Wiadomości - Nasz Swiat
18
So, listopad

Według najnowszych danych Eurostatu w 2013 roku najwięcej, bo 343,5 tys. dzieci urodziło się we Francji. Kolejne miejsca na tej liście zajęły: Niemcy – 337,2 tys., Wielka Brytania – 304,2, Włochy – 251,5 i Hiszpania – 223,8 tys.

Najmniej, bo tylko 2,1 tys. dzieci urodziło się na Malcie. Kolejne miejsca od końca listy zajęły: Luksemburg 3,3 tys., Cypr – 4,5, Estonia – 5,6 i Łotwa – 9,2 tys. W Polsce w 2013 roku urodziło się 179,7 tys. dzieci, co dało nam 6-te miejsce  w Unii Europejskiej pod względem największych urodzin.

Statystyczna mieszkanka Wspólnoty w 2013 roku rodziła pierwsze dziecko w wieku 28,7 lat. Najwcześniej, bo w wieku 25,7 lat rodziła statystyczna Bułgarka. Kolejne miejsca w tym rankingu zajęły: Rumunki – 25,8 lat, Łotyszki – 26,1, Estonki 26,5 i Polki – 26,7 lat.

Najpóźniej, bo w wieku 30,6 lat na pierwsze dziecko decydowały się Włoszki. Kolejne miejsca pod względem najwyższego wieku urodzenia pierwszego dziecka zajęły: Hiszpanki – 30,4 lat, obywatelki Luksemburga – 30,0, Irlandki – 29,4 i Szwedki – 29,1 lat.

Statystyczna Polka decyduje się na pierwsze dziecko wcześniej niż statystyczna mieszkanka UE. Ta sytuacja zaprzecza mitowi, że gorsze warunki życia nie służą macierzyństwu. Stopa życiowa statystycznej polskiej rodziny jest wyraźnie niższa, niż statystycznej rodziny we Wspólnocie, co nie wpływa jednak na liczbę nowych urodzeń.

(ju)

Według najnowszych danych Eurostatu w skali Unii Europejskiej w systemie telepracy na stałe zatrudnionych jest 5,1% pracujących kobiet i 4,3% pracujących mężczyzn. Doraźnie z tej formy pracy korzysta 8,1% kobiet i 9,4% mężczyzn.

Liderem w stosowaniu telepracy jest Holandia, gdzie z tej formy zatrudnienia korzysta 11,4 pracujących kobiet i 14,6% pracujących mężczyzn. Kolejne miejsca w rankingu krajów o                     dużej popularności telepracy wśród kobiet zajmują: Luksemburg – 15,7% pracujących pań, Austria – 11,7%, Finlandia – 9,4% i Słowenia- 8,9%. Wśród mężczyzn telepraca najbardziej popularna jest w: Luksemburgu – 12,9% zatrudnionych panów, Finlandii – 11,7 Danii – 10,8% i Austrii – 9,8%.

W Polsce w systemie telepracy zatrudnionych jest 4,8% pracujących kobiet i 4,4% pracujących mężczyzn. We Włoszech w systemie telepracy zatrudnionych 2,9% kobiet i 3,4% mężczyzn.

Zdaniem analityków rynku pracy wiele osób nie godzi się na zatrudnienie w systemie telepracy w obawie, że ulegnie zatarciu granica między pracą zawodową, a życiem rodzinnym. Ponadto wiele pracodawców nie wyobraża sobie sytuacji, w której nie ma bieżącej kontroli nad pracownikiem.

Najczęściej w systemie telepracy zatrudniania są: architekci, doradcy podatkowi, dziennikarze, graficy komputerowi, księgowi, programiści, projektanci, telemarketerzy i tłumacze.

(wda)

Nawet 10 tys. nowych lekarzy pierwszego kontaktu będzie potrzebowała do 2020 roku brytyjska służba zdrowia i luki tej nie wypełnią absolwenci miejscowych uczelni. Sposobem może być zatrudnianie medyków z zagranicy. Obecnie na Wyspach pracuje prawie 100 tys. lekarzy cudzoziemców, w tym ok. 2 tys. Polaków.

