Żyć we Włoszech - Nasz Swiat
19
Pt, kwiecień

Stowarzyszenie Kulturalne Włosko – Polskie w Veneto przedstawia sprawozdanie z DZIECIĘCEGO KONKURSU RECYTATORSKIEGO „Malownicza wieś w utworach polskich autorów poezji dziecięcej”, zrealizowanego w ramach obchodów Roku Czesława Miłosza.

W sobotę, 5 listopada 2011 roku, w siedzibie Polskiej Ludoteki Rodzinnej w Campiglia dei Berici odbył się Dziecięcy Konkurs Recytatorski zrealizowany we współpracy z Konsulatem Generalnym RP w Mediolanie w ramach obchodów Roku Czesława Miłosza. Na konkurs zatytułowany „Malownicza wieś w utworach polskich autorów poezji dziecięcej” każdy z uczestników przygotował jeden wiersz w języku polskim o tematyce wiejskiej wybranego polskiego poety. Konkurs podzielony został na trzy kategorie wiekowe: I kategoria 5-latków, II kategoria 6-latków i III kategoria 7-latków.

13 listopada w salce parafialnej Kościoła św. Stanisława przy via Botteghe Oscure rzymska Polonia wzięla udział w projekcie związanym  z obchodami Światowego Dnia Walki z Cukrzycą, obchodzonego co roku 14 listopada.

Do pomiaru cukru za pomocą glukometru, od godz. 8.30 do 13.30 zgłosiły się 269 osoby.

ŚDC został zorganizowany dzięki współpracy Parafii Polskiej - Kościół św. Stanisława, Stowarzyszenia Społeczno- Kulturalnego „Jaskółki”  oraz Stowarzyszenia Diabetyków Włoskich (AID). Obecny był lekarz dr Sandro LO Pinto - diabetolog i dietolog (należący do AID), dwie polskie pielęgniarki - Joanna i Alina oraz członkowie i przyjaciele Stowarzyszenia Jaskółki - Iwona, Grazyna, Jola, Celina, Stefania, Marzanna i Antonio.

W imieniu własnym i członkiń Stowarzyszenia,  dziękuję Instytucjom i Osobom, które przyczyniły się do organizacji i sprawnego przebiegu Dnia Cukrzycy oraz wszystkim osobom, które 13 listopada w trosce o własne zdrowie  uczestniczyły w pomiarze cukru i/lub ciśnienia oraz zasięgnęły  porad.

Iwona Bigos
Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Jaskolki” – „Le Rondini”


Fakty i dane dotyczące cukrzycy w Polsce
tłumaczenie ulotki informacyjnej wydanej przez IDF
z okazji Światowego Dnia Walki z Cukrzycą 2010


Zachorowalność i śmiertelność:
•    Ponad 2,6 miliona dorosłych obywateli polskich choruje na cukrzycę, co stanowi ponad 9% społeczeństwa.
•    Dodatkowe 4,8 miliona osób (17% populacji) cierpi na upośledzoną tolerancję glukozy (stan przedcukrzycowy).
•    Sytuacja ulegnie pogorszeniu w przyszłości, kiedy to szacunkowe 3,1 miliona dorosłych obywateli będzie chorych na cukrzycę w 2030 roku.
•    29 000 obywateli polskich umiera na cukrzycę każdego roku. To więcej niż 3 osoby na godzinę.
•    Typ 2 cukrzycy, który stanowi ponad 90% przypadków cukrzycy w Polsce, skraca długość życia o 5-10 lat.
•    Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), cukrzyca jest czwartą w kolejności przyczyną śmierci w Europie Zachodniej. Nie uwzględnia się tu śmierci z powodu powikłań cukrzycowych.
•    Cukrzyca jest wiodącą przyczyną chorób sercowo-naczyniowych, chorób nerek, ślepoty i amputacji kończyn. Około 70-80% obywateli Unii Europejskiej chorych na typ 2 cukrzycy umiera z powodu chorób sercowo-naczyniowych. Wielu innych cierpi na powikłania cukrzycowe. Dla Polski dane te przedstawiają się następująco:
- co najmniej 25% osób z cukrzycą cierpi na chorobę wieńcową,
- 10% osób z cukrzycą cierpi na nefropatię i 19% na mikro-albuminurię,
- 31% osób z typem 2 cukrzycy cierpi na retinopatię, która może prowadzić do ślepoty.
•    Około 50% osób chorych na cukrzycę nie jest świadomych swojej choroby i nie jest na nią leczone. To oznacza, że ponad milion obywateli polskich z cukrzycą jest diagnozowanych zbyt późno, czego rezultatem są nasilone powikłania i koszty leczenia.
•    Podczas gdy typ 2 cukrzycy wiąże się z wieloma czynnikami ryzyka (takimi jak wiek, pochodzenie etniczne, czynniki genetyczne, nadciśnienie, dyslipidemia i otyłość), otyłość ma najsilniejsze powiązanie z typem 2 cukrzycy.
•    40% mężczyzn w Polsce ma nadwagę i 21% jest otyłych; 28% kobiet w Polsce ma nadwagę i 22% jest otyłych. Młode pokolenie również źle kontroluje wagę: 16% chłopców i 11% dziewcząt w wieku 1-18 lat ma nadwagę i 4% jest otyłe.

