Wiadomości - Nasz Swiat
24
So, sierpień

Obszerne fragmenty wydanej przez Muzeum Regionalne w Stalowej Woli książki „Żyd, mój sąsiad. Dialog kultur w przedwojennym Rozwadowie” znalazły się wśród lektur wybranych dla studentów Uniwersytetu Concordia w Montrealu.

Z publikacji skorzysta 60 studentów uczestniczących w kursie "Literatura i Holokaust", prowadzonym przez profesora Normana Ravvina, znawcę kultury i literatury żydowskiej. Zajęcia przewidziane są na semestr zimowy.

Autorka książki Elżbieta Skromak ze stalowowolskiego muzeum przyznała, że profesor przygotował dla uczestników kursu specjalny materiał, takie kompendium wiedzy, w którym znalazły się obszerne fragmenty z jej książki "Żyd, mój sąsiad. Dialog kultur w przedwojennym Rozwadowie", a także fragmenty publikacji innych autorów. Kompendium ma być pomocne dla studentów przy poznawaniu tematyki dotyczącej literatury i Holokaustu.

W kompendium zebranym przez prof. Ravvina znalazły się m.in. fragmenty książki dotyczące stereotypów, mitów na temat Żydów, wizerunku Żydów, utrwalonego w pamięci mieszkańców Rozwadowa (obecnie dzielnicy Stalowej Woli, dawniej samodzielnego miasta). Autorka oparła się na relacjach ludzi urodzonych w latach 1924-1934 oraz wspomnieniach Polaków i Żydów z Rozwadowa.

"Żyd, mój sąsiad. Dialog kultur w przedwojennym Rozwadowie" jest pokłosiem badań etnologicznych "Sąsiedzi. Dialog kultur w przedwojennym Rozwadowie" prowadzonych w latach 2007–2012 przez Elżbietę Skromak. W kompendium znalazł się także wstęp do książki napisany przez dr hab. Leszka Hońdę z Instytutu Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, który sprawował redakcję naukową nad publikacją.

Hońdo we wstępie do książki napisał, że w pamięci mieszkańców związanych z przedwojennym Rozwadowem zachowały się różne obrazy Żydów, ich dawnych sąsiadów: kolegów i koleżanek ze szkolnej ławy, handlowców i rzemieślników.

"Prace badawcze pozwoliły w dużym stopniu na nowo odkryć zapomnianą społeczność rozwadowską, bowiem rozwadowianie udzielający wywiadów pamiętali wiele szczegółów z życia, dotyczących przedwojennej symbiozy Polaków i Żydów, jak również mrocznego czasu Holokaustu. Z opowieści i wspomnień wyłonił się ciekawy, nieistniejący już świat małego przedwojennego miasteczka, gdzie ludność polska i żydowska żyła w sąsiedztwie; świat, który w brutalny sposób zniszczył wybuch II wojny światowej i okrucieństwo, jakie niósł ze sobą niemiecki nazizm" – można przeczytać we wstępie.

Publikacja wydana została w dwóch językach: polskim i angielskim. Wzbogacono ją ponadto archiwalnymi i współczesnymi zdjęciami oraz planem Rozwadowa.

- Nie wiem, jak książka mojego autorstwa trafiła w ręce prof. Ravvina, ale bardzo się cieszę z tego. Pochlebia mi to, że uznał ją za pomocną na swoich zajęciach – powiedziała Skromak.

Wyraziła przypuszczenie, że profesor usłyszał o publikacji od innych naukowców – np. z uniwersytetu w Holandii, którzy jakiś czas wcześniej odwiedzili muzeum w Stalowej Woli i zapoznali się z książką.

Z kolei dyrektorka muzeum Lucyna Mizera zauważyła, że stalowowolska książka poświęcona Żydom "do Kanady trafiła w ubiegłym roku i tam wzbudziła zainteresowanie". Dodała, że muzeum w ciągu roku wydaje kilkanaście publikacji, z których większość jest wynikiem badań pracowników tej placówki.

Mgr Elżbieta Skromak jest etnologiem, muzealnikiem, absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie; obecnie pracuje w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli. Jest autorką wystaw, publikacji, programów edukacyjnych z zakresu etnologii i etnografii.

Dr hab. Leszek Hońdo - kierownik Zakładu Kultury Żydów w Instytucie Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, sekretarz Komisji Historii i Kultury Żydów Polskiej Akademii Umiejętności, autor licznych publikacji m.in. na temat cmentarzy żydowskich w Polsce. Współpracował z Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli przy wystawie "Kultura Żydów galicyjskich", redaktor naukowy książki "Żyd, mój sąsiad".

Agnieszka Pipała, Polska Agencja Prasowa

Mocniej zaznaczyć swą obecność w USA, bardziej wpływać na życie Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie pobudzić do aktywniejszego działania rodaków w Ameryce - takie intencje legły u podstaw założenia Kolegium Polskich Uczonych, skupiającego wybitnych naukowców. W ich gronie znalazło się czterech noblistów i Steve Wozniak, współzałożyciel firmy Apple.
 

Animatorem idei jest prof. Zbigniew Darzynkiewicz, wybitny lekarz naukowiec prowadzący m.in. badania nad rakiem, który jest znany jako ojciec cytometrii przepływowej. Uniwersytet Warszawski wyróżnił go doktoratem honoris causa.

Kolegium powstałe przed niespełna trzema laty przy Fundacji Kościuszkowskiej skupia około trzystu osób polskiego pochodzenia, przede wszystkim przedstawicieli nauk przyrodniczych. Są wśród nich światowej klasy uczeni, w tym czterej laureaci Nagrody Nobla: Andrew Schally, którego ojciec był w armii Andersa (medycyna, 1977), Roald Hoffmann (chemia, 1981), Frank Wilczek (fizyka 2004) i Jack Szostak (fizjologia lub medycyna, 2009).

