Prasówka sprzed lat... Wokół walczącej Warszawy 19 sierpnia 1944 r. - Nasz Swiat
26
So, wrzesień

Prasówka sprzed lat

1 sierpnia br. przypada 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.  70 lat temu, przez ponad dwa miesiące, informacje o walczącej Warszawie zajmowały główne miejsce na pierwszej stronie „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” – organu rządu polskiego w Londynie.  Wydarzenia z powstańczej Stolicy były również tematem wielu artykułów opublikowanych  w „Orle Białym” – jednym z najbardziej wpływowych czasopism polskich ukazujących się w czasie II wojny światowej. W kolejnych odcinkach „Prasówki”  poświęconej  walczącej Warszawie 1944 roku  przypomniane zostaną  przede wszystkim  opinie, komentarze, reakcje środowisk polskich i zagranicznych  oraz ogólna sytuacja polityczna, w której wybuchło i przebiegało Powstanie. Czytelnikom zainteresowanym walkami  powstańczymi dzień po dniu  polecamy lekturę  KARTKI Z KALENDARZA,  znajdującej się na stronie internetowej Muzeum Powstania Warszawskiego http://www.1944.pl/historia/kartki_z_kalendarza/ .

Agata Rola - Bruni

 

Czemu nie czekali?

Wśród różnych rad i pouczeń jakiemi darzy nas prasa brytyjska, jedna wydaje sie być bardziej od innych znamienna i warta odpowiedzi.

„Należało czekać” – twierdzą ludzie, którym pojęcie czekania kojarzy się z pojęciem ogonka przed kasą kinową czy przy autobusie.

Czekanie Warszawy nie było w niczym podobne do powolnego, ale ciągłego zbliżania się ku zamierzonemu celowi. W miarę przybliżania się frontu fala represji i bestjalstw niemieckich zaczęła rosnąć gwałtownie.

Oto bilans niemieckiego terroru w okręgu warszawskim, bez miasta Warszawy: 2,865 aresztowanych, 815 rozstrzelanych, 215 zakładników, 270 osób zesłanych do obozów koncentracyjnych, spalono 118 gospodarstw i wywieziono na roboty do Rzeszy 6,246 osób.

W samej Warszawie obławy i łapanki mające na celu zapewnienie dopływu sił do Baudinstu wzmogły się znacznie. Ofiarami łapanek była głównie młodzież. Oddziały przeznaczone były oficjalnie do fortyfikowania linii Wisły, lecz półwojskowy ich charakter nie wykluczał wcielenia ich członków do wojska niemieckiego.

Jednocześnie z porywaniem ludzi do prac fortyfikacyjnych i do robót w Rzeszy rozpoczęła się likwidacja więzień i obozów – w Pińsku, Brześciu i Białymstoku „oczyszczono” więzienia masakrując aresztowanych – w Warszawie w drugiej połowie maja rozstrzelano na gruzach ghetta 500 więźniów z Pawiaka, kobiet i mężczyzn.

Czy tak łatwo jest czekać w tych warunkach?

Wsie i gospodarstwa płoną za rzekome czy rzeczywiste sprzyjanie partyzantom.

Wymordowano całą ludność wsi Bajki (800 osób) w powiecie Wołkowyskim.

W powiecie Mińsk Maz. zdziesiątkowano ludność w miejscowościach Mrozy, Sosnowa, Jeruzale.

W powiecie siedleckim Gestapo i żandarmeria dokonała „pacyfikacji” wsi Broszków, Żelisław, Wodynie, Kamieniec, Czajków, Kaczery i Domańce.

„Pod pozorem odwetu za łączność z partyzantami zbombardowano i spalono Rębów, Witoszyn i Stanisławówkę (pow. Puławy) oraz Pawłów, Maryzin, Borowice, Momonty (pow. Biłgoraj).

Tym co się dziwią, że Warszawa nie czekała, że nie była bardziej rozsądna i wyrachowana, niech tych parę przytoczonych faktów wyjaśni choć częściowo warunki, w których zapadła decyzja wystąpienia zbrojnego Armii Krajowej na ulicach Warszawy.

 

Nakaz Warszawy

Mimo, a może właśnie z powodu szczupłości materjału rzeczowego – sprawa genezy boju w Warszawie zaprząta silnie umysły ludzkie, a nawet wkracza na łamy prasy codziennej. Osobiście sądziłem i sądzę, że zagadnienie to, natury raczej historycznej, może zaczekać do chwili, gdy odpowiednio przygotowani fachowcy będą mogli wydać o nim obiektywny sąd na podstawie całości materjału i po zakończeniu samych wydarzeń, których wyniku narazie jeszcze przewidzieć nie można. Jeśli wbrew temu zabieram głos – czynię to dla odparcia małodusznych zarzutów, krzywdzących moich dowódców, dla których mam najwyższą cześć i uznanie. Z pośród splotu czynników politycznych i wojskowych, które składają się na liczne aspekty polityczne tej sprawy, wybieram jedynie kilka, według mego zdania najważniejszych. Wszystko to piszę wyłącznie w imieniu własnym i na własną odpowiedzialność.

