Prasówka sprzed lat... z myślą o dzieciach polskich na Wschodzie. cz.41 - Nasz Swiat
24
So, czerwiec

Prasówka sprzed lat

Przegląd prasy polskiej z okresu drugiej wojny światowej.  Wybrane artykuły przypominają o tysiącach młodych Polaków, których nie udało się ewakuować z ZSRR -   osieroceni lub, jeśli mieli dużo szczęścia, wraz z bliskimi, już na zawsze pozostali na tej „nieludzkiej ziemi”. 

 

1 czerwca przypada Międzynarodowy Dzień Dziecka. Z tej okazji przygotowałam dla Czytelników Naszego Świata prasówkę poświęconą  życiu dzieci polskich w okresie II wojny światowej. Wszystkie prezentowane materiały opublikowane zostały w latach 1943-1945 na łamach Dziennika Polskiego (od 1 stycznia 1944 Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza). Pochodzą ze zbiorów Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.

Wybrane przeze mnie artykuły ukazują sytuację dzieci w okupowanej Polsce, jak również tych, które los rzucił w najdalsze zakątki świata. Opowiadają o dzieciach-uchodźcach i o dzieciach-zesłańcach. Zarówno o tych, które już w czasie wojny zaczęły odzyskiwać utracone dzieciństwo, jak i o tych, którym dzieciństwa nie zwrócono już nigdy. Przypominają o tysiącach młodych Polaków, których nie udało się ewakuować z ZSRR -   osieroceni lub, jeśli mieli dużo szczęścia, wraz z bliskimi, już na zawsze pozostali na tej „nieludzkiej ziemi”. Być może ich rodziny – wnuki, prawnuki -  pozostają tam do dziś.

Pamiętając o polskich dzieciach „sprzed lat”, nie zapominajmy o tych, które żyją za naszą wschodnią granicą dziś. Wystarczy drobny gest, aby sprawić im radość. Jeżeli los dzieci, przedstawiony w kolejnych odcinkach prasówki, wzruszy kogoś i wzbudzi chęć udzielenia pomocy kolejnemu pokoleniu młodych Polaków żyjących z dala od Kraju, to zachęcam do złożenia ofiary na rzecz księży z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej (księży chrystusowców), którzy od 1989 roku otaczają duszpasterską opieką naszych Rodaków na terenach byłego Związku Radzieckiego.

Wystarczy wejść na stronę Towarzystwa www.chrystusowcy.pl, następnie, poprzez zakładkę „Przyjaciele i darczyńcy” (po lewej stronie), przejść do „Księgi Przyjaciół i Darczyńców Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. W „Księdze” odszukać miejsce „Chcę złożyć ofiarę”. Po wybraniu waluty, należy postępować zgodnie ze wskazówkami, wpisując jako cel POMOC DLA DZIECI POLSKICH NA WSCHODZIE. Przekazana za pośrednictwem Towarzystwa Chrystosowego pomoc, na pewno trafi do najbardziej potrzebujących dzieci.

Agata Rola-Bruni

dyrektor Katolickiej Szkoły Podstawowej

przy kościele św. Stanisława B.M. w Rzymie

---------------------------------------------------------

Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza, 26 maja 1945 r.