Ponieważ nie wszyscy naukowcy o polskich korzeniach znani są Kolegium, stara się wyszukiwać takich ludzi, tym bardziej że nawet trzecie pokolenie imigrantów przyznaje się niekiedy do polskości.

Przykładem jest prof. Wilczek. Kiedy przybył na spotkanie do Polskiego Instytutu Naukowego w Nowy Jorku, powitali go m.in. weterani. Odkryli, że pradziadek naukowca brał udział w wojnie o niepodległość USA i przynieśli jego odznaczenie. On sam o tym nie wiedział. Postanowił odwiedzić w Polsce miejsca, skąd się wywodziła jego rodzina.

Prof. Darzynkiewicz przypomina, że długo nosił się z zamiarem powołania do życia instytucji, która dopomogłaby przełamać nie całkiem wygasły stereotyp, że Polacy przybywający do USA skazani są na podejmowanie głównie najprostszej pracy fizycznej. Zdołał przekonać do pomysłu władze Fundacji Kościuszkowskiej. Uzyskał - jak podkreśla - pełne poparcie poprzedniego prezesa Fundacji Alexa Storożynskiego i jego następcy Johna Micgiela oraz Rady Naczelnej. Zachęcił też do aktywnego udziału w pracach kolegium m.in. dr Hannę Chroboczek-Kelker z Nowego Jorku i dr Ewę Radwańską z oddziału Fundacji w Chicago.

- Ciągle się słyszy, że Polacy lądują na Greenpoincie, a przecież tylko ja znam blisko 80 wybitnych naukowców: chemików, biologów, astrofizyków. Wiem, że są znakomici matematycy czy fizycy – tłumaczy profesor, pracujący obecnie w laboratorium New York Medical College w Valhalli.

Droga do sukcesu w USA może być wyboista. Także dla naukowców. Przy ogromnej konkurencji Polakom trudniej się wybić niż miejscowym lub osobom pochodzącym z lepiej zorganizowanych grup etnicznych. Nie tylko ze względów językowych. Wiąże się to także z nieznajomością systemu i brakiem dyplomów z renomowanych uczelni amerykańskich. Lepiej zorganizowani uczeni mogą utorować innym drogę do sukcesu.

- Jeśli mimo niebagatelnych przeszkód są Polacy, którzy wskórali więcej niż Amerykanie zajmujący podobne stanowiska, stanowi to tym większy powód do dumy. Ich osiągnięcia powinny być pozytywnie ocenione, a nie ignorowane czy przyjmowane z podejrzeniem – przekonuje założyciel Kolegium, które wyróżnia naukowców m.in. swoimi dyplomami.

Powstała niedawno instytucja postawiła sobie za zadanie wydobyć z cienia niedostrzeganych prominentnych uczonych i badaczy. Takich, jak specjaliści od diamentów na stanowym Uniwersytecie Pensylwanii, Andrzej i Teresa Badzian. Mają mnóstwo patentów i publikacji. O ich dokonaniach wie jednak tylko wąskie grono ludzi interesujących się tą dziedziną.

Ważnym celem Kolegium jest zdobywanie wespół z Fundacją Kościuszkowską stypendiów dla Polaków przybywających do USA (był pośród nich Leszek Balcerowicz) oraz Amerykanów pragnących się kształcić w Polsce. Pomagają w tym także zamożne osoby zrzeszone w organizacji naukowców.

- Mamy w naszym gronie milionerów, jak Steve Wozniak z Apple'a, rodzina Wojcickich z biolożką Anną, współzałożycielką firmy 23andMe prowadzącej badania DNA znajdujące zastosowanie m.in. w medycynie. Jej ojciec, Stanley, to emerytowany profesor Uniwersytetu Stanforda. Był szefem wydziału fizyki tej uczelni – wylicza założyciel Kolegium.

Do zasilenia kasy mogą się przyczynić wszyscy skupieni w kolegium naukowcy. Początkowo otrzymują jednoroczne honorowe członkostwo. Jeśli je przedłużą, składkami wzmacniają m.in. fundusze stypendialne. Przyciągają też kolejnych naukowców pod warunkiem, że spełnią oni odpowiednie kryteria. Muszą m.in. mieć tytuł profesora, co najmniej 50 publikacji naukowych, a także działać w głównych polsko-amerykańskich instytucjach naukowych, technicznych, lekarskich itp.

Potencjalnie znaczenie Kolegium może się rozszerzyć poza obszary naukowe. Wpływowi uczeni, zwłaszcza jeśli są już na emeryturze i odczuwają mniejsze obciążenie obowiązkami, jako zbiorowość mogą przyczynić się do wsparcia interesów Polski w USA.

- Stanowisko grupy ma większe znaczenie niż opinia jednej, nawet wpływowej osoby, a wciąż nierozwiązany jest np. problem wiz. Nie ma mocnego polskiego lobby. Kolegium mogłoby się także w takich sprawach wypowiadać. Gdyby jego głos podchwycił "New York Times" kwestia stałaby się bardziej widoczna i nagłośniona – ocenia prof. Darzynkiewicz.

Jak dodaje, polscy naukowcy mogliby też zaważyć na opinii publicznej, wpływowych amerykańskich profesorów, studentów i ich otoczenia. Zjednać takich ludzi dla polskich spraw.

Spopularyzowaniu działalności Kolegium służą strony internetowe Fundacji Kościuszkowskiej oraz Polskiej Akademii Nauk. Przedstawiają sylwetki uczonych i informują o ich osiągnięciach. Prof. Darzynkiewicz zamierza nadać im charakter interaktywny.

- Chcę ożywić stronę internetową, aby zainteresowani poszczególną dziedziną wiedzy mogli się kontaktować z naszą organizacją, przesyłać informacje, komunikować w celach zawodowych, a nawet towarzyskich. W tym celu trzeba zatrudnić specjalistę, choćby na pół etatu. I znów wracamy do funduszy – mówi założyciel Kolegium.

Misją Kolegium zainteresowała się Polska Akademia Nauk. Udoskonalona strona internetowa będzie dla PAN pomocna w znalezieniu recenzentów, konsultantów lub wykładowców.

