Prasówka sprzed lat... z myślą o dzieciach polskich na Wschodzie. cz.35 - Nasz Swiat
20
Śr, czerwiec

Prasówka sprzed lat

Przegląd prasy polskiej z okresu drugiej wojny światowej.  Wybrane artykuły przypominają o tysiącach młodych Polaków, których nie udało się ewakuować z ZSRR -   osieroceni lub, jeśli mieli dużo szczęścia, wraz z bliskimi, już na zawsze pozostali na tej „nieludzkiej ziemi”. 

 

1 czerwca przypada Międzynarodowy Dzień Dziecka. Z tej okazji przygotowałam dla Czytelników Naszego Świata prasówkę poświęconą  życiu dzieci polskich w okresie II wojny światowej. Wszystkie prezentowane materiały opublikowane zostały w latach 1943-1945 na łamach Dziennika Polskiego (od 1 stycznia 1944 Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza). Pochodzą ze zbiorów Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.

Wybrane przeze mnie artykuły ukazują sytuację dzieci w okupowanej Polsce, jak również tych, które los rzucił w najdalsze zakątki świata. Opowiadają o dzieciach-uchodźcach i o dzieciach-zesłańcach. Zarówno o tych, które już w czasie wojny zaczęły odzyskiwać utracone dzieciństwo, jak i o tych, którym dzieciństwa nie zwrócono już nigdy. Przypominają o tysiącach młodych Polaków, których nie udało się ewakuować z ZSRR -   osieroceni lub, jeśli mieli dużo szczęścia, wraz z bliskimi, już na zawsze pozostali na tej „nieludzkiej ziemi”. Być może ich rodziny – wnuki, prawnuki -  pozostają tam do dziś.

Pamiętając o polskich dzieciach „sprzed lat”, nie zapominajmy o tych, które żyją za naszą wschodnią granicą dziś. Wystarczy drobny gest, aby sprawić im radość. Jeżeli los dzieci, przedstawiony w kolejnych odcinkach prasówki, wzruszy kogoś i wzbudzi chęć udzielenia pomocy kolejnemu pokoleniu młodych Polaków żyjących z dala od Kraju, to zachęcam do złożenia ofiary na rzecz księży z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej (księży chrystusowców), którzy od 1989 roku otaczają duszpasterską opieką naszych Rodaków na terenach byłego Związku Radzieckiego.

Wystarczy wejść na stronę Towarzystwa www.chrystusowcy.pl, następnie, poprzez zakładkę „Przyjaciele i darczyńcy” (po lewej stronie), przejść do „Księgi Przyjaciół i Darczyńców Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. W „Księdze” odszukać miejsce „Chcę złożyć ofiarę”. Po wybraniu waluty, należy postępować zgodnie ze wskazówkami, wpisując jako cel POMOC DLA DZIECI POLSKICH NA WSCHODZIE. Przekazana za pośrednictwem Towarzystwa Chrystosowego pomoc, na pewno trafi do najbardziej potrzebujących dzieci.

Agata Rola-Bruni

dyrektor Katolickiej Szkoły Podstawowej

przy kościele św. Stanisława B.M. w Rzymie

---------------------------------------------------------

Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza,  15 stycznia 1945 r.

 

Serdeczna opieka Nowej Zelandii
nad polskimi dziećmi w Pahiatua – „Domu Bogów”

Pahiatua (Nowa Zelandia, w listopadzie).

