Prasówka sprzed lat... z myślą o dzieciach polskich na Wschodzie. cz.33 - Nasz Swiat
20
Pn, listopad

Prasówka sprzed lat

Przegląd prasy polskiej z okresu drugiej wojny światowej.  Wybrane artykuły przypominają o tysiącach młodych Polaków, których nie udało się ewakuować z ZSRR -   osieroceni lub, jeśli mieli dużo szczęścia, wraz z bliskimi, już na zawsze pozostali na tej „nieludzkiej ziemi”. 

 

1 czerwca przypada Międzynarodowy Dzień Dziecka. Z tej okazji przygotowałam dla Czytelników Naszego Świata prasówkę poświęconą  życiu dzieci polskich w okresie II wojny światowej. Wszystkie prezentowane materiały opublikowane zostały w latach 1943-1945 na łamach Dziennika Polskiego (od 1 stycznia 1944 Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza). Pochodzą ze zbiorów Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.

Wybrane przeze mnie artykuły ukazują sytuację dzieci w okupowanej Polsce, jak również tych, które los rzucił w najdalsze zakątki świata. Opowiadają o dzieciach-uchodźcach i o dzieciach-zesłańcach. Zarówno o tych, które już w czasie wojny zaczęły odzyskiwać utracone dzieciństwo, jak i o tych, którym dzieciństwa nie zwrócono już nigdy. Przypominają o tysiącach młodych Polaków, których nie udało się ewakuować z ZSRR -   osieroceni lub, jeśli mieli dużo szczęścia, wraz z bliskimi, już na zawsze pozostali na tej „nieludzkiej ziemi”. Być może ich rodziny – wnuki, prawnuki -  pozostają tam do dziś.

Pamiętając o polskich dzieciach „sprzed lat”, nie zapominajmy o tych, które żyją za naszą wschodnią granicą dziś. Wystarczy drobny gest, aby sprawić im radość. Jeżeli los dzieci, przedstawiony w kolejnych odcinkach prasówki, wzruszy kogoś i wzbudzi chęć udzielenia pomocy kolejnemu pokoleniu młodych Polaków żyjących z dala od Kraju, to zachęcam do złożenia ofiary na rzecz księży z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej (księży chrystusowców), którzy od 1989 roku otaczają duszpasterską opieką naszych Rodaków na terenach byłego Związku Radzieckiego.

Wystarczy wejść na stronę Towarzystwa www.chrystusowcy.pl, następnie, poprzez zakładkę „Przyjaciele i darczyńcy” (po lewej stronie), przejść do „Księgi Przyjaciół i Darczyńców Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. W „Księdze” odszukać miejsce „Chcę złożyć ofiarę”. Po wybraniu waluty, należy postępować zgodnie ze wskazówkami, wpisując jako cel POMOC DLA DZIECI POLSKICH NA WSCHODZIE. Przekazana za pośrednictwem Towarzystwa Chrystosowego pomoc, na pewno trafi do najbardziej potrzebujących dzieci.

Agata Rola-Bruni

dyrektor Katolickiej Szkoły Podstawowej

przy kościele św. Stanisława B.M. w Rzymie

---------------------------------------------------------

Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza,  12 stycznia 1945 r.

HENRYK GOSTYŃSKI

„Młody las” polski na Antypodach

Pahiatua, (Nowa Zelandia), w listopadzie.

    Depesze doniosły już o przybyciu do Nowej Zelandii 750 dzieci polskich wraz z personelem wychowawczym. Krótkie te notatki telegraficzne, mimo że doskonałe były w treści, nie dały jednak czytelnikowi polskiemu na szerokim świecie dokładnego obrazu sytuacji oraz warunków, w jakich dzieci te znalazły się i żyć będą w szczęśliwym kraju – w Nowej Zelandii.
    Nie został dotychczas odtworzony obraz przejść i gehenny dzieci polskich, które oderwane od rodziców, poprzez tajgi Sybiru, malaryczne obozy perskie, nareszcie wylądowały w zacisznym obozie Pahiatua, pod Wellington.
    Celem mojego przyjazdu do Nowej Zelandii jest właśnie poinformowanie Polaków w każdym zakątku świata jak żyje, rozwija się, rośnie ten „młody las” Polski, rzucony na Antypody.
    Reportaże moje, pisane bezpośrednio z obozu Pahiatua, w miarę możliwości technicznych, dość utrudnionych w okresie wojny, rozwiną tę sprawę.

