Wiadomości - Nasz Swiat
23
N, lipiec

Dawno minęły czasy, w których komunikatywny angielski w CV był wystarczający do znalezienia dobrej pracy. Dzisiaj znajomość tego języka na bardzo wielu stanowiskach jest nie tylko pożądana, ale wręcz oczywista.

Na popularności zyskują natomiast języki wschodnioeuropejskie. Posługiwanie się nimi często oznacza wysokie zarobki i krótki czas poszukiwania pracy.

Według badań przeprowadzonych przez Sedlak&Sedlak w roku 2013 co druga osoba znająca nietypowy język obcy zarabiała powyżej 4400 złotych brutto miesięcznie, zaś 25% takich osób zarabiało powyżej 7000 złotych brutto miesięcznie . Okazuje się, że im mniej popularny język znamy, tym bardziej atrakcyjni stajemy się dla potencjalnego pracodawcy. Mała konkurencja na rynku pracy oznacza wysokie zarobki i krótki czas poszukiwania pracy. Perspektywa jest kusząca. Dlatego warto poznać języki, którymi mówi wschód Europy, i sprawdzić jak ich znajomość przekłada się na wynagrodzenie.

Język litewski

Według szacunków językiem litewskim posługuje się około 5 milionów osób. Rolę języka urzędowego pełni jedynie na Litwie, co jednak nie oznacza, że na tym kończy się jego potencjał. Poza Litwą porozumiemy się nim na zachodniej Białorusi, Łotwie, w Rosji i częściowo też na rodzimej Suwalszczyźnie. Jak wynika z badań Sedlak&Sedlak z roku 2009, osoby znające ten język zarabiały najczęściej 4500 zł brutto. „Litwa jest największym partnerem handlowym Polski wśród krajów bałtyckich. W 2013 roku obroty obu krajów wyniosły 3,4 mld EUR. Import z Litwy do Polski wyniósł 18%, a eksport z Polski prawie 2%. Udział Polski w ogólnym imporcie na Litwie wynosi 11% (po Rosji i Niemczech jesteśmy trzecim największym importerem na tamtym rynku). W ciągu ostatnich 20 lat obrót handlowy między państwami wzrósł 23 razy” – mówi Marek Wcisło, dyrektor zarządzający firmy Kompass Poland. Aktualnie brakuje dokładnych danych, jak znajomość tego języka wpływa na zarobki. Analiza ofert pracy na Litwie pokazuje, że najczęściej poszukiwani są kierowcy, opiekunowie osób starszych, pracownicy działów sprzedaży / call center, księgowi i office managerzy.

Język rosyjski

Co prawda na skutek obowiązującego embarga handel z Rosją spadł o około 15% w stosunku do roku 2013, ale, jak podaje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców w swoim raporcie z marca 2015 roku, embargo nie jest dla Polski tak dużym problemem jak się początkowo wydawało. Jaki to ma związek z językiem rosyjskim? Dalej jego znajomość jest atrakcyjna i pożądana na rynku pracy. Po rosyjsku porozumiemy się: na Białorusi, Litwie, Łotwie, w Estonii, na Ukrainie, w Kirgistanie, Kazachstanie, Mołdawii, Gruzji i oczywiście Rosji. Jest to także jeden z sześciu języków ONZ. Zatem jego znajomość otwiera wiele różnych dróg rozwoju i embargo nie stanowi w tym kontekście problemu. Co ciekawe, w wypadku rosyjskiego ciężko jest podać konkretne dane o ile zarobki mogą wzrosnąć. Szacuje się, że o około 6%, czyli stosunkowo niewiele. Kluczowe okazuje się zajmowane stanowisko. Prezes zarządu dzięki znajomości rosyjskiego zarabia 2000 zł więcej niż jego kolega nie mówiący po rosyjsku. Przedstawiciel handlowy może zarobić 300 złotych więcej, a specjalista ds. sprzedaży – jakieś 200 złotych więcej. Osobie znającej język rosyjski stosunkowo łatwo powinno przyjść znalezienie pracy we wschodnich regionach Polski – województwie podlaskim, lubelskim czy podkarpackim. Poszukiwania pracy najlepiej rozpocząć od branż: handlowej, usługowej, budowlanej i transportowej. Co ciekawe, zdarza się, że pracodawcy poszukujący osób znających język rosyjski są gotowi wysłać kandydata na kurs doszkalający.