Największym naszym kapitałem politycznym w tej wojnie jest bezkompromisowa nieprzerwana walka przeciwko Niemcom. Warunki wojenne zmusiły nas do prowadzenia w Kraju walki w formie konspiracyjnej, jako etapu do boju otwartego, gdy tylko stanie się to możliwe. Jeśli nie miał być zmarnowany kapitał, zbierany przez nas krwawo na polach kampanii wrześniowej, w Norwegji, we Francji, podczas bitwy o Anglję, na pustyni Libijskiej, w Itali czy Normandji – zarówno na lądzie, jak i na morzu i w powietrzu – nie mogło zabraknąć nas w decydującej chwili i na najważniejszym froncie w Kraju.

Kraj nie jest ziemią niczyją, bezpańską, nie terenem przewalających się obcych wojsk, jest terytorium Państwa Polskiego. Na tym obszarze my i tylko my jesteśmy prawnymi gospodarzami: kto na obszar ten wkracza, musi nas tam już zastać.

Bój otwarty to najlepszy sprawdzian wartości każdej armji, a więc i podziemnej Armji Krajowej. Jeszcze dwa miesiące temu rzeczywista siła bojowa tej Armji była raczej kwestją wiary i zaufania. Dzisiaj – to jest już niewątpliwy fakt. Nad faktem tym musi się poważnie zastanowić każdy: wróg czy przyjaciel. Nie sposób lekceważyć narodu, który po pięciu latach krwawej okupacji zdobyć się potrafił na tak potężną manifestację swej niezłomnej siły woli.

Możnaby utrzymywać, że boje o Wołyń, Wilno, Lwów i Lublin były już dostatecznym dowodem tych wartości i dostatecznym wkładem Armii Krajowej do dzieła wspólnej walki przeciwko Niemcom w ramach współdziałania wojskowego ze Sprzymierzonymi. Osobiście jestem odmiennego zdania. Bez boju o Warszawę, serca ruchu niepodległościowego, wszystkie te osiągnięcia byłyby połowiczne. Skoro kapitałem naszym jest walka, musimy prowadzić ją wszędzie i do końca.

Wszystkie te momenty mają przede wszystkiem charakter polityczny. Nic przeto dziwnego, że decyzję boju w Warszawie powziął Delegat Rządu – urzędujący Wice-Premjer na podstawie posiadanych pełnomocnictw, zresztą w porozumieniu z Przewodniczącym Rady Jedności Narodowej i D-cą Armji Krajowej.

Fakt, że decyzja boju w Warszawie ma w swoim rozumieniu przede wszystkim charakter polityczny, nie oznacza bynajmniej lekceważenia jej strony wojskowej. Wręcz przeciwnie, konieczną przesłanką decyzji politycznej była ocena wojskowych możliwości boju. Ostatecznie wojna jest tylko narzędziem polityki, narzędzie to jednak ma wartość dopiero wtedy, gdy działa sprawnie t.j. prowadzi do zwycięstwa. Jestem przekonany, że przed wybuchem boju w Warszawie przeprowadzono bardzo starannie analizę wszystkich jego możliwości. Bój ten nie był ani lekkomyślną brawurą, ani spontaniczną ruchawką, lecz planową oraz sprawnie i jednolicie kierowaną operacją wojskową. W mniemaniu tym utwierdzają mnie nie tylko znajomość ludzi, którzy bój ten prowadzą, ale także, m.in. dwa fakty pośrednie wprawdzie, lecz nie mniej wymowne.

Po pierwsze: możliwości powodzenia boju w Warszawie oceniało pozytywnie nie tylko dowództwo polskie, ale i dowództwo rosyjskie. Radio moskiewskie nie bez powodu pod koniec lipca r.b. wzywało kilkakrotnie ludność Warszawy do powstania, podnosząc, że odpowiedni już czas nadszedł i że obecnie nikt już nie może się zasłaniać rzekomą lekkomyślnością takiego kroku. Dowództwo rosyjskie – piszę to nie bez podstawy – sądziło, że uda mu się opanować stolicę Polski w krótkim czasie. Dalszy rozwój wydarzeń był dla niego większą niespodzianką, niż dla strony polskiej, która – być może – wiedziała o pewnych przygotowaniach niemieckich do kontrofensywy, lecz mniemała, że zdoła je pokrzyżować. Dla uniknięcia wszelkich nieporozumień uważam za potrzebne podnieść, że wspominając o wezwaniach radia moskiewskiego do powstania w Warszawie, nie zamierzałem bynajmniej obarczać Moskwy odpowiedzialnością za wybuch boju. Przypuszczenie, że bój w Warszawie wybuchł wskutek wezwań radjowych z zewnątrz – byłby, w moim pojęciu, obrazą dla fachowego Dowództwa Armji Krajowej.