Koszty cukrzycy dla opieki zdrowotnej:

•    Cukrzyca kosztuje polski system opieki zdrowotnej 11% jego środków. To ponad 1,32 miliarda euro rocznie i 150 000 euro na godzinę (na podstawie danych z 2008 roku).
•    Mimo uporczywych przekonań, to nie leczenie cukrzycy kosztuje najwięcej, a leczenie jej powikłań. Innymi słowy im dłużej ktoś czeka na leczenie, tym więcej będzie ono kosztowało.
•    Faktycznie tylko 25% wydatków pochłania leczenie cukrzycy, a 75% leczenie późnych powikłań; tylko 7% środków wydaje się na leki przeciwcukrzycowe, a 55% na hospitalizację.
•    Koszty finansowe dla społeczeństwa obejmują także spadek produktywności i związane z tym utracone szanse na rozwój ekonomiczny. Te koszty pośrednie szacowane są jako znacznie wyższe niż koszty bezpośrednie cukrzycy.

Zapobieganie, wczesne wykrywanie i środki ostrożności:
•    Większości przypadków cukrzycy typu 2 można zapobiec przez zmiany w stylu życia, takie jak zdrowa dieta ograniczająca spożycie tłuszczu i 30 minut umiarkowanych ćwiczeń fizycznych każdego dnia.
•    Badania przesiewowe w kierunku cukrzycy i stanu przedcukrzycowego daje wydajne efekty u wszystkich obywateli powyżej 40. roku życia.
•    Wczesna interwencja prowadzi do znacznych oszczędności długoterminowych w wydatkach opieki zdrowotnej.
•    Skuteczne leczenie cukrzycy znacznie redukuje jej powikłania, takie jak zawały serca, wylewy, czy poważna utrata widzenia. Skuteczne leczenie obejmuje ścisłe monitorowanie i kontrolowanie poziomu glukozy we krwi, ciśnienia tętniczego i poziomu tłuszczu.

Opracowanie i tłumaczenie: Anna Śliwińska


 

 

Stowarzyszenie Comunità Polacca w Terni powstała w 2008 roku. Myśl o stworzeniu wspólnoty narodziła się ze zwykłej potrzeby pomagania sobie samym. W chwili obecnej stowarzyszenie oprócz służenia radom Polakom, znajdującym się w trudnej sytuacji, włączyło się w aktywne życie miasta.

Na początku działalności Comunità Polacca w Terni chodziło o pomoc przede wszystkim w sprawach znalezienia pracy i pomocy w ustalaniu warunków zatrudnienia.
„Podejmując tu pracę, niby wszystko wiemy, ale tak naprawdę mało osób jest świadomych, jak powinna wyglądać umowa o pracę i jakie świadczenia powinniśmy otrzymywać – Święto CANTAMAGGIO TERNANO, 2008 / foto. arch. prywatnemówi prezes stowarzyszenia w Terni, Anna Grabowska – jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy ‘łapaliśmy’ każdą pracę, jaką nam oferowano, nikt nie myślał o normach pracy przewidzianych przez włoskie prawo”.

Według najnowszych danych ISTAT w prowincji Terni zamieszkuje w tej chwili legalnie 707 Polaków, z czego 500 stanowią kobiety, a w samym Terni 377 osób, z czego 282 to panie. Do stowarzyszenia w Terni należy 30 osób i w większości są to kobiety. Niestety, jak w latach poprzednich, pomimo tego, że od 2004 roku jesteśmy obywatelami UE i zatrudnianie nas we Włoszech jest o wiele łatwiejsze, większość z Polek pracuje nadal „na czarno”.

