Wiadomości - Nasz Swiat
24
So, sierpień

Portugalię i Polskę oddziela niemal cały kontynent. Jednak mimo wielkiej odległości socjologowie i znawcy kultury obu krajów dostrzegają wiele podobieństw - wskazują na mocarstwową przeszłość, katolicką tradycję i podobny stosunek do rodziny.
 

PAP/EPA / MARIO CRUZ Polacy i Portugalczycy mają podobne oczekiwania polityczne: w następstwie trwających w obu krajach przez ponad 40 lat XX wieku dyktatur oba narody łączy umiłowanie wolności i demokracji - zauważają eksperci. Zastrzegają jednak, że o ile komunizm jest postrzegany nad Wisłą w sposób negatywny i uznawany za system totalitarny, o tyle nad Tagiem ma on inne konotacje i nadal wielu sympatyków.

- Polacy mają dużą i zrozumiałą traumę po kilku dekadach przeżytych pod panowaniem reżimu komunistycznego. Tymczasem w Portugalii Partia Komunistyczna ma nadal duże poparcie społeczeństwa i jest czwartą siłą w parlamencie - wyjaśnił PAP Joao Proenca z kierownictwa Partii Socjalistycznej.

Oba narody łączy też religia, a szczególnie kult św. Jana Pawła II. Jak wskazuje były rektor Portugalskiego Uniwersytetu Katolickiego Manuel Braga da Cruz, wiata katolicka to jeden z podstawowych elementów identyfikacji narodowej w obu krajach.

- Poza katolickością istotne dla tożsamości obu naszych narodów jest także peryferyjne położenie geograficznie, a także stosunek do morza i wartości polityczne. Żyjemy na dwóch krańcach Unii Europejskiej, ale mimo to mamy podobne nastawienie do Atlantyku - ­uważa Braga da Cruz. Według niego ocean był i jest ważny nie tylko jako obszar geograficzny, lecz także jako symbol wolności, co przejawia się w poparciu obu społeczeństw dla Paktu Północnoatlantyckiego.

Eksperci dostrzegają też wiele podobieństw historycznych. Prof. Piotr Wilczek, literaturoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomina, że zarówno Polska, jak i Portugalia mają w swojej przeszłości wspólny okres pozycji mocarstwowej.

- Wiek XIV, XV i XVI to okres chwalebnie zapisany na kartach historii Polaków i Portugalczyków. O ile ci drudzy dominowali wówczas na morzach, o tyle Rzeczypospolita była potęgą w Europie Środkowej i Wschodniej - powiedział PAP prof. Wilczek.

Zauważył, że różnicą między obu narodami jest stosunek do swego kolonializmu. Polacy wypominający Portugalczykom podboje w Ameryce, Afryce i Azji sami często zapominają, że ich królestwo rozciągało się w przeszłości daleko na wschód Europy, na tereny zamieszkane przez wiele różnych narodów.

- Oczywiście w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów nacje te miały wiele swobód i w żaden sposób ich sytuacja nie może być porównywana z narodami podporządkowanymi przez portugalskich kolonizatorów - zastrzegł profesor.

Wskazał, że kolonizacja prowadzona przez Portugalię ma współcześnie pozytywny wymiar w tamtejszym społeczeństwie.

- Wielokulturowe dziedzictwo dawnych podbojów widoczne jest dziś na portugalskich ulicach, a pokojowe współistnienie różnorodnych grup narodowych w tym kraju może być dziś powodem do zazdrości dla innych państw z kolonialną przeszłością - wyjaśnił.

Polsko-portugalska bliskość ma też swój wymiar ekonomiczny. Według ambasadora RP w Lizbonie Bronisława Misztala oba narody dały światu w przeszłości wielkich odkrywców, takich jak Vasco da Gama i Mikołaj Kopernik, a dziś mogą zaoferować sobie wiele w ramach dwustronnej współpracy. Kluczowe w niej powinno być według ambasadora dążenie do okazywania wsparcia w odkrywaniu znanych sobie rynków przed partnerem.