Służba zdrowia, obok imigracji, znalazła się wśród najbardziej palących kwestii trwającej obecnie w Wielkiej Brytanii kampanii wyborczej. W debatę wpisuje się najnowszy raport Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego (BMA), które przeprowadziło ankietę wśród ponad 15,5 tys. lekarzy pracujących w placówkach państwowej służby zdrowia (NHS). Okazało się, że aż 34 proc. z nich zamierza przejść na emeryturę przed końcem dekady, a wielu kolejnych rozważa zmniejszenie liczby godzin pracy lub wyjazd za granicę.

Stowarzyszenie ostrzegło, że w związku z tym do 2020 roku w brytyjskich przychodniach może zabraknąć nawet 10 tys. lekarzy pierwszego kontaktu.

Autorzy raportu skrytykowali partie polityczne, które przy okazji kampanii wyborczej składają „absurdalne obietnice” i ignorują rzeczywiste przyczyny stojące za kryzysem brytyjskiej służby zdrowia. Jedną z kluczowych ma być właśnie niedobór lekarzy.

Zdaniem BMA niedobory personelu medycznego są nie tylko kłopotliwe dla pacjentów, ale również sprawiają, że lekarze pracują zbyt dużo i w konsekwencji coraz częściej decydują się na rezygnację z pracy zawodowej przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Kolejnym problemem jest niedoinwestowanie służby zdrowia, które skłania coraz liczniejszą grupę absolwentów brytyjskich szkół medycznych do decyzji o wyjeździe za granicę, najczęściej do USA. Ankieta BMA wykazała, że krok taki rozważa obecnie niemal co piąty absolwent medycyny.

Problemy służby zdrowia zajmują czołowe miejsce w programach wyborczych największych brytyjskich partii przed wyborami 7 maja. Laburzyści o spowodowanie kryzysu w służbie zdrowia oskarżają konserwatywny rząd Davida Camerona i deklarują, że po przejęciu władzy stworzą specjalny fundusz z budżetem w wysokości 2,5 mld funtów rocznie, który pozwoli pozyskać około 8 tys. nowych lekarzy do 2020 roku.

Z kolei konserwatyści w swoim programie deklarują przeznaczenie na NHS nawet 8 mld funtów rocznie. Budżet ten pozwolić ma na zmodernizowanie służby zdrowia oraz zatrudnienie 5 tys. lekarzy przed końcem dekady.

Sama NHS twierdzi, że w obecnych realiach takie plany nie mają dużych szans powodzenia. W zeszłorocznym raporcie przyznano, że w ciągu ostatnich czterech lat liczba absolwentów brytyjskich uczelni, którzy decydowali się na podjęcie pracy w państwowej służbie zdrowia, była o 2,2 tys. mniejsza niż planowano.

Oczywistym sposobem wypełnienia tej luki jest zatrudnianie lekarzy z zagranicy. Choć w brytyjskiej służbie zdrowia od wielu lat imigranci stanowią duży odsetek lekarzy, to w obecnej sytuacji politycznej żadna z partii nie jest skłonna opowiedzieć się za takim rozwiązaniem.

Według najnowszych danych General Medical Council, instytucji odpowiedzialnej za wydawanie lekarzom pozwoleń na pracę na terenie W. Brytanii, aż 37 proc. zarejestrowanych lekarzy uzyskało swoje kwalifikacje poza Wielką Brytanią, z czego 11 proc. na terenie UE, a 26 proc. poza Europą. Taki odsetek lekarzy z zagranicy, głównie byłych kolonii brytyjskich, utrzymuje się w Wielkiej Brytanii od lat 50. XX wieku.