Prof. Darzynkiewicz polemizuje z opiniami, że przybywanie polskich naukowców do USA to tylko drenaż mózgów. Sam dzięki posiadanym funduszom sprowadził blisko 20 naukowców z Polski - podkreśla. Na podstawie doświadczeń zdobytych w USA zrobili po powrocie do ojczyzny doktoraty lub habilitacje. Stworzyli własne szkoły, jak np. prof. Marek Jakóbisiak.

- Znam też wielu innych naukowców w USA, którzy ściągali rodaków z Polski. Część z nich wróciła i stworzyła podwaliny nowych badań naukowych. W tej chwili w takich dziedzinach, jak medycyna, biologia, matematyka i informatyka, Polska stoi najwyżej spośród krajów byłego obozu sowieckiego – twierdzi założyciel Kolegium.

Uczony mówi też, że jeśli uda się zgromadzić odpowiednie środki, plany Kolegium przewidują organizowanie spotkań naukowych na świecie, forum dyskusji naukowych i pozanaukowych oraz zdobywanie grantów. Kolegium chciałoby też rozszerzyć skład o większą liczbę politologów, ekonomistów czy historyków.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski, Polska Agencja Prasowa

Trzy tysiące kilometrów dzielące Polskę od Portugalii nie zrażają pielgrzymów docierających do Fatimy - przylatują samolotami, choć nie brakuje też śmiałków podróżujących samochodem, a nawet rowerem. Polacy niemal od dekady należą do czołówki cudzoziemców odwiedzających najsłynniejsze sanktuarium maryjne na Półwyspie Iberyjskim. Więcej jest tylko Hiszpanów i Włochów.
 

- Mam wrażenie, że w Fatimie jest coś polskiego. Za każdym razem, kiedy tu jestem, natykam się na pojedynczych pielgrzymów lub całe grupy turystyczne z Polski. Nie tak dawno słyszałam o księdzu, który dotarł z Polski do naszego sanktuarium na rowerze - powiedziała PAP Maria Peres, katolicka działaczka z Lizbony.

Peres uważa, że liczna obecność Polaków w Fatimie wiąże się z podobieństwami polskiej i portugalskiej historii oraz katolicyzmem, stanowiącym element tożsamości narodowej.

- Zarówno polski, jak i portugalski król przed wiekami ofiarowali Matce Bożej swoje korony, powierzając równocześnie swoje narody. To ewenement w skali świata, ukazujący, jak jesteśmy do siebie podobni pod względem katolickości. Poza tym papież Jan Paweł II był i jest nadal bardzo bliski sercu zarówno Polaków, jak i Portugalczyków - wyliczała.

Władze sanktuarium przyznają, że usytuowany w pobliżu fatimskiego Kościoła Trójcy Przenajświętszej pomnik polskiego papieża jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w tej portugalskiej miejscowości.

- Więcej odwiedzin ma tylko Kapliczka Objawień, Bazylika, gdzie pochowani są pastuszkowie-wizjonerzy, a także Kościół Trójcy Przenajświętszej. Codziennie setki osób przybywających do Fatimy przystają przed pomnikiem Jana Pawła II, modlą się, zostawiają kwiaty i zapalają znicze - opowiadała PAP rzeczniczka sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie Leopoldina Simoes.

Innym miejscem w portugalskim sanktuarium, które nawiązuje do osoby polskiego papieża jest stała wystawa "Fatima Światło i Pokój", prezentowana w budynku rektoratu. Wśród rekwizytów tego sześciosalowego muzeum są m.in. szaty liturgiczne z trzech mszy odprawionych przez Jana Pawła II w Fatimie, jego chusteczka i różaniec, a także pierścień, który na początku pontyfikatu, w 1978 r., papież otrzymał od kardynała Stefana Wyszyńskiego.

- Jednym z najbardziej znanych eksponatów jest korona z figury Matki Bożej z miejscem, w którym Jan Paweł II wetknął pocisk, wystrzelony do niego przez zamachowca w 1981 r. na placu św. Piotra w Rzymie - dodała Simoes.

O częstej obecności Polaków w Fatimie świadczy nie tylko fakt, że polski jest jednym z nielicznych w fatimskim muzeum języków, w jakim wyświetlany jest film prezentujący objawienia. Obecny jest także wśród sześciu wersji językowych internetowej strony sanktuarium. Jak przyznaje jego dyrekcja, Polacy są też wśród czołówki internautów odwiedzających fatimską witrynę online.

Statystyki pielgrzymów docierających z całego świata do Fatimy potwierdzają, że Polacy są trzecią po Hiszpanach i Włochach grupą cudzoziemców przybywającą do portugalskiego sanktuarium. Tylko w minionym roku dotarło tam w zorganizowanych grupach blisko 11 tys. polskich turystów, w tym niektórzy po raz kolejny. Hiszpanów było blisko 33 tys., a Włochów - 16 tys.

- Bezpośrednie połączenia lotnicze między Warszawą a Lizboną zachęcają do podróży do skądinąd egzotycznej dla naszych rodaków Portugalii. Bliska sercu polskich katolików Fatima nie jest już dziś znana w Polsce tylko z kościelnej ambony czy religijnych książek. Można o każdej porze roku przybyć do tego miejsca, z którym tak bardzo związany był Jan Paweł II - mówił sześćdziesięcioletni Maciej z Białegostoku, który w marcu po raz drugi odwiedził portugalskie sanktuarium.

Niemal każda z dużych grup turystów z Polski przybywających do Portugalii zahacza o Fatimę. Licznie docierają tam również turyści indywidualni.

- Są w różnym wieku, wykonują rozmaite zawody. Czasem ich pobyt w naszej miejscowości jest bardzo krótki, kilkugodzinny, niekiedy zostają tu na kilka dni. Są w każdym razie widoczni, co potwierdzają nam lokalni hotelarze i właściciele sklepów - powiedziała Simoes.