„Decydują się na pracę na czarno, ponieważ boją się, że zarobki osiągnięte we Włoszech będą doliczane do tych polskich - kontynuuje prezes Comunità Polacca w Terni – większość pań, pracujących tutaj są w tzw. wieku dojrzałym – przed lub na emeryturze. Przyjeżdżają tutaj na kilka miesięcy, żeby pomóc rodzinie”.

Bardzo dużo naszych rodaków, którzy osiedlili się w Terni nie umie mówić płynnie po włosku i dlatego też napotyka na różnego rodzaju problemy, nie umie odnaleźć się w gąszczu Polski carro, święto CANTAMAGGIO TERNANO, 2009 / foto arch. prywatnewłoskiej biurokracji. „Większość z nas dogada się z podopiecznymi, w sklepie, czy u doktora, ale zrozumieć przepisy to już inna sprawa” stwierdza Anna.

Kobiety pracujące w Terni potrzebują często pomocy, a dzięki stowarzyszeniu, znalazły także punkt oparcia w trudnych chwilach, jak np. strata pracy. „Mogą do nas zadzwonić, przyjść, spotkać się, porozmawiać, a przede wszystkim uzyskać informacje dotyczące wypłaty wynagrodzenia czy likwidacyjnego”. Bardzo często razem z pokrzywdzonymi idziemy do związków zawodowych, aby bronić ich praw” mówi Grabowska.

Działalność stowarzyszenia to nie tylko pomoc polskim pracownikom, to także branie czynnego udziału w życiu Terni. W 2008 roku grupa Polek została zaproszona do wzięcia udziału w święcie CANTAMAGGIO TERNANO, którego celem było zaprezentowanie kraju pochodzenia mieszkańcom Terni.

„Uszyłyśmy na wzór strojów regionalnych kolorowe spódniczki i chusteczki i przedstawiłyśmy topienie Marzanny, śpiewając przy tym polskie piosenki – wspomina prezes stowarzyszenia - Największym problem było dla nas nauczyć się słów piosenek i śpiewać w jednym rytmie, ponieważ okazało się, że co region, to trochę inne melodie. Próby Dzień Polski w Terni, październik 2011 / foto arch. prywatnezaczynałyśmy w parku o 21.00, bo wcześniej każda z nas pracowała i ‘darłyśmy się’ przez parę godzin, ale pomimo krótkiego czasu jaki nam dano na przygotowania, wszystko się udało”.

Polska grupa brała także udział w przyjęciu “Aggiungi mondo al tavolo”, gdzie polskie przysmaki spotkały się z wielkim uznaniem gości. W 2009 stowarzyszenie skonstruowało carro z pomocą grupy z Polski na festę Cantamaggio. „Z tej okazji zaprosiliśmy grupę dzieci i młodzieży z Chmielnika, która towarzyszyła carro, tańcząc i śpiewając w krakowskich strojach ludowych” mówi Polka.

Dzięki Annie Grabowskiej oraz członkom stowarzyszenia w Terni poznano także nasze regionalne stroje ludowe oraz wycinanki, sprowadzone  z muzeum w Sieradzu. Do tradycji należą także spotkania przy Wigilijnym stole ze znajomymi z innych stron świata, którzy mieszkają w mieście, wieczorki taneczne z okazji Andrzejek, Dnia Kobiet i Walentynek. Stowarzyszenie organizuje także wycieczki. Grupa zapalonych podróżników odwiedziła już Rzym, Monte Cassino i Pompeje.

W październiku br. w Terni miał miejsce Dzień Polski, podczas którego odbyły się warsztaty nauki wykonywania wycinanek sieradzkich. Nie zabrakło na nim pięknych Pająków z Wigilia 2009 ( w niebieskiej bluzce Anna Grabowska) / foto arch. prywatne Sieradza i ozdób choinkowych z bibuły. Wycinanki robiła twórczyni ludowa, pani Kazimiera Balcerzak. Mieszkańcy miasta byli zachwyceni zręcznością rąk wycinankarki, wprost nie wierzyli własnym oczom, że można takie ‘cacka’ wyciąć z papieru. Przez cały dzień na głównym placu Terni rozbrzmiewała muzyka ludowa z Sieradza oraz taneczna.

