Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
18
Pn, czerwiec

Uciekając z włoskiego obozu pracy przeszedł pieszo 80 kilometrów do stacji, z której szczęśliwy wrócił do Polski - raju utraconego. Stopy miał całe w pęcherzach, ale gdy znalazł się w busie, który jechał do Polski, był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Mariusz zaczyna tak - urodziłem się w Kraśniku, potem  mieszkaliśmy na wsi, ze czterdzieści kilometrów od Kraśnika, potem w Stalowej Woli.
W zimnych statystykach te rejony Polski objęte były, są i pewnie długo będą, wysokim bezrobociem. I właśnie przez to bezrobocie - dotkliwe i budzące niepokój, a nie przez nadmierną chęć zysku, Mariusz pomyślał o sezonowej pracy we Włoszech. Jednak jego wyjazd za pierwszym i za drugim razem skończył się źle. Teraz jest we Włoszech po raz trzeci.
Mariusz ma około 30 lat, rok temu ożenił się, w maju na świat przyszła jego córeczka. Ma więc już dwie - jedną ośmioletnią z poprzedniego małżeństwa żony i jedną, można by powiedzieć, całkowicie własną. Ale Mariusz nie różnicuje - obie dziewczynki są moje, obie kocham tak samo, a jak teraz wyjeżdżałem do Włoch, to ta starsza z płaczem wołała - tatusiu, nie wyjeżdżaj! W ogóle czarna rozpacz w rodzinie zapanowała, że jadę.
Ale tym razem ani Mariusz o nic się nie boi, ani też nikt nie ma powodów do lęku -  tym razem przyjechał do Rzymu na pewną robotę, do rodziny, do siostry i szwagra, którzy pomogli znaleźć uczciwą pracę u uczciwych Polaków. Remonty mieszkań. Pracuje jak należy - 50 euro za dniówkę. Pobędzie w Rzymie dwa miesiące i wraca do stałej pracy w Polsce, którą tymczasowo pozostawił. 
- Magazynierem jestem w jednym z zakładów w Stalowej Woli, średnio 2 tysiące złotych zarabiam. Nie tam mało, jak na polskie warunki, ale potrzeby duże - wiadomo rodzina, no i długi, bo przez jakiś czas nie miałem pracy, a z czegoś trzeba było żyć..., żona opiekuje się dziećmi i siedzi w domu. Wziąłem więc dwumiesięczny urlop i uczciwie szefowi powiedziałem gdzie i po co jadę. Nie chciałbym przez jakieś nieporozumienia stracić pracy w Polsce.

PIERWSZA PODRÓŻ DO WŁOCH: POD MOSTEM NA TIBURTINIE
Wówczas, w roku 2003, kiedy trafił do obozu pracy na południu Włoch też chodziło o to, by mieć pieniądze na życie, wtedy Mariusz nie miał żadnej pracy w Polsce. - Wiedziałem już natomiast, jak to jest we Włoszech, że wcale nie tak łatwo, jak mówią, ale tym razem łudziłem się, że będzie inaczej. Pierwszy raz pojawiłem się we Włoszech, w samym w Rzymie, może z dziesięć lat temu. Przyjechaliśmy ze szwagrem, jeszcze w Polsce słyszeliśmy, jak to wspaniale jest we Włoszech, jak to praca czeka na człowieka na ulicy, że wystarczy pójść pod kościół polski, a tam pracodawca sam cię znajdzie, da zakwaterowanie, dobrą robotę, legalne papiery w razie czego. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Pracy nie było, dachu nad głową nie było, jedzenia nie było... I most na Tiburtinie, główny dworzec w Rzymie, na kilka tygodni stał się naszym domem. Tam spaliśmy na materacach, znalezionych na śmietniku. Każdy, kto spał pod mostem ,miał swój rewir i swoją skrytkę, gdzie chował materac. My kładliśmy swoje na windzie. Jedliśmy w Caritasie, tam też ubieraliśmy się, korzystaliśmy z pralni. No i ciągle szukaliśmy pracy. W końcu się trafiła. Nadal jednak mieszkaliśmy pod mostem, bo nie było nas stać na nic innego. Z czasem odłożyłem na bilet do Polski i po prostu opuściłem Włochy - z ulgą i nauką płynącą na przyszłość - że jeśli tu wrócę, to tylko do pewnej pracy załatwionej wcześniej w Polsce.