Wśród 267 tys. aktualnie zarejestrowanych lekarzy 98 tys. stanowią imigranci. Tradycyjnie najwięcej wśród nich jest Indusów (25 tys.) a następnie Pakistańczyków (prawie 10 tys.), obywateli RPA (5,2 tys.), Nigeryjczyków (4,2 tys.) oraz Irlandczyków (około 4 tys.). Polacy plasują się w tym zestawieniu na 13. miejscu. Jest ich w tej chwili nieco ponad 2 tys.

Zdaniem obecnego rządu brytyjskie uczelnie medyczne są w stanie wykształcić odpowiednią liczbę lekarzy, by zaspokoić zapotrzebowanie, bez konieczności masowego zatrudniania lekarzy z zagranicy. Konieczne są jednak zachęty mające przekonać absolwentów do podjęcia pracy w państwowej służbie zdrowia.

Tutaj jednak zaczynają się problemy, gdyż NHS zwyczajnie nie stać obecnie na zatrudnienie tak dużej liczby brytyjskich lekarzy. Na korzyść imigrantów przemawia fakt, że mają zwykle niższe oczekiwania finansowe, a dodatkową korzyścią jest również brak kosztów poświęconych na ich wykształcenie.

- Rachunek ekonomiczny sugeruje, że najbardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby wsparcie dla już pracujących i napływających lekarzy z zagranicy w zakresie ich asymilacji kulturowej i rozwoju zawodowego, tym bardziej że brytyjska służba zdrowia opiera się na nich od dziesięcioleci - uważa Stephanie Snow z uniwersytetu w Manchesterze, cytowana przez dziennik „Guardian”.

- Wykształcenie jednego lekarza na brytyjskiej uczelni kosztuje 150-200 tys. funtów i nie ma żadnej gwarancji, że po ukończeniu studiów nie wyemigruje on w poszukiwaniu lepszej pracy do Kanady czy Australii. Tymczasem lekarze przyjeżdżający do Wielkiej Brytanii są już odpowiednio wykwalifikowani i gotowi ciężko pracować w specjalizacjach, które nie cieszą się największą popularnością na uczelniach medycznych - przekonuje w tym samym artykule Chandra Kanneganti, przewodniczący Brytyjskiego Międzynarodowego Stowarzyszenia Lekarzy.

Często powtarzanym argumentem "przeciwko" jest bariera językowa dla lekarzy z zagranicy. Trzeba jednak pamiętać, że wszyscy lekarze spoza UE chcący zarejestrować się w General Medical Council muszą zdać egzamin IELTS na poziomie przynajmniej 7,5 pkt na 9 możliwych. Lekarze z UE nie muszą spełniać tego wymogu, ale od lata ubiegłego roku GMC ma obowiązek sprawdzić ich kwalifikacje językowe przed dopuszczeniem do wykonywania zawodu.

Z Londynu Marcin Szczepański, Polska Agencja Prasowa

W czasie, gdy Londyn ogłosił plan skreślenia języka polskiego z listy przedmiotów, które można zdawać na brytyjskiej maturze, nad wprowadzeniem jego nauki do swoich szkół zastanawiają się autonomiczne władze Szkocji. Rekomendację taką przedłożył w swoim raporcie zespół ds. Polski szkockiego parlamentu. Jednocześnie jednak z możliwości nauki polskiego w szkołach zrezygnowała Irlandia Północna.
 

Obecnie w Szkocji, która może samodzielnie kształtować swój system edukacyjny, egzaminy (zarówno na poziomie polskiej matury, jak i odpowiednika egzaminu gimnazjalnego) można zdawać jedynie z języka francuskiego hiszpańskiego. Polski byłby więc trzecim językiem obcym na tej liście.

Według raportu, w którego tworzeniu uczestniczyli przedstawiciele Polonii i naukowcy, w szkockich szkołach uczy się obecnie około 12 tys. polskich dzieci i liczba ta rośnie z roku na rok. Ojczystego języka mogą one uczyć się tylko w liczącej 17 placówek sieci szkół sobotnich. Jedynie w dwóch publicznych szkołach w Edynburgu dzieci korzystają z dodatkowych zajęć z języka polskiego.