Po wtóre: każdego powinno zastanowić, że bój w Warszawie trwa od 18 dni i że Oddziały Armii Krajowej po tylu dniach krwawej walki osiągają nawet sukcesy. 17-tego dnia walk uruchomiono w Warszawie radjostację foniczną, odrzucono silne, wsparte ogniem artylerii i moździerzy natarcia niemieckie, a nawet odzyskano na Woli część utraconego poprzednio terenu. Snać dowódca rozporządzał dość znaczną siłą, jeśli potrafił osiągnąć takie wyniki w okolicznościach, które wskutek przyczyn zewnętrznych ukształtowały się dla niego niekorzystnie.

Wojna nie jest spacerem po Piccadilly i nikogo nie powinno dziwić, że pewne przewidywania mogą się nie sprawdzić, a pewne rachuby – zawieść. Każde śmiałe przedsięwzięcie przedstawia ryzyko, a śmiałość leży zarówno w naturze polskiej, jak i w naturze operacji powstańczych wogóle.

Jeśli dalszy rozwój boju o Warszawę nie odpowiadał przewidywaniom Dowódcy, to stało sie to głównie wskutek braku odpowiedniej pomocy zewnętrznej. Niespodziane odrzucenie Rosjan z pod Warszawy pozbawiło D-cę na pewien czas operacyjnego współdziałania z Armją Czerwoną, jednego z warunków szybkiego powodzenia. Osamotnienie Warszawy spotęgował nadto fakt, że pomoc ze strony W. Brytanii przyszła dopiero po kilkunastu dniach i to w formie oraz w rozmiarach niewystarczających zarówno w stosunku do potrzeb walczącej Stolicy, jak i w stosunku do możliwości W. Brytanii. Anglosasów stać na udzielenie pomocy w skali o wiele większej.

Wystarczyłoby jednorazowe rzucenie paruset samolotów z uzupełnieniem zużytego uzbrojenia, conocne wyprawy z amunicją paru dziesiątków samolotów oraz bombardowanie wskazanych dokładnie obiektów, zwłaszcza lotnisk, aby zmienić radykalnie obraz boju. Czas oczywiście nagli i jeśli pomoc, której Warszawa ma prawo żądać, ma być naprawdę skuteczna – powinna nastąpić w ciągu paru najbliższych dni.

Pomoc dla Warszawy i wyciągnięcie z bojów Stolicy jaknajwięcej korzyści dla Sprawy Polskiej – oto jedyne realne hasła dla naszej emigracji. Powiedzmy sobie otwarcie, że dotychczasowe reakcje jej na wypadki warszawskie nie były bynajmniej budujące. Nic nikomu nie pomogą ani uporczywe szukanie „winnych”, ani gesty zrzucania z siebie odpowiedzialności, ani rozpaczliwe załamywanie rąk, ani wreszcie w tak charakterystyczny dla niektórych kół minimalizm, który nie potrafi niczego żądać, co najwyżej potrafi cichutko prosić, a otrzymawszy wiór cieszy się, że otrzymał belkę. Jeśli obecna emigracja (a nie myślę tu o wojsku które walczy) niema sobie zasłużyć na miano „małej”, musi się zdobyć na coś więcej, niż ciułanie funtów.

Sam już fakt boju w Warszawie, niezależnie od jego ostatecznego wyniku, jest nieocenioną bronią polityczną, której nie wolno dać zardzewieć. Komu los nie pozwolił walczyć na barykadach Warszawy – temu dał możność pokazania ich całemu światu. Warszawa, ta z września 1939 roku i ta z sierpnia 1944roku – to niemających sobie równy przykład niezwyciężalnej siły ducha mimo wszelkich przeciwieństw. Przykład ten obowiązuje każdego Polaka. W chwili gdy Warszawa, bombardowana bez przerwy, atakowana z lądu, od wody i z powietrza, pozbawiona wody, prądu i gazu, przy skromnych zasobach żywności – walczy sama dla wielkiej sprawy Polski, nikomu z Polaków nie wolno zasklepiać się w swych małych egoistycznych interesach. Gdy tam czuwają, giną i nadewszystko trwają – nikomu nie wolno ani na chwilę opuszczać pracy, do której jest potrzebny i myśleć o „bombowych” urlopach, czy weekendach. Każdy pragnie końca wojny i bez wątpienia ciężko jest żyć pod brzemieniem historii. Ale skoro wojna jest – musimy ją prowadzić do końca. Nie wolno załamywać się duchowo nawet w obliczu klęski i rozczulać się nad samym sobą. Jeśli ma się zwyciężyć, trzeba przedewszystkim chcieć zwyciężyć i dla sprawy Niepodległości pracować, pracować i pracować.

Tego od nas żąda walcząca Warszawa.

(-) Andrzej Pomian, por. A.K.

 

Archwialne numery „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” oraz „Orła Białego” pochodzą z Biblioteki Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.