Z OGŁOSZENIA… DO OBOZU PRACY
Sezonowa praca na południu Włoch, na plantacji pomidorów miała być właśnie pewnym, legalnym i dobrze płatnym zajęciem.
Ofertę o pracy Mariusz znalazł w krakowskiej gazecie. Zadzwonił pod podany numer, powiedziano mu, że praca jest legalna, że otrzyma umowę w języku włoskim i rzeczywiście przed wyjazdem umowa została mu przysłana. 
 Wszystkim, którzy jechali do pracy, kazano zapłacić za bilet w obie strony, ale biletu powrotnego nie otrzymali. Na miejscu miały czekać baraki mieszkalne, woda do mycia, woda do picia,  posiłek, tymczasem nie było nic.
- Wysadzono nas na stacji benzynowej. Nikt na nas nie czekał. Po jakimś czasie zaczęli pojawiać się  ludzie, którzy werbowali do roboty. Pojechaliśmy z jakimś gościem, Polakiem. Wysadził nas w gaju oliwnym, rzucił nam namioty i kazał się rozlokować. W następnym dniu ruszyliśmy do pracy - skwar, pole pomidorów, kasetony o pojemności 300 kilogramów i ciężarówka. Pozostawaliśmy na polu tak długo, aż nie zapełniliśmy jej pomidorami, a więc kilkanaście godzin. Mordercza praca. Aby cokolwiek zarobić, trzeba było wypełnić dziennie około dwanaście kasetów, czyli nazrywać ponad 3 tysiące kilogramów pomidorów. Ja wypełniałem nawet szesnaście kasetonów. Mówili, że chyba mam pakt podpisany z diabłem..., ale chciałem przywieźć jakieś pieniądze do domu.

PIEKŁO OBOZOWEJ CODZIENNOŚCI
Mariusz wspomina - nie mieliśmy co jeść, poza pomidorami z pola i chlebem, który w pierwszych dniach nam dostarczono, potem nie było nawet chleba. Nie mieliśmy co pić, na placu stała jedynie beczka wyposażona w kurek, w tej wodzie myliśmy się. Minął tydzień, a my nadal nie dostaliśmy żadnych pieniędzy, jak ktoś miał pieniądze przywiezione z Polski, to kupował za nie wodę w sklepie, do którego mogliśmy wyjść. Dzieliliśmy się tym, co mamy, by przetrwać do tej wyczekiwanej wypłaty, ale wypłaty nie było i w kolejnym tygodniu.
Gdy pytaliśmy, kiedy będą pieniądze, mówiono nam -  będą, będą czekajcie i pracujcie dalej. W końcu przestali być mili - powiedzieli, że jak nam się nie podoba czekanie, to przyjadą inni na nasze miejsce. Pojawiły się groźby, że z buntownikami to oni już wiedzą, co zrobić, zawsze można niepokornych wywieźć w samochodzie, tam gdzie już ich nikt nie znajdzie. Zaczęliśmy się zwyczajnie bać.

PRACA U UKRAIŃCA
Pewnego razu Polak, który znał dobrze arabski i dzięki znajomości tego języka dowiedział się, że można coś zarobić na innym polu, powiedział, że zorganizuje ucieczkę, załatwił samochód na kilka osób i pewnej nocy zawiózł nas na pole, gdzie dowodził  Ukrainiec. Ludzki człowiek - w przeciwieństwie do polskich capo w poprzednim obozie. Przede wszystkim płacił, choć też się z tym ociągał.
 Mariuszowi zależało już tylko na tym, by zarobić na bilet powrotny do Polski. Któregoś dnia został pobity, postanowił wracać natychmiast, na szczęście miał już pieniądze. Do stacji, skąd odjeżdżały busy do Polski, było 80 kilometrów.  - Przeszedłem ten dystans na piechotę, szedłem cały dzień, od wczesnego ranka, w słońcu, przez pola. Stopy miałem całe w pęcherzach, ale gdy znalazłem się w tym busie, który do Polski jechał, to byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, czułem, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha.