Lizboński socjolog i organizator pielgrzymek Ricardo Oliveira przyznaje, że fenomen wysokiej frekwencji Polaków w sanktuarium fatimskim wiąże się nie tylko z ich religijnością, ale również z niesłabnącym kultem Jana Pawła II.

- Polski papież przeszedł do historii Kościoła jako promotor przesłania fatimskiego o potrzebie nawrócenia i pokuty, które w 1917 r. Matka Boża przekazała trójce małych pasterzy. Dotyczyło ono też upadku komunizmu i zrealizowało się w osobie samego Jana Pawła II, a także w kraju jego rodaków. Dziś w demokratycznej Polsce obywatele cieszą się nie tylko wolnością słowa, ale również swobodą podróżowania po świecie. Nic więc dziwnego, że po latach chcą na własne oczy zobaczyć miejsce tak blisko związane z ich historią, jakim jest Fatima - dodał Oliveira.

Z Lizbony Marcin Zatyka. Polska Agencja Prasowa

Komisja Europejska opublikowała wczoraj nowe dane, z których wynika, że w 2014 r. niemal 2500 produktów – od zabawek po pojazdy silnikowe – zatrzymano jeszcze przed wprowadzeniem na unijny rynek lub wycofano z rynku.

Od 12 lat Komisja Europejska i państwa członkowskie UE wspólnie zapewniają bezpieczeństwo towarów konsumpcyjnych wprowadzanych na rynki europejskie. W tym celu stosują system wczesnego ostrzegania o niebezpiecznych produktach nieżywnościowych.

„Każdy produkt w Europie musi być bezpieczny dla obywateli. Produkty potencjalnie szkodliwe należy usuwać z rynku tak szybko, jak to możliwe. Dlatego właśnie stworzyliśmy system wczesnego ostrzegania, który, jak pokazały wieloletnie doświadczenia, okazał się skutecznym narzędziem chroniącym bezpieczeństwo unijnych konsumentów. Jest to bardzo praktyczny przykład unijnej współpracy przynoszącej korzyści naszym obywatelom”, powiedziała Věra Jourová, komisarz do spraw sprawiedliwości, konsumentów i równouprawnienia płci.

System wczesnego ostrzegania gwarantuje, że informacje o niebezpiecznych produktach nieżywnościowych wycofanych z rynku lub od użytkowników gdziekolwiek w Europie są szybko przekazywane państwom członkowskim i Komisji Europejskiej. Dzięki temu w całej UE podejmowane są odpowiednie działania następcze (zakaz lub wstrzymanie sprzedaży, wycofanie z obrotu, wycofanie od użytkowników lub zablokowanie przywozu przez organy celne), a odpowiednie informacje trafiają do konsumentów. W 2014 r. w systemie zarejestrowano 2755 takich działań następczych.

W 2014 r. liczba odwiedzin na stronie internetowej systemu wczesnego ostrzegania wyniosła 2 mln, a nowe narzędzia wyszukiwania dają konsumentom i przedsiębiorstwom lepszy dostęp do informacji o wykrytych produktach niebezpiecznych oraz wycofanych od użytkowników.

System obejmuje obecnie trzydzieści jeden państw (UE wraz z Islandią, Liechtensteinem i Norwegią).

Jakie produkty stanowią zagrożenie?


W 2014 r. głównymi kategoriami produktów, które wymagały podjęcia działań naprawczych, były zabawki (28 proc.) oraz odzież, tkaniny i wyroby związane z modą (23 proc.). Wśród najczęściej zgłaszanych rodzajów zagrożeń powodowanych przez te produkty znalazły się: ryzyko odniesienia obrażeń, ryzyko chemiczne oraz ryzyko zadławienia się.

Najbardziej powszechne zagrożenia chemiczne odnotowane w 2014 r. dotyczyły produktów takich jak obuwie i artykuły skórzane (np. chrom VI – substancja uczulająca skórę), zabawki i artykuły pielęgnacyjne dla dzieci (np. plastyfikatory, które mogą powodować bezpłodność), a także biżuteria designerska (np. szkodliwe metale ciężkie).

Skąd pochodzą takie produkty?


Chiny plasują się na czele listy państw, z których pochodzą produkty zgłaszane za pośrednictwem systemu wczesnego ostrzegania. W ubiegłym roku – podobnie jak w 2013 r. – 64 proc. wszystkich zgłoszeń produktów niebezpiecznych dotyczyło produktów pochodzących z tego kraju. Komisja Europejska ściśle współpracuje z Chinami, wykorzystując specjalną aplikację systemu wczesnego ostrzegania poświęconą temu krajowi, w celu dopilnowania, by władze chińskie rozwiązywały problemy dotyczące kwestii bezpieczeństwa produktów na miejscu.

System wczesnego ostrzegania – kilka danych liczbowych


2 435 – tyle wyniosła całkowita liczba zgłoszeń w 2014 r.

Stanowi to wzrost o 3 proc. w porównaniu z wcześniejszym rokiem, co oznacza lepszą ochronę konsumentów dzięki większej ilości zatrzymanych produktów niebezpiecznych.

2 755 – tyle wyniosła liczba podjętych działań następczych w 2014 r.

Kiedy państwa członkowskie wykryją produkt niebezpieczny, powiadamiają o tym za pomocą systemu wczesnego ostrzegania. Pozostałe państwa rozpoczynają wówczas poszukiwania danego produktu na swoim rynku i te, które go wykryją, wskazują, jakie podjęto działania następcze (zakaz lub wstrzymanie sprzedaży, wycofanie z obrotu, wycofanie od użytkowników lub zablokowanie przez organy celne).

Paulina Bogacz

 

Młodzi polscy naukowcy pracujący za granicą myślą o powrocie do kraju, ale powrót utrudnia im sam proces rekrutacji w rodzimych instytucjach i obawy przed osobami "z zewnątrz"; po doktoracie chciałam wrócić, ale nie bardzo miałam do czego - mówi dr Joanna Bagniewska.
 

