Wiadomości - Nasz Swiat
23
So, wrzesień

W ubiegłym tygodniu los okazał się łaskawy dla obu polskich drużyn występujących w Lidze Europejskiej. Zarówno Wisła Kraków, jak i Legia Warszawa, wygrały swoje mecze i co najważniejsze, w znakomitym stylu.

Po dwóch porażkach w Lidze Europejskiej, Wisła Kraków wreszcie zwyciężyła i to nie z byle kim. Wiślacy wygrali z faworyzowaną ekipą Anglików z Fulham Londyn 1:0 i dzięki bramce Davida Bitona, przeszli do historii, odnosząc pierwsze zwycięstwo nad angielskim zespołem w europejskich pucharach. Była to też pierwsza wygrana Wisły w rozgrywkach LE.
W wygraną Wisły z londyńskim Fulham, w którym grają trzej reprezentanci Anglii, wierzyli tylko najzagorzalsi kibice, tym bardziej, że z powodu kontuzji, w krakowskiej drużynie nie mogli wystąpić czołowi zawodnicy: Melikson, Małecki i Sobolewski. Wbrew obawom, ekipa znad Tamizy, wcale nie miażdżyła Wisły od pierwszego gwizdka. Co więcej, to właśnie nasi zawodnicy powinni pierwsi zdobyć bramkę. W 11. minucie Ivica Iliev podholował piłkę pod pole karne, strzelił, a ta odbiła się od rywala i tylko poprzeczka uratowała Fulham przed golem.

Mecz był wyrównany i nie brakowało ciekawych sytuacji pod obiema bramkami. Lepsze okazje miała jednak Wisła. W 27. minucie aktywny Iliev zwodem oszukał Johnsona i z dwóch metrów strzelił w tzw. krótki róg. Od 30. minuty Anglicy musieli grać w dziesiątkę. Czerwoną kartkę zobaczył Moussa Dembele, za popchnięcie Gervasio Nuneza. Goście cofnęli się i do końca pierwszej połowy przeważała Wisła, która raz po raz ostrzeliwała bramkę Schwarzera. Powrót na boisko po przerwie trochę się opóźnił, bo na stadionie zgasła część świateł, ale awarię szczęśliwie udało się usunąć. W drugiej połowie sygnał do ataku uderzeniem z 30 metrów dał Cezary Wilk. Wiślacy nie odpuszczali, a w 60. minucie wreszcie trafili do siatki. Niezawodny David  Biton precyzyjnym strzałem sprzed pola karnego tuż przy słupku nie dał szans bramkarzowi przeciwników.

***
Na jeszcze większą pochwałę zasługują zawodnicy warszawskiej Legii, którzy na wyjeździe wygrali mecz z zawsze groźnym Rapidem Bukareszt. Piłkarzy z łazienkowskiej nie zraził ogłuszający doping oraz krótkie krycie ze strony bukareszteńskich piłkarzy. Po przetrzymaniu 10-minutowego naporu zaczęli grać swoje, tworząc kilka sytuacji, z których mogły paść bramki. Niestety Mirosłav Radović nie wykorzystał znakomitej sytuacji. Po kapitalnej w wykonaniu stołecznych pierwszej połowie, w drugiej części gry polski zespół musiał zaciekle bronić dostępu do własnej bramki, Rumuni nabrali bowiem wiatru w żagle i kilkakrotnie byli o krok od pokonania Duszana Kuciaka. Obrońcom Legii należą się jednak pochwały, bo mimo huraganowych ataków rywali, nie stracili zimnej krwi i obronili się przed utratą gola.
Kiedy zanosiło się na to, że mecz zakończy się satysfakcjonującym Legię bezbramkowym remisem, po raz kolejny błysnął Radović. Po superdokładnym dośrodkowaniu Macieja Rybusa, Serb popisał się znakomitym strzałem głową. Jak się później okazało, była to złota „główka” dająca Legii cenne wyjazdowe zwycięstwo.

Na półmetku rozgrywek w grupie C Ligi Europejskiej, legioniści mają na koncie 6 punktów i bardzo duże szanse na awans do fazy pucharowej. (jj)

Wisła Kraków - Fulham Londyn 1:0
Rapid Bukareszt - Legia Warszawa 0:1

www.thepolishobserver.co.uk

Do tragicznego wypadku doszło wczoraj podczas zawodów Moto GP w Malezji. Na drugim okrążeniu zawodów włoski motocyklista - Marco Simoncelli wpadł w poślizg i i stracił kontrolę nad motorem i upadł na tor. Chwilę po jego upadku z wielkim impetem najechało na niego dwóch innych zawodników - Colin Edwards i Valentino Rossi.