- Portugalia może być dziś ważnym sprzymierzeńcem Polski w ekspansji gospodarczej w dawnych koloniach tego iberyjskiego kraju, szczególnie w Brazylii i Afryce. Z kolei Polacy mogą pomóc portugalskim inwestorom w wejściu na rynki Europy Wschodniej - tłumaczył PAP Bronisław Misztal.

Prof. Joao Borges de Assuncao, doradca prezydenta i wykładowca zarządzania na Portugalskim Uniwersytecie Katolickim, przypomina, że ostatnie ćwierćwiecze to okres bardzo dobrze zagospodarowany przez portugalskie spółki handlowe w Polsce, takie jak Jeronimo Martins i Eurocash. Odnotowuje, że w 1989 roku na postkomunistycznym polskim rynku nikt nie oczekiwał sukcesu portugalskich firm handlowych.

- W tamtym czasie należało się spodziewać, że w ekspansji w polskim handlu dominować będą firmy amerykańskie, niemieckie bądź francuskie. Dzisiejszy scenariusz przewodzenia w polskim detalu i hurcie firm z Portugalii wydawał się wówczas niemal utopią - zauważył prof. Assuncao.

Zacieśniają się też więzi między samymi obywatelami Polski i Portugalii. Konsul RP w Lizbonie Monika Dulian przypomina, że w ostatnich latach zwiększyło się nie tylko grono szacowanej dziś na ponad 1500 osób Polonii w Portugalii, ale również liczba polsko-portugalskich małżeństw.

Eksperci wskazują też na podobieństwa we współczesnym postrzeganiu rodziny i jej planowaniu. Prof. Zdzisław Mach, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, odnotowuje obecny dystans do posiadania wielodzietnej rodziny, w przeszłości dosyć powszechnej w obu krajach.

- Polska i Portugalia znajdują się dziś w grupie krajów zamykających światową listę państw pod względem wskaźnika dzietności - powiedział PAP prof. Mach. Według amerykańskiego rocznika "The World Factbook" w 2013 r. w Portugalii współczynnik dzietności (liczba urodzonych dzieci na jedną kobietę w wieku rozrodczym) wynosił 1,5, a w Polsce - 1,3.

Z Lizbony Marcin Zatyka, Polska Agencja Prasowa

 

Zabytkowe paryskie wnętrza, w których koncertował Fryderyk Chopin, zakupione w 1921 roku budynki ambasad w Waszyngtonie i Londynie, ale też siedziby przedstawicielstw dyplomatycznych w Ankarze i Sofii, to cenne budynki, w których tworzyła się historia polskiej dyplomacji. Nadal są też użytkowane przez Polskę. Zobacz film o nich przygotowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych rozpoczęło budowę służby dyplomatyczno-konsularnej. Za priorytet uznano wówczas znalezienie i pozyskanie odpowiednich budynków przyszłych przedstawicielstw dyplomatycznych. W pierwszej kolejności zakupiono siedziby w stolicach państw szczególnie istotnych dla polskiej polityki zagranicznej: Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Do dzisiaj Polska korzysta z dwunastu historycznych gmachów, zakupionych albo wybudowanych w okresie międzywojennym.

 

Film, opracowany przez Biuro Archiwum i Zarządzania Informacją MSZ, przybliża historię rozwoju polskiej przedwojennej służby dyplomatycznej i proces pozyskiwania kolejnych gmachów wykorzystywanych jako ambasady, poselstwa, konsulaty czy rezydencje. Opowiada także o siedzibach ambasad w Ankarze i Sofii, w całości zaprojektowanych i wybudowanych przez Polaków, na wcześniej zakupionych gruntach i o zabytkowym wyposażeniu wnętrz: meblach, obrazach, rzeźbach czy reprezentacyjnych zastawach stołowych.


