Wiadomości - Nasz Swiat
23
So, wrzesień

Urszula Radwańska była o krok od swojego drugiego w karierze półfinału turnieju WTA. Niestety w ćwierćfinale turnieju WTA Tour na twardych kortach w Kantonie (z pulą nagród 220 tysięcy dolarów) w trzech setach przegrała z reprezentantką RPA Chanelle Scheepers.

Wszystkie sety Radwańska zaczynała dość słabo. W pierwszych gemach Polka traciła własne podanie i była zmuszona do „gonienia” wyniku. Rozstawiona w Kantonie z numerem 7. Scheepers nie zdołała jej się przeciwstawić jedynie w pierwszej partii, w której uległa 4:6. W drugim secie, Ula prowadziła już 5:3 i dysponowała własnym podaniem. Wydawało się, że ma przeciwniczkę „na widelcu”, ale wtedy za bardzo się rozluźniła i zaczęła popełniać błędy. W rezultacie reprezentantka RPA wyrównała, a potem po tie breaku wygrała seta.
W trzecim secie, przewaga Scheepers nie ulegała już wątpliwości. Zakończył się on porażką Polki 3:6.
O awans do finału Chanelle Scheepers będzie jednak trudno. W półfinale zawodniczka z RPA zmierzy się bowiem z Marią Kirilenko, rozstawioną z „jedynką” Rosjanką, która w rankingu WTA zajmuje 28. miejsce.
Urszula Radwańska zajmuje obecnie 105. miejsce w rankingu tenisistek. Dochodząc w Kantonie do ćwierćfinału zdobyła 70 punktów oraz premię w wysokości 5340 dolarów. (jj)

Fot. Urszula Radwańska - Wikipedia

Izraelczyk Melikson nie zagra w piłkarskiej reprezentacji Polski. Przestraszył się reakcji izraelskich kibiców, którzy grozili mu śmiercią. Sprawa piłkarza zakończyła się skandalem, a w izraelskich mediach znów pojawiły się „polskie obozy śmierci”.

Mało kto przypuszczał, że decyzja byłego zawodnika Happoel Ber'szewa, który obecnie gra w Wiśle Kraków, planującego występy w reprezentacji Franciszka Smudy, spotka się z takimi reakcjami.

Maor Melikson, ma również polskie obywatelstwo i gra w naszym kraju od 31 stycznia tego roku. Ma 27 lat jest wychowankiem izrealskiego trzecioligowego klubu Maccabi Jawne, w którym zadebiutował w sezonie 2001/2002. Później przeszedł do pierwszoligowego Beitaru Jerozolima. Spędził tam cztery sezony, po czym odszedł do drużyny ówczesnego zwycięzcy rozgrywek najwyższej ligi izraelskiej, Maccabi Hajfa. W styczniu 2008 roku trafił do Hapoelu Kfar Saba, a po zakończeniu sezonu 2007/2008 przeszedł do drugoligowego Hapoel Ber'Szewa. W sezonie 2008/2009, klub ten zajął trzecie miejsce w tabeli i awansował do Ligat ha'l.  Melikson pełnił w klubie funkcję kapitana zespołu. Zawodnik ten grał również w reprezentacji juniorskiej U-19 oraz młodzieżowej U-21. W pierwszej reprezentacji Izraela, zadebiutował 26 maja 2010 roku w towarzyskim spotkaniu z Urugwajem. Cztery dni później drużyna ta zmierzyła się z reprezentacją Chile, a Melikson cały mecz spędził na ławce rezerwowych.

Na początku sierpnia został powołany na obóz treningowy reprezentacji, przygotowujący drużynę Izraela do kwalifikacji Euro 2012. Pod koniec sierpnia Melikson znalazł się w 23-osobowej kadrze swojego kraju na mecze eliminacyjne z Maltą i Gruzją. Nie zagrał jednak w żadnym ze spotkań.

21 listopada trener reprezentacji Izraela, Luis Fernandez powołał Meliksona do grona 18 piłkarzy, którym zamierzał się przyjrzeć na specjalnie zorganizowanej w tym celu sesji treningowej. Następnie Melikson został powołany do kadry Izraela w maju 2011 roku, na mecz eliminacji Euro2012 z Łotwą. Nie zagrał jednak i w tym spotkaniu z powodu kontuzji. 10 sierpnia 2011 roku, w swoim drugim występie w reprezentacji Izraela przeciwko Wybrzeżu Kości Słoniowej, Melikson zdobył dwie bramki. We wrześniowych meczach eliminacji Euro 2012 z Grecją i Chorwacją nie zagrał z powodu kontuzji, jaką odniósł podczas jednego z treningów, przez co, zmuszony był przedwcześnie opuścić zgrupowanie kadry.

Były skoczek narciarski, a obecnie kierowca rajdowy Adam Małysz miał poważny wypadek samochodowy, zakończony dachowaniem. Na szczęście „Orzeł z Wisły” nie odniósł żadnych obrażeń i wyszedł z pojazdu o własnych siłach, na dodatek uśmiechnięty.

W Żaganiu na słynnym poligonie wojskowym, Adam Małysz bił rekord prędkości (176 km/h) w jeździe samochodem w terenie. W jednej z prób mu się udało, ale niestety na kolejnej rywalizację zakończył poza torem. Jego samochód dachował, ale naszemu mistrzowi nic się nie stało. Dla Małysza to była czwarta próba pobicia rekordu. Na pierwszym zakręcie przy prędkości około 60 km/h „Orzeł” nie opanował samochodu i wyrzuciło go z toru. Na pierwszy rzut oka wyglądało to bardzo dramatycznie, ale już chwilę później Małysz pozdrowił publiczność i udzielił wywiadu dla TVP Info, mówiąc między innymi, że każde tego typu doświadczenie jest ważne. „Gdyby mnie coś takiego zniechęciło, to na pewno nie nazywałbym się Adam Małysz” - dodał były skoczek. Po dachowaniu, mistrz chciał jeszcze raz wsiąść do auta i spróbować pobić rekord, który sam kilka minut wcześniej ustanowił, ale jak stwierdził: „Chęci są, ale samochód nie nadaje się chyba do jazdy. Rekord i tak pobiłem, ale zapewne więcej mówić się będzie o tym dachowaniu”. Małysz czeka jeszcze na wyścig w Maroko, a potem upragniony przez niego Rajd Dakar. Oby tam, tego typu przygód, Adam nie musiał już przeżywać. (jj)

fot. Wikipedia

Nasza reprezentacja piłkarska zremisowała w piątek z dziewiątą drużyną świata, Meksykiem 1:1. Od biedy można uznać, to za sukces, bo wskutek czerwonej kartki dla Obraniaka, musieliśmy w drugiej połowie grać w dziesiątkę.

Po wygranym meczu z Gruzją - słabeuszem sytuującym się podobnie, jak Polska w ogonie futbolowych rankingów, przyszło nam zmierzyć się z Meksykiem, który należy do abolutnej czołówki światowej. Jednak piątkowy sprawdzian nie dał   odpowiedzi, jaki jest obecny stan polskiej reprezentacji, ponieważ graliśmy w dość eksperymentalnym, by nie rzec - rezerwowym składzie. Zdaniem optymistów Polacy zagrali dobrze, zdaniem pesymistów - przeciętnie i raczej należałoby się zgodzić z tymi drugimi. Wśród Polaków panował chaos, widać było, że w dalszym ciągu nie udało się wyeliminować podstawowych wad, z których słynie nasza reprezentacja i liga - niski poziom techniki piłkarskiej. Znów mieliśmy okazję obserwować niecelne podania, problemy z przyjęciem piłki, nieradzenie sobie w stałych fragmentach gry, problemy z realizacją zadań taktycznych, nieumiejętność konstruowania akcji, mających na celu zdobycie bramki. Dwa jasne punkty, to takie, że naszym zawodnikom chciało się grać oraz to, że zaprezentowali dość dobrą kondycję fizyczną, z czym wcześniej bywało fatalnie.

W 27. minucie ładnym, technicznym strzałem popisał się Paweł Brożek, zdobywając bramkę po precyzyjnym zagraniu Adriana Mierzejewskiego z prawej strony boiska. Prowadzeniem nie cieszyliśmy się jednak zbyt długo, bo zaledwie osiem minut. Po rzucie rożnym, piłka trafiła do Hernandeza, który po przyjęciu jej na pierś, uderzeniem prawą nogą pokonał polskiego bramkarza. Zawiodła polska defensywa, do której postawy, trener Franciszek Smuda ma zazwyczaj najwięcej pretensji. Jakby tego było mało, w 70.  minucie „francuski Polak” Lodovic Obraniac otrzymał czerwoną kartkę za kopnięcie przeciwnika, dlatego też już do końca spotkania graliśmy w dziesiątkę. (jj)

Polska - Meksyk 1:1 (1:1)
Bramki: dla Polski - Paweł Brożek (27); dla Meksyku - Javier Hernandez (35). Widzów 17 tysięcy.

fot. Paweł Brożek - Wikipedia

Nie powiodło się naszym drużynom w pierwszych meczach fazy grupowej Ligi Europejskiej. Zarówno Legia, jak i Wisła doznały porażek.

Po przegranej w ligowym meczu z Bielsko-Białą, legioniści zapowiadali, że w  Eindhoven z miejscowym PSV dadzą z siebie wszystko, by zrehablitować się przed swoimi kibicami. Nie udało się. Piłkarze Legii pod wodzą trenera Macieja Skorży, którzy w eliminacjach i spektakularnym meczu pokonali Spartaka Moskwę, w Eidnhoven po prostu nie dali rady. Mecz w Holandii zaczęli bardzo bojaźliwie i tak też zakończyli pierwszą połowę, schodząc na przerwę z bagażem jednej bramki, która padła w 21. minucie. Na palcach policzyć można akcje, kiedy legionistom udawało się przedrzeć na połowę przeciwnika, a jeśli już to się stało, to żaden z tych nielicznych rajdów nie kończył się oddaniem strzału, nie tylko w światło bramki, lecz w ogóle. Cieszył się zapewne z tego polski bramkarz Przemysław Tytoń, który niespełna dwa tygodnie temu zasilił szeregi PSV Eindhoven. Przewaga holenderskiego zespołu była tak duża, że dziw bierze, iż padła tylko jedna bramka, wskutek zresztą kolejnego błędu popełnionego przez naszą defensywę. Okoliczności były co prawda kontrowersyjne. Polski bramkarz został faulowany, więc nasi obrońcy liczyli na to, że sędzia odgwiżdże ów faul, lecz Holendrzy zamiast czekać na decyzję sędziego, strzelili gola. Dokonał tego nowy nabytek drużyny - Dries Martens, wykorzystując fakt, że bramkarz Legii nie zdążył po tym faulu wrócić do bramki. Mimo wielu jeszcze okazji, gospodarzom spotkania nie udało się podwyższyć rezultatu. Pierwsza połowa zakończyła się przy stanie 1:0. Polscy kibice wiedzą jednak, że Legia w meczach o wysoką stawkę potrafi się zmobilizować. I rzeczywiście, druga połowa, to zupełnie inny obraz gry - bezproduktywnego w ofensywie Manu, zastąpił Miroslav Radovic, który wprowadził wiele ożywienia w szeregach warszawskiej drużyny. Być może gdyby ten zawodnik zagrał od pierwszej minuty spotkania, wynik meczu byłby dla nas bardziej korzystny. Legioniści oddali kilka groźnych strzałów (Janusz Gol, Danijel Ljuboja). Gospodarze mieli dogodne sytuacje, ale znakomicie spisywał się bramkarz Legii Duszan Kuciak. Choć z boiska warszawska drużyna zeszła pokonana nie oznacza to, że doszło do jakiejś tragedii. Przewaga jednej bramki, to jeszcze nie powód do rozpaczy, Legia ma do rozegrania jeszcze siedem spotkań, więc wszystko może się zdarzyć.
W innym meczu grupy C Rapid Bukareszt (pogromca Śląska Wrocław w eliminacjach) wygrał na wyjeździe z Hapoelem Tel Awiw 1:0. W następnej kolejce (29 września) Legia zagra właśnie z pokonanym, a Rapid Bukareszt, u siebie z PSV Eindhoven.