Język czeski

Jest to dosyć popularny język w Polsce. W badaniu Sedlak&Sedlak jego znajomość zadeklarowało aż 17% badanych, czyli 552 osoby. Jest blisko spokrewniony z językiem słowackim, a w mniejszym stopniu z polskim i kaszubskim. Posługuje się nim około 11 milionów osób, dla zdecydowanej większości jest to język ojczysty. Warto także dodać, że jest to jeden z urzędowych języków Unii Europejskiej. Mediana wynagrodzeń dla osób posługujących się czeskim wynosi prawie 5000 złotych. Jednocześnie 25% badanych zarabia ponad 8500 zł, a kolejne 25% poniżej 3000 złotych. Wydaje się zatem, że to warty rozważenia kierunek edukacji. Rynek czeski dynamicznie się rozwija, a bliskość czeskiej granicy jest ważnym determinantem ekspansji polskich firm właśnie na ten kraj. Praca czeka na tłumaczy, specjalistów ds. sprzedaży, eksportu i obsługi klienta, a także księgowych.

Język węgierski

Szacuje się, że w tym języku porozumiewa się około 15 milionów osób. Węgierski ma status języka urzędowego na Węgrzech, w niektórych regionach Słowenii i Wojwodinie. Poza tymi regionami jego użytkowników odnajdziemy na Słowacji, w Rumunii, Serbii, na Ukrainie i w Austrii. Obecnie w polskim systemie szkolnictwa nauczanie języka węgierskiego jako obcego prowadzone jest wyłącznie w szkolnictwie wyższym. Węgierski zyskał błędne miano języka trudnego do nauczenia się, co zauważalnie zmniejszyło zainteresowanie nim w Polsce. Zgodnie z badaniami Sedlak&Sedlak z 2013 roku węgierski jest jednym z języków, które dają bardzo atrakcyjne zarobki. Mediana wynagrodzeń wynosi prawie 6 000 zł (wyżej jest tylko mandaryński, w przypadku którego mediana to dokładnie 6 000 zł), a 25% badanych osób posługujących się tym językiem zarabia ponad 8 000 złotych. Najniżej wynagradzane jest kolejne 25%, które przyznało, że zarabia poniżej 4 100 złotych. Węgierski dla osoby chcącej pracować w Polsce przyda się w centrach usług wspólnych oraz centrach outsourcingowych, których w naszym kraju przybywa z każdym rokiem. Naturalnie otwarta droga do pracy jest również w polskich firmach, które mają relacje biznesowe z Węgrami.

Język białoruski oraz słowacki

O ile powyższe języki są warte nauki ze względu na korzyści materialne, o tyle nauka słowackiego czy białoruskiego ograniczy się raczej jedynie do sfery hobbystycznej. UNESCO uznało język białoruski za bliski zaniku. Obecnie posługuje się nim jedynie ludność wiejska lub wykształcona inteligencja, której zależy na utrzymaniu tego języka przy życiu. Szacuje się, że posługuje się nim zaledwie niecałe 10 milionów osób. Białoruskiego nie usłyszymy w mediach, administracji państwowej, czy na uczelniach wyższych. Jego rolę już od jakiegoś czasu przejął język rosyjski.
Słowackim natomiast posługuje się około 7 milionów osób. Język ten pełni rolę języka urzędowego tylko w dwóch miejscach – na Słowacji i w serbskiej Wojwodinie. Tylko tam można porozumieć się w tym języku. Słowacki nie jest językiem jednolitym, wyróżniamy trzy bardzo różniące się od siebie dialekty: wschodnio-, środkowo- i zachodniosłowacki.