„Organizacja wszystkich imprez wymaga wiele czasu i poświęcenia – mówi prezes stowarzyszenia – ponieważ nie mając żadnego dofinansowania, większość rzeczy musimy przygotować z naszego, bardzo skromnego budżetu”.

„Pierwsze inicjatywy organizowałam sama, ale z czasem dołączali ludzie, na których naprawdę się nie zawiodłam. I pomimo tego, że po każdej imprezie, którą organizujemy jestem bardzo zmęczona, to wystarczy czasem zwykły uścisk dłoni, uśmiech, błysk w oku drugiego człowieka –  aby zrozumieć, że było warto” – stwierdza z uśmiechem Anna Grabowska.

Kontakt:
“Comunità Polacca” Terni
tel. 0039/0744 427623, kom. +39/3405491130
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

NS

W październiku dzieci z Polskiej Ludoteki Rodzinnej – przedszkolaki i uczniowie Polonijnej Szkoły Podstawowej w Veneto – udały się na „Spacer po Krakowie”. Projekt, realizowany podczas dwóch spotkań, został przygotowany przez wychowawczynię klasy II, mgr Joannę Ewę Lampart.

Dzięki nowoczesnym technikom multimedialnym dzieci poznały ulice i zabytki Krakowa, „zwiedzały Wawel” i usłyszały Hejnał Mariacki. Poznały historię Krakowa z zainteresowaniem słuchając legendy o Smoku Wawelskim, o Wandzie co Niemca nie chciała, o Wieżach Mariackich i wielu innych ciekawych opowieści rodem z Krakowa. Bawiły się jak dzieci w Krakowie, poznając nowe dla nich zabawy regionalne, poznały melodię i kroki do tańca Krakowiak, a na zakończenie każdy mógł przymierzyć prawdziwy strój krakowski i zrobić sobie w nim pamiątkowe zdjęcie...

13 listopada uroczystą mszę św. w intencji naszej Ojczyzny  odprawił  w z okazji Święta Niepodległości  ksiądz Grzegorz Ryngwelski. Po nabożeństwie obejrzeliśmy program słowno- muzyczny pt. „Gdzie są kwiaty z tamtych lat ...” przygotowany przez siostrę Marię ze Zgromadzenia Chrystusa Króla i Annę Golec wraz z przedstawicielami naszej wspólnoty parafialnej.

Rozpoczęliśmy  odśpiewaniem hymnu narodowego, po czym wysłuchaliśmy wierszy o tematyce patriotycznej oraz krótkiego opisu wydarzeń z roku 1918.

Na ekranie w międzyczasie oglądaliśmy dokumentalne zdjęcia z tamtego okresu, między innymi podobizny Józefa Piłsudskiego, Ignacego Paderewskiego, a także wymarsz Legionów z Krakowa. 

Podniosły charakter tej uroczystości towarzyszył słuchaczom do końca spotkania, czyli do  momentu odśpiewania „Roty”.

Barbara Głuska - Trezzani

 

 

 

 

 

 

Po ponad 30-stu latach Włosi poznali prawdziwą tożsamość polskiego partyzanta, spoczywającego na cmentarzu w Genui, znanego im do tej pory jako Marzel Materlowski. Przez 66 lat rodzina Marcela Maternowskiego (bo tak brzmi jego właściwe imię i nazwisko) nie miała pojęcia o losie brata, męża, ojca, który nie wracał z wojny. Kiedy oczekiwanie na jego powrót było coraz bardziej niemożliwe, pozostała jedynie nadzieja, że Marcel zginął godnie, a jego ciało przykrywa ziemia. Niespełna rok temu dzieci partyzanta dowiedziały się, że pamięć o ich ojcu nie tylko nigdy nie umarła, lecz teraz odżyła nową siłą, i to za sprawą zupełnie nieznanych im ludzi.

Mój wrócił, tamten wrócił, a ten nie wracał...
W momencie wybuchu drugiej wojny światowej zaledwie 28-letni Marcel Maternowski miał już żonę i troje dzieci, czwarte w drodze. Jako mieszkaniec Torunia został zabrany na przymusowe roboty do Niemiec. Następnie został wcielony do niemieckiego wojska. We wrześniu 1944 roku dostał się do szpitala wojskowego, z którego zdołał uciec. Jednak ani o ucieczce, ani tym bardziej o tym, że jako dezerter przedostał się do Włoch, gdzie zginął wraz z innymi partyzantami w walce o wyzwolenie Genui, jego rodzina przez ponad pół wieku nie wiedziała absolutnie nic.