Informacja pochodzi ze strony Ministerwstwa Spraw Wewnętrznych

Polacy to sojusznicy brytyjskiego rządu, którym zależy, by system socjalny Wielkiej Brytanii doceniał pracę, a nie rozdawał zasiłki tym, którzy pracować nie chcą - mówi PAP Daniel Kawczynski, doradca premiera Dawida Camerona ds. imigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej.
 

PAP / Elżbieta Walenda Kawczyński podkreśla, że znikoma liczba Polaków, mniejsza niż jakiejkolwiek innej mniejszości na mieszkającej na Wyspach Brytyjskich, żyje wyłącznie z zasiłków oferowanych przez brytyjski system socjalny. Przekonuje, że Polacy nie powinni obawiać się zmian proponowanych przez Camerona dotyczących imigracji.

PAP: Czy imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polacy, to tak duży problem dla Wielkiej Brytanii, że premier David Cameron potrzebuje specjalnego doradcy w ich sprawie?

Daniel Kawczynski: W Wielkiej Brytanii żyje blisko milion Polaków, pracują tutaj, płacą podatki i są bardzo ważni dla naszego kraju. Premier Cameron chce im pokazać, że szanujemy ich, ich sprawy są dla brytyjskiego rządu ważne i chcemy sprawić, aby czuli się tutaj mile widziani.

PAP: Jednak ostatnie propozycje Camerona są postrzegane przez wiele osób, nie tylko w Polsce, jako wymierzone w imigrantów.

D.K.: Istnieją obawy związane z tym, że duży napływ imigrantów do Wielkiej Brytanii prowadzi do wzrostu popularności partii takich jak UKIP (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), które postulują wyjście naszego kraju z Unii Europejskiej. Moim zdaniem w interesie Wielkiej Brytanii jest jednak pozostanie w UE, a tym samym w sferze swobodnego przepływu osób.

Poza Wielką Brytanią, w pozostałych krajach UE, żyją około dwa miliony Brytyjczyków. Chcemy to podkreślić i uświadomić Brytyjczykom. Chcemy im powiedzieć, że rozumiemy ich obawy dotyczące napływu imigrantów, ale nie można zapominać, że dwa miliony naszych obywateli zdecydowało się opuścić Wielką Brytanię i pracować w innych krajach UE.

PAP: Nie zmienia to jednak faktu, że jednocześnie brytyjski rząd chce ograniczyć napływ imigrantów, do tego sprowadzają się propozycje premiera Camerona.

D.K.: Są różne punkty widzenia na tę kwestię. Jeden to taki, że bardzo wiele osób z krajów Europy Środkowej i Wschodniej przyjechało do Wielkiej Brytanii w krótkim okresie czasu. Są takie miejsca jak na przykład Boston, w hrabstwie Lincolnshire, gdzie jest niezwykle duża liczba Polaków. Polacy mają bardzo dobre relacje z Brytyjczykami, ale nagły przyjazd jakiejkolwiek mniejszości do małej miejscowości typu Boston, może się wiązać z różnymi komplikacjami, chociażby pewnym obciążeniem dla lokalnych szkół i szpitali.

Jeśli nagle tak wielu obcokrajowców przyjeżdża do twojego kraju, a ty zwyczajnie nie ma masz wystarczającej liczby szkół, szpitali, to całkiem normalne, że pojawiają się obawy. Wystarczy wyobrazić sobie podobna sytuację w którymś z polskich miast.

Obecnie nas rząd zamierza zmienić reguły, tak by imigranci musieli poczekać, popracować w naszym kraju, zanim będą mogli skorzystać z zapomóg. Polacy dosłownie w paru procentach żyją wyłącznie na zasiłkach, to mniej niż jakakolwiek inna mniejszość, dlatego nie powinni się tych zmian obawiać. Wręcz odwrotnie, ja w Polakach widzę konserwatywnych sojuszników, którym zależy, by nasz system doceniał pracę, a nie rozdawał zasiłki tym, którzy pracować nie chcą.

