani też nie ziściły się nadzieje wice-premiera Kwapińskiego wypowiedziane przez niego w oświadczeniu z dn. 10-go sierpnia. Pomoc dla walczącej Warszawy nie nadeszła. Warszawa walczy nadal samotnie bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. „Od otrzymania tej depeszy – do piątku – oświadczył porucznik Pomian – nie wolno twierdzić że Warszawa otrzymała pomoc.

Zebrani jednogłośnie przyjęli rezolucję, zaproponowaną przez Związek Ziem Wschodnich i wśród podniosłego, aczkolwiek przesiąkniętego ponuremi wiadomościami nastroju, odśpiewali hymn „Boże cos Polskę”. Uchwalona rezolucja brzmi jak następuje.

„Obywatele Rzeczypospolitej Polskiej przebywający w Londynie, zgromadzeni w dniu 12-go sierpnia 1944 na zebraniu manifestacyjnym, składają hołd Żołnierzowi Armii Podziemnej oraz bohaterskiej Ludności Cywilnej Warszawy, toczącej od dwunastu dni nierówną walkę ze śmiertelnym wrogiem.

„Z poczuciem najwyższej grozy, Zebranie stwierdza, że dotychczas jest to walka samotna i że Warszawa nie otrzymała tej pomocy, jakiej miała prawo oczekiwać. Zebrani przypominają Rządowi ciążącą na nim odpowiedzialność historyczną i wzywają by nie zaniedbał niczego dla zapewnienia natychmiastowej pomocy, wojskowej i moralnej, dla walczącej resztkami sił stolicy.

„Zebrani odwołują się do poczucia honoru Kierowników Rządów Sprzymierzonych oraz do opinii całego świata, aby nie pozwolono na zagładę Warszawy i jej przeszło milionowej ludności.

„Równocześnie przypominają społeczeństwu sojuszniczych narodów, że żołnierze Polskiej Armii Podziemnej z najwyższym poświęceniem prowadzą od lat 5-ciu walkę z przemocą niemiecką. Stanowią oni przeto część armii sprzymierzonych i winni posiadać te wszystkie prawa, jakie obyczaje narodów cywilizowanych przyznają stronom walczącym.”

 

Polska „wina”

(m.sz.) Łuna nad Warszawą paloną przez Niemców świeci w oczy wszystkim ludziom z sumieniem.

Są tacy, co próbują odwracać uwagę od tego podwójnie – bo od ognia i krwi – czerwonego wyrzutu, wskazując na brak „koordynacji” powstania warszawskiego ze strategią i taktyką Sprzymierzeńców. Nie „uzgodniono” należycie bohaterstwa Warszawy z wszystkimi właściwymi instancjami i komendami...

Prasa brytyjska oddaje pełne honory wojskom walczącym w Warszawie. Ale znaleźli się dziennikarze – zawsze ci sami – którzy wolą rozważać, kto jest „odpowiedzialny” za to, że w Warszawie gromi się Niemców.

Gotowi jesteśmy przyznać, że nie jesteśmy narodem kalkulatorów. Gdybyśmy kalkulowali, bylibyśmy w roku 1939 poczekali, aż wojna wybuchnie w wygodniejszym dla nas miejscu. Trzymalibyśmy też dwa żelazka w ogniu – walcząc za granicą, a  w kraju ratując, poprzez ugodowców, żywą substancję biernego narodu. Aleśmy nie czekali i ugodowcy nie wyrośli na polskim gruncie. Bierności też nie było ani przez chwilę.

Gdybyśmy kalkulowali, „uzgadnialibyśmy” swój udział w armiach sprzymierzonych z bezpośrednimi swoimi interesami. Ale stare i nowe zastępy Polaków biją się na obcych ziemiach obok swych przyjaciół za wspólną sprawę bez żadnych warunków, bez uzależnień, kiedy ci przyjaciele będą za tę samą sprawę walczyć obok Polaków na polskiej ziemi.

Myśleliśmy tylko, że gdziekolwiek bije się Niemców, tam wszędzie ma się prawo do pomocy ze wspólnej puli wojennej. Nie przypuszczaliśmy, że na to, iż nie zostawiamy tylko innym krwawienia się za naszą wolność i że nie czekamy, aż ta wolność spadnie nam z nieba konjunktury – otrzymamy uwagi o porywczości Polaków i medytacje, czy w porę uderzamy na Niemców w jednym z najczulszych ośrodków ich organizacji wojennej.