Najstarszy syn Mieczysław ostatni raz widział ojca jako ośmioletni chłopiec. Dzisiaj ma 75 lat. Najmłodsze dzieci Józefy i Marcela – urodzona w 1939 roku Bożena i pięć lat młodszy od niej Bernard – nie mogą pamiętać ojca, znają jedynie opowieści matki. „Tatuś podobno bardzo długo się z nami żegnał – wspomina pani Bożena. W końcu poszedł, bo już był czas. Ale wrócił. I znowu się żegnał. I znowu wrócił. Wreszcie trzeci raz, już zaszedł bardzo daleko, ale znowu się wrócił, więc mamusia i Mietek poszli go odprowadzić. I wtedy babcia, taka przyszywana, powiedziała: Józia, on już nie wróci...”

W czasie wojny żona Marcela dostała od męża kilka listów. W ostatnim, pisanym w szpitalu wojskowym, czytała: „Józia, ja nie mogę na to wszystko patrzeć (...), muszę zrzucić te łachy, (...) ja muszę coś zrobić, muszę uciekać gdzieś, gdzie będzie gorąco”. Po tych słowach, ślad po Marcelu Maternowskim zaginął.

Po skończonej wojnie rodzina Marcela z nadzieją czekała na jego powrót. „Zawsze jeden drugiego pytał – opowiada pan Mieczysław: A Twój, wrócił? Bo mój wrócił, tamten wrócił, a ten nie wracał... – dodaje, nie kryjąc wzruszenia. Okropne to było, ale jakoś żyliśmy. Najbardziej nas męczyło to, że nie wiadomo było, gdzie zginął? Jak zginął? Czy ma grób? Czy gdzieś w rowie leży, przykryty ziemią jakąś. Jaką?”

Po nitce do kłębka
Na pierwszy trop związany z polskim partyzantem naprowadziła Berenika Drążewska, studentka przebywająca w Genui w ramach wymiany Socrates-Erasmus. Dziewczyna wzięła udział w jednej z wypraw po Genui zorganizowanej przez prezesa Stowarzyszenia Kulturalnego „Conoscere Genova” Francesco Ristori. Podczas spaceru po przepięknym zabytkowym cmentarzu (Cimitero Monumentale di Staglieno), zwróciła uwagę na możliwy błąd w zapisie miejsca urodzenia polskiego partyzanta. Zasygnalizowała, że miasto „Torum” nie istnieje. Ponieważ celem wspomnianego Stowarzyszenia jest ochrona dziedzictwa kulturowego i historycznego Genui,  powzięło ono decyzję o odnowieniu nagrobka „Marzela Materlowskiego”. Ristori zwrócił się z prośbą o pomoc do Konsulatu Generalnego RP w Mediolanie, wcześniej jednak postanowił sprawdzić, czy widniejące na płycie dane są zgodne z rzeczywistością. Skontaktował się w tej sprawie ze Starostwem Powiatowym w Toruniu.

Z pewnością to nie przypadek sprawił, że Malwina Rouba, naczelnik Wydziału Rozwoju i Projektów Europejskich, zainteresowała się całą sprawą. Poczuła się zobowiązana do pomocy, kiedy zrozumiała jak bardzo polski partyzant został przez Włochów doceniony. W latach 80-tych nadano mu bowiem tytuł Honorowego Obywatela Genui, natomiast 20 marca 2010 roku, czyli dokładnie w 65-ą rocznicę jego śmierci, została odprawiona polsko-włoska msza święta za spokój duszy Jego oraz innych poległych w walce o wyzwolenie miasta partyzantów.

Faktyczne poszukiwania właściwego imienia i nazwiska partyzanta trwały zaledwie cztery dni! Zakończył je współpracownik Malwiny Rouby Dariusz Wypych. Po przewertowaniu tomów ksiąg adresowych Torunia z początków ubiegłego wieku, a następnie przy użyciu portalu Nasza-Klasa udało mu się dotrzeć do... wnuka Marcela Maternowskiego, który podał mu telefon kontaktowy do swojego wujka, czyli do najmłodszego syna Marcela.