Oczywiście, że rząd Wielkiej Brytanii uznaje swobodny przepływ osób za ważną wartość. Staramy się wytłumaczyć naszym obywatelom, że należy cały czas mieć na uwadze, że także spora grupa Brytyjczyków migruje do innych krajów Unii. Tłumaczymy im też, że większość osób, które przybywają do Wielkiej Brytanii, przybywają tu po to, by pracować i płacić podatki, a nie wykorzystywać nasz system socjalny.

PAP: Premier Cameron w przeszłości miał bardziej wyrozumiałe podejście do imigrantów. Czy obecne zaostrzenie stanowiska to nie odpowiedź na sukcesy antyimigranckiej UKIP, zarówno wyborach do PE jak i w wyborach lokalnych w Wielkiej Brytanii?

D.K.: Sukces UKIP był możliwy tylko dlatego, że jest wielu ludzi w tym kraju, którzy mają obawy dotyczące imigracji. Premier Cameron zapowiada zmiany nie w reakcji na sukces UKIP, ale właśnie w reakcji na te obawy Brytyjczyków. To, że UKIP dostaje około 15 proc. w sondażach poparcia, oznacza, że Brytyjczycy są po prostu zmartwieni i zaniepokojeni niekontrolowaną skalą imigracji.

Premier próbuje powiedzieć Brytyjczykom, że rozumie ich obawy. Mamy też obowiązek, by wyjaśniać brytyjskim obywatelom, że wielu imigrantów przyjeżdża do naszego kraju, aby wnosić wkład do naszych społeczności lokalnych. Jednak z drugiej strony nie możemy ignorować niepokoju wielu Brytyjczyków, jeśli chodzi o imigrację.

PAP: Ale może to nie imigranci są problemem, ale zbyt hojny i podatny na nadużycia brytyjski system socjalny.

D.K.: To nieprawda, że imigranci są kozłem ofiarnym, na którego zrzuca się całe zło i obarcza winą za wszystkie nieprawidłowości dotyczące funkcjonowania brytyjskiego systemu socjalnego. Priorytetem dla tego systemu są lokalne społeczności. W Wielkiej Brytanii żyje wielu ludzi, którzy latami czekają na dom, mieszkanie socjalne i nie mogą go otrzymać. To zrozumiałe, że czują się zaniepokojeni, gdy widzą obcokrajowców, którzy dostają te mieszkania, podczas gdy oni w dalszym ciągu czekają.

Polska w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii nie ma problemu z falą imigracji. Macie zupełnie inny kłopot wynikający z zasady wolnego przepływu osób - zbyt wielu utalentowanych, wykształconych Polaków wyjeżdża za granicę. W naszym przypadku ogromna liczba ludzi przyjeżdża do nas z całego świata; to naturalnie będzie sprawiało, że Brytyjczycy będą chcieli na temat dyskutować.

PAP: Jak Polacy są generalnie postrzegani w Wielkiej Brytanii?

D.K.: Brytyjczycy postrzegają Polaków w korzystnym świetle. Mają bardzo dobre doświadczenia z nimi jako ze swoimi sąsiadami, przyjaciółmi, współpracownikami. Generalnie mają bardzo pozytywne nastawienie do Polaków i Polski.

Premier Cameron chce po prostu odpowiedzieć na obawy Brytyjczyków dotyczące ogromnej liczby imigrantów, którzy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii. Normalnie, w ramach swobody przepływu osób powinno być tak, że podobna liczba ludzi przyjeżdża i wyjeżdża z danego kraju. Ale obecnie mamy inną sytuację, to Wielka Brytania stała się celem dla wielu emigrantów.