Tyle razy sławiono walki na tyłach nieprzyjaciela w Jugosławi, Grecji, Francji, i w samej Polsce. Nie było wątpliwości, że każdy najmniejszy nawet sabotaż machiny wojennej wroga „koordynuje” się ostatecznie z ogólnym wysiłkiem na polach bitew. Dopiero dziś, gdy Warszawa walczy, po raz pierwszy spotykamy się z filozofowaniem na temat, czy to dobrze, że wypędza się Niemców z milionowego miasta, w którym zbiegają się najważniejsze linie ich pozycji frontowych.

Nie przychodziło nam wreszcie na myśl, że - gdy podziemny garnizon warszawski przyłączy się do nagonki na cofającą się armję niemiecką – powstaną zarzuty, że ten wybuch należy przypisać niskim kalkulacjom polityków, a nie energii oporu narodu, sprężonej już do ostateczności i nie dającej się pohamować.

Być może, że Polacy są „nieobliczalni”. Prasa częstowała nas wielokrotnie fotografiami wzruszających scen w wyzwalanych krajach. Widywaliśmy na nich, jak kobiety obrzucają kwiatami wkraczających zwycięzców. W Warszawie kobiety rzucały butelki z benzyną na tanki niemieckie. Brak koordynacji więc jest istotnie duży. Ale my za te niespodzianki gotowi jesteśmy przyjąć odpowiedzialność przed historią i przed sądem honoru narodów.

Słupami dymu nad Warszawą bije w niebo głos osamotnionego bohaterstwa. Skarga to straszna, choć - niestety – może jeszcze nie ostatni jęk polski.

 

 

Po podróży prem. Mikołajczyka

Korespondent moskiewski „Sunday Times” p. Alexander Werth donosi że konferencje między premierem Mikołajczykiem a marsz. Stalinem były bardziej zadawalające niż rozmowy z przedstawicielami Komitetu. Mimo to nie jest jednak wykluczone podjęcie rokowań na nowo. „Kwestia, kto ma przewodzić prowizorycznemu rządowi polskiemu, gdyby taki został utworzony, nie wywołała żadnych trudności. Komitet chętnie godzi się na premierostwo p. Mikołajczyka. Róznice natomiast istnieją co do proporcji stanowisk w takim rządzie, które objęliby obecni ministrowie londyńscy oraz co do kwestii, czy organizacja podziemna kierowana przez Rząd w Londynie ma być reprezentowana w Rządzie.”

„Obie strony zgadzają się co do ogólnego programu reform wewnętrznych. W Moskwie uważa się, że wspomniane różnice mogą być przezwyciężone.”

Korespondent dalej twierdzi, że rzeczywistą trudnością jest kwestia Prezydenta i wodza naczelnego i zapowiada nieokreślony bliżej apel trzech rządów alianckich – brytyjskiego, amerykańskiego i rosyjskiego – w sprawie polskiej.”

„Przerwanie rokowań w Moskwie wywołało duży niepokój wśród Polaków, lecz nadzieja na zgodne z honorem porozumienie między Polską a Rosją nie została jeszcze całkowicie zarzucona” – zdaniem korespondenta specjalnego „Observera”. W rokowaniach ogromną rolę odgrywała kwestia terytorialna. Delegacja rządu starała się odzyskać Lwów dla Polski, podczas gdy członkowie Komitetu nie chcieli o tem słyszeć. Marszałek Stalin miał oświadczyć, że zgodzi się na wszelką granicę, na którą zgodzą się „między sobą” Polacy. Natomiast członkowie Komitetu wysunęli projekt granicy zachodniej nad Odrą i Nisą. Granica ta dawałaby Polsce dostęp do morza na przestrzeni 250 mil zamiast 40 milowego wybrzeża, jakie Polska posiadała przed wojną. Granica ta biegłaby 55 mil na wschód od Berlina. Czy projekt ten jest na serio popierany przez rząd sowiecki – niewiadomo, lecz faktem jest, że hasło „Polskie słupy graniczne nad Odrą i Nisą” jest codziennie powtarzane przez propagandę rosyjską do Polski. Rząd polski – powiada korespondent „Observera” – nie wykazuje dla tego hasła wielkiego entuzjazmu.

„Observer” podobnie jak „Sunday Times” nie wyklucza możliwości powstania nowego rządu prowizorycznego, któryby zastąpił zarówno rząd w Londynie jak i Komitet moskiewski.

Omawiając wewnętrzną politykę polską, „Observer” pisze w związku z nominacją p. Arciszewskiego że niektórzy obserwatorzy polityczni spodziewają się kryzysu prezydenckiego i rezygnacji Prezydenta Raczkiewicza na rzecz p. Arciszewskiego, którego określa jako „jednego z naprawdę legendarnych bohaterów polskiego ruchu socjalistycznego.”