POWRÓT DO DOMU
Mariusz wrócił do domu bez grosza, długo nie mówił rodzinie, co przeżył, zwłaszcza mamę oszczędzał.
Czy ktoś próbował powiadomić o wszystkim włoską policję? -  Podczas mojego pobytu w obozie nikt z nas tego nie zrobił, baliśmy się, nie znaliśmy języka, ale jestem pewien, że włoscy karabinierzy doskonale wiedzieli, co się dzieje na tych plantacjach. Kręcili się w pobliżu stacji benzynowej, gdzie wysadzano emigrantów, koło sklepu też byli. To był układ, z którego każdy coś miał. Włoski plantator, polski lub ukraiński capo i pewnie policja.
Mariusz próbował o wszystkim zapomnieć, nie poszukiwał w pamięci wrażeń stamtąd. Kiedyś jednak - już na spokojnie - w internecie odnalazł TO miejsce na mapie Google.  - Nazywa się Orta Nova...
 
TO BYŁO TO MIEJSCE!
To TA Orta Nova, słynna z komunikatów policyjnych, z prasowych artykułów, od których kilka lat temu zaroiły się łamy polskich i włoskich gazet. Wspólna akcja włoskiej i polskiej policji pod kryptonimem Ziemia obiecana ujawniła skalę zjawiska włoskich obozów pracy. Ujawniła winnych - włosko-polsko-ukraińskie gangi. Pojawiły się też podejrzenia, że za procederem wykorzystywania ludzi na włoskich plantacjach stoi słynna grupa przestępcza Camorra.
Wówczas policjanci i prokuratorzy ustalili m.in., jakie były mechanizmy działania przestępców - ogłoszenia o pracy we Włoszech zamieszczano w prasie. Ale fałszywe oferty trafiały nawet do urzędów pracy. Kuszono dobrymi zarobkami i warunkami, choć czasem zastrzegano, że praca jest na czarno.
Naganiacze występowali pod fałszywymi nazwiskami, podawali jedynie numery telefonów na kartę, które zmieniali po każdym zleceniu. Inna grupa organizowała transport, a ktoś inny odbierał ludzi na miejscu. Wyjeżdżali głównie mieszkańcy Podkarpacia, Małopolski, Lubelszczyzny i Śląska. Z Krakowa przewożono ich w rejon Foggi i Orta Nova. Ludzi kwaterowano albo w namiotach, albo w dawnych oborach, bez prądu, gazu i wody. Niektórzy spali na ziemi. Na noc zamykano ich, a całego kompleksu strzegli uzbrojeni kryminaliści z Polski i Ukrainy. W nieludzkich warunkach zmuszano ich do niewolniczej pracy, po 12 godzin dziennie - w słońcu, często bito, straszono i grożono. Robotnikom wyznaczano bardzo wysokie normy, których nie byli w stanie wypełnić, za co karano ich finansowo. Po miesiącu okazywało się, że zamiast zysków mieli kilkaset euro długu do odpracowania. Niepokornych wywożono w nieznane miejsca. W procesie dotyczącym tzw. obozów pracy we Włoszech, na ławie oskarżonych zasiadły 22 osoby. Zarzuty dotyczyły lat 2002-2006.

OBOZY PRACY NADAL ISTNIEJĄ
 Choć wówczas obozy pracy oficjalnie i w asyście kamer zostały zlikwidowane (filmy wyemitowane zostały m.in. we włoskiej telewizji), to jednak nie ma się co łudzić, że obozy nie istnieją. Powstają nowe, m.in. w 2009 r. - jak podała polska prasa - Ambasada Polska we Włoszech pomogła Polakom, którzy pracowali w niewolniczych warunkach na planacji mandarynek w południowej Kalabrii.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych, za aktualny uważa apel do Rodaków - można go m.in znaleźć na stronie internetowej Ambasady Polskiej w Rzymie - (...) Ministerstwo Spraw Zagranicznych przestrzega przed korzystaniem z usług nielegalnych pośredników, zamieszczających oferty pracy w polskiej prasie i na stronach internetowych. Zaleca się, aby wyjazd do pracy za granicą poprzedziła weryfikacja rzetelności oferty zatrudnienia. Odradza się zawieranie umów z niesprawdzonymi firmami lub nielegalnymi pośrednikami, zarówno polskimi, jak i włoskimi, oferującymi wyjazdy do pracy sezonowej lub pomoc w uzyskaniu zatrudnienia. Osoby, które skorzystają z takiej propozycji, powinny się liczyć z możliwością wystąpienia problemów z otrzymaniem umówionej zapłaty oraz uzyskaniem innych, niezbędnych świadczeń pracowniczych. Wysoce ryzykowny jest również samodzielny przyjazd do Włoch w celu podjęcia pracy, bez dokładnego zapoznania się z zasadami i warunkami zatrudnienia, wcześniejszego uzgodnienia sprawy z przyszłym pracodawcą, znajomości przynajmniej podstaw języka włoskiego oraz bez finansowego zabezpieczenia umożliwiającego pokrycie kosztów powrotu do kraju w przypadku nie znalezienia pracy. Osoby, które uzyskają zatrudnienie winny zawrzeć umowę o pracę na piśmie.