W przeszłości tego nie było i dlatego to musi budzić niepokój. Nie mój osobiście, ponieważ ja rozumiem i doceniam, że długoterminowo kraje Europy Środkowej i Wschodniej będą coraz silniejsze gospodarczo, standard życia w nich będzie się poprawiał i pewnego dnia, możliwe, że za naszego życia, być może Brytyjczycy będą chcieli osiedlać się i pracować w Polsce. W tym momencie jest jednak inaczej i dlatego premier Cameron próbuje renegocjować niektóre aspekty członkostwa naszego kraju w UE.

PAP: Ale plany premiera Camerona nie podobają się nie tylko w Polsce. Wiele krajów Europy Zachodniej, w tym Niemcy i kanclerz Angela Merkel, mówią, że swobodny przepływ osób to podstawa UE i nie da się tego negocjować.

D.K.: Tak, też myślę, że będzie bardzo trudno to zmienić, ale należy to doprecyzować. Także Polska ma swoje interesy, o które zabiega w UE, jak np. kwestie związane z wydobyciem węgla. Podobnie Wielka Brytania, my też mamy swój punkt widzenia i sprawy, które chcielibyśmy zmienić.

Sądzę, że polskie media nie powinny nadmiernie podkreślać dystansu pomiędzy Wielką Brytania i Polską. Jako politycy mamy obowiązek reprezentować interesy naszych obywateli i wyborców w UE oraz negocjować korzystne zmiany dla wspólnoty. Mamy prawo to robić, podobnie jak Polska ma prawo reprezentować w UE interesy swoich obywateli.

Każdy kraj ma różne kwestie, które próbuje wprowadzić w UE w życie z uwzględnieniem narodowej perspektywy. UE musi zrozumieć i zaakceptować, że kraje członkowskie będą próbowały podnosić kwestie, które budzą wątpliwości i obawy niektórych mieszkańców innych obszarów UE. Jako politycy musimy słuchać naszych wyborców i brać pod uwagę troski, które zgłaszają. Na tym polega demokracja.

PAP: Czy błędem było otwarcie brytyjskiego rynku pracy w 2004 roku dla krajów przystępujących wtedy do UE, w tym Polski?

D.K: Rząd Partii Pracy zdecydował otworzyć brytyjskie granice dla wszystkich pracowników. Tylko trzy kraje to zrobiły. To oczywiście spowodowało ogromny napływ imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej do Wielkiej Brytanii. A powinno być tak, że wszystkie kraje powinny były w równym stopniu otworzyć swoje granice dla pracowników z nowych państw Unii.

Swobodny przepływ osób jest dobra rzeczą, jeśli mamy do czynienia z prawdziwie wolnym, swobodnym przemieszczaniem się ludzi. Natomiast jeśli ludzie przemieszczają się w jednym tylko kierunku, do jednego kraju, to musi spowodować trudności, niestabilność a nawet potencjalne zadrażnienia.

Koncepcja swobodnego przepływu powinna być przedyskutowana. Trzeba przemyśleć to, jak zapewnić, by z jednej strony ludzie mieli możliwość przemieszczania się w granicach UE w sposób wolny, ale z drugiej strony, by nie powodowało to nadmiernego obciążenia dla jednego tylko kraju, do którego przybywa znacznie więcej imigrantów niż do pozostałych.

Taka zmiana będzie również dobra dla Polski. Wielu polskich utalentowanych obywateli opuszcza dziś swój kraj, by pracować w Wielkiej Brytanii. Skąd weźmiecie później tych wszystkich architektów, lekarzy, specjalistów, których wasz kraj potrzebuje, by się rozwijać?

Swobodny przepływ osób powinien służyć równomiernemu rozwojowi wszystkich państw europejskich. Obecnie tak się nie dzieje. Wielka Brytania jest mniejszym krajem niż Polska i nagły przyjazd tak wielu osób tworzy presję na nasz kraj.