Ostatnio zauważamy wzrost zainteresowania językami wschodnioeuropejskimi, w szczególności językami krajów nadbałtyckich. Z uwagi na sytuację polityczną rzadsze niż wcześniej są wprawdzie zapytania o język rosyjski, wykonujemy natomiast sporo tłumaczeń na języki, które jeszcze kilka lat temu były dość mało popularne, np. litewski, łotewski czy estoński. Dotyczy to zwłaszcza branży spożywczej. Często tłumaczymy na te języki etykiety oraz składy surowcowe produktów. - Magdalena Mika, Key Account Manager, Skrivanek Sp. z o.o.

Co z tego wynika?

Zgodnie z danymi agencji zatrudnienia Manpower obecnie prawie 70% pracodawców przedstawia znajomość angielskiego jako wymóg konieczny, a ponad 50% oczekuje jego zaawansowanej znajomości. Na tak wymagającym rynku pracy znajomość nie tylko angielskiego, ale i drugiego języka obcego to furtka do wysokich zarobków i dobrej pracy. Jeśli drugim językiem jest język, który można usłyszeć w krajach Europy Wschodniej, tym lepiej.

Paulina Bogacz (TwojaEuropa.pl)

 

Według najnowszych danych Eurostatu w 2013 roku najwięcej, bo 343,5 tys. dzieci urodziło się we Francji. Kolejne miejsca na tej liście zajęły: Niemcy – 337,2 tys., Wielka Brytania – 304,2, Włochy – 251,5 i Hiszpania – 223,8 tys.

Najmniej, bo tylko 2,1 tys. dzieci urodziło się na Malcie. Kolejne miejsca od końca listy zajęły: Luksemburg 3,3 tys., Cypr – 4,5, Estonia – 5,6 i Łotwa – 9,2 tys. W Polsce w 2013 roku urodziło się 179,7 tys. dzieci, co dało nam 6-te miejsce  w Unii Europejskiej pod względem największych urodzin.

Statystyczna mieszkanka Wspólnoty w 2013 roku rodziła pierwsze dziecko w wieku 28,7 lat. Najwcześniej, bo w wieku 25,7 lat rodziła statystyczna Bułgarka. Kolejne miejsca w tym rankingu zajęły: Rumunki – 25,8 lat, Łotyszki – 26,1, Estonki 26,5 i Polki – 26,7 lat.

Najpóźniej, bo w wieku 30,6 lat na pierwsze dziecko decydowały się Włoszki. Kolejne miejsca pod względem najwyższego wieku urodzenia pierwszego dziecka zajęły: Hiszpanki – 30,4 lat, obywatelki Luksemburga – 30,0, Irlandki – 29,4 i Szwedki – 29,1 lat.

Statystyczna Polka decyduje się na pierwsze dziecko wcześniej niż statystyczna mieszkanka UE. Ta sytuacja zaprzecza mitowi, że gorsze warunki życia nie służą macierzyństwu. Stopa życiowa statystycznej polskiej rodziny jest wyraźnie niższa, niż statystycznej rodziny we Wspólnocie, co nie wpływa jednak na liczbę nowych urodzeń.

(ju)

Od kilku lat sukcesywnie maleje liczba przypadków dyskryminacji Polaków pracujących w Norwegii. Polski pracownik może się tam czuć coraz pewniej - mówi Polskiej Agencji Prasowej prawnik Sebastian Garstecki.