NIE DAM SIĘ JUŻ WIĘCEJ NABRAĆ…
 Mariusz już tego apelu czytać nie musi. Przeżył wszystko na własnej skórze. Dziś jest w Rzymie tylko na chwilę i na pewnej pracy. Wspomnienia jednak wróciły, są dziś, jak kubeł zimnej wody. Oby też dla innych...
- Ludziom się wydaję, że jak pojadą za granicę, to dotkną raju. Opowiadają sobie legendy, jak to gdzie indziej jest lepiej, a prawda jest taka, że bez znajomości języka, bez pewnego układu z pracodawcą, można być najwyżej niewolnikiem. Owszem, w takich Włoszech praca jest...ale najlepiej, by pracować za darmo... - kwituje Mariusz.

Beata Zaremba-Żarski

Biała suknia, ogromny tort, 200 gości i zabawa przy polskim disco – polo do białego rana. Tak zazwyczaj kojarzy nam się ślub. Ale czy w czasie kryzysu stać nas na taką imprezę? I czy w ogóle w wirze pracy, w ciągłym biegu, po prostu w życiu, mamy na to czas i ochotę?
Na kilku portalach internetowych spotkałyśmy się z oryginalnymi i zaskakującymi postami, które zainspirowały nas do napisania tego artykułu.

Malina i Karol
Malina Wieczorek jest malarką, zajmuję się także kampaniami społecznymi. Karol wspiera III sektor w obszarze niepełnosprawności, w pozyskiwaniu środków na działalność statutową. Oboje mieszkają w Warszawie. W październiku 2009 roku zalegalizowali swój związek w Konsulacie w Rzymie.
Kiedy Karol napisał do nas wiadomość na jednym z bardzo popularnych portali społecznościowych, byłyśmy wręcz zdumione. Prosił on nas o pomoc w znalezieniu świadków na jego ślub cywilny, który chce wziąć w Rzymie. Miał zamiar przyjechać z narzeczoną, tylko z nią, specjalnie na tą okazję. W dodatku proponował gratyfikację pieniężną. Wydało nam się to bardzo dziwne. Dlaczego nie zabierze kogoś z Polski, kto mógłby im świadkować, dlaczego właśnie Rzym? Te i inne pytania przewijały nam się przez głowę. Mimo to postanowiłyśmy pomóc. Znaleźli się świadkowie, umówiliśmy się z  parą w dniu ślubu, pół godziny przed ceremonią. Pełne obaw, ale też podekscytowane, dnia 28 października stawiłyśmy się w Konsulacie. Malina i Karol od początku wywarli na nas pozytywne wrażenie. Mili, pogodni, rozmowni. W dodatku Malina była w szóstym miesiącu ciąży. Od razu przez głowę przeszła nam myśl, że właśnie to było powodem tego ślubu… I pewnie w jakimś stopniu tak było. Po rozmowie z nimi dowiedzieliśmy się także, że Włochy ich zauroczyły podczas poprzednich wakacji, poza tym w Rzymie o tej porze roku jest o wiele ładniej niż w Polsce. Narzeczeni ze względu na pracę nie chcieli tracić czasu i pieniędzy na przygotowanie tradycyjnej ceremonii zaślubin. Chcieli zrobić coś oryginalnego i udało im się. Ślub przebiegł w przyjemnej atmosferze, bez problemów. Po wszystkim wybraliśmy się z nowożeńcami na kawę. Malina dostała piękny bukiet róż od rodziców Karola. Oboje szczęśliwi i spełnieni wyruszyli w swoją „podróż poślubną” po Wiecznym Mieście.