Rząd premiera Camerona naszym zdaniem przedstawia lepszą ofertę dotyczącą imigrantów niż robi to UKIP. Lepszą dla Wielkiej Brytanii, Polaków i Unii Europejskiej. Chcemy zrobić wszystko, co możliwe, by przekonać Brytyjczyków, że pracownicy z krajów Europy Środkowej i Wschodniej robią w naszym kraju wiele dobrego, ciężko pracują i studiują, wnosząc wkład do naszych społeczności, co doceniamy. To także, jest powód dla którego premier Cameron poprosił mnie, bym zaangażował się w pracę z polską społecznością. (PAP)

Rozmawiała Marzena Kozłowska, Polska Agencja Prasowa

 

Daniel Kawczynski jest posłem do brytyjskiego parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej. Ten 43-letni polityk od 2014 roku pełni funkcję doradcy premiera Davida Camerona do spraw Środkowej i Wschodniej Europy oraz Wschodnioeuropejczyków żyjących w Wielkiej Brytanii. Kawczynski urodził się w Warszawie; w Wielkiej Brytanii mieszka od 1972 roku.

 

Od początku obecnego kryzysu wywołanego przez epidemię eboli UE podejmuje zdecydowane działania, a w piątek upubliczniła ostatnio podjęte kroki w dziedzinie badań naukowych.

foto: pixabay.comWsparcie badań naukowych jest jednym z elementów reakcji UE na kryzys, pozostałe to pomoc humanitarna, wiedza fachowa, koordynacja działań międzynarodowych i długoterminowa pomoc na rzecz rozwoju.

Komisja Europejska ogłosiła w piątek osiem projektów badań nad ebolą o łącznej wartości 215 mln euro. Ich celem jest m.in. opracowanie szczepionek i szybkich testów diagnostycznych, które mają kluczowe znaczenie dla przezwyciężenia obecnego kryzysu związanego z ebolą. Równolegle w Gwinei realizowany jest projekt z innej dziedziny – polega on na monitorowaniu obecnego kryzysu, aby poprawić przygotowanie, planowanie oraz skuteczność operacyjną przyszłych interwencji w przypadku podobnych epidemii lub pandemii.

Osiem projektów, których celem jest opracowanie szczepionki i diagnostyki, jest częścią nowego programu Ebola+ w ramach inicjatywy w zakresie leków innowacyjnych (ILI). Są one finansowane wspólnie przez Komisję Europejską i europejski przemysł farmaceutyczny. 114 mln euro pochodzi z unijnego programu finansowania badań „Horyzont 2020”, a pozostałe 101 mln euro przekażą firmy farmaceutyczne biorące udział w projektach. Zapowiedź ta zbiega się z rozpoczęciem światowego forum ekonomicznego w Davos, gdzie, jak się oczekuje, ebola będzie jednym z priorytetowych tematów dyskusji.

Europejski komisarz ds. badań, nauki i innowacji, Carlos Moedas, powiedział: „Ciągle jeszcze nie dysponujemy szczepionką ani lekiem na ebolę, dlatego musimy zwiększyć nasze zaangażowanie w badania naukowe. Dzięki środkom finansowym z programu „Horyzont 2020” oraz od naszych partnerów z sektora przemysłu przyspieszymy prace nad szczepionką i szybkimi testami diagnostycznymi, aby wspomóc heroiczne wysiłki pracowników służby zdrowia. Te dwa narzędzia są nam potrzebne, aby ostatecznie pokonać wirusa”.