To teraz ja panu opowiem historię o pana ojcu...
„Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem 2010 roku – opowiada pan Bernard – otrzymałem telefon ze Starostwa Powiatowego w Toruniu z prośbą o osobiste zgłoszenie się do placówki. Przyjęła mnie bardzo sympatyczna pani. Zapytała, co wiem o swoim ojcu”. Pan Bernard przedstawił wyniki prowadzonych na własną rękę poszukiwań. Kontaktował się bowiem najpierw z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem w Genewie, skąd jednak otrzymał informacje dotyczące tylko brata ojca – Józefa Maternowskiego, który wrócił z frontu. W latach 60-tych wznowił poszukiwania za pomocą Archiwum Berlińskiego. Dowiedział się, że jego ojciec leżał ranny w szpitalu polowym. Po wyleczeniu został skierowany na teren Francji, blisko granicy włoskiej. Nikt nie potrafił mu jednak udzielić informacji, gdzie dokładnie zginął. Tym samym pytanie o miejsce śmierci ojca nadal pozostawało bez odpowiedzi.

„I nagle słyszę: to teraz ja panu opowiem historię o pana ojcu... – wspomina rozmowę z Malwiną Roubą pan Bernard – Ja słucham, pot się ze mnie od razu leje, łzy się z oczu puściły. Dowiedziałem się, że ojciec walczył w antyfaszystowskiej partyzantce, zginął 20 marca 1944 roku w walce o wyzwolenie miasta Genui i został pochowany w kwaterze partyzantów na tamtejszym cmentarzu. To jeszcze nic – dodaje – Pani Malwina włącza komputer i pokazuje mi zdjęcie jego grobu i fragment polsko-włoskiej mszy świętej odprawionej w rocznicę śmierci ojca. To jest wprost niemożliwe. Rozpłakaliśmy się oboje...”

Nad grobem ojca
Radosną wieścią o poznaniu wojennych losów ojca pan Bernard mógł się podzielić tylko z dwojgiem rodzeństwa – bratem Mieczysławem i siostrą Bożeną. Chwili tej nie doczekał ani ich brat Józef, ani matka. Chociaż mogłoby się wydawać, że żona Marcela czekała długo – zmarła w wieku stu jeden lat. Cała rodzina jest przekonana, że to ona po śmierci zrobiła wszystko co mogła, by naprowadzić odpowiednie osoby na właściwy ślad. 
2 czerwca 2011 roku Marcel Maternowski obchodziłby swoje stuletnie urodziny. W ten właśnie dzień nad jego grobem stanęli synowie – Mieczysław i Bernard, córka Bożena oraz prawnuczka Paulina. Tuż obok grobu na kamiennym ołtarzu, w cieniu porośniętych bluszczem drzew i przy akompaniamencie ptaków została odprawiona uroczysta msza święta. Wzięli w niej udział m.in. Konsul Generalny RP Krzysztof Strzałka wraz z rodziną, prezes Stowarzyszenia „Conoscere Genova” Francesco Ristori, Prezes genueńskiego okręgu Krajowego Związku Partyzantów Włoskich (ANPI) Massimo Bisca oraz Zarząd i Członkowie Stowarzyszenia Włosko-Polskiego w Genui.

Wizyta dzieci Maternowskiego odbyła się szlakiem ostatnich śladów ich ojca i obfitowała w wiele wrażeń. Szczególne znaczenie miały dla nich dwie rozmowy. Pierwszą odbyli z inspektorem Giannim Pontą, który dowodził niewielkim oddziałem partyzantów złożonym z Polaków i Rosjan. „Od niego dowiedzieliśmy się – mówi pani Bożena – dlaczego ojcu nadano pseudonim Maccabeo (Machabeusz). Podobno był taki szalony, szybko działał i podejmował szybkie decyzje”. „Przecież to był młody facet – dodaje pan Bernard – miał 34 lata, a to był już marzec, prawie koniec wojny. Przecież wiedział, że ma czwórkę dzieci, że wszyscy czekają. Na pewno chciał zrobić wszystko, żeby jak najszybciej wrócić do domu”.

Dopełnieniem pobytu dzieci Marcela w Ligurii była wizyta w Roccaforte Ligure, małej miejscowości położonej w górach. Tutaj spotkali naocznego świadka śmierci ich ojca, wówczas dziesięcioletniego chłopca. Od niego dowiedzieli się, że ich ojciec był stawiany za wzór innym partyzantom jako zdyscyplinowany i zdecydowany, a przy tym elegancki i szarmancki. Człowiek ten opowiedział im również, że Maternowski nie zginął bezpośrednio w walce, jak do tej pory wszyscy myśleli, lecz w trakcie rozbrajania ręcznej bomby, która zagrażała mieszkańcom wioski.