Do polskich dzieci na całym wolnym świecie

    Wiecie, co zawsze na mnie robi największe wrażenie, kiedy czytam o tylu tysiącach, o setkach tysięcy Polaków, uwalnianych z obozów niewolniczych w Niemczech? Oto, że w tych obozach są i małe dzieci.
    Dzieci - to bardzo względne słowo. Przed wojną dzieckiem nazywano nieraz takiego, który jeszcze nie zdał matury, nie skończył całego gimnazjum i liceum. Ba, i studentów uniwersytetu starsi nazywali czasem dziećmi, chociaż studenci bardzo się o to gniewali. I w ogóle całą młodzież niepełnoletnią.
    Nie o takie dzieci mi chodzi. Chodzi mi o chłopców i dziewczynki, którzy mają po trzy, pięć i siedem lat i zostali wywiezieni przymusowo do Niemiec razem z matkami. I jeszcze dobrze było, jeżeli tak się stało. Bo bywało też i tak, że rozłączano matki z dziećmi, nie bacząc na rozpacz matek, na płacz i przerażenie dzieci. Robiono tak umyślnie, żeby Polaków zgnębić, żeby im dokuczyć, żeby zmarnować to, co przez całe życie jest najpiękniejsze i najświętsze dla każdego człowieka – rodzinę.
    Nie mówię już o takich dzieciach starszych, mających po dwanaście po czternaście lat, o podrostkach i podlotkach, jak się powszechnie u nas mawiało, branych podczas łapanek ulicznych do robót w Niemczech. Takie dzieci pracowały, jak dorośli, a nawet więcej, bo ponad miarę, cierpiały więcej, niż dorośli, bo miały mniej od nich sił. Te dzieci przecierpiały nad możność i stały się już prawie dorosłymi. One już się bawić z wami nie potrafią.
    Wróćmy więc do waszych rówieśników, do tych najmłodszych. Jakie było w czasie niewoli w Niemczech ich życie?
    Matki ciężko pracowały. Nie miały czasu czuwać nad dziećmi. Dzieci były same, wśród obcych, najczęściej popychane i bite, wyśmiewane za to, że są Polakami, nieszczęśliwe i opuszczone. W ciągu doby tylko przez krótką chwilę mogły przytulić się do matki i zyskać od niej pieszczotę. Były ciągle głodne, źle ubrane, w zimnie. Nie było komu ich uczyć, nie miały czym się bawić. Drżały ustawicznie z poniewierki wśród obcych i wrogich ludzi.
    Wyobraźcie to sobie wy, którzyście mieli takie szczęście, że waszym rodzicom udało się zebrać was i wywieźć z sobą do wolnych krajów, najprzód do Francji, potem  - do Wielkiej Brytanii. Którzyście nie cierpieli głodu, ani chłodu. Którzyście mieli opiekę rodziców, jadło, odzienie, naukę i zabawę. Którym nikt nigdy nie zrobił krzywdy. Których nie katowano i nie bito i w których szanowano dzieci sprzymierzonego narodu Polaków.
    Ja wiem, i dziś już cały świat wie: są między wami i tacy, którzy też doznali krzywdy, chociaż zadanej nie przez Niemców, ale przez innych wrogów. Którzy także byli wraz z rodzicami wygnani, a czasem oderwani od rodziców, pędzeni w dzikie kraje i bardzo tam męczeni. Ale do tych nie potrzeba długo mówić. Od razu mnie rozumieją.
    Oni wiedzą doskonale, jak wielkim szczęściem byłoby dla nich, gdyby w dniach ich poniewierki ktokolwiek bliski mógł im dopomóc i dopomógł. Oni wiedzą, co to niedola.
    Mówię do dzieci szczęśliwych. Przypominam im: są polskie dzieci, które były bardzo nieszczęśliwe, a w tej chwili jeszcze wiele im brak, aby się szczęśliwymi nazwać mogły. Jeszcze nie są pośród swoich. Jeszcze brak im domów rodzinnych. Jeszcze brak im radości i uśmiechu.
    Pomyślmy razem, kochani przyjaciele: może byśmy potrafili im choć trochę życie umilić?
    Pewno, że nie wrócimy im tego, co im źli ludzie zabrali. Ale przecież możemy dać im uczuć, że są na świecie ich bracia i siostry, inne polskie dzieci, które o nich myślą, które ich, jak swoich kochają i które chcą im dopomóc, tak, jak potrafią! Jak to zrobić?
    Zdaje mi się, że bardzo po prostu. Mam parę lalek, oddam jedną do Niemiec dla polskich dzieci, które jeszcze wrócić do kraju nie mogą. Mam pudełko żołnierzy, mam piłki, czy inne zabawki – dam je lub przynajmniej podzielę się nimi z tymi, co nie mają nic, a jeszcze niedawno nie mieli nawet nadziei, żeby kiedykolwiek wolno im było co posiadać.
    Mam wiele ubranek. Sam nimi nie rozporządzam, ale może poproszę rodziców: niech które z nich pozwolą oddać polskim dzieciom w Niemczech. Ja pewny jestem, że wasi rodzice pozwolą. Albo mam sporo książeczek. Tych szczególnie potrzeba. Dam, ile zdołam.
    To wszystko razem trzeba przesyłać do Polskiego Czerwonego Krzyża (Londyn, 34, Belgrave Square SW1.), bo stamtąd idą paczki do obozów polskich w Niemczech. Zdaje mi się, że byłoby ładnie, gdyby wyszło też kilka przynajmniej paczek: „Od polskich dzieci dla polskich dzieci”. Nie wiem, jak wy: ja, gdybym nie miał tylu lat, ile mam, i gdybym miał do tego prawo, to zająłbym się taką zbiórką. To byłoby dobrze i jak się należy. Jak na młodych Polaków przystało. A może wezmą to na siebie harcerze? Czy może być piękniejszy „dobry uczynek”.

ANTONI BOGUSŁAWSKI