W projektach wezmą udział partnerzy z całego świata (głównie z Europy, Afryki i Ameryki Północnej). Poniżej opisano dziedziny, których dotyczą. Wspomniane dziedziny znalazły się także na liście priorytetów Światowej Organizacji Zdrowia sporządzonej w związku z obecnym kryzysem:

  • Opracowanie szczepionki przeciwko eboli (3 projekty)

    Obecnie nie istnieją żadne licencjonowane szczepionki przeciwko eboli. Celem tych trzech projektów jest przyspieszenie badań nad takimi szczepionkami poprzez ocenę bezpieczeństwa i skuteczności potencjalnych szczepionek.
  • Zwiększenie produkcji szczepionki (1 projekt)

    Szczepionki przeciwko eboli mogą być produkowane w zakładach o podwyższonych standardach bezpieczeństwa biologicznego. Celem projektu jest ustanowienie platformy umożliwiającej szybką produkcję wystarczającej ilości szczepionki przy zachowaniu najwyższych standardów jakości i bezpieczeństwa.
  • Przestrzeganie prawidłowego trybu szczepienia (1 projekt)

    Aby szczepionka miała realny wpływ na epidemię, konieczne jest objęcie szczepieniami dużego odsetka ludności. Ponadto, aby ochrona była trwała, potrzebne mogą być dwie dawki szczepionki. Celem projektu jest upowszechnianie wiedzy o kampaniach szczepień i zagwarantowanie przyjęcia przez pacjentów obu dawek szczepionki.
  • Szybkie testy diagnostyczne (3 projekty)

    Obecnie nie istnieje żaden szybki i niezawodny test, który umożliwiałby stwierdzenie zarażenia wirusem lub jego wykluczenie. Celem tych trzech projektów jest opracowanie szybkich testów diagnostycznych, które powinny umożliwić uzyskanie rzetelnych rezultatów w zaledwie 15 minut.

Ponadto w ramach projektu Miracle, tj. mobilnego laboratorium do szybkiej oceny zagrożeń chemicznych, biologicznych, radiologicznych i jądrowych na terytorium UE i poza nim opracowano „scenariusz biologiczny”, w którym dokładnie odwzorowano obecny kryzys wywołany przez ebolę i szybkie rozprzestrzenianie się choroby w Afryce Zachodniej oraz przedstawiono możliwe rozwiązania. Scenariusz ten jest obecnie realizowany w terenie, w warunkach rzeczywistych: miejscem realizacji jest laboratorium terenowe położone w pobliżu ośrodka leczenia eboli zlokalizowanego na przedmieściach Nzere Kore w Gwinei, w pobliżu granic z Liberią, Wybrzeżem Kości Słoniowej i Sierra Leone. Laboratorium pomoże w szybkim diagnozowaniu eboli, a ponadto będzie wspierać nowe badania kliniczne nad jednym z najbardziej obiecujących leków przeciwko wirusowi. Doświadczenia zgromadzone w trakcie realizacji tego projektu umożliwią także przeanalizowanie luk, możliwych ulepszeń technologicznych i logistycznych oraz brakujących technologii dla mobilnych laboratoriów.

Aby zwiększyć zaangażowanie UE w walkę z ebolą na terenach wiejskich w Gwinei, Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób, działające pod egidą Komisji, w ciągu najbliższych kilku dni wyśle do tego kraju cztery zespoły francuskojęzycznych epidemiologów. Ich zadaniem będzie wzmocnienie nadzoru i usprawnienie reagowania na poziomie społeczności lokalnych.

Paulina Bogacz (Twojaeuropa.pl)

 

Pierwszym polskim żeglarzem, który przepłynie ocean własnoręcznie zbudowanym jachtem mieczowym bez kabiny chce zostać 31-letni Aleksander Hanusz. Wyrusza pod koniec lutego, popłynie z Lizbony przez Wyspy Kanaryjskie na południowe Karaiby.
 

PAP / Aleksander Hanusz Szkutnik amator własnoręcznie zbudował 6,5-metrową, sklejkową łódkę o konstrukcji balastowo-mieczowej i gaflowym ożaglowaniu. Pokonanie Atlantyku ma mu zająć około miesiąca, popłynie przez strefę wiatrów pasatowych.