Dr Joanna Bagniewska jest zoologiem i wykładowcą z University of Reading w Wielkiej Brytanii. W 2014 roku wygrała trzecią polską edycję konkursu FameLab, dla naukowców, którzy w zajmujący sposób potrafią mówić o nauce. W czerwcu w Warszawie odbędzie się - współorganizowana przez nią - konferencja "Polish Scientific Networks", poświęcona m.in. zagadnieniu powrotów młodych polskich naukowców do kraju.

 

PAP: Jak wielu młodych polskich naukowców, których spotykasz w Wielkiej Brytanii, chciałoby wrócić do Polski? Czy mówią o powrocie, czy swoją karierę wiążą raczej z Wielką Brytanią?

Dr Joanna Bagniewska: Badania przeprowadzone w ramach Forum Ekonomicznego na London School of Economics wykazały, że około 70 proc. młodych Polaków, którzy studiują albo pracują naukowo w Wielkiej Brytanii, myśli o powrocie do kraju. Chociaż ankiety przeprowadzono na specyficznej grupie młodych ekonomistów i biznesmenów, to ja się tym danym nie dziwię. Wśród studentów dużo się mówi o powrocie do Polski. Jest też sporo kampanii wśród polskich studentów w Wielkiej Brytanii zachęcających do powrotów i kontynuowania kariery w Polsce.

 

PAP: A jaki Ty masz plan? Chciałabyś wrócić do Polski?

J.B.: Bardzo chciałam wrócić do Polski po doktoracie i bardzo się starałam, ale nie miałam dokąd wracać. Szukałam ofert pracy. To było jeszcze zanim wygrałam FameLab i jedyne, co wtedy mogłam zaoferować, to doktorat z Oxfordu. To niestety nie wystarczyło. Wysłałam naprawdę sporo aplikacji, ale zwyczajnie nie miałam na nie odpowiedzi. Nie wiem, czy moje maile nie docierały, czy nie pasowałam do profilu grupy badawczej. Po prostu nie miałam informacji zwrotnej.

 

PAP: Jakie w takim razie są najważniejsze bariery, które utrudniają młodym naukowcom powrót do Polski?

J.B.: Po pierwsze, w Polsce jest bardzo trudno znaleźć oferty pracy dla naukowców, bo nie ma jednego takiego miejsca, strony internetowej, gdzie można ich szukać. Jest ich wprawdzie dużo na stronie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ale nie są to wszystkie. Aby je znaleźć, trzeba przeszukiwać strony i podstrony uniwersytetów. Wiele z tych ofert, które znalazłam, było już przeterminowanych i to nie o trzy tygodnie, tyko o rok.

Tak więc, po pierwsze, znalezienie oferty pracy jest problemem. Jeśli się ją już znajdzie, to nie wiadomo, ile można w takiej pracy zarabiać. W Wielkiej Brytanii jest normą, że podaje się widełki płacowe. Ja nie mówię, że uczelnie powinny podać co do grosza, ile będę zarabiała, ale chciałabym wiedzieć, na co się piszę, skoro mam zmienić nie tylko pracę, ale i kraj zamieszkania.

 

Poza tym jeśli wyślę moje zgłoszenie, to wysyłam je w kosmos, nie mając odpowiedzi. Teraz nawet nie wiadomo, czy podany adres mailowy działa czy nie. Nie muszę otrzymywać spersonalizowanego listu, ale ucieszyłabym się nawet z automatycznej odpowiedzi: dziękujemy za zgłoszenie. Jeżeli zostanie Pani zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, to odezwiemy się w ciągu dwóch tygodni.

Czasami, aby sprawdzić wyniki rekrutacji, pojawia się komunikat na stronie: o wynikach rekrutacji będziemy informować poprzez pismo wywieszone na tablicy przed aulą Uniwersytetu Gdańskiego. Komuś, kto mieszka za granicą, trudno przyjechać do Polski, tylko po to, aby sprawdzić wyniki rekrutacji. To są sprawy, które bardzo odpychają osoby z zagranicy.

 

PAP: Jak w takim razie proces rekrutacji przebiega na brytyjskich uniwersytetach i instytucjach naukowych?

J.B.: W Wielkiej Brytanii jest strona internetowa www.jobs.ac.uk, gdzie są właściwie wszystkie oferty pracy związane ze środowiskiem akademickim. Można sobie wybrać dział, który nas interesuje: biologię, fizykę czy cokolwiek innego. Jeśli jakiś uniwersytet albo firma będą ogłaszały konkurs na stanowisko naukowe, to właśnie tam będą one ogłoszone.

Jeśli wysyła się aplikację, to dostaje się odpowiedź. A jeśli dostanie się zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, na którą trzeba dojechać, to firma zwraca koszt przejazdu. Nie mówię, żeby w Polsce od razu zwracać takie koszty, ale jeśli jadę z Wielkiej Brytanii na rozmowę do Polski, to chciałabym przynajmniej wiedzieć, czy w tej pracy będę zarabiać godziwie, czy opłaca mi się wydawać pieniądze na bilet.

Jeżeli nawet rozmowa kwalifikacyjna się nie powiedzie, to mam informację zwrotną i konkretną informację, co poszło nie tak np.: wypadła Pani idealnie, ale inny kandydat wypadł równie dobrze, ale dodatkowo miał większe doświadczenie badawcze. W Polsce na razie nie bardzo mogę na to liczyć.

Poza tym fajnie by było, aby prace na stanowisku wykładowcy, jeżeli wymaga ona np. języka angielskiego, były ogłaszane też w zagranicznych stronach internetowych. Czasami można je znaleźć na New Scientist lub Nature Jobs, ale w czasie swojego szukania pracy znalazłam może dwie takie oferty z Polski.

 

PAP: Czy oprócz wad procesu rekrutacji są jakieś inne, głębsze problemy, które nie sprzyjają powrotom do Polski?

J.B.: Po doktoracie jest bardzo dużo osób, które mają już doświadczenie badawcze, ale nie czują się na siłach, aby zakładać własną grupę. To jest dość naturalne i jest problemem na całym świecie. Te osoby aplikują na stanowisko postdoca, czyli osoby będącej na stażu podoktorskim. W Polsce jest bardzo dużo grantów umożliwiających rozpoczęcie własnego projektu czy założenie własnej grupy, co oczywiście popieram. Jednak jeżeli chcemy ściągnąć do Polski młodych naukowców tuż po doktoracie, to należałoby im umożliwić start na pozycji postdoca w grupie badawczej, która już działa w Polsce.

Trzeba też wspomnieć o obawach związanych z przyjmowaniem osób z zewnątrz. W wielu grupach jest tak, że jeżeli ktoś zrobił doktorat w jednym instytucie, to postdoc należy im się w tej samej placówce. A tu przychodzi jakaś "przybłęda" z Oxfordu i zacznie się "mądrzyć". Wtedy ta rodzinna solidarność bierze górę.

 

PAP: Rząd wkrótce rozpocznie realizację programu, który ma umożliwić najlepszym studentom darmową naukę na najlepszych zagranicznych uniwersytetach. Jednak w zamian miałyby one w 10 lat od zakończenia studiów co najmniej przez pięć lat pracować w Polsce, odprowadzając składki. Co sądzisz o tym pomyśle?

J.B.: Ja jestem na tego typu stypendium z Fundacji Crescendum Est - Polonia. To jest ten typ programu, w którym muszę pracować w Polsce lub na rzecz Polski przez pięć lat po zakończeniu studiów. Właśnie dlatego starałam się wrócić do Polski, ale naprawdę nie miałam dokąd wracać. Gdyby była jakaś pozycja stażu podoktorskiego czy wykładowcy, to oczywiście bym chciała do czegoś takiego wrócić.

Z drugiej strony teraz pracuję na rzecz Polski, bo popularyzuję naukę w Polsce tak bardzo, jak się da, pracuję dla "Gazety Wyborczej" i "Focusa". Staram się organizować różnego typu wydarzenia związane z Polską np. konferencję "Science. Polish Perspectives". W grudniu wysłałam grupę swoich studentów w Beskidy, aby badali rysie i wilki. Kraj na mnie korzysta, nie czuję się darmozjadem, nie wzięłam pieniędzy i z nimi nie uciekłam. Cały czas się staram, aby Polska coś ze mnie miała.

Jeśli ktoś wyjeżdża na studia, powiedzmy do Wielkiej Brytanii i bierze pożyczkę, którą potem spłaca z własnej kieszeni, to ma poczucie, że niczego Polsce nie zawdzięcza. Nie ma poczucia, że ma jakiś dług wdzięczności czy przywiązania, sentymentu. Pomysł ze stypendiami nie jest zły, bo mógłby zainteresować osoby, którym do tej pory nie przyszło do głowy, że mogłyby bardziej związać się z Polską.

Ewelina Krajczyńska, Polska Agencja Prasowa

 

Wysokiej klasy jachty i katamarany, skrojone na miarę i potrzeby klientów z wielu krajów, to nieliczne znane na świecie polskie luksusowe produkty. Polski przemysł jachtowy jest europejskim liderem w najbardziej popularnym segmencie jachtów o długości 6–9 m; na świecie zajmuje drugie miejsce, po USA.
 

Polska Izba Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych „Polskie Jachty” podaje, że na sukcesy naszego przemysłu jachtowego wpływa nie tylko wieloletnie doświadczenie producentów oraz wciąż atrakcyjne ceny, ale też jakość projektów, zarówno pod względem technologicznym jak i wzornictwa. Izba ocenia, że rola i znaczenie polskiego sektora na świecie będą rosły. Niestety, w Polsce rynek na takie jednostki jest wciąż niewielki.

 

Wizytówką polskiego przemysłu jachtowego są duże luksusowe jachty motorowe Galeon o długości do 24 metrów, wielkie katamarany i megajachty z firmy Sunreef Yachts o długości do 30 metrów oraz duże jachty żaglowe z Delphia Yachts o długości do 15 metrów. Specjalnością naszego przemysłu są obecnie mniejsze jachty motorowe o długości 6-9 metrów. Jest to segment najbardziej popularny na całym świecie, ze względu na cenę i możliwości transportowe – tłumaczy Izba. Ocenia, że w najbliższych latach Polska utrzyma pozycję europejskiego lidera w produkcji tych najbardziej popularnych jednostek.

 

Ekspert branży stoczniowej, redaktor naczelny portalu morskiego, Grzegorz Landowski ocenił, że niewielkie stocznie, np. jachtowe, nigdy nie będą alternatywą dla dużych stoczni budujących wielkie jednostki, jednak sektor jachtowy to cenne uzupełnienie polskiego eksportu.

 

"Powstają jednostki w stu procentach robione w kraju dla bogatych klientów na całym świecie" - wskazał Landowski. Tłumaczy, że jest to światowa nisza, w dużym stopniu opanowana przez Polskę. "Produkty z naszego kraju z dużym powodzeniem konkurują z produktami firm tego sektora np. z Francji - w niczym im nie ustępując, a często nawet przewyższając pod względem jakości czy designu” - dodał.

 

Jednostki polskich firm już nie konkurują z zachodnimi przede wszystkim niższą ceną, bo często są nawet droższe, ale jakość ich wykonania jest taka, że klient jest skłonny zapłacić. - Dobrze to świadczy o strategii polskich firm, że każda znalazła swój segment - i nie konkurują między sobą – dodał. Jest przekonany, że firmy będą się nadal rozwijać, bo mają udane produkty, a ich rynkowa nisza będzie się rozwijać. Zdaniem eksperta przemysł jachtowy napędza gospodarkę, a jego siłą są polskie projekty i polskie wykonanie na światowym poziomie.

 

Stocznia Sunreef Yachts z Gdańska, której właścicielem jest Francuz Francis Lapp, jest globalnym liderem w produkcji bardzo luksusowych katamaranów, skrojonych na miarę i potrzeby klientów na całym świecie. „Jesteśmy jedyną firmą na świecie, która produkuje tak luksusowe katamarany ale wszystko robimy na wyłączne zamówienie klienta; nie ma dwóch takich samych łódek” – tłumaczy Karolina Paszkiewicz, menedżer ds. PR i marketingu Sunreef Yachts.

 

Istniejąca od 2001 r. stocznia zbudowała 81 jednostek, zarówno żaglowych jak i motorowych, o długości powyżej 60 stóp (ponad 18 metrów). Największą zbudowaną do tej pory jednostką jest jacht żaglowy 114 stopowy. Możliwości produkcyjne pozwalają na budowę jeszcze większych jednostek.

 

Stocznia zatrudnia 300 osób. Biuro projektowe i produkcja znajdują się na terenie historycznej stoczni w Gdańsku; swoje biura reprezentacyjne Sunreef Yachts ma w USA, Chinach i na Bliskich Wschodzie. - Jest to całkowicie polska myśl techniczna, polski design - dodaje Paszkiewicz, przyznając, że na początku działalności trudno było przekonać ludzi do polskiego luksusu. - Polska nigdy nie była kojarzona z luksusem, a teraz rzeczywiście się bronimy i jesteśmy liderem w branży - dodała.

 

Luksusowe jachty nie jest łatwo sprzedać; czasami zamówienie poprzedzają dwa-trzy lata rozmów i negocjacji z klientem. Np. 60 stopowy katamaran standardowy kosztuje ok. 1,5 mln euro, żaglowy jacht 74 stopowy, w pełni przygotowany na zamówienie klienta, to ok. 3,8 mln euro. Ze względu na tajemnicę handlową firma nie podaje najwyższej ceny, jaką udało się uzyskać za sprzedany katamaran. Ale np. najdroższy projekt, którego stocznia jeszcze nie sprzedała, a jest gotowa zrobić jeśli znajdzie się klient, to trimaran 210; jego cena jest szacowana na 50 mln euro.

 

Najwięcej klientów stocznia ma z USA, Bliskiego Wschodu i Izraela ale też z Rosji i niewielu z Polski. Według Karoliny Paszkiewicz stocznia, ze względu na rosnący popyt na dobra luksusowe, ma dobre perspektywy rozwoju. Liczy na wzrost liczby klientów z Polski. Zaletą jest renoma i dobre rekomendacje dotychczasowych klientów; firma jest znana m.in. z precyzji, jakości wykonania, indywidualnego traktowania klientów. - Wokół jachtu tworzymy taką atmosferę, że klienci sami zapraszają swoich znajomych do kupienia, rekomendują nas i chwalą – dodała.

 

Maciej Samet ze stoczni Galeon w Straszynie (Pomorskie) podał, że istniejąca od ponad 30 lat stocznia buduje dwa typy jednostek: łodzie motorowe do 8 metrów długości z silnikami przyczepnymi kosztujące 5-20 tys. euro oraz duże jachty motorowe. - Tych mniejszych łodzi zbudowaliśmy tysiące, a tych dużych ponad tysiąc - powiedział. Największą, najdroższą zbudowana jednostką jest model Galeon 780 Crystal o długości 78 stóp. Najbardziej popularnym modelem jest Galeon 420 Fly.

 

Stocznia najczęściej sprzedaje do Niemiec, Rosji, Szwajcarii, Skandynawii i Francji. Klienci z Polski kupują pojedyncze sztuki. - Każdego roku jest to liczba między kilka a kilkanaście sztuk – wyjaśnił. Najtańsza jednostka w grupie jachtów motorowych kosztuje ponad 100 tys. euro netto w podstawowej wersji a najdroższa – ok. 2,5-3 mln euro netto.

 

W stoczni pracuje ok. 600 osób. Główny zakład i siedziba jest w Straszynie k. Gdańska. Stocznia współpracuje z projektantami z Wielkiej Brytanii, ze studia Tony’ego Castro oraz z Włoch. - Główny szkic i projekt zwykle jest robiony przez projektanta z zagranicy ale design wnętrza powstaje w Polsce a wykonanie jest polskie w stu procentach - tłumaczy.

 

Ocenił, że początkowo o popularności jednostek ze Straszyna decydowała cena. - Firma jest w stanie zaoferować jakość oferowaną przez najlepszych producentów europejskich i światowych za troszeczkę niższą cenę, ale w ostatnich 5-10 latach różnice cen zmniejszyły się – tłumaczy. - Nadal jesteśmy trochę tańsi od tych najbardziej uznanych producentów, ale nie jest to już taka duża różnica jak kiedyś; za to konkurujemy jakością i designem produktu – podkreślił - koszty pracy w Polsce są ciągle trochę niższe niż w krajach zachodnich więc możemy poświęcić trochę więcej czasu na wykończenie jachtów, co daje bardzo wysoką jakość produktu.

 

Stocznia oferuje 21 typów jednostek i należy do grupy nielicznych firm mających tak bogatą ofertę. Rocznie sprzedawanych jest średnio ok. stu jednostek. Większość jednostek jest kupowanych „na firmę”, bardzo rzadko kupują prywatne osoby.

 

Prezes Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych „Polskie Jachty”, Sebastian Nietupski ocenił, że stocznie Sunreef i Galeon to „znaczący gracze na świecie i nasze najbardziej luksusowe marki rozpoznawalne w branży dosłownie wszędzie”. Z danych Izby wynika, że w sektorze działa ok. 900 prywatnych firm, w których pracuje ok 35 tys. osób. Roczne moce przerobowe sektora pozwalają na produkcję 22 tys. jednostek. Głównie produkowane są jachty motorowe o długości 6-9 metrów. 95 proc. produkcji jest eksportowane do Europy Zachodniej, Skandynawii, krajów morza Śródziemnego, USA i Rosji.

 

Prezes szacuje, że roczna wartość sprzedaży małych jednostek może się wahać od 800 mln zł do 1 mld zł. Cena małej, 6-metrowej motorówki wynosi ok. 15 tys. euro (drugie tyle trzeba zapłacić za silnik), a ceny dużych jachtów motorowych zaczynają się od ok. 350 tys. euro (z silnikiem ) i średnie wynoszą ok. 0,5-1 mln euro. Według szefa Izby produkowane w Polsce jednostki są bardzo konkurencyjne: co roku wygrywają lub są nominowane do nagród takich jak Yacht of the Year czy Motor Boat of the Year.

 

Izba ocenia, że sektor ma bardzo dobre perspektywy. - Powstają nowe firmy a zagraniczne stocznie przenoszą swoją produkcję do Polski – argumentuje Nietupski.

 

Eksportowa pozycja Polski w produkcji jachtów jest powszechnie znana i doceniana w Europie natomiast rynek krajowy na takie jednostki jest wciąż słaby. Izba podaje, że w Polsce jedna jednostka (jacht, łódź) przypada na 400 osób, podczas gdy w przodujących krajach europejskich (Norwegia, Finlandia) - na 7 osób. W stoczniach Sunreef i Galeon klienci z Polski stanowią niewielki odsetek klientów.

 

Bożena Leszczyńska, Polska Agencja Prasowa

Nauczanie w języku polskim poza granicami kraju przyjmuje różne formy w zależności od możliwości organizacyjnych. Jedną z nich są szkoły dla Polonii, wśród nich podległe MEN tzw. szkolne punkty konsultacyjne, uczy się w nich ponad 15,5 tysiąca uczniów.
 

Szkolne punkty konsultacyjne wchodzą w skład Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą podlegającego Ministerstwu Edukacji Narodowej. Funkcjonują w 33 krajach, m.in. w Afryce, Ameryce Północnej, Azji i w Europie. Jest ich 66. W skład ORPEG wchodzi też jeden zespół szkół - Zespół Szkół im. Zygmunta Mineyki przy Ambasadzie RP w Atenach. ORPEG organizuje nauczanie na odległość online.

Jak podaje resort edukacji, większość uczniów szkolnych punktów konsultacyjnych - 15 262 - uczy się na co dzień w miejscowych szkołach, a w punktach konsultacyjnych uczy się zgodnie z uzupełniającym planem nauczania w zakresie języka polskiego i wiedzy o Polsce. W nauczaniu zgodnym z ramowym planem nauczania, czyli ma normalne lekcje wszystkich przedmiotów w języku polskim jest 256 uczniów; to uczniowie zespołu szkół w Atenach (w zespole jest prowadzone też nauczanie uzupełniające).

Nauka w szkolnych punktach konsultacyjnych jest bezpłatna. Zajęcia prowadzą wykwalifikowani nauczyciele. Lekcje odbywają się w weekendy, ale także w tygodniu popołudniami. Zgodnie z zapisami ustawy o systemie oświaty placówki prowadzone są z myślą o kształceniu dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą.

W Afryce punkty konsultacyjne są: w Kairze w Egipcie, w Trypolisie w Libii, w Rabacie w Maroko, w Tunisie w Tunezji i w Pretorii w Republice Południowej Afryki. W Azji znajdują się w Pekinie w Chinach, w Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Izraelu w Tel Awiwie i w Kuwejcie. W Ameryce Północnej punkty działają w Kanadzie - w Montrealu i Toronto, w Stanach Zjednoczonych w Waszyngtonie, Chicago i Nowym Jorku oraz w Meksyku.

W Europie punkty konsultacyjne są w 24 krajach, w niektórych działa więcej niż jeden. Najwięcej - siedem - jest w Niemczech: w Kolonii, Hamburgu, Norymberdze, Remseck am Neckar, Frankfurcie nad Menem, Monachium i w Berlinie. Po pięć punktów jest w Irlandii i we Francji, po cztery we Włoszech i Belgii, trzy w Szwajcarii.

Pełna lista szkolnych punktów konsultacyjnych wraz ze szczegółowymi adresami podana jest na stronie internetowej ORPEG http://www.orpeg.pl/index.php/szkolne-punkty-konsultacyjne

Szkolne punkty są finansowane z budżetu państwa. W 2014 r. na funkcjonowanie 66 punktów i zespołu szkół wydatkowano ponad 28 mln zł. W 2015 r. planuje się wydatki na tym samym poziomie. Środki przeznaczone są na wynagrodzenia nauczycieli, czynsze za wynajem pomieszczeń na funkcjonowanie punktów i zespołu oraz wydatki bieżące, m.in. opłaty za internet, telefony, zakup pomocy dydaktycznych.

Nauczanie w języku polskim za granicą prowadzone jest także przez szkoły społeczne prowadzone przez polonijne organizacje oświatowe, stowarzyszenia rodziców, polskie parafie. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Irlandii szkoły prowadzone są przez organizacje zrzeszające szkoły i nauczycieli lub stowarzyszenia rodziców, na Wschodzie - przez organizacje polonijne. Z kolei w Niemczech i we Francji szkoły społeczne działają głównie przy parafiach. Nauczyciele uczący tam są wolontariuszami.

Nauczanie w języku polskim prowadzone jest też przez szkoły działające w obcych systemach edukacji, np. w szkołach z polskim językiem nauczania (np. na Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Czechach), w szkołach z zajęciami języka polskiego jako ojczystego (np. w Szwecji, w Niemczech, na Ukrainie, Białorusi, w Rumunii, Mołdawii), w szkołach z zajęciami z języka polskiego jako obcego (np. w Niemczech, Rosji). Sekcje polskie istnieją też w szkołach międzynarodowych we Francji oraz w Szkołach Europejskich. (PAP)

Danuta Starzyńska-Rosiecka, Polska Agencja Prasowa