O problemach Polaków na norweskim rynku pracy zrobiło się głośno w 2012 roku, gdy polska pielęgniarka została zwolniona za to, że w czasie przerwy w pracy rozmawiała po polsku. Okazało się, że szpital, w którym pracowała, zobowiązał swoich pracowników do mówienia wyłącznie po norwesku. Sprawa Polki zakończyła się ugodą - szpital wypłacił jej odszkodowanie, ale w polskich mediach kilkukrotnie pojawiały się doniesienia o rażących przypadkach łamania praw pracowniczych Polaków zatrudnionych w Norwegii.

Tymczasem prawnik Sebastian Garstecki, który zajmował się sprawą zwolnionej Polki, mówi Polskiej Agencji Prasowej, że przypadki dyskryminacji Polaków w pracy - bezprawnych zwolnień czy niewypłacania należności - od tamtej pory zdarzają się coraz rzadziej.

- Od czasu nagłośnienia tamtej sprawy bardzo dużo się zmieniło. Norwescy pracodawcy pilnują się, bardzo zwracają uwagę na to, co robią. Proces zwolnienia pracownika jest dużo dłuższy - podkreśla prawnik w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Garstecki dodaje, że sami pracownicy mają większą świadomość swoich praw, m.in. za sprawą działalności norweskich związków zawodowych; wydają one specjalne publikacje na temat praw pracowników w Norwegii skierowane do imigrantów.

- Polak wie, że są instytucje takie jak związki zawodowe czy inspekcja pracy i wie, dokąd się zgłosić, by móc uzyskać pomoc we właściwym czasie. W ten sposób unikamy dyskryminacji - mówi prawnik.

Garstecki prowadzi polskojęzyczną kancelarię prawną. Pomaga Polakom pracującym, którzy borykają z problemami na norweskim rynku pracy oraz firmom prowadzącym działalność gospodarczą w Norwegii. Nie zna oficjalnych statystyk, ale podkreśla, że coraz rzadziej odbiera telefony w takich sprawach. - Wszystko jest na dobrej drodze - ocenia.

Nie oznacza to jednak, że w Norwegii polski pracownik obędzie się bez problemów. Według Garsteckiego dużym wyzwaniem jest uzyskanie etatu na stałe. Większość cudzoziemców pracuje na umowach tymczasowych, tak, że pracodawca może bez żadnych konsekwencji rozwiązać umowę z pracownikiem i zatrudnić kolejnego.

- Najczęściej dotyczy to emigrantów ze wschodniej Europy, Polski i Litwy. A norweskie prawo idzie w ostatnim czasie jeszcze dalej, w kierunku ułatwień dla pracodawcy, rozszerzeń tymczasowych zatrudnień - mówi prawnik.

Garsteck został laureatem konkursu "Wybitny Polak w Norwegii" w kategorii "Młody Polak" w 2011 r. W Norwegii mieszka od ponad 20 lat.

Według danych norweskiego Urzędu Statystycznego SSB z 2014 roku Polacy są najliczniejszą grupą narodową wśród imigrantów. Mieszka ich tam 90 tys. Imigranci oraz ich dzieci urodzone już w Norwegii stanowią 15 proc. z ponad 5,1 mln ludności Norwegii.

Magdalena Cedro (PAP)

Nawet 10 tys. nowych lekarzy pierwszego kontaktu będzie potrzebowała do 2020 roku brytyjska służba zdrowia i luki tej nie wypełnią absolwenci miejscowych uczelni. Sposobem może być zatrudnianie medyków z zagranicy. Obecnie na Wyspach pracuje prawie 100 tys. lekarzy cudzoziemców, w tym ok. 2 tys. Polaków.

Służba zdrowia, obok imigracji, znalazła się wśród najbardziej palących kwestii trwającej obecnie w Wielkiej Brytanii kampanii wyborczej. W debatę wpisuje się najnowszy raport Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego (BMA), które przeprowadziło ankietę wśród ponad 15,5 tys. lekarzy pracujących w placówkach państwowej służby zdrowia (NHS). Okazało się, że aż 34 proc. z nich zamierza przejść na emeryturę przed końcem dekady, a wielu kolejnych rozważa zmniejszenie liczby godzin pracy lub wyjazd za granicę.