- Liczę na dość stabilne warunki, około 4, 5 do 6 stopni w skali Beauforta. Jestem przekonany, że jacht da sobie radę w tych, ale też w cięższych warunkach - mówi PAP Hanusz.

Na kotwicowiskach Karaibów chce spędzić około 4 miesięcy, potem jacht przeczeka tam sezon huraganowy, a w listopadzie Hanusz chce nim wrócić do Europy przez Bahamy, Florydę i północny Atlantyk, domykając oceaniczną pętlę.

Łódka, którą zbudował, nie ma kabiny - przed wiatrem i deszczem ma go choćby częściowo chronić tzw. szprycbuda, rodzaj wiatro- i wodoodpornego namiotu rozpostartego nad mieszkalną częścią kokpitu.

Jak opowiada, żegluje od dzieciństwa, a po morzu - od początku studiów. Przygodę z małymi, sklejkowymi jachcikami rozpoczął w 2009 roku. - Na początku traktowałem to jako odskocznię od pływania na normalnych jachtach. Wkręciłem się, bo okazało się, że przy świadomym, starannym budowaniu, specjalną konstrukcją łódki można zdziałać więcej, niż się wydaje - mówi PAP Hanusz.

Swoją pierwszą samodzielnie zbudowaną łódką o długości 4,5 metra (sklejkowy ket o ożaglowaniu lugrowym) popłynął do Norwegii. W 2011 roku razem ze swoim przyjacielem Filipem Sułkowskim z Krakowa właśnie takimi "łupinami" przepłynęli Bałtyk w obie strony, co było pierwszym polskim rejsem na odkrytopokładowych mieczówkach bez eskorty po 1989 roku i zostało nagodzone wyróżnieniem na prestiżowym festiwalu Kolosy w Gdyni. W 2012 roku w miesięcznym rejsie pożeglowali tymi samymi łódkami wzdłuż wybrzeża Norwegii za koło polarne, do Lofotów.

Na większość materiałów udało mu się znaleźć sponsorów, m.in. na sklejkę, żywice epoksydowe, farby i lakiery oraz żagle i część osprzętu. Dyrekcja Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Gdyni użyczyła mu na wyprawę wiatromierza, a producent pontonów spod Warszawy - solidny ponton.

- Aby w ogóle rozpocząć, rok temu z bólem serca sprzedałem swój poprzedni jachcik "Black Betty", od której się wszystko 6 lat temu zaczęło - opowiada. Nowy jacht nazwał "King of Bongo", nawiązując do utworu zespołu Mano Negra, łączącego muzykę latynoską z wieloma innymi stylami. Żartuje, że liczy, iż ta nazwa zapewni mu przychylność mieszkańców Karaibów.

Aleksander Hanusz jest jachtowym sternikiem morskim, ratownikiem, instruktorem pływania, absolwentem Wydziału Turystyki i Rekreacji Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.

Warto w tym miejscu przypomnieć znane i udane polskie rejsy przez Atlantyk. Na przełomie lat 1958 i 1959 siedmiometrową bez­po­kła­do­wą szalupą "Chatka Puchatków" zbu­do­wa­ną dla trans­atlant­yka M/S Batory ocean ten przepłynęli polscy żeglarze Jerzy Tarasiewicz i Janusz Misiewicz. W 1975 r. Jacek Pałkiewicz przepłynął Atlantyk na 5,5-metrowej ożaglowanej szalupie „Paty”, która zamiast kabiny miała brezentowe poszycie. Ponad 20 lat później, w 1998 r. Atlantyk pokonał Arkadiusz Pawełek - ożaglowanym pontonem „Cena Strachu”. W roku 2012 r. Szymon Kuczyński dopłynął na Karaiby na 5-metrowej sklejkowej łódce „Mała Mi”, która stała się w ten sposób najmniejszym polskim jachtem, który przepłynął Atlantyk.

Marta Tumidalska, Polska Agencja Prasowa