Ślub w Katanii
Po tym wydarzeniu zaczęłyśmy się interesować tym zjawiskiem. Czy to wyjątek? Czy naprawdę pomysł Maliny i Karola był odosobniony? Okazało się, że nie. Na bardzo popularnym forum włosko – polskim znalazłyśmy post: „Poszukuję Polaków mieszkających w Katanii. Wybieramy się na początku lipca. Chcielibyśmy wziąć ślub w konsulacie, ale mamy problem, nie mamy świadków. Czy ktoś z was chciałby nam pomóc. Ślub planujemy na 10 lipca o 12 godzinie. Proszę o kontakt.” Wśród użytkowników forum wywołał on spore zamieszanie. Internauci trochę prześmiewczo, trochę złośliwie krytykowali pomysł pary. Autorka powyższego postu tłumaczyła: „Może i to niecodzienny pomysł, ale z narzeczonym mamy specyficzne podejście do ślubów. Termin jest zarezerwowany i dokumenty dawno złożone. Nie podchodzimy do ślubu lekkomyślnie, mieszkamy razem i mamy 2,5 letniego synka. Natomiast na myśl o tzw. imprezie weselnej, kotletach i ciotkach robi się nam niedobrze. Ja dodatkowo mam problem z wiecznie niezadowolona niedoszłą teściową, która ma 5 sióstr i niezliczoną ilość siostrzeńców i oczywiście własne zobowiązania, które chciałaby zrealizować na naszym weselu, za które my mamy zapłacić i chyba wziąć kolejny kredyt. Nigdy nie miałam syndromu księżniczki jednej nocy, biały welon i te klimaty. Dlatego tez napisałam ten post, aby ktoś, kto mieszka w Katanii zechciał nam pomóc. Oczywiście moglibyśmy zabrać świadków z Polski, ale wiąże się to z dodatkowymi kosztami oraz aferą, kogo wybrać na pewno ktoś się śmiertelnie obrazi. Dlatego też postanowiliśmy postawić wszystkich przed faktem dokonanym”. Zatem można stwierdzić, że w tym przypadku dużą rolę miały aspekty finansowe i rodzinne. Jak się dowiedzieliśmy ten ślub także się odbył a nowożeńcy są bardzo szczęśliwi.

Śluby w liczbach
Niestety dalej nie uzyskałyśmy odpowiedzi na nasze pytanie, czy takie śluby często się odbywają, czy to tylko wyjątki? Postanowiłyśmy dowiedzieć się tego u źródła, czyli w  Wydziałach Konsularnych innych krajów europejskich.
W Konsulacie w Rzymie odbyło się w 2008 roku 71 ceremonii, w tym 31 par przyjechało specjalnie z tej okazji z Polski. Do listopada ubiegłego roku konsul RP połączył węzłem małżeńskim 80 par, z czego 44 przyjechało z ojczyzny.
Także gorąca Grecja nie jest wybierana na organizację ślubu. W Wydziale Konsularnym w Atenach udziela się około 80 ślubów rocznie, z czego 90% to związki zawarte przez Polaków, którzy osiedlili się tam na stałe. Pozostali przyjeżdżają z Polski, Anglii i Irlandii.
Sztokholm nie jest atrakcyjną metą dla tego typu uroczystości. W 2008 roku przed Konsulem RP zawartych zostało jedynie 9 związków małżeńskich, w zasadzie przez pary, które przyjechały w tym celu z kraju.
Do Francji w 2008 roku udało się 40 par, pochodzących z Polski, Wielkiej Brytanii i Szwajcarii. W Wydziale Konsularnym w Paryżu pobrało się ogółem 70 par.
W Londynie, w roku 2008 zawartych zostało 75 związków małżeńskich, a w ubiegłym 90. Jedynie 5% stanowiły związki zawierane przez osoby nie przebywające na stałe w Wielkiej Brytanii.
Również Norwegia, zapewne ze względu na klimat, nie przyciąga naszych rodaków, którzy decydują się na ślub zagranicą. W 2008 oraz 2009 roku konsul RP w Oslo udzielił 60 ślubów, parom przebywającym na stałe w kraju fiordów.
Podobna sytuacja jest w Królestwie Niderlandów, gdzie w 2 lata temu pobrało się 25 par narodowości polskiej, mieszkające na stałe w Holandii. W roku ubiegłym (do listopada) zawarto tam ponad 31 związków małżeńskich.

* dane nadesłane do redakcji „Naszego Świata” w listopadzie 2009 roku przez ww. Wydziały Konsularne.

Anna Malczewska
Justyna Rosłon