Stowarzyszenie ostrzegło, że w związku z tym do 2020 roku w brytyjskich przychodniach może zabraknąć nawet 10 tys. lekarzy pierwszego kontaktu.

Autorzy raportu skrytykowali partie polityczne, które przy okazji kampanii wyborczej składają „absurdalne obietnice” i ignorują rzeczywiste przyczyny stojące za kryzysem brytyjskiej służby zdrowia. Jedną z kluczowych ma być właśnie niedobór lekarzy.

Zdaniem BMA niedobory personelu medycznego są nie tylko kłopotliwe dla pacjentów, ale również sprawiają, że lekarze pracują zbyt dużo i w konsekwencji coraz częściej decydują się na rezygnację z pracy zawodowej przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Kolejnym problemem jest niedoinwestowanie służby zdrowia, które skłania coraz liczniejszą grupę absolwentów brytyjskich szkół medycznych do decyzji o wyjeździe za granicę, najczęściej do USA. Ankieta BMA wykazała, że krok taki rozważa obecnie niemal co piąty absolwent medycyny.

Problemy służby zdrowia zajmują czołowe miejsce w programach wyborczych największych brytyjskich partii przed wyborami 7 maja. Laburzyści o spowodowanie kryzysu w służbie zdrowia oskarżają konserwatywny rząd Davida Camerona i deklarują, że po przejęciu władzy stworzą specjalny fundusz z budżetem w wysokości 2,5 mld funtów rocznie, który pozwoli pozyskać około 8 tys. nowych lekarzy do 2020 roku.

Z kolei konserwatyści w swoim programie deklarują przeznaczenie na NHS nawet 8 mld funtów rocznie. Budżet ten pozwolić ma na zmodernizowanie służby zdrowia oraz zatrudnienie 5 tys. lekarzy przed końcem dekady.

Sama NHS twierdzi, że w obecnych realiach takie plany nie mają dużych szans powodzenia. W zeszłorocznym raporcie przyznano, że w ciągu ostatnich czterech lat liczba absolwentów brytyjskich uczelni, którzy decydowali się na podjęcie pracy w państwowej służbie zdrowia, była o 2,2 tys. mniejsza niż planowano.

Oczywistym sposobem wypełnienia tej luki jest zatrudnianie lekarzy z zagranicy. Choć w brytyjskiej służbie zdrowia od wielu lat imigranci stanowią duży odsetek lekarzy, to w obecnej sytuacji politycznej żadna z partii nie jest skłonna opowiedzieć się za takim rozwiązaniem.

Według najnowszych danych General Medical Council, instytucji odpowiedzialnej za wydawanie lekarzom pozwoleń na pracę na terenie W. Brytanii, aż 37 proc. zarejestrowanych lekarzy uzyskało swoje kwalifikacje poza Wielką Brytanią, z czego 11 proc. na terenie UE, a 26 proc. poza Europą. Taki odsetek lekarzy z zagranicy, głównie byłych kolonii brytyjskich, utrzymuje się w Wielkiej Brytanii od lat 50. XX wieku.

Wśród 267 tys. aktualnie zarejestrowanych lekarzy 98 tys. stanowią imigranci. Tradycyjnie najwięcej wśród nich jest Indusów (25 tys.) a następnie Pakistańczyków (prawie 10 tys.), obywateli RPA (5,2 tys.), Nigeryjczyków (4,2 tys.) oraz Irlandczyków (około 4 tys.). Polacy plasują się w tym zestawieniu na 13. miejscu. Jest ich w tej chwili nieco ponad 2 tys.

Zdaniem obecnego rządu brytyjskie uczelnie medyczne są w stanie wykształcić odpowiednią liczbę lekarzy, by zaspokoić zapotrzebowanie, bez konieczności masowego zatrudniania lekarzy z zagranicy. Konieczne są jednak zachęty mające przekonać absolwentów do podjęcia pracy w państwowej służbie zdrowia.