Decyzja szkockiego rządu w tej sprawie spodziewana jest w najbliższych tygodniach.

W tym samym czasie z możliwości prowadzenia dodatkowych zajęć z języka polskiego wycofały się władze autonomiczne Irlandii Północnej. Tamtejszy rząd od 2009 roku dofinansowywał prowadzenie przez szkoły zajęć z języków obcych (oprócz polskiego były to jeszcze hiszpański oraz irlandzki).

Z racji wysokich kosztów, szacowanych nawet na 900 tys. funtów rocznie, program ten został jednak wstrzymany z początkiem kwietnia. Z możliwości nauki języków obcych korzystały dzieci w 413 szkołach w Irlandii Północnej. Do tego celu zatrudniono 86 nauczycieli.

Rząd zostawił jednak szkołom możliwość kontynuowania zajęć z języków obcych pod warunkiem, że będą w stanie samodzielnie sfinansować ich prowadzenie.

Przez cały czas nie milkną też echa kontrowersyjnego planu likwidacji brytyjskiego egzaminu maturalnego z języka polskiego. W jego obronę zaangażowały się nie tylko polskie władze, w tym ambasada w Londynie, ale również instytucje kulturalne i media polonijne oraz cała rzesza osób prywatnych zbierających podpisy pod petycją do władz edukacyjnych i wysyłających w tej sprawie listy do członków Izby Gmin.

Wparcie dla polonijnej inicjatywy przyszło ze strony opozycyjnych polityków. Zachowanie tego egzaminu w Anglii i Walii po wygranych wyborach zapowiedziała Partia Pracy, która zabrała głos w obronie języków obcych wycofywanych z egzaminu A-level (brytyjski odpowiednik matury).

Członek laburzystowskiego gabinetu cieni odpowiedzialny za edukację Tristram Hunt wezwał obecny rząd do wycofania się z tej decyzji. Zdaniem Hunta może to bowiem ugodzić w i tak nie najwyższy poziom nauki języków obcych w brytyjskich szkołach, a w konsekwencji doprowadzić do pogorszenia konkurencyjności brytyjskiej gospodarki. Już dziś, jak wynika z raportu think tanku CBI, aż 65 proc. brytyjskich pracodawców uważa, że znajomość języków obcych jest kluczowa dla perspektyw biznesowych, zwłaszcza eksportu. Dostępne są również dane szacunkowe mówiące o miliardach funtów utraconych przez brytyjskie firmy, które tracą szanse na eksport swoich produktów na zagraniczne rynki z racji braku znajomości języków obcych.

Według Hunta w przypadku zwycięstwa labourzystów w majowych wyborach, nowy rząd zadba o utrzymanie możliwości zdawania egzaminów z języków obcych, w tym również polskiego.

Temat ten przewijał się również w debacie parlamentarnej w Izbie Gmin, która odbyła się pod koniec marca. Parlamentarzyści zarówno z rządzącej Partii Konserwatywnej, jak i Partii Pracy zgadzali się, że kwestia ograniczania kosztów nie może być usprawiedliwieniem dla tak krótkowzrocznej decyzji, jaką jest likwidacja egzaminów z kilku języków obcych (oprócz polskiego decyzja ta dotknęłaby m.in. portugalskiego, tureckiego czy kilku języków azjatyckich).

Obecny podczas debaty przedstawiciel ministerstwa edukacji obiecał zwrócić się do instytucji odpowiadających za egzaminy o ponowne rozważenie tej decyzji. Zaznaczał przy tym, że nie jest to decyzja rządu, a właśnie tych prywatnych instytucji, które na mocy kontraktów z ministerstwem odpowiadają za organizację egzaminów A-level.

