Prasówka sprzed lat... z myślą o dzieciach polskich na Wschodzie. cz.42 EPILOG - Nasz Swiat
26
Śr, kwiecień

Prasówka sprzed lat

Ostatni odcinek prasówki poświęconej życiu dzieci polskich w okresie II wojny światowej. Wszystkie zaprezentowane materiały opublikowane zostały w latach 1943-1945 na łamach Dziennika Polskiego (od 1 stycznia 1944 Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza).

 

W dniu dzisiejszym ukazuje się ostatni odcinek prasówki poświęconej życiu dzieci polskich w okresie II wojny światowej. Wszystkie zaprezentowane materiały opublikowane zostały w latach 1943-1945 na łamach Dziennika Polskiego (od 1 stycznia 1944 Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza). Pochodzą ze zbiorów Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie.

Wybrane artykuły ukazały sytuację dzieci w okupowanej Polsce, jak również tych, które los rzucił w najdalsze zakątki świata. Opowiedziały o dzieciach-uchodźcach i o dzieciach-zesłańcach. O tych, które już w czasie wojny zaczęły odzyskiwać utracone dzieciństwo, jak i o tych, którym dzieciństwa nie zwrócono już nigdy.

Artykuł prezentowany w dniu dzisiejszym powstał w oparciu o książkę Ireny Wasilewskiej pt. „Za winy niepopełnione”. Książka ukazała się również w języku angielskim (”Suffer little children”) i włoskim („I bambini non sono colpevoli”).

 

Pamiętając o polskich dzieciach „sprzed lat”, nie zapominajmy o tych, które żyją za naszą wschodnią granicą dziś. Wystarczy drobny gest, aby sprawić im radość. Jeżeli los dzieci, przedstawiony w ostatnim odcinku prasówki, wzruszy kogoś i wzbudzi chęć udzielenia pomocy kolejnemu pokoleniu młodych Polaków żyjących z dala od Kraju, to zachęcam do złożenia ofiary na rzecz księży z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej (księży chrystusowców), którzy od 1989 roku otaczają duszpasterską opieką naszych Rodaków na terenach byłego Związku Radzieckiego.

Wystarczy wejść na stronę Towarzystwa www.chrystusowcy.pl, następnie, poprzez zakładkę „Przyjaciele i darczyńcy” (po lewej stronie), przejść do „Księgi Przyjaciół i Darczyńców Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. W „Księdze” odszukać miejsce „Chcę złożyć ofiarę”. Po wybraniu waluty, należy postępować zgodnie ze wskazówkami, wpisując jako cel POMOC DLA DZIECI POLSKICH NA WSCHODZIE. Przekazana za pośrednictwem Towarzystwa Chrystosowego pomoc, na pewno trafi do najbardziej potrzebujących dzieci.

Agata Rola-Bruni
dyrektor Katolickiej Szkoły Podstawowej
przy kościele św. Stanisława B.M. w Rzymie

------------------------------------------------------------

Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza, 10 grudnia 1945 r.