Tutaj jednak zaczynają się problemy, gdyż NHS zwyczajnie nie stać obecnie na zatrudnienie tak dużej liczby brytyjskich lekarzy. Na korzyść imigrantów przemawia fakt, że mają zwykle niższe oczekiwania finansowe, a dodatkową korzyścią jest również brak kosztów poświęconych na ich wykształcenie.

- Rachunek ekonomiczny sugeruje, że najbardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby wsparcie dla już pracujących i napływających lekarzy z zagranicy w zakresie ich asymilacji kulturowej i rozwoju zawodowego, tym bardziej że brytyjska służba zdrowia opiera się na nich od dziesięcioleci - uważa Stephanie Snow z uniwersytetu w Manchesterze, cytowana przez dziennik „Guardian”.

- Wykształcenie jednego lekarza na brytyjskiej uczelni kosztuje 150-200 tys. funtów i nie ma żadnej gwarancji, że po ukończeniu studiów nie wyemigruje on w poszukiwaniu lepszej pracy do Kanady czy Australii. Tymczasem lekarze przyjeżdżający do Wielkiej Brytanii są już odpowiednio wykwalifikowani i gotowi ciężko pracować w specjalizacjach, które nie cieszą się największą popularnością na uczelniach medycznych - przekonuje w tym samym artykule Chandra Kanneganti, przewodniczący Brytyjskiego Międzynarodowego Stowarzyszenia Lekarzy.

Często powtarzanym argumentem "przeciwko" jest bariera językowa dla lekarzy z zagranicy. Trzeba jednak pamiętać, że wszyscy lekarze spoza UE chcący zarejestrować się w General Medical Council muszą zdać egzamin IELTS na poziomie przynajmniej 7,5 pkt na 9 możliwych. Lekarze z UE nie muszą spełniać tego wymogu, ale od lata ubiegłego roku GMC ma obowiązek sprawdzić ich kwalifikacje językowe przed dopuszczeniem do wykonywania zawodu.

Z Londynu Marcin Szczepański, Polska Agencja Prasowa

Według najnowszych danych Eurostatu w skali Unii Europejskiej w systemie telepracy na stałe zatrudnionych jest 5,1% pracujących kobiet i 4,3% pracujących mężczyzn. Doraźnie z tej formy pracy korzysta 8,1% kobiet i 9,4% mężczyzn.

Liderem w stosowaniu telepracy jest Holandia, gdzie z tej formy zatrudnienia korzysta 11,4 pracujących kobiet i 14,6% pracujących mężczyzn. Kolejne miejsca w rankingu krajów o                     dużej popularności telepracy wśród kobiet zajmują: Luksemburg – 15,7% pracujących pań, Austria – 11,7%, Finlandia – 9,4% i Słowenia- 8,9%. Wśród mężczyzn telepraca najbardziej popularna jest w: Luksemburgu – 12,9% zatrudnionych panów, Finlandii – 11,7 Danii – 10,8% i Austrii – 9,8%.

W Polsce w systemie telepracy zatrudnionych jest 4,8% pracujących kobiet i 4,4% pracujących mężczyzn. We Włoszech w systemie telepracy zatrudnionych 2,9% kobiet i 3,4% mężczyzn.

Zdaniem analityków rynku pracy wiele osób nie godzi się na zatrudnienie w systemie telepracy w obawie, że ulegnie zatarciu granica między pracą zawodową, a życiem rodzinnym. Ponadto wiele pracodawców nie wyobraża sobie sytuacji, w której nie ma bieżącej kontroli nad pracownikiem.

Najczęściej w systemie telepracy zatrudniania są: architekci, doradcy podatkowi, dziennikarze, graficy komputerowi, księgowi, programiści, projektanci, telemarketerzy i tłumacze.

(wda)