***
Ziściły się słowa premiera Nowej Zelandii, Frazera, wypowiedziane w Izbie Posłów: Nowa Zelandia sprowadzi na okres wojny 800 dzieci polskich. Dzieci te przeszły ciężkie i okrutne doświadczenia w swej wędrówce z Polski poprzez Rosję do Iranu i Indii. Tysiące zginęło po drodze. Będzie to aktem chrześcijańskiej miłości i życzliwości dla Narodu Polskiego, gdy dzieciom tym damy opiekę i gościnę w naszym kraju oraz zapewnimy im wychowanie i całkowite odzyskanie zdrowia.
    838 dusz polskich znalazło się w Nowej Zelandii.
    Jak doszło do sprowadzenia dzieci? Na wstępie muszę podkreślić momenty zlekceważenia obowiązków, braku zrozumienia czy niedbalstwa ze strony urzędników Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej w Londynie i jego delegatury w Teheranie. Usterki te nie tylko wywołały zgrzyty wśród tutejszego wychodźctwa polskiego, lecz poderwały również prestiż Polski w oczach Nowozelandczyków.
    W czerwcu 1943 r., po przejeździe uchodźców polskich przez Nową Zelandię do Meksyku, poczęła tutaj kiełkować myśl sprowadzenia obozu dzieci z Persji.
    P. Maria Wodzicka, żona konsula generalnego R.P. zwróciła się w tej sprawie do żony premiera Nowej Zelandii, pani Frazer, która po rozmowie z mężem dała przychylną odpowiedź, prosząc o podanie szczegółów.
    Na początku lipca ub. roku odeszły z Wellington telegraficzne zapytania do Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej odnośnie tej sprawy, na co jednak do listopada, t.j. przez przeciąg 4 miesięcy nie otrzymano odpowiedzi.
    Po tak długim okresie nadeszła decyzja, mianująca p. Wodzicką delegatką M.P. i O.S. dla przeprowadzenia pertraktacji w związku z obozem. Praca ruszyła naprzód.
    Premier Frazer zwołał w grudniu konferencję ministrów, na która zaprosił konsula generalnego R.P. dr Wodzickiego oraz p. Wodzicką, delegatkę M.P. i O.S. dla omówienia sprawy sprowadzenia dzieci.
    W wyniku tych obrad rząd tutejszy postanowił wówczas udzielić gościny 700 dzieciom polskim wraz z personelem wychowawczym i w tym celu wybudować obóz, wyekwipować go i oraz zapewnić gościom utrzymanie i odzież.
    Hojni gospodarze nowozelandzcy prosili przy tym o szybkie podanie im składu obozu.
    I tu zaczyna się tragedia!...
Decyzja rządu Nowej Zelandii odnośnie obozu niezwłocznie zakomunikowana została ministerstwu polskiemu w Londynie i na to do lipca 1944 roku, t.j. w ciagu 7 miesięcy nie otrzymano odpowiedzi.
    Rząd Nowej Zelandii oraz grono tutejszego wychodźctwa polskiego nie byli w stanie pojąć, aż nareszcie po długich szturmach nadeszła na początku lipca ub. r. wiadomość że transport dzieci i dorosłych przyjeżdża. Była to jednak znów głucha wiadomość. Nie znany był skład obozu, a od tego uzależnione były prace przygotowawcze, a przede wszystkim budowa pomieszczeń i urządzeń obozu.
    Po wielkich alarmach skład obozu został podany lecz już na 4 dni przed przyjazdem dzieci. Spowodowało to wstrzymanie robót budowlanych, skutkiem czego część budynków mieszkalnych i szkół jest nie ukończona.
    A teraz nowy skandal... Okazuje się, że zapowiedziany personel nie przyjechał we właściwym składzie, skutkiem czego tracimy autonomię we wszystkich niemal dziedzinach administracyjno-gospodarczych. Na szczęście personel nauczycielski jest kompletny.
    Gdzie leży źródło niedbalstwa i niewłaściwego załatwienia sprawy?
    Polacy w Nowej Zelandii domagają się wyjaśnień.