Dzieci dźwigają krzyż

(K.R.) Według miarodajnych obliczeń władz polskich w latach 1939-1941 deportowanych zostało do Rosji około 140 tysięcy dzieci polskich. Według tych samych obliczeń około 40 tysięcy zmarło. Z pośród pozostałych niewiele ponad 15 tysięcy opuściło Rosję w latach 1942/43 i znajduje się w tej chwili we wszystkich częściach świata. Reszta, a więc około 85 tysięcy znajduje się zapewne jeszcze w Rosji.
Wskazaniem na te cyfry kończy Irena Wasilewska swą książkę pt. „Za winy niepopełnione” (Rzym, 1945, str. 94). „Prawdziwymi autorami” tej książeczki, są jak pisze jej redaktorka „dzieci polskie, których opowiadania, listy i pamiętniki wypełniają jej karty.”Książka jest tedy „raczej dokumentem i nie chce być niczym więcej”. Pani Irena Wasilewska była sędzią sądu okręgowego w jednym z miast Wschodniej Małopolski. Została deportowana w lutym 1940 r., i po „karjerze w sowchozie” poświęciła się w lecie 1941 r., pracy społecznej w Biurze Opieki nad Polakami. Powierzono jej dział opieki nad dziećmi. Prowadziła więc obszerną korespondencję z dziećmi, rozsianymi po całej Rosji, odwiedzała sierocińce, posyłała książki dzieciom, „troszczyła się o nie tak, jak pozwalały warunki i jak umiała.” Zebrała ogromny materjał, dotyczący zagadnienia zesłanych dzieci w Rosji. W ten sposób powstała dokumentacja do której – jak pisze p. W. – „nie dodałam niczego, niczego nie ujęłam. Chodziło mi o to, aby dzieci same mówiły o sobie, własnym stylem i językiem.”
Jak pisać o tej książce i zawartej w niej treści? Odpowiedzi na to pytanie towarzyszy uczucie rozpaczliwej bezradności. Tymbardziej, że treści tej nie dostarczyła najbardziej fantastyczna imaginacja, ale najpospolitsza rzeczywistość, przeżyta w połowie 20-go wieku! Właściwie należałoby tę książkę przepisać całą, przetłumaczyć na wszystkie języki ludzkie, a do recenzji jej wezwać prokuratorów i sędziów całego świata. A gdy wiemy, że słowa te mają dziś wagę przysłowiowego głosu na ludzkiej pustyni, więc pragnęlibyśmy, aby na tej książce skupiło się zamyślenie twórców, nowych Mickiewiczów, Żeromskich i Kasprowiczów, Grottgerów i Jacków Malczewskich, Chopinów i Karłowiczów.
Nie ma ich dzisiaj. Więc niechaj dzieci polskie najprostszym językiem najbardziej zdumiewającej prawdy same wznoszą jej pomnik a także swojej boleści i swojego gniewu, niechaj one dźwigają krzyż, tak, jak na obrazie Grottgera w śnieżnej puszczy Sybiru dźwigali go dorośli.
Na „Początku Wielkiej Drogi” była pieśń. Malutka wówczas Danusia przypomina sobie we wspomnieniach, że N.K.W.D spędziwszy do wagonu zesłańców, zaśrubowało okienka, aby uniemożliwić podawanie żywności odjeżdżającym. W okropnej ciemności – pisze – zdawało się, że się podusimy. Słychać było płacz kobiet, dzieci, śpiewanie pobożnych pieśni, błaganie, by Bóg szczęśliwie wiódł tułaczkę i wrócił z powrotem do ojczyzny. Gdy pociąg ruszył – słowa modlitwy, śpiew i płacz zlały się w jeden donośny krzyk rozpaczy. 10-letni wtedy Staś także płakał, ale – usprawiedliwia się – „byłem jeszcze dzieckiem”. Uspokajała mnie mama  - pisze – mówiąc, że nie wypada Polakom płakać.
Tak rozpoczęła się „Wielka Droga”, na której – skarżą się dzieci – widzieliśmy na każdym kroku tylko milicję i nastawione ku nam karabiny. Ale nietylko to widziały. Ujrzały, jak z ust jednej z kobiet buchała krew i obryzgiwała leżące obok niej dzieci, koszyk z jedzeniem i inne rzeczy. Na następnej stacji wyniesiono już trupa tej kobiety, „a dzieci wobec braku wody umyliśmy dopiero po upływie półtorej doby.”