III

    Obóz polskich dzieci nie przestaje być przedmiotem zainteresowania Nowej Zelandii. Premier P. Frazer z powodu choroby odwiedził obóz dopiero w dwa tygodnie po przybyciu dzieci. Pobyt Szefa Rządu Nowej Zelandii wśród dzieci polskich i tym razem pozostawił niezatarte wrażenie.
    Premier przybył do Pahiatua w towarzystwie ministra Flatchera. Budynki administracyjne skrupulatnie lustrował. Odwiedził budynki mieszkalne, rozmawiając z uchodźcami przy pomocy tłumaczy, przy czym wykazywał głębokie zainteresowanie. Najwięcej czasu premier spędził w szkołach. Tu, jako były minister oświaty Nowej Zelandii, wypytywał o polskie metody nauki. Przesiadywał na lekcjach, przeglądał podręczniki, dając wyraz swemu zadowoleniu, a następnie wygłosił przemówienie do wychowawców i opiekunów z prośbą o przetłumaczenie im:
- Ludność Nowej Zelandii uważa opiekunów i wychowawców tych nieszczęśliwych dzieci za bohaterów, bowiem oni z narażeniem życia wyprowadzili je z niewoli ku wolności, z ciemności ku światłu. My rozumiemy jakiego poświęcenia to wymagało.
    Na łamach tutejszej prasy opublikowana została treść depeszy z podziękowaniem od prem. Mikołajczyka:
    „Jestem Panu niezmiernie wdzięczny, Panie Premierze, za szczere załatwienie naszej prośby, którą to miałem sposobność przedłożyć osobiście Panu podczas Jego pobytu w Londynie – udzielenia dzieciom polskim, które niedawno wylądowały, schronu na gościnnej ziemi Nowej Zelandii. Pragnę podziękować Panu najuprzejmiej nie tylko w imieniu swoim, i Rządu Polskiego, lecz również w imieniu całego Narodu Polskiego, który specjalnie jest niespokojny o los swoich dzieci.”
    Nie ma dnia, by do obozu nie przyjechali wybitni goście. Tu zajeżdża limuzyna z przedstawicielami ministerstwa spraw wojskowych, tu znów przedstawiciele rządu i inne osobistości. Każdy się zachwyca, każdy jest szczęśliwy, że dzieci polskie są urządzone i każdy pomaga w miarę swoich możliwości i kompetencji.
    Równoczesnie ze mną odwiedzał obóz minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego, jak również sprawiedliwości p. H. G. R. Masson w towarzystwie podsekretarza stanu tychże ministerstw dyrektora de. E. Beeby.
    Zapytany przeze mnie o swoich wrażeniach z Pahiatua, minister oswiadczył:
- Obóz jest doskonale przygotowany do potrzeb nauczania. Dzieci polskie będą tu niewątpliwie szczęśliwe, zdobędą naukę polską i angielską. Goście nasi, mieszkańcy obozu, nie znają jeszcze dziś ani słowa angielskiego, szybko jednak opanują ten język. Mieliśmy przykład z Waszym Konradem–Korzeniowskim, który sprowadził nam bogactwo do literatury angielskiej.

***
    Komendant obozu major P. Foxley zaprosił mnie do wzięcia udziału w zebraniu, zwołanym w miasteczku Pahiatua dla omówienia spraw pomocy mieszkańców dla obozu polskiego. Pani Wodzicka, major Foxley, delegat Śledziński i ja zasiedli w sali rady miejskiej wśród przedstawicieli gminy. Zebranie zagaił burmistrz Pahiatua S. J. Judd, który przygotował pytania: czy potrzebne są obozowi pieniądze; czy my, mieszkańcy Pahiatua możemy adoptować dzieci polskie; jeśli nie całkiem, to na okres świąt; kiedy możemy Was odwiedzać; jak możemy urozmaicać dzieciom czas wolny od zajęć szkolnych?
    Ze strony przedstawiciela obozu padły odpowiedzi, zmierzające do odrzucenia pomocy pieniężnej. Natomiast każdy głos Nowozelandczyka w dyskusji i podczas obrad nacechowany był szczerością i gotowością do ofiar.
    Wzruszony byłem stanowiskiem tych prostych ludzi, mieszkańców bodajże najmniejszej gminy w Nowej Zelandii, a doprawdy już mi tchu zabrakło, gdy następnego dnia płacąc rachunek w hotelu, zauważyłem na stoliku kasjerki puszkę z napisem: „Support the Polish Camp in Pahiatua”.
    Pewnego dnia zupełnie niespodziewanie zjawiła się w obozie orkiestra kobziarzy szkockich w strojach z Palmerston North, która rozpoczęła koncert przed szpitalem. Dzieci szalały z radości.
    Specjalnie zawiązany Polish Children Hospitality Commitee przy współpracy p. Wodzickiej działa. Ciężarowym samochodem przywozi dzieciom i opiekunom w obozie kwiaty. Nie są to tylko kwiaty do ozdoby – to jest symbol miłości i troski.

***
    Nie mogę również pominąć milczeniem wysiłku p. dr. Sylvin Chapman która zdołała już się nauczyć mówić po polsku, i zaofiarowała P.C.K. swoje usługi i po wojnie. Dr. Chapman zaofiarowała obozowi wspaniałą reprodukcję Matki Boskiej Kozielskiej. Obraz ten ofiarodawczyni wręczyła podczas specjalnej uroczystości kapelanowi obozu, który po poświęceniu złożył go na ołtarzu kaplicy.

***
    Opuszczam obóz w Pahiatua – „Dom Bogów” – to bowiem ta nazwa oznacza w języku tubylców Maory. Rozstaję się z dziećmi, które już dwa razy w czasie wojny spotykałem.
    Pierwszym etapem naszego spotkania była stacja kolejowa Sarny na Wołyniu w lutym 1940 r., którędy szły transporty rodzin osadników z Kresów Wschodnich i rodzin funkcjonariuszy policji, załadowane w najokropniejszych warunkach do wagonów bydlęcych.
    Wówczas otwierał się przed tymi dziećmi tragiczny szlak wędrówki bez kresu i bez celu.
    Nie wiadomo było, kto w tych strasznych warunkach dojdzie, kto wytrzyma.
    Obecnie spotkałem je w bezpiecznym schronie. Pahiatua jest końcem ich koszmarnej wędrówki  wojennej.
    Stąd po wojnie wrócą do Polski.

  HENRYK GOSTYŃSKI