***
    Gdy statek amerykański, mający na swym pokładzie 1,800 żołnierzy nowozelandzkich, powracających z frontów walki oraz dzieci polskie, znalazł się w pobliżu portu Wellington, na okręt przybyli premier Frazer, konsul dr. Wodzicki, pani Wodzicka, komendant obozu major Foxley, delegat ministerstwa do obozu p. Śledziński oraz liczni przedstawiciele zaprzyjaźnionych państw.
    Premier Frazer przemówił do żołnierzy, witając ich w domu po długich i zwycięskich trudach wojennych, poczym powitał gorąco dzieci polskie. Następnie powitał Polaków konsul dr. Wodzicki.
    Wzruszające sceny rozgrywały się gdy premier Nowej Zelandii znalazł się wśród dzieci polskich, bowiem on zrozumiał tragedię Polaków, rozsianych po świecie i podał im braterską dłoń.
    Na twarzy premiera widoczne było przejęcie a może i łzy zabłysnęły w oczach na widok wynędzniałych i wymęczonych dzieci polskich, lecz uratowanych i to przez siebie...
Żal było dzieciom opuszczać statek, bowiem nie chciały one rozstać się z żołnierzami nowozelandzkimi, z którymi zżyli się w okresie 3 tygodniowej podróży. Postawa żołnierzy była naprawdę rycerska i ojcowska. Pieczołowicie opiekowali się dziatwą, starając sie w każdy sposób uprzyjemnić im pobyt na statku. Maleństwa zarzucają im ręce na szyję i tulą się do nich przed rozstaniem.
    Statek zawinął do portu. W zwartych szeregach dzieci opuściły pokład i umieszczone zostały w czekających na nie wagonach, które zawieść je mają do Pohiatua. Na stacji goście polscy witani są entuzjastycznie nie jak przybysze, lecz jak ludzie bliscy sercu, a to co się działo na stacji w Palmerston North zrozumieć tylko może naoczy świadek wzruszających scen.
Na czele tłumu ustawione były w szeregu dzieci tamtejsze, trzymające w rączkach chorągiewki z napisami „Witajcie”. W chwili gdy pociąg wjechał na peron, dzieci nowozelandzkie zbliżyły sie do okien wagonów, by powitać dzieci polskie. I tu właśnie na tle spotkania uwydatnił się kontrast między dzieckiem bezdomnym, dotychczas głodnym, wychowanym na obczyźnie, w łagrach, barakach, - a dziećmi pozostającymi w normalnych warunkach bytowych.
Uśmiech i radość szczęśliwego dziecka spotkały się twarz w twarz ze zmizerowaną bladą cerą wałęsającego się po świecie dziecka polskiego.
Dzieci polskie otrzymały tu lody. Może i to po raz pierwszy w życiu...
W Pahiatua ze stacji dzieci udały się samochodami do obozu, oddalonego o dwie mile od miasteczka. Ulice przybrały odświętny wygląd. Tłumy zebrały sie na chodnikach, gorąco witając gości polskich.
Czego ci ludzie tak się cieszą? – pytają w duszy Polacy. Przecież nie jedzie żaden dygnitarz, żaden orszak – tylko jadą polskie sieroty. Ale Nowozelandczycy wiedzą, że dzieciństwo tych gości nie było opromienione słońcem radości – ale mrokiem niewoli i poniewierką. że te polskie sieroty – to najnieszczęśliwsze dzieci na świecie.
I oto ci ludzie cieszą się, że sieroty te zapomną o goryczy swej doli, że Nowa Zelandia oddzieli je od tego, co było w ich życiu bólem i niezasłużoną, niezawinioną krzywdą...
O zachodzie słońca dzieci znalazły się w obozie. Zdyscyplinowane szeregi dziatwy rozsypały sie po wspaniałych trawnikach, placach zabaw, a nieco później, po spożyciu kolacji, udały się na spoczynek.
W obozie zapanowała cisza, cisza w sypialniach przerywana kaszlem suchotniczych dzieci, szlochem chorych na malarię.
Pierwszy okres pobytu w obozie doprowadzi ich do równowagi, wyleczy ich ze zmęczenia, lecz nie doprowadzi do normalnego stanu dziecka. Na to potrzeba długich tygodni, miesięcy, a może i lat. Obóz w Pahiatua spełni niewątpliwie swoje zadanie.