Stanowisko swe wobec spraw polsko-sowieckich p. Arciszewski zakomunikował Premierowi w Kairze, wypowiadając się za włączeniem komunistów do rządu, szczerą polityką kompromisu i porozumienia z Rosją, lecz przeciw wszelkiej abdykacji ze strony rządu polskiego.

Korespondent „Observera” dalej donosi, że rząd polski postanowił postawić poza prawem organizację wojskową O.N.R.’u, która w Kraju „znajduje się w opozycji wobec rządu i wszczęła akty wojny domowej, mordując swych przeciwników politycznych.”

Warszawa – Sierpień 1944

Poniżej podajemy artykuł p. Alana Graham’a członka Izby Gmin, przewodniczącego Polsko-Brytyjskiego Komitetu Parlamentarnego

Podziw i wstyd, oto dwa uczucia jakie zazwyczaj czynią człowieka niemym. W moim wypadku, te dwa silne i jednoczesne uczucia zmuszają mnie do napisania tego głośnego protestu.

Wieczna sława i hołd dla wszystkich heroicznych obywateli Warszawy. Wieczna niesława dla tych, którzy w takiej chwili odmawiają pomocy swym konającym przyjaciołom. Rzymski setnik, oficjalny wróg, nie odmówił prośbie spragnionego Chrystusa na krzyżu. Taka odmowa od przyjaciela mogła przyjść tylko od Judasza.

Wiemy dobrze, iż naród brytyjski nie ma charakteru Judasza. Wielka Brytania wolała odrzucić ugodę Hoare-Laval, rzucając tym samym Italię w ręce Niemiec i przyspieszajc wojnę, niż zyskać podejrzenie, że sprzedaje prymitywnych Abisyńczyków w ręce Mussoliniego. Wielka Brytania, za Chamberlaina, nie opuściła Polski w 1939; również Polska nie opuściła wówczas Wielkiej Brytanii, choć wiedziała że wtedy Wielka Brytania nie mogła posłać pomocy. Ale dzisiaj zwycięska, uzbrojona po zęby, Wielka Brytania może przyjść z pomocą gdziekolwiek chce – jeśli tylko chce.

Bandyci kroaccy, z których wielu walczy dziś przeciwko nam, myśliwi głów Naga w Burmie, Francuzi z Maquis – wszyscy walczący mężnie po naszej stronie i czyniący co w ich mocy by nam pomóc – wszyscy otrzymują nasze wsparcie. Cóż zrobili takiego Polacy z Warszawy od września 1939, że nie otrzymują dziś od nas pomocy, dziś – w tym momencie ich największej potrzeby? Znosząc okropności niemieckiego bombardowania w tym pierwszym wrześniu, czyż nie zakwalifikowali się jako sprzymierzeńcy? Czyż ich pięcioletnia martyrologia, w ciągu diabelskiej niemieckiej okupacji, nie zyskała im prawa otrzymania od nas dzisiaj pomocy? Czyż kraj, który w ciągu pięciu lat piekła nie wydał ani jednego Quislinga i przeżył tysiąc Lidic, nie zyskał tem prawa do otrzymania pomocy? Czyż Wielka Brytania, teraz gdy zwycięża, może istotnie zapomnieć o sukursie polskich lotników, bez których bitwa o Wielką Brytanię może zakończyłaby się całkiem inaczej? Czy dlatego iż Florencja jest dziś w naszych rękach, możemy zapomnieć, cośmy winni Polakom z pod Tobruku i Monte Cassino?

A w każdym razie musimy dotrzymać słowa i przestrzegając Traktatu Przymierza przyjść z pomocą Polsce w miarę naszych największych możliwości. To pociąga za sobą dwie rzeczy: natychmiastowe posłanie amunicji obywatelom Warszawy, by uratować ich od zagłady niemieckiej, oraz oficjalne uznanie Polskiej Armii Podziemnej za integralną część armii Zjednoczonych Narodów.

Polska jest wciąż naszym sprzymierzeńcem, złączona ofiarą krwi, i my wciąż jesteśmy jej sprzymierzeńcem. Na miłość Boską, pamiętajmy o tym i działajmy zgodnie z tym, nim będzie za późno, za późno dla Warszawy, za późno dla Europy, i za późno dla nas. Pamiętajmy o Gordonie!

ALAN GRAHAM, M.P.

Londyn, dn. 9.VIII.44 r.

 

Archwialne numery „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” oraz „Orła Białego” pochodzą z Biblioteki Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.