Wody podczas jazdy wogóle nie dawano, ceber brudnej cieczy z rowu był „ogromnym skarbem”, pojawiły się wszy, ludzie nie rozbierali się tygodniami, dzieci umierały nagle na zapalenie opon mózgowych, odrę i szkarlatynę. 10-letnia Zosia przypomina sobie, jak znajomej pani umarło dziecko jedyne. „Wielka była zgroza, kiedy przyszli strażnicy, wzięli to dziecko owinięte w prześcieradło, wyrzucili je na dwór i zatrzasnęli drzwi wagonu”, gdy później umarła 8-letnia Alusia i jej starsza siostrzyczka, to – pisze Elżunia – weszli do wagonu dwaj bojcy, gwałtem zabrali matce ciałka zmarłych i wyrzucili w czasie biegu pociągu.
A potym przyszła tajga. Harcerz Józio miał wtedy lat 11-cie, piłował i rąbał drzewo, a w wolnych od pracy chwilach „biegał po lesie, aby zapomnieć o głodzie”. Mamusia bowiem mówiła: „Jesteś harcerzem, musisz walczyć z głodem”, potym płakała, ale tłumaczyła Józiowi, że to z bólu głowy, strażnicy zaś „pocieszali nas słowami: przyzwyczaisz się, a jak nie to zdechniesz”.
Stasia miała 11 lat na Sybirze, była córką gospodarza z Białostockiego i opowiada, jak na Sybirze ojciec chorował na cyngę, potym zabrano go chorego na tyfus, w maju 1941 roku umarła z wycieńczenia matka, potym niemowlę Edzio, najstarszy brat Karol w „ciężkiej pracy”, potym 4-letni Antoś, 9-letnia Emilka i młodsza Jańcia. Cała rodzina. „Tylko ja z Zosią dojechałyśmy do Persji”.
A matka Irenki umarła tak. Na wiosnę wydobyła z kuferka ostatnie „naprawdę ostatnie rzeczy i poszła je na kołchozy wymieniać, myślała, że może mąki dostanie”. Mała Sabinka wołała bowiem ciągle: „Mamo, ja chcę chlebka”. Matka nie wracała do wieczora. Irenka pobiegła w step szukać matki. Spotkany kozak powiedział Irence, że przy drodze w stepie leży jakaś kobieta. „Pobiegłam ile sił w kierunku, który mi wskazał i zobaczyłam, że ktoś leży na ziemi i ma na sobie kratkowaną chustę mamy. Poznałam, że to mamusia. Zaczęłam ją szarpać, wołać, prosić, aby się odezwała – ale wciąż milczała. Z rąk jej wysunął się woreczek z mąką. Wtedy ogarnął mnie starch. Pobiegłam do sowchozu do zarządzającego, aby dał konia, bo tam w stepie leży moja mamusia i trzeba ją ratować. Zarządzający powiedział, że to może wcale nie moja matka i że nie będzie konia gnał po nocy bez potrzeby. Pobiegłam wtedy do sąsiadów Polaków. Poszli ze mną w step i powiedzieli, że mamusia nie żyje... Pochowalismy mamusię. Prosiliśmy zarządzającego, aby dał nam choć parę desek na trumnę. Odmówił jednak, mówiąc, że nie ma i żebyśmy sobie chowali mamusię jak chcemy. Pochowaliśmy na małym kozackim cmentarzyku w prześcieradle. A Sabinka nie rozumiała naszego nieszczęścia, miała tylko 4 lata i znów płakała, że chce chlebka.”
    