***
Następny mój reportaż z Pahiatua pod tyt.: Jak żyją dzieci polskie w Nowej Zelandii? omówi obszernie życie w obozie.

------------------------------------------------------------------------------

Rozdział odzieży, stołówki, gimnazjum
Opieka nad obywatelami polskimi we Włoszech

    Korespondent PAT’a w Rzymie R. Mossin donosi w telegramie z dnia 9.1.45:
    Wszyscy obywatele polscy, przebywający na terenie wyzwolonej części Włoch korzystają z regularnie wypłacanych zasiłków. W ciągu grudnia nastąpiło rozdanie odzieży, częściowo zakupionej, częściowo otrzymanej w darze od Czerwonego Krzyża. W ten sposób około 600 osób otrzymało bezpłatnie ubrania.
    Na terenie Rzymu zorganizowana jest stołówka dla uchodźców, która wydaje około 200 obiadów dziennie za minimalną opłatą. Prawo do korzystania z tej stołówki mają najbiedniejsi. Chorzy otrzymują specjalne zdrowotne racje żywnościowe.
    Na terenie Rzymu istnieje gimnazjum polskie. Jest ono dalszym ciągiem potajemnie prowadzonych od 1940 roku kursów maturalnych. Gimnazjum to ma pełne prawa nadane mu przez ministerstwo oświaty. W gimnazjum zorganizowano bursę i stołówkę. Wszyscy uczniowie i uczennice otrzymują bezpłatnie drugie śniadanie i obiad. Pomoc zasiłkowa i odzieżowa obejmuje i tych obywateli polskich, którzy przebywają poza terenem wielkich miast.
    W Bari pracuje delegatura dla południowych Włoch, we Florencji dla północnych, która rejestruje jednocześnie nowych obywateli polskich, przybywających w związku z posuwaniem się wojsk sprzymierzonych.
    Dla dzieci, które znajdują się poza Rzymem dostarczane są regularnie prowianty. Wśród uchodźców jest spory odsetek Żydów, obywateli polskich, którzy korzystają narówni z innymi z pełnej opieki społecznej.
    Dla zorganizowania życia kulturalnego, uruchomienia świetlicy, dostarczania gazet zawiązał się w Rzymie Komitet uchodźców, w skład którego weszli przedstawiciele wszystkich klas społecznych. W Komitecie jest też przedstawiciel Żydów polskich. Należy podkreślić wielką pomoc w zorganizowaniu opieki społecznej  ze strony Polskiego Korpusu. Gen. Wł. Anders osobiście interesuje się tymi zagadnieniami, a Korpus polski udziela wszelkich ułatwień, zwłaszcza gdy chodzi o zagadnienie komunikacji. Od wojska mają też uchodźcy gazety i książki.
    Pewien odsetek Polaków znajduje się również w angielskich obozach uchodźców. Są oni w warunkach zadowalających. Delegat ministerstwa Opieki objechał te obozy.