My umrzemy, ale... dzieci zostaną
Historia polskiego partyzanta „odnalezionego” we Włoszech, nie jest pierwszą i z pewnością nie ostatnią opowieścią o poświęceniu, o nadziei, o poszukiwaniu i o radości z odnalezienia. Trudno jednak rozpatrywać ją na jakimkolwiek ogólnym tle, bowiem każda historia ludzka jest wyjątkowa. „To, co się stało, na pewno zmieni nasze życie – mówi pan Bernard. Może jesteśmy daleko, ale już wiemy gdzie leży, już jesteśmy duchowo nastawieni. Poza tym są ludzie, którzy dbają o jego grób. To dla nas ważne. Wnuczki sobie pozakładały teczki i tam mają wszystkie informacje o pradziadku. My umrzemy, ale... dzieci zostaną”.

Zadaniem żywych jest troska o tych, którzy odeszli. Jednym z jej najpiękniejszych wymiarów jest ten symboliczny. Córka Marcela Maternowskiego wyznaje: „przyniosłam trochę ziemi z Polski, żeby dać na grób taty i zabrałam trochę ziemi stąd, dla mamusi, żeby ich połączyć. To teraz się już spotkają...”

Jeżeli naprawdę pamięć o człowieku trwa dopóty, dopóki ktoś wymawia jego imię, może się to stać się już wtedy, gdy przestaniemy myśleć i mówić tylko o sobie.  

Tekst i zdjęcia: K. Kowalcze
(Członek Stowarzyszenia Włosko-Polskiego w Genui)

 

{gallery}galleries/maternowski{/gallery}

 

Początek października to nie tylko okres zbierania jesiennych darów, to także moment realizacji najskrytszych planów. Od lat  polsko-włoska grupa entuzjastów z Savignano/s Panaro (MO) działa owocnie na  rzecz integracji organizując świąteczne kiermasze oraz  charytatywne kolacje zarówno w Italii jak i w Polsce. Nic więc dziwnego, że ta grupa ludzi 4 października br.  zarejestrowała się jako ASSOCIAZIONE „VIA dell’AMBRA” .

Nazwa ta ma upamiętnić pierwsze kontakty starożytnych Rzymian z ludami słowiańskimi,zamieszkującymi terytorium nizinne od Kotliny Kłodzkiej do wybrzeży Bałtyku.


Tak jak bursztyn bałtycki (ambra) charakteryzuje się szczególnym bogactwem odmian,tak i Polacy,i Włosi należący do Stowarzyszenia są podobni do  bursztynu: posiadają w sobie pozytywną energię i magnetyzm.Swoimi pomysłami i entuzjazmem zachęcają innych do działania.

„VIA dell’AMBRA „promuje polską kuchnię, kulturę,historię,sztukę,literaturę.Działalność jest oparta na zasadach wolontariatu oraz współpracy z innymi stowarzyszeniami.Urządza degustacje kuchni polskiej w Italii oraz włoskiej w Polsce.Zajmuje się pomocą Polakom w sprawach prawnych oraz oferuje wsparcie moralne w trudnych momentach życia na obczyźnie .Organizuje kursy języka polskiego, odczyty, spektakle słowno-muzyczne, wystawy, koncerty, pozwalające przybliżyć  Włochom i innym emigrantom nasze tradycje i wkład  w kulturę światową.

Szlak bursztynowy to pojęcie umowne znane od wieków. „VIA dell’AMBRA” to konkretni ludzie pełni entuzjazmu, pomysłów i  determinacji w działaniu.

Zapraszamy na nasze imprezy oraz do współpracy.

Anna Pankowska

Zainteresowanych naszą działalnością prosimy o kontakt:
z Emilią Smorszczewską (Konsulat Honorowy w Bolonii,via Santo Stefano 63; tel:051/228909)
z Katarzyną  Mierzyńską (Sklep Biało-Czerwona  w Bolonii via Marche 4 ;tel:051/6240578 www.italopolacco.it)
z Dorotą Wiśniewską (Prezes Stowarzyszenia) tel: 3472567697