Marysia, córka lekarza ze Lwowa, miała 14 lat, gdy wraz z innymi harcerkami zesłana została do „kolonii dla nieletnich”. „Storodubskaja trudowoja isprawitielnaja kolonia.” Kolonia liczyła 500 więźniarek, Polek było 26, w wieku od 14 do 18 lat. Rozmieszczono je między „sowietkami”, nieraz na tej samej pryczy. Wśród „sowietek” były prostytutki, złodziejki, morderczynie, typy zboczone, chore na syfilis („a myśmy spały, kąpały się i jadły razem”), niektóre z nich 12-letnie. Wszystkie były wytatuowane jak parawan chiński. Na rękach i na plecach miały nieprzyzwoite słowa, na policzkach inicjały kochanków. Jedna miała na lewym ramieniu wytatuowane „Stalin”, na prawym „Lenin”, a na piersiach skomplikowany rysunek gołębi. Wiele z nich miało na policzkach nacięcia nożem w kształcie wachlarza. „Kochanek podpisał” mówiły. Oznaczało to, że wziął je na własność. Miały starszny wygląd, były owrzodzone, obrzękłe, jedna nie miała zupełnie czoła. Rozpijały się wodą kolońską i płynem do włosów. Wiele z nich było lezbijkami, wiele zostawało kochankami „wospitatielej” (wychowawców). Najstraszniejsza była Anna Gusiewa, lat 17, kochanka herszta bandy złodziejskiej, skazana za duszenie dzieci. Do Związku Sowieckiego nastrojone były bardzo lojalnie. Naczelnicy podkreślali nam zawsze, iż pod względem „narodowo-patrjotycznym” są bardzo zdrowe. „Wszystko to razem – pisze Marysia – doprowadzało nas do krańcowej rozpaczy, łez i zdenerwowania.”
    Ta sama Marysia opowiada, jak kierownik „politczasti” Iwan Iwanowicz Pyzin postanowił „pieriewospitat” (reedukować) harcerki polskie „na czestnych grażdan Sowietskiego Sojuza”. Tłumaczył więc, że język polski jako taki nie istnieje i jest gwarą, pochodzącą z języka białoruskiego. Zmuszano dziewczęta do uczestnictwa w różnych imprezach agitacyjnych. Przekonywano, że Polska „geograficzeskaja nowost”, zlepek narodów białoruskiego, ukraińskiego i niemieckiego – przestała istnieć. „I wy myślicie, że Polska jest i będzie?” „To były tortury. Nie mogłam milczeć. Nie wytrzymałyśmy, prawie płacząc, zaczęłyśmy wołać, że kłamie, bezczelnie kłamie. Od tej chwili zaczęto nas śledzić.” Roja Chrypun z Sarałowa, skazana na 6 lat za rozbieranie dzieci na ulicy i sprzedaż ich ubranek, otrzymała polecenie szpiegowania nas.
    Przerwijmy ten chorał dzieci polskich, dźwigający krzyż. Przytoczyliśmy tu zaledwie jedną jego zwrotkę. Jego Inferno rozżagwia się pożarem na każdej stronie tych dokumentów; w sowieckich „Diet-domach”; w listach dzieci żebrzących o pomoc, o zabranie ich do Polski; w polskich sierocińcach; nad tajemniczą rzeką Amu-Daria; w Karakałpakskiej republice; w Bucharze; w obłędzie dziewczynki, co bez ustanku powtarza: „mnie wywieźli, mamę wywieźli, tatusia wywieźli, wszyscy zginiemy” i która wszędzie widzi N.K.W.D.; w testamencie 14-letniego Marjana, który umierając, mówi do braciszka 13-letniego Wicka: „Jak to dobrze, że zobaczyłem cię przed śmiercią... zabierz wszystkie moje rzeczy, bo mnie już niepotrzebne...”
    Powiedzmy tylko jedno: te dzieci są święte, są wielkie, są wspaniałe w swojej polskości. One walczą na każdym kroku, zuchwale buntują się przeciw krzywdzie i zagładzie, są odważne, są bezwzględne w swoim prawie do wolnej Ojczyzny. Są wierne. Są polskie. Gdy po ciężkiej pracy wracają ze stepu, gdy idą z kosami na ramieniu wśród wielkiej ulewy, prowadzi je pieśń olbrzymia ojców: „Czy przyjdzie nam zginąć wśród boju, czy w tajgach Sybiru nam zgnić, z trudu naszego i znoju Polska powstanie, by żyć.”
    Zamykamy tę księgę z uczuciem dumy najwyższej, ale przede wszystkim z uczuciem boleści niewymownej. Myślimy o Ojczenaszu. Chcemy sie modlić: „...I odpuść nam nasze winy, tak jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.” Te dzieci cierpiały i cierpią „za winy niepopełnione”. Więc jakże nam się modlić o odpuszczenie win naszym winowajcom.”