Wiadomości - Nasz Swiat
24
So, sierpień

Polskie kreskówki z Bolkiem i Lolkiem oraz Reksiem w rolach głównych obejrzą w marcu dzieci w Indiach, dzięki polskiemu podróżnikowi Robertowi Maciągowi, który na skuterze z projektorem i składanym ekranem przejedzie 2500 km wzdłuż Gangesu, urządzając pokazy filmowe dla najmłodszych.
 

Robert "Robb" Maciąg dwa lata temu zawiózł Bolka i Lolka razem z Reksiem do Nepalu. "Wtedy zrobiliśmy kino stacjonarne, w szkole przy buddyjskim klasztorze w Jharkot. Chcieliśmy pokazać dzieciakom coś polskiego. Ale co, miałem im pokazać obrazy Matejki czy Beksińskiego? Wreszcie wymyśliliśmy: kreskówki. Bolek i Lolek, no i Reksio, bo nie mają dialogów. Zapakowaliśmy laptopa, projektor na cztery wieczory z filmami. Najbardziej podobały się Bolek i Lolek u dentysty albo na Dzikim Zachodzie. Dorośli też się śmiali" - opowiada PAP Maciąg.

 

Teraz razem z bohaterami polskich kreskówek będzie podróżował po Indiach. Swój projekt nazwał Tuk Tuk Cinema (tuk-tuk to nazwa autorykszy, pojazdu, który w Indiach pełni funkcję taksówki). Maciąg chciał przemieszczać się po Indiach właśnie autorykszą, ale - jak mówi - pomysł upadł, bo za dużo było kłopotów z pozwoleniami, rejestracją itd. Ostatecznie zdecydował się na skuter. Wyrusza 9 marca z New Delhi, chce przejechać wzdłuż Gangesu około 2500 km i dotrzeć do Kalkuty.

 

"To będzie moja podróż, przygoda, rozmowy z ludźmi. A kino to będzie to, co chcę zrobić dla nich. Taka misja przez bardzo małe +m+, bez żadnego patosu" - mówi Maciąg.

 

Na skuter zapakuje projektor, do tego składany ekran, laptop, głośniki i przetwornicę, żeby móc czerpać prąd ze skuterowego akumulatora, jeśli na miejscu akurat go zabraknie, a zdarza się to często. "Będę w Indiach przez miesiąc, więc zakładam, że musi mi się udać 20 pokazów. Każdy potrwa godzinę, półtorej" - mówi.

 

Co ważne, kiedy Maciąg wróci do Polski, skuter i całe kino zostanie u znajomych w Kalkucie, z możliwością wypożyczenia przez innych zapaleńców, którzy będą chcieli podróżować po Indiach z objazdowym kinem. "Chciałbym, żeby to była taka sztafeta. Mam już jedną osobę, która się odgraża, że pojedzie dalej z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem" - mówi Maciąg.

 

Projektowi Robba Maciąga patronuje Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, skąd pochodzą bohaterowie kreskówek. Studio wyposażyło go też w filmy rysunkowe. "Robert to pozytywny szaleniec, człowiek pozytywnie zakręcony, my takich ludzi wspieramy. Studio współpracuje z wieloma podróżnikami, organizacjami charytatywnymi. Bajki dostała od nas Janina Ochojska, razem z nią i PAH pojechały do Albanii, do Japonii po trzęsieniu ziemi, a dosłownie przed miesiącem do Sudanu Południowego" - mówi PAP Piotr Płatek z bielskiego studia.

 

Jak mówi, Bolek i Lolek to polski film animowany numer jeden. "Ktoś policzył, że na całym świecie Bolka i Lolka oglądał już miliard osób, zwiedzili wszystkie kontynenty, ponad 100 krajów. To jest marka. Te bajki są uniwersalne, oparte na prostych gagach, śmieszą dzieci bez względu na kraj pochodzenia. Nie ma tam przemocy, jest morał. Są bezdialogowe, co ułatwia pokazywanie ich na całym świecie" - podkreśla Płatek.

 

Bolek i Lolek dwa lata temu skończyli 50 lat, a Reksio zbliża się do 50-tki. "Ale przecież w Bielsku mamy Pampaliniego czy Baltazara Gąbkę. Ich popularność wraca po latach, przecież bardzo wiele pokoleń wychowało się na tych bajkach" - przypomina Płatek.

 

Maciąg na swój projekt bardzo szybko zebrał zakładane 7 tys. zł w ramach portalu crowdfundingowego PolakPotrafi.pl. Crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe, ma na celu zmobilizowanie możliwie największej liczby osób do wnoszenia często małych wpłat. Określenie to jest zwykle używane w odniesieniu do zbiórek prowadzonych na stworzonych w tym celu platformach internetowych.

 

"Pomysł był taki, że wyjazd jest mój, więc jest za moje pieniądze, a kino fundujemy wspólnie wszyscy. Zamiast czegoś materialnego, wolę dać tym dzieciom przeżycie, one je zapamiętają na wiele lat" - podkreśla.

 

Robert Maciąg jest autorem kilku książek podróżniczych, dwukrotny laureat nagrody Traveler miesięcznika "National Geographic". Prowadzi warsztaty etnograficzne dla szkół i współtworzy fundację Szkoły Na Końcu Świata. Jego podróż do Indii będzie można śledzić na bieżąco na stronie Tuktukcinema.com i na Facebooku.

 

Marta Tumidalska, Polska Agencja Prasowa

Cała Europa czekała na ten ślub. Jednak plany polskiej księżniczki Elizy Radziwiłł i pruskiego księcia Wilhelma, późniejszego cesarza Niemiec, pokrzyżowały intrygi polityczne. Ich historię na podstawie listów opisuje niemiecka pisarka Dagmar von Gersdorff.
 

Eliza (1803-1834) była córką polskiego księcia Antoniego Radziwiłła, który poślubił pruską księżniczkę Luizę. Z księciem Wilhelmem (1797-1888) znali się od dziecka, a w jego pamiętnikach i listach nie brak dowodów, że był Elizą zauroczony. "Jej uroda rzuca na kolana" - pisał 20-letni książę do swojej siostry. A jej rodziców zapewniał: "Bez Elizy nie wyobrażam sobie już szczęścia w życiu".

 

- Eliza była też w jego oczach jedyna, żadna z kobiet, które później spotkał, w tym jego żona Augusta, nie była w stanie jej dorównać - ocenia Dagmar von Gersdorff, autorka książki "Na całym świecie tylko Ona", wydanej niedawno także w polskim przekładzie.

 

Autorka dotarła do zachowanych w Tajnym Archiwum Państwowym w Berlinie kalendarzy, notatników i pamiętników Wilhelma, którym dotychczas nie poświęcano większej uwagi. Dokumentował w nich wydarzenia, ale także "spontanicznie i szczerze" zapisywał swoje doznania. Jak zauważa von Gersdorff, niezwykle wymowne jest to, że każdego wieczoru przez dziesięć lat kończył swoje notatki wielką literą "E" - zapewne myśląc o Elizie Radziwiłł.

 

Książka von Gersdorff przybliża też nieco "polski Berlin" z pierwszej połowy XIX wieku. Wilhelm często bywał w pałacu Radziwiłłów w Berlinie, położonym w najbardziej eleganckiej części miasta w pobliżu Bramy Brandenburskiej. Hotel De Radziwill był w posiadaniu polskiej rodziny książęcej od 1796 r. do 1875 r. (kiedy to został sprzedany Rzeszy Niemieckiej i stał się siedzibą kanclerza). Był to jeden z ośrodków życia towarzyskiego w mieście, na równych prawach goszczący arystokratów, mieszczan i artystów. Artystą był sam gospodarz, książę Antoni. W 1819 r. skomponował muzykę na solo, chór i orkiestrę do wystawionych w jego pałacu scen z "Fausta" Goethego, a na berlińską premierę przyszła cała rodzina królewska, włącznie z księciem Wilhelmem, który - jak pisze von Gersdorff - przybył głównie po to, by zobaczyć Elizę.

 

Na pruskim dworze uczucia księcia budziły jednak niepokój. Wprawdzie był on drugim synem króla Prus Fryderyka Wilhelma III, a nie następcą tronu, to jednak pamiętano o starej zasadzie, wedle której dla książąt z rodu Hohenzollernów jako małżonki w rachubę wchodzą tylko córki rządzących rodów książęcych lub magnatów ziemskich wywodzących się ze stanu książąt Rzeszy. W 1820 r. zaczęła się wojna na ekspertyzy prawne. Tajny radca odpowiedzialny za sprawy dynastyczne Friedrich von Raumer orzekł w kilku opiniach: ranga i godność królewskiego pruskiego rodu góruje nad Radziwiłłami, dlatego do małżeństwa Wilhelma z polską księżniczką dojść nie powinno.

 

Wilhelmowi trudno było zrozumieć argumenty o rzekomej nierówności urodzenia. Jak pisze von Gersdorff, spodziewał się raczej, że przeszkodą dla tego związku mogłyby być "nieprzyjemności" dla rodziny. Wprawdzie wychowany w Berlinie Antonii Radziwiłł był lojalny wobec Prus i został namiestnikiem Wielkiego Księstwa Poznańskiego, to inni członkowie rodu Radziwiłłów stanęli w przeszłości po stronie Napoleona, mając nadzieję na odrodzenie niepodległej Polski.

 

Zamówiona przez Wilhelma ekspertyza prawników Friedricha Carla von Savigny'ego i Carla Wilhelma von Deleuze de Lancizolle obalała argument o nierówności urodzenia. Na podstawie historycznych przykładów prawnicy udowadniali, że ród arystokratyczny, do którego należeli Radziwiłłowie, stał się równy niemieckiej arystokracji, kiedy cesarz Maksymilian I nadał mu w XVI wieku godność książąt Rzeszy. Na kontratak drugiej strony nie trzeba było jednak długo czekać, a ekspertyz wydano w sumie ponad 30.

 

Rozwiązaniem problemu mogła być adopcja Elizy, aby podnieść ją do stanu rodów niemieckich i umożliwić małżeństwo z Wilhelmem. Król Fryderyk Wilhelm III przystał nawet na ten pomysł, ale jego realizacja okazała się trudniejsza. Zaadoptowania polskiej księżniczki odmówił car Rosji Aleksander. Zgodził się natomiast książę August Pruski, brat matki Elizy, cieszący się jednak wątpliwą reputacją jako kawaler i ojciec jedenaściorga nieślubnych dzieci; przeciwko tej opcji zaprotestował starszy brat Wilhelma, kronprinc Fryderyk.

 

Wszystkie te rozterki pruskiego dworu oburzały rodzinę Radziwiłłów. - Adopcja Elizy oznaczałaby przyznanie, że prastara polsko-litewska godność nie jest równa młodszej pruskiej arystokracji - wskazuje von Gersdorff.

 

I te zamiary upadły z powodu komplikacji politycznych. Powstanie dekabrystów w Rosji w 1825 r. wywołało w Prusach obawy, że do niepokojów dojdzie także na ziemiach polskich, co umocniło zastrzeżenia wobec Radziwiłłów. Kolejnym ciosem były żądania Weimaru: wielki książę Karol August uzależnił zgodę na ślub swej wnuczki Marii z młodszym bratem Wilhelma, Karolem, od rezygnacji z planów ożenku Wilhelma z członkinią rodziny Radziwiłłów. Nie bez znaczenia było to, że wielką księżną sasko-weimarską była Maria Pawłowa Romanowa, siostra cara Rosji.

 

Latem 1826 r. sprawa była zamknięta. Załamany Wilhelm napisał list pożegnalny do Elizy, a ta odpowiedziała mu miesiąc później. "Mogę sobie pozwolić na tych kilka słów znad grobu..." - pisała, nie unikając patosu.

 

W 1829 r. Wilhelm poślubił księżniczkę Augustę Sasko-Weimarską, siostrzenicę rosyjskiego cara, jeszcze bardziej zacieśniając więzi między Prusami a Rosją. W 1871 r. został cesarzem Niemiec. Eliza Radziwiłł zmarła na gruźlicę 27 września 1834 r., nie mając jeszcze 31 lat. Nigdy nie wyszła za mąż.

 

Książka Dagmar von Gersdorff, opisująca te historię, ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Ad Rem.

 

Anna Widzyk, Polska Agencja Prasowa

Dr Alexander Wlodawer uchodzi za ojca chrzestnego "polskiej mafii krystalografów". Ten żartobliwy termin, wymyślony przez noblistkę z chemii Adę Yonath, kryje sporo prawdy - naukowcy polscy lub polskiego pochodzenia osiągają duże sukcesy w krystalografii.
 

- Jest nas przynajmniej około 30, a ja - patrząc na życiorys - jestem pierwszym, który zaczął działać w tej dziedzinie z naszej grupy osób z polskim wykształceniem - mówi PAP 69-letni Alex Wlodawer, dyrektor Laboratorium Krystalografii Makromolekuł w amerykańskim Narodowym Instytucie Raka (NCI).

Wlodawer wraz z profesorem Mariuszem Jaskólskim z Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu to laureaci pierwszej edycji Amerykańsko-Polskiej Nagrody Naukowej, przyznawanej wspólnie przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej oraz American Association for the Advancement of Science (AAAS), największe na świecie stowarzyszenie naukowe. Ich wspólne odkrycie struktury białka wirusa HIV przyczyniło się do powstania leku na AIDS; poza tym badacze określili strukturę tzw. asparaginaz istotnych w leczeniu białaczki u dzieci.

W środowisku naukowym mówi się, że za pionierskie odkrycie Wlodawer i Jaskólski "otarli się o Nobla". Ale na Wlodawerze takie opinie nie wydają się robić wrażenia. - Przecież nawet Robert Gallo (odkrywca wirusa HIV - PAP) nie dostał Nobla. A my mieliśmy wiele satysfakcji. Wszystkie firmy farmaceutyczne się do nas dobijały i już w ciągu siedmiu lat pojawiły się lekarstwa, by zastopować wirusa. To rekordowo szybko - mówi Wlodawer.

Rozmawiamy w laboratorium Wlodawera mieszczącym się na terenie bazy wojskowej USA we Frederick pod Waszyngtonem. Do 1969 roku Amerykanie produkowali tu i testowali broń biologiczną. Gdy prezydent USA Richard Nixon zamknął program, umieszczono tu Narodowy Instytut Raka, w którym Wlodawer od prawie 30 lat prowadzi badania w dziedzinie biologii strukturalnej. Ściągnął tu do współpracy Jaskólskiego, a także kilkunastu innych naukowców z Polski. - Ściągałem ich, bo byli bardzo dobrzy, ale większość z nich wróciła potem do Polski - zastrzega.

Nie ma wytłumaczenia, czemu aż tyle osób o polskich korzeniach zainteresowało się krystalografią. - Gdy kończyliśmy studia ta dziedzina w ogóle nie była w Polsce wykładana - mówi. Sam też zaczął zajmować się nią dopiero w Stanach Zjednoczonych. Studiował fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Planował wyjazd za granicę na studia doktoranckie z neurofizjologii, ale ostatecznie plany te zmieniła przymusowa emigracji po marcu 1968 roku. Stopień doktora w dziedzinie biologii molekularnej uzyskał w 1974 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. - Gdyby nie marzec 68 r., to nigdy nie zostałbym krystalografem. W mojej pracy doktorskiej podziękowałem towarzyszowi Gomułce, że mi to umożliwił - wspomina z uśmiechem.

Żona Alla Gustchina też jest krystalografem. Pracują razem w NCI, a nawet wspólnie publikują niektóre prace. Poznał ją w Moskwie na konferencji krystalografów w 1988 roku. - Organizatorzy przydzielili jej rolę zajmowania się mną, bym się nie zgubił - opowiada. Skończyło się na tym, że to ona wyemigrowała do USA.

Wlodawer nie tylko nie obraził się na Polskę, ale angażuje się na rzecz poprawy konkurencyjności polskiej nauki i integracji polskiego środowiska naukowego. W maju współorganizuje w Warszawie już drugi zjazd tzw. Multipoles (gra słów - po angielsku Multi Poles oznacza wielu Polaków, a multipole - wielobiegunowość), czyli polskich i mających polskie korzenie naukowców specjalizujących się w biologii strukturalnej i krystalografii.

Jest też członkiem tzw. Rady Kuratorów Wydziału II Nauk Biologicznych Polskiej Akademii Nauk. - Cały czas toczymy dyskusje, jak można przyciągnąć z powrotem do Polski najlepszych ludzi. Trochę wraca - mówi. Przyznaje, że wiele zmieniło się w polskiej nauce na lepsze, np. system grantów działa motywująco, ale wciąż wiele jest do zrobienia.

- Zrobiłem się niepopularny, bo zasugerowałem, by zamknąć połowę instytutów (wydziału II PAN), bo nie są wystarczająco dobre, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na pozostałe - opowiada. Zostało to odebrane jako ponury żart kogoś, kto nie zna polskich realiów. - Oklaski zebrałem natomiast, gdy na zebraniu PAN powiedziałem, by przestali patrzeć na Rosyjską Akademię Nauk jako wzór, bo efekt jest taki, że tę akademię już prawie rozebrano - dodał.

Przykładem dobrych zmian jest zdaniem Wlodawera Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, który działa pod egidą UNESCO. - Tam naukowcy są przyjmowani na postawie ostrych międzynarodowych kryteriów i oceniani co 2-3 lata. Instytut istnieje już 15 lat, ale niestety nie ma drugiego takiego. Model jest, ale nie został wykorzystany - zauważył.

Lepiej jego propozycje reform przyjęły się w Czechach, gdzie jest szefem rady doradczej największego instytutu w Pradze (IOCB - Institute of Organic Chemistry and Biochemistry). - Tam zrobiono rzecz nie do pomyślenia: instytut legalnie zamknięto i ludzie musieli zwrócić się z prośbą o pracę. Dwie trzecie wróciło, a jedna trzecia nie, co umożliwiło przyjęcie młodych i stworzenie zupełnie innego modelu działania - mówi Wlodawer. - Udało im się w postkomunistycznym systemie zbudować markę. Mieli tę przewagę, że dochody z patentów zapewniały im niezależność od Czeskiej Akademii Nauk.

W gabinecie Wlodawera znaczące miejsce zajmuje duży portret prezydenta Johna Kennedy'ego. - Zrobiłem go osobiście w 1962 roku, z odległości dwóch metrów - mówi z dumą naukowiec. Będąc zaledwie 16-latkiem wraz grupą rówieśników z całego świata Wlodawer przyjechał do USA w ramach młodzieżowego ruchu Czerwonego Krzyża. W grupie, którą w Białym Domu przyjął Kennedy, był też uczeń z Korei Południowej Ban Ki Mun, obecny sekretarz generalny ONZ. Do dziś są w kontakcie. - On zdecydował wówczas, że zostanie dyplomatą, a ja, że przyjadę na studia do USA. Ten wyjazd był przełomowym momentem w moim życiu - wspomina.

Z Frederick Inga Czerny, Polska Agencja Prasowa

 

Na Ukrainie powstaną kolejne miejsca upamiętniające Polaków. Tablica poświęcona więźniom Twierdzy Kijowskiej została uroczyście odsłonięta w lutym. W czerwcu będzie odsłonięta tablica w b. więzieniu na Zamarstynowie we Lwowie.
 

Podczas niedawnej uroczystości w Twierdzy Kijowskiej, w obecności ambasadora Polski na Ukrainie, sekretarza Rady Ochrony Pamięci, Walk i Męczeństwa Andrzeja Kunerta oraz przedstawicieli ministerstwa kultury i Polonii odsłonięto tablice poświęcone powstańcom styczniowym.

Po zdławieniu powstania na Kijowszczyźnie w twierdzy uwięziono ponad tysiąc powstańców. Dowódcy oddziałów powstańczych zostali w niej rozstrzelani. Na murze twierdzy umieszczono pamiątkowe tablice z imionami i nazwiskami więźniów.

- Udało nam się zidentyfikować osiemset osób z imienia i nazwiska. Zostały umieszczone na szesnastu pamiątkowych tablicach. To dość wyjątkowa sytuacja. Rzadko kiedy udaje się zidentyfikować tak wielką liczbę osób - zaznacza Kunert w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Upamiętnienie powstańców styczniowych w Twierdzy Kijowskiej jest inicjatywą Fundacji Wolność i Demokracja i zostało sfinansowane z budżetu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Na uroczyste odsłonięcie czeka tablica poświęcona ośmiuset Polakom i Ukraińcom zamordowanym przez NKWD w więzieniu na Zamarstynowie we Lwowie. Kunert podkreśla, że z jego rozmów z ukraińskimi władzami wynika, że może ono nastąpić w czerwcu.

- Dobrze by było, gdyby na Ukrainie w każdym miejscu, w którym uda nam się odkryć nazwiska ofiar, analogicznie jak w Kijowie i Lwowie je upamiętnić. Ukraina to teren niezwykły, niesłychanie doświadczony przez historię. Mamy do czynienia zarówno z ofiarami zbrodni - nazistowskimi, sowieckimi, jak i represji obcych państw nie tylko z XX wieku, ale i wcześniejszego okresu - podkreśla Kunert.

Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 r przed wycofaniem się z miasta NKWD wymordowało więźniów politycznych (Polaków i Ukraińców) z więzień lwowskich m.in. więzienia śledczego NKWD – Zamarstynów; było to co najmniej 7000 osób.

Straconych chowano w nieoznakowanych mogiłach na Cmentarzu Zamarstynowskim.

Tomasz Grodecki, Polska Agencja Prasowa

Fot. PAP / Rafał Guz

Do 6 marca polscy studenci mogą wnioskować o stypendia rządu francuskiego. W roku akademickim 2015/16 traktowane priorytetowo będą dyscypliny: energia, zrównoważony rozwój, agronomia i bezpieczeństwo żywnościowe, nanotechnologie, fizyka jądrowa, astronomia, nauki o życiu, onkologia, biotechnologie, technologie informatyczne i telekomunikacyjne.
 

Stypendia skierowane są do polskich studentów, którzy chcieliby kontynuować naukę we Francji na ostatnim roku studiów magisterskich (program "Master 2"), i tych, którzy chcieliby uzyskać stopień naukowy doktora jednocześnie we Francji i w Polsce (program "Podwójny doktorat"). Kandydatury można zgłaszać do 6 marca.

Przyjmowaniem kandydatur zajmuje się Ambasada Francji w Polsce i Instytut Francuski. Każdego roku po złożeniu formularzy, ambasada dokonuje selekcji przyszłych stypendystów, a następnie przyznaje stypendia.

W roku akademickim 2015/2016 stypendia przyznawane będą we wszystkich dyscyplinach, ale traktowane w sposób priorytetowy będą dziedziny: energia, zrównoważony rozwój, agronomia i bezpieczeństwo żywnościowe, nanotechnologie, fizyka jądrowa, astronomia, nauki o życiu i onkologia, badania dotyczące katalizy, biotechnologie, technologie informatyczne i telekomunikacyjne, jak również tematy wskazane w projekcie ramowym badań i innowacji "Horyzont 2020".

To program ramowy Unii Europejskiej w zakresie badań naukowych i innowacji na lata 2014-2020.

Kandydaci muszą posiadać obywatelstwo polskie i dobrze znać język francuski i/lub angielski (jeżeli program studiów będzie realizowany po angielsku).

W przypadku studiów magisterskich kandydat musi mieć ukończone minimum cztery lata studiów i posiadać przynajmniej dyplom licencjata, starać się o przyjęcie na rok studiów kończący się dyplomem typu Bac +5 - odpowiednik polskiego magisterium, a w przypadku podwójnego doktoratu posiadać dyplom ukończenia studiów pozwalający na kontynuację studiów wyższych we Francji.

Jak czytamy na stronie Instytutu Francuskiego, w przypadku porównywalnych kandydatur, stypendia przyznawane są w pierwszej kolejności studentom, którzy w momencie złożenia wniosku przebywają w Polsce oraz którzy nigdy nie mieli okazji wyjazdu do Francji.

Szczegółowe informacje o tych programach można znaleźć na stronie Instytutu Francuskiego w Polsce pod adresem  http://institutfrancais.pl/sciences-universites/presentation-des-programmes-de-bourses/.

Magdalena Cedro, Polska Agencja Prasowa

Film Pawła Pawlikowskiego „Ida” zdobył Oskara. Jest to pierwsza polska produkcja, która otrzymała najbardziej prestiżową nagrodę filmową w kategorii najlepszy Film Nieanglojęzyczny.

W rywalizacji o złotą statuetkę film Pawlikowskiego pokonał w swojej kategorii: rosyjskiego „Lewiatana” w reż. Andrieja Zwiagincewa, argentyńskie „Dzikie historie” w reż. Damiana Szifrona, mauretańskie „Timbuktu” w reż. Abderrahmane Sissako oraz estońsko-gruzińskie „Mandarynki” w reż. Zazy Urushadzego.

Akcja filmu „Ida” toczy się na początku lat 60. XX wieku. Anna, sierota wychowana w zakonie (w tej roli debiutująca Agata Trzebuchowska) przed złożeniem ślubów poznaje Wandę Gruz (Agata Kulesza), swoją jedyną krewną. Od Wandy, która jest jej ciotką, dziewczyna dowiaduje się, że jest Żydówką i że naprawdę nie nazywa się Anna, lecz Ida Lebenstein. Poznaje następnie tragiczną historię swoich rodziców, zamordowanych podczas wojny.

Do statuetki nominowane były także dwa polskie filmy dokumentalne „Joanna” i „Nasza klątwa”, które jednak nie otrzymały nagrody.(mam)

W Portugalii mieszka zaledwie ok. 1 600 Polaków. W tym małym środowisku, różniącym się od Polonii z innych krajów Europy Zachodniej, nie ma typowych emigrantów zarobkowych, dużo jest za to osób dobrze wykształconych, ludzi świata kultury, a także dzieci.
 

PAP/EPA / MARIO CRUZ Pierwsi emigranci z Polski zaczęli napływać do Portugalii w większej liczbie podczas II wojny światowej - były to głównie osoby pochodzenia żydowskiego. Portugalia stanowiła dla nich ostatni przystanek przed wyjazdem z Europy.

- Udawali się głównie do Brazylii bądź do Stanów Zjednoczonych. Tylko nieliczni pozostali tu na stałe - opowiadał PAP Andre Jordan, urodzony we Lwowie w 1933 r. przedsiębiorca, zwany ojcem portugalskie turystyki. Sam po latach powrócił do tego iberyjskiego kraju z Brazylii, aby budować luksusowe obiekty hotelowo-rekreacyjne w Algarve i aglomeracji lizbońskiej.

Druga znacząca fala polskich emigrantów przybyła na przełomie lat 70. i 80. Dominowali wśród nich ludzie kultury, szczególnie muzycy, a także naukowcy. Przez kilka lat w Santarem, w miejscu usytuowania anten satelitarnych Radia Wolna Europa, zatrudnionych było też kilku specjalistów z Polski. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem, w którym ówczesna Polonia brała udział było kilkudniowe czuwanie na skwerze przed polską ambasadą w proteście przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.

Dzisiejsza Polonia w Portugalii jest nieliczna. Motyw zarobkowy emigracji praktycznie nie wchodzi w grę z uwagi na stosunkowo niskie wynagrodzenia w tym iberyjskim kraju oraz wysoki w ostatnich latach poziom bezrobocia. Mimo to zdecydowaną większość w środowisku polonijnym stanowią osoby przybyłe w minionych dwóch dekadach. Mają jednak ustabilizowany status zawodowy i majątkowy.

- Znani naszej placówce Polacy na ogół mają wyższe wykształcenie. Są to osoby młode, aktywne zawodowo, a część z nich zatrudniona jest w instytucjach międzynarodowych mających siedzibę lub oddział w Lizbonie, takich jak NATO, Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Morskiego czy Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. Inni to przedstawiciele wolnych zawodów, m.in.: muzycy, wykładowcy akademiccy, lekarze, architekci, bankowcy, informatycy, artyści - wyjaśniła PAP konsul RP w Lizbonie Monika Dulian.Portugalska Polonia opiera się na kobietach, co wynika z faktu, że zdecydowanie częściej niż Polacy decydują się one na małżeństwo w Portugalii. Mieszanych związków systematycznie przybywa.

Portugalia jest popularnym kierunkiem również dla polskich studentów, choć na terenie Unii Europejskiej częściej wybierają tylko Hiszpanię i Włochy.

- W roku akademickim 2012-13 przebywało w Portugalii 975 studentów z Polski, co stanowi wzrost liczby naszych rodaków studiujących w tym kraju o 280 proc. w porównaniu do lat 2009-10. W tym samym okresie dynamika wzrostu liczby wszystkich studentów zagranicznych w Portugalii wyniosła 60,5 proc. - zaznaczyła Dulian.

Przez ostatnie trzy dekady największą rolę w integrowaniu portugalskiej Polonii odgrywali księża ze zgromadzenia pallotynów, pełniący służbę kapłańską w stolicy, a następnie w podlizbońskim Odivelas. Co miesiąc organizują tam msze święte w języku polskim, a także Pasterkę, spotkanie opłatkowe i wielkanocne święcenie pokarmów.

- Polskie tradycje religijne cieszą się tu dużym zainteresowaniem. Polacy przybywają do naszego kościoła głównie na spotkania z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Co ciekawe, sporo naszych rodaków pojawia się też podczas świąt narodowych 3 maja i 11 listopada - powiedział PAP ks. Artur Karbowy, kapelan portugalskiej Polonii.

Duszpasterz odnotował, że wśród przybywających na polskie msze do Odivelas jest coraz więcej młodych mieszanych małżeństw. - Są one często owocem podejmowanych tu przez naszych rodaków studiów. Z powodu słabej znajomości języka portugalskiego osoby te często porozumiewają się w domach ze swoimi małżonkami po angielsku. Polska msza jest dla nich okazją do rozmowy w ojczystym języku i stanowi możliwość skorzystania z sakramentów - dodał ks. Karbowy.

Od niedawna polscy pallotyni próbują zapewnić możliwość poświęcenia pokarmów w Wielką Sobotę w dwóch innych głównych skupiskach polonijnych w Portugalii - w rejonie Porto oraz Faro.

Związana z parafią w podlizbońskim Odivelas Henriqueta Lalanda wyjaśniła PAP, że polska społeczność spotykająca się na mszach i spotkaniach świątecznych w kościele księży pallotynów znacznie różni się od przeciętnych portugalskich rodzin uczestniczących w niedzielnych nabożeństwach.

- Polskie rodziny są zdecydowanie młodsze. Jest wśród nich wiele młodych małżeństw i dużo dzieci - odnotowała Portugalka.

Z Lizbony Marcin Zatyka, Polska Agencja Prasowa

 

Więcej artykułów…