Simoncelli zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Wyścig o GP Malezji na torze Sepang został odwołany.

Marco Simoncelli był mistrzem świata w klasie 250 ccm (obecnie Moto2) w 2008 roku. W tym sezonie rozpoczął starty w MotoGP. W czerwcu wywalczył pierwsze pole position w GP Katalonii, a w wyścigach dwukrotnie stawał na podium - na drugim miejscu w GP Australii i trzecim w GP Czech.

Po przeszło dwu i półgodzinnym meczu z Andreą Petković, polska tenisistka w wielkim stylu powróciła do pierwszej dziesiątki, wygrywając dwa prestiżowe turnieje - w Tokio i w Pekinie.

Ten ostatni finał, bez wątpienia należał do najbardziej emocjonujących w sezonie. Agnieszka Radwańska (nr 11) wygrała z Niemką Andreą Petković (nr 9) w finale turnieju WTA na twardych kortach w Pekinie (z pulą nagród 4,5 miliona dolarów). Po fantastycznej walce w pierwszym secie, Polka wygrała 7:5, by w drugim po niespełna pół godzinie polec 0:6. Trzeciego seta i cały mecz wygrała Agnieszka, zwyciężając w swoim drugim turnieju z rzędu. Mecz trwał 2 godziny i 34 minuty.

Agnieszka Radwańska / foto: WikipediaSpotkanie rozpoczęło się od świetnej gry Radwańskiej, która w pierwszych dwóch gemach bezlitośnie punktowała bardzo zdenerwowaną Niemkę i objęła prowadzenie 2:0. Petković z czasem uspokoiła swoją grę i wtedy zaczęła być dla Polki równorzędną rywalką.

Po niezwykle długim gemie przy serwisie Niemki, Radwańskiej udało się przełamać rywalkę po raz drugi. Krakowianka prowadziła już 4:1, ale wtedy inicjatywę przejęła jej rywalka. Odrobiła jedno przełamanie, w kolejnym gemie serwisowym Polki wygrywała już 30:0, ale tuż po drugiej wygranej piłce jej twarz wykrzywił grymas bólu.

Ze względu na problemy Petković z kolanem potrzebna była kilkuminutowa przerwa i interwencja lekarza, ale w końcu rozstawiona z numerem 9 przeciwniczka Radwańskiej wróciła na kort i po raz drugi przełamała jej serwis. Z 4:1 zrobiło się 4:4, a końcowe gemy były niezwykle dramatyczne i pełne znakomitej gry obu tenisistek. Radwańska imponowała precyzją i sprytem, Petković niesamowitą zawziętością, agresją i siłą uderzeń. Po okresie wzajemnych przełamań przy stanie 6:5, Polce udało się, choć nie bez trudu, wygrać swoje podanie i po trwającym ponad godzinę, bardzo ciekawym i emocjonującym secie, wygrać 7:5 i objąć prowadzenie 1-0 w całym meczu. W drugiej partii niestety grała już tylko Petković. Wspaniale dysponowana Niemka była nieomal bezbłędna i prezentowała zabójczy, ofensywny tenis. Radwańska próbowała stawiać opór, ale wobec tak rywalki w tak doskonałej formie, była bezradna. Straciła wszystkie swoje podania, nie udało jej się ani razu przełamać przeciwniczki i tym razem zażartej walki z pierwszej partii nie było nawet przez chwilę. Petković błyskawicznie wygrała 6:0 i wyrównała stan meczu na 1-1. W trzecim secie walka była bardzo wyrównana. Wojnę nerwów wygrała Polka, zwyciężyła 6:4. Petković pokazała się z bardzo dobrej strony, ale w decydującym momencie to nasza reprezentantka popełniła mniej błędów i w efekcie sięgnęła po największy sukces w swojej karierze.

22-letnia Radwańska zdobyła siódmy tytuł w karierze, ale pierwszy w tak dużej imprezie. W tym roku odniosła już zwycięstwa w Carlsbadzie w sierpniu i przed tygodniem w Tokio. W niedzielę Polka wygrała jedenasty mecz z rzędu. Sukces w Pekinie dał jej 1000 punktów do rankingu WTA Tour oraz 775500 dolarów premii. (jj)

Agnieszka Radwańska - Andrea Petković 7:5, 0:6, 6:4

www.thepolishobserver.co.uk

Wisła Kraków poniosła kolejną masakryczną porażkę w Lidze Europejskiej. Legia zachowała twarz, wygrywając w ostatniej minucie mecz na własnym boisku. Jeśli polskie drużyny nadal będą tak postępować, to o jakichkolwiek sukcesach polskich klubów na arenie międzynarodowej, powinniśmy jak najszybciej zapomnieć.

Przegrana 1:4 z Twente Enschede w wyjazdowym spotkaniu 2. kolejki fazy grupowej Ligi Europejskiej to kolejne „osiągnięcie” Wisły. Jedyną bramkę dla krakowskiego zespołu, który wciąż pozostaje bez punktu w tych rozgrywkach, strzelił Dudu Biton.

Źle było od początku. Gospodarze w pierwszych czterech minutach mieli trzy dobre okazje. Dwukrotnie bardzo bliski pokonania Siergieja Pareiki był Marc Janko. Krakowianie wytrzymali jednak napór gospodarzy i w 9. minucie niespodziewanie wyszli na prowadzenie po świetnej indywidualnej akcji Bitona zakończonej pięknym strzałem z dystansu. Ale jak się okazało, były to „miłe złego początki”, bowiem Holendrzy rzucili się do odrabiania strat i w 32. minucie wyrównali. Tuż przed przerwą drugą bramkę dla Twente strzelił Marc Janko. Wisła w pierwszej połowie poza strzeloną bramką miała jeszcze jedną znakomitą okazję, ale piłka po uderzeniu głową przez Bitona, minimalnie minęła słupek bramki Twente. W drugiej połowie „Wiślacy” mieli dwie dogodne okazje do zmiany wyniku, ale pierwszy strzał był niecelny, a drugi celny, ale zbyt słaby. W 57. minucie  padła trzecia bramka dla Twente, a 23 minuty później - Wiśle strzelono czwartego gola.

Znacznie lepiej zaprezentowała się Legia Warszawa, zasłużenie wygrywając z Hapoelem Tel-Awiw 3:2. Po słabej pierwszej połowie nabrali odpowiedniego rytmu, sukcesywnie spychali Izraelczyków do obrony, aż w końcu udało im się zaatakować nie tylko efektownie, ale i efektywnie. Najpierw ładnym golem Ljuboja pokonał Apoulę. Rybus dośrodkował piłkę z rzutu rożnego, a Serb bardzo ładnie wyskoczył do nadlatującej piłki. Kolejne akcje to znów groźne ataki piłkarzy z „elką” na piersi. Nie załamał ich nawet gol strzelony przez Lalę. Byli konsekwentni do samego końca. Opłaciło się! Po raz kolejny Legia udowodniła, że potrafi odrobić straty i zdobyć punkty w europejskich pucharach. Zwycięstwo nad Hapoelem daje nadzieje na awans do następnej rundy LE. (jj)

www.thepolishobserver.co.uk

Z meczu na mecz, piłkarska reprezentacja Polski, radzi sobie coraz lepiej. W minionym tygodniu, pokonaliśmy Białoruś.

Mecz rozegrany w Wiesbaden daje powody do zadowolenia, widać było bowiem, że zespół się krystalizuje. Atak jest dobry, choć powinien być jeszcze lepszy, ale co najważniejsze - linie defensywne naszego zespołu, przestają być jego „piętą Achillesową”.

Ostatnio przed meczami reprezentacji Polski w ciemno obstawiać można, że gole strzelać będą 26-letni Jakub Błaszczykowski i 23-letni Robert Lewandowski. Tak było w spotkaniu z Niemcami (2:2) i identycznie w meczu z Koreą (2:2). Dwaj piłkarze Borussii zdobyli również po bramce w meczu z Białorusią w niemieckim Wiesbaden. Tym razem dały one jednak „biało-czerwonym” zwycięstwo 2:0.

Franciszek Smuda / foto: WikipediaPrzewaga Polaków w tym spotkaniu była bezdyskusyjna. Owe dwa gole to minimalny wymiar kary dla Białorusinów. Podopiecznym 63-letniego Franciszka Smudy należał się nawet rzut karny po zagraniu ręką przez rywala, ale sędzia popełnił błąd. Mimo to Smuda miał po spotkaniu  duże powody do zadowolenia. Tym bardziej, że odniósł dziesiąte zwycięstwo na ławce trenerskiej reprezentacji Polski.

- Ja tych wygranych czy przegranych nie liczę. Ważne, żebyśmy dobrze przygotowali się do EURO. Już w Korei zagraliśmy bardzo dobrze. Powiedziałem moim piłkarzom, żeby nie schodzili z pułapu, jaki osiągnęli w meczu z Niemcami i mają się tego trzymać! Cieszy mnie to, że nie gramy z „ogórkami”, a strzelamy ostatnio regularnie po dwa gole - powiedział polski trener po meczu, dziennikarzowi TVP. Selekcjoner nie mógł się nachwalić dwójki strzelców goli:
- Kuba i „Lewy” to trzon mojego zespołu, mam nadzieję, że na EURO będą zdrowi. Kilku innych zawodników również rozegrało jednak dobre zawody. Obrona spisała się nieźle, ale zobaczymy, jak to będzie wyglądało w meczach z Włochami i Rosją - stwierdził trener.
Zdecydowanie najlepszym zawodnikiem w naszej drużynie był kapitan Jakub Błaszczykowski.
- Początek spotkania mieliśmy dość nerwowy, ale potem złapaliśmy już swój rytm gry i zasłużenie wygraliśmy. A mój gol? Zawsze powtarzam, że nieważne, kto strzela, liczy się fakt, że wygraliśmy - zaznaczył Błaszczykowski. (jj)

Spotkanie: Polska - Białoruś 2:0
Bramki: 1:0 Błaszczykowski (31. min), 2:0 Lewandowski (69. min)
Polska: Fabiański - Piszczek, Perquis (79. Dudka), Wasilewski, Wawrzyniak - Murawski (72. Jodłowiec), Polanski - Błaszczykowski, Mierzejewski (60. Rybus), Peszko (88. Gol) - Brożek (60. Lewandowski)
Białoruś: Żewnow (46. Wieriemko) - Szitow (46. Woronkow), Wierchowcow (46. Płoskonny), Martynowicz, Omeljańczuk - Kałaczew Ż, Rudzik (88. Byczonok), Kulczi, Kisljak (88. Kriwiec), Trubila - Kornilenko Ż

www.thepolishobserver.co.uk

Miroslav Klose w końcówce meczu zdobył zwycięskiego gola dla Lazio w derbach Rzymu.

Lazio zawdzięcza wygraną we wczorajszym derby Rzymu bramce Miroslava Klosego, którą udało mu się zdobyć w ostatnich sekundach meczu. Pierwszego gola zdobył Pablo Osvaldo już w 5. minucie. Wyrównał, dopiero w drugiej połowie, Hernanes, który wykorzystał rzut karny sprowokowany przez Simona Kjaera (został dodatkowo usunięty z boiska).
Mecz zakończył się 2:1 na korzyść Lazio.

Miroslav Klose / foto: Wikimedia CommonsMiroslav Klose (Mirosław Marian Klose) urodził się w 1978 roku w Opolu. Pochodzi z górnośląskiej sportowej rodziny – ojciec Józef Kloze był piłkarzem (m.in. Odra Opole i francuskiego klubu AJ Auxerre), matka Barbara Jeż była piłkarką ręczną, 82-krotną reprezentantką Polski.

W 1987 roku, Mirosław wyjechał z rodzicami i starszą siostrą z Polski (jako przesiedleniec) do Niemiec. Wychował się w Nadrenii-Palatynacie.

Swoją karierę piłkarską rozpoczynał w zespole młodzieżowym w klubie SG Blaubach-Diedelkopf.

W 1998 r. przeniósł się do klubu FC 08 Homburg, następnie od 1999 r. grał w niemieckiej ekstraklasie w klubie 1. FC Kaiserslautern, a od 2004 roku w Werderze Brema.
24 marca 2001 roku debiutował w reprezentacji Niemiec w meczu z Albanią. Wraz z kadrą niemiecką sięgnął po wicemistrzostwo świata w 2002 (zdobywając w turnieju 5 bramek, został wicekrólem strzelców), brał również udział w turnieju finałowym Euro 2004. Na Mistrzostwach Świata 2006 w Niemczech, zdobył wraz z reprezentacją Niemiec brązowy medal i został (z dorobkiem 5 goli) królem strzelców.

Od 1 lipca 2007 roku do maja 2011 był piłkarzem FC Bayern Monachium. 9 czerwca br. Podpisał dwuletni kontrakt z Lazio.

Agnieszka Radwańska pokonała Wierę Zwonariewą w finale turnieju WTA Tour w Tokio. To drugi triumf Polki w tym sezonie.

Najlepsza polska tenisistka, w finale turnieju rozgrywanego na twardych kortach, z pulą nagród 2,05 miliona dolarów, rozstawiona z numerem 9 Radwańska pokonała Zwonariewą (4. pozycja w WTA) w godzinę i 16 minut, wygrywając w setach 6:3, 6:2. Był to piąty pojedynek tych zawodniczek, a czwarty w tym roku. Radwańska poprawiła bilans meczów na swoją korzyść na 3-2 i 3-1 na twardych kortach (w tym sezonie 3-1).

W pierwszej rundzie „Isia” nie dała żadnych szans młodej Japonce Misaki Doi (111. pozycja w WTA). Polka ograła reprezentantkę gospodarzy w dwóch krótkich setach 6:1, 6:1. Niestety, już w pierwszej rundzie w Tokio odpadła Urszula Radwańska, która w kolejnych meczach dopingowała starszą siostrę z trybun.

Po pierwszym secie meczu II rundy z Angelique Kerber (33. pozycja WTA), kibice mogli mieć wrażenie deja vu. Radwańska, podobnie jak podczas US Open, nie umiała znaleźć odpowiedzi na grę Niemki i pierwszego seta przegrała 3:6. Kolejne dwa (inaczej niż w Nowym Jorku) wygrała jednak i awansowała do III rundy. - Zemściłam się - przyznała po meczu.

W trzeciej rundzie na Polkę czekał kolejny trudny sprawdzian. Jej rywalką była eks-liderka rankingu WTA, rozstawiona w Tokio z ósemką - Jelena Janković. Radwańska przegrywała już w tym meczu 2:6, 3:4, ale w odpowiednim momencie posłuchała swojego trenera Tomasza Wiktorowskiego, wygrała dziewięć gemów z rzędu i cały mecz 2:6, 6:4, 6:0!

W ćwierćfinale na Radwańską miała czekać Karolina Woźniacka, stało się jednak inaczej. Dunka uległa w III rundzie huraganowym atakom Kai Kanepi i to właśnie Estonka (43. pozycja w WTA) zagrała z Polką. Radwańska lepiej poradziła sobie z grającą mocny tenis rywalką i wygrała 6:2, 7:6 (9-7), broniąc się udanie przed trzysetowym thrillerem.

W półfinale Radwańska w końcu musiała się zmierzyć ze znacznie wyżej notowaną Wiktorią Azarenką (3. pozycja w WTA). Na siedem spotkań z Białorusinką, Polka wygrała tylko dwa, ale w Tokio udało jej się poprawić ten bilans. Po znakomitym meczu pokonła trzecią rakietę świata 6:3, 4:6, 6:2.

- Nigdy nie widziałam tak dobrej Agnieszki - chwaliła Polkę po meczu białoruska tenisistka.
Mimo świetnej gry Polki przez cały tydzień, faworytką bukmacherów przed finałem była Rosjanka Wiera Zwonariewa. Bardziej utytułowana zawodniczka, nie miała jednak w meczu z Radwańską nic do powiedzenia. Przegrała 3:6, 2:6, podobnie jak w sierpniowym finale w Carlsbadzie.

Wygrana w Tokio to drugi tytuł Radwańskiej w tym sezonie i piąty w historii startów w imprezach WTA. W sierpniu Polka była najlepsza w zawodach we wspomnianym amerykańskim Carlsbadzie z pulą nagród 721 tysięcy dolarów, gdzie jej rywalką także była Zwonariewa. Wcześniej triumfowała w turniejach z tego cyklu w Sztokholmie w 2007 roku i w tajlandzkiej miejscowości Pattaya, w Stambule oraz Eastbourne w roku 2008. Radwańska poniosła ponadto dwie porażki w finałach w Pekinie (2009) i San Diego (2010).

W Japonii Radwańska zarobiła 360 tysięcy dolarów, a także 900 punktów do rankingu WTA Tour, z czego obroniła 225 za ubiegłoroczny ćwierćfinał. W poniedziałek awansuje z 13. na 12. pozycję w WTA, przed Niemkę Andreę Petkovic.
Polka w najbliższych tygodniach będzie walczyć o miejsce w czołowej ósemce rankingu, pozwalające na występ w kończącym sezon turnieju masters w Stambule (z pulą nagród 4,5 miliona dolarów) w dniach 25-30 października. Z Japonii, Radwańska przeniesie się od razu do Pekinu, gdzie jako rozstawiona z numerem 11. w pierwszej rundzie ma „wolny los”. W drugiej rywalką polskiej tenisistki będzie zwyciężczyni pojedynku Włoszki Alberty Brianti z Chinką Jie Zheng. (jj)

fot. Agnieszka Radwańska - Wikipedia