Znacznie gorzej wypadła Wisła, która sromotnie przegrała z przeciętną drużyną duńską - Odense 1:3, a miał to być, według butnych zapowiedzi Wiślaków najłatwiejszy mecz w fazie grupowej. Okazało się, że może i jest to drużyna przeciętna, ale i tak za dobra dla Wisły. Jeszcze w pierwszej połowie objęli prowadzenie po strzale Andreasa Johanssona. Wisła odpowiedziała golem Andraża Kirma po przerwie, ale później, walcząc o zwycięstwo, popełniała proste błędy w obronie.
Defensorzy Wisły - Kew Jaliens i Osman Chavez zostali przez rywali kilka razy ośmieszeni. 10 minut przed końcem spotkania, piłkarze Wisły czekali, aż sędzia odgwiżdże faul na Sergieju Pareice, Odense grało jednak dalej i Peter Utaka podwyższył na 2:1. Trzeci gol padł po błędzie Chaveza, który pozwolił przepchnąć się w polu karnym.
W następnej kolejce rozgrywek w grupie K, Wisła zagra na wyjeździe z holenderskim klubem Twente Enschede, który zremisował 1:1 z londyńskim Fulham, natomiast pogromca Wisły - Odense zagra u siebie z Fulham Londyn. (jj)

fot. Andraž Kirm - Wikipedia

Nie powiodło się polskim lekkoatletom w mistrzostwach świata w koreańskim Daegu. Wracamy z jednym zaledwie medalem, choć szykowaliśmy się na siedem. Apetyty były uzasadnione tym, że w poprzednich MŚ w Berlinie zdobyliśmy osiem krążków.

Miłą niespodzianką był złoty medal Pawła Wojciechowskiego w skoku o tycze. Ktoś może się oburzyć - Jaką niespodzianką?! Przecież to wielokrotny medalista mistrzostw Polski! Prawda, bowiem wyrównał on utrzymujący się od 22 lat rekord kraju należący do Mirosława Chmary (5,82 m), a później go nawet pobił (5,91 m - w tym sezonie jest to najlepszy wynik na świecie), rok temu został złotym medalistą w mistrzostwach Europy juniorów, ale jednak sam Paweł, jak i fachowcy od tyczki, dość ostrożnie wypowiadali się na temat medalowych szans Polaka przed startem na MŚ, dlatego właśnie, była to miła niespodzianka. Nie, żeby brakowało mu umiejętności, bo z tym jest u niego całkiem dobrze, chodziło raczej o brak „otrzaskania” z imprezami tej rangi, co mistrzostwa świata, odporność psychiczną itp. Polak poradził sobie jednak doskonale, mimo że była chwila, kiedy jego medalowe losy ważyły się na szali w stronę przegranej - po nieudanym skoku na 5,80 metra tyczkarz, który awansował do finału jako ostatni z eliminacji, przeniósł wysokość na 5,90 metra.

Pozostali dwaj startujący zawodnicy, też nieźle sobie radzili. Łukasz Michalski otarł się nawet o brązowy medal, ostatecznie zajął jednak czwarte miejsce (5,85 m), co i tak jest wielkim sukcesem tego młodego polskiego tyczkarza, a Mateusz Didenkow - siódme (5,75 m), pozostawiając za sobą pięciu innych zawodników.

W niedzielę, 28 sierpnia,  Robert Kubica przeszedł ostatnią operację łokcia prawej ręki.

Zabieg oczyszczania łokcia zakończył się sukcesem.

Daniele Morelli, menadżer polskiego kierowcy powiedział, że teraz rozpocznie się ostatni etap rehabilitacji, którego celem będzie odzyskanie pełnego zakresu ruchów ręki.

Zdaniem Corelliego, za że za około miesiąc będzie wiadomo, kiedy Kubica powróci na tor. - To, że wróci jest pewne – przekonuje menadżer.

(wda)