W obronie języka polskiego na maturze kontynuowana jest również akcja Polskiej Macierzy Szkolnej. Pod internetową petycją zebrano już około 14 tys. podpisów. Zbierane są one także na papierze w polskich ośrodkach kulturalnych, kościołach czy sklepach w całej Anglii i Walii. Po zakończeniu akcji zostanie ona przekazana do AQA, instytucji odpowiedzialnej za organizację egzaminu z języka polskiego.

z Londynu Marcin Szczepański, Polska Agencja Prasowa

Od kilku lat sukcesywnie maleje liczba przypadków dyskryminacji Polaków pracujących w Norwegii. Polski pracownik może się tam czuć coraz pewniej - mówi Polskiej Agencji Prasowej prawnik Sebastian Garstecki.

O problemach Polaków na norweskim rynku pracy zrobiło się głośno w 2012 roku, gdy polska pielęgniarka została zwolniona za to, że w czasie przerwy w pracy rozmawiała po polsku. Okazało się, że szpital, w którym pracowała, zobowiązał swoich pracowników do mówienia wyłącznie po norwesku. Sprawa Polki zakończyła się ugodą - szpital wypłacił jej odszkodowanie, ale w polskich mediach kilkukrotnie pojawiały się doniesienia o rażących przypadkach łamania praw pracowniczych Polaków zatrudnionych w Norwegii.

Tymczasem prawnik Sebastian Garstecki, który zajmował się sprawą zwolnionej Polki, mówi Polskiej Agencji Prasowej, że przypadki dyskryminacji Polaków w pracy - bezprawnych zwolnień czy niewypłacania należności - od tamtej pory zdarzają się coraz rzadziej.

- Od czasu nagłośnienia tamtej sprawy bardzo dużo się zmieniło. Norwescy pracodawcy pilnują się, bardzo zwracają uwagę na to, co robią. Proces zwolnienia pracownika jest dużo dłuższy - podkreśla prawnik w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Garstecki dodaje, że sami pracownicy mają większą świadomość swoich praw, m.in. za sprawą działalności norweskich związków zawodowych; wydają one specjalne publikacje na temat praw pracowników w Norwegii skierowane do imigrantów.

- Polak wie, że są instytucje takie jak związki zawodowe czy inspekcja pracy i wie, dokąd się zgłosić, by móc uzyskać pomoc we właściwym czasie. W ten sposób unikamy dyskryminacji - mówi prawnik.

Garstecki prowadzi polskojęzyczną kancelarię prawną. Pomaga Polakom pracującym, którzy borykają z problemami na norweskim rynku pracy oraz firmom prowadzącym działalność gospodarczą w Norwegii. Nie zna oficjalnych statystyk, ale podkreśla, że coraz rzadziej odbiera telefony w takich sprawach. - Wszystko jest na dobrej drodze - ocenia.

Nie oznacza to jednak, że w Norwegii polski pracownik obędzie się bez problemów. Według Garsteckiego dużym wyzwaniem jest uzyskanie etatu na stałe. Większość cudzoziemców pracuje na umowach tymczasowych, tak, że pracodawca może bez żadnych konsekwencji rozwiązać umowę z pracownikiem i zatrudnić kolejnego.

- Najczęściej dotyczy to emigrantów ze wschodniej Europy, Polski i Litwy. A norweskie prawo idzie w ostatnim czasie jeszcze dalej, w kierunku ułatwień dla pracodawcy, rozszerzeń tymczasowych zatrudnień - mówi prawnik.

Garsteck został laureatem konkursu "Wybitny Polak w Norwegii" w kategorii "Młody Polak" w 2011 r. W Norwegii mieszka od ponad 20 lat.

Według danych norweskiego Urzędu Statystycznego SSB z 2014 roku Polacy są najliczniejszą grupą narodową wśród imigrantów. Mieszka ich tam 90 tys. Imigranci oraz ich dzieci urodzone już w Norwegii stanowią 15 proc. z ponad 5,1 mln ludności Norwegii.

